piątek, 24 października 2014

Finał I

chloe grace moretz | TumblrPoczątkowo było cicho i zimno. W milczeniu patrzyły na panoramę miasta, gdzie noc nadeszła szybciej niż zazwyczaj. A może po prostu Grace już tak bardzo odechciało się żyć, że nawet czas przyspieszał?
Wiedziała już wszystko. Od samego początku. Wtedy stwierdziła, iż słodka niewiedza jest o wiele lepsza. Bezbronna, nie ściska się w ostrych szponach, zmuszając do otworzeniu oczu. Zastanawiające było to, że nikt z niebios nie zareagował, jakby zmuszając ją do podjęcia próby. Dlaczego Bóg wepchnął ją w wir wydarzeń, które pozornie istniały tylko w tych opasłych książkach z baśniami?
-Co mam robić? Tylko nie mów czegoś w rodzaju „słuchaj serca”, bo ono chwilowo jest nieaktywne. No i serce nie mówi. Co najwyżej lata we wszystkie strony, jak widzę Fabiana. Ale chyba nie powinnam ci tego mówić, bo ty i on… no… ten… -  zawiesiła się, bąkając tylko poszczególne sylaby. – Nie słuchaj mnie. Ja nawet mówić nie umiem normalnie. A ty pokazujesz mi to wszystko i każesz ratować tych popaprańców.
-Nie ja.
-I tak nie wiem co robić.
-Cóż.
            Jak zdążyła się przekonać, Nina była bardzo spokojna i w pewnym sensie tajemnicza, co potwierdzały jej niedługo wypowiedzi o dziwnym zabarwieniu – a przecież nie jest żadnym cholernym Edwardem ze „Zmierzchu” żeby mówić z takim akcentem. Też coś.
-Jesteś dziwna.
-Powiedziała osoba, która jest tak napalona na budyń, że o drugiej w nocy wymyka się do kuchni i wyżera go z torebki. W proszku.
-To też widzisz?!
-Oczywiście.
-Ja pierdole.
            Upomniała ją spojrzeniem, ale Grace aktualnie żyła sprawą budyniu czekoladowego. Ceremonia miała mieć miejsce już za kilka godzin.
-Zdążymy?
-Iść do domu po budyń i resztę gromady? Nie wiem.
-Nino, odwal się od mojego budyniu! – Naburmuszona skrzyżowała ramiona, jednak fakt, że ziemia może w każdej chwili runąć, zmusił ją do anulowania focha. – To zdążymy? Trzeba zebrać wszystkich.
-Połowa jest już na miejscu. Członków ceremonii nie ma.
-Jak połowa?
-Zwiodła prawie wszystkich. Każdy nabiera się na piękne, kłamliwe oczy… Jesteśmy tylko ludźmi, Grace.
            Posmutniała. Wiedziała, co ją czeka i chyba zdążyła się z tym pogodzić, ale mimo wszystko kontrastowało to z jej ubogimi planami na przyszłość, które jednak miała.
            No trudno. Życie odłoży na później. O ile będzie w stanie jeszcze je złapać.
-Pamiętasz kto jest kim?
-Tak.
-Musisz im to powiedzieć.
-Wszystkim?
-A co myślałaś? Każdy jest potrzebny?
-Dobra, ale jak ja powiem Abby, że istnieje takie coś jak bogowie, demony i inne porąbane stworzenia, które chcą zniszczyć wszystko, a ona natychmiast musi iść ze mną, bo jest Gońcem i musimy razem uratować świat?

**

-Blizny oznaczają bezradność. Nie będziesz mogła zrobić jej krzywdy w żaden możliwy sposób. W ten sposób się broni, bo wie, że nie może wszystkich pokonać.
            Wciąż kurczowo ściskał nadgarstek Patricii, jakby blizna wciąż sprawiała jej ból. Rosie bawiła się rękawem popielatego swetra. Kolejne słowo coraz trudniej przechodziły jej przez zaciśnięte gardło. Ona też się bała. Wiedziała jakim piekielnie trudnym wydarzeniem jest ceremonia. Może dlatego, że kiedyś sama brała w niej udział.
            I jej oczy – w kolorze ciemnego granatu – sięgnęły gdzieś do kresu mniej przyjemnych wspomnień, gdy wszystko na chwilę stało pod znakiem zapytania, a ona sama była młoda, beztroska, z dołeczkami w policzkach. Chyba nadal odczuwała strach. Pewne rzeczy będą trzymały się naszej duszy do samego końca. Pryzmaty wspomnień potrafią bardzo dotkliwie wbijać nam się w skórę.
-Ceremonia z moim udziałem się nie udała, bo straciliśmy Gońca. Rachel. Siostrę Abby.
-Czyli Abby…
-Tak.
-To co możemy zrobić?
-Właściwie nic. Tylko Wybrańcy mają jakieś znaczenie w tym całym bagnie. Wy możecie jedynie się modlić.
            Ich palce splotły się mocniej, wzrok Eddiego utknął gdzieś na jej drżących ustach, jakby szukając pocieszenia u silniejszej duszy – ale nie. Nawet Patt – zawsze mocna – i w słowach, i czynach – była kompletnie bezradna, a jej twarz zaszyła mroczna świadomość, iż wszystko może lec w gruzach.
            I po co to wszystko?
-Dlaczego Ona to robi? I kim ona jest?
-Mam przeczucie, że wkrótce się dowiemy. No i… Była krzywdzona. Zawiść w ludzkim sercu najczęściej potęgują ludzie. Nie masz pojęcia, jakim złym człowiekiem może być osoba poturbowana przez los. Jest zdolna do wszystkiego. Nawet do… -  znagla urwała, ale i tak dobrze wiedział, co chciała powiedzieć.
            W tym momencie Patricia wybuchła płaczem, rozpaczliwie tuląc się do jego klatki piersiowej. Mięła w ustach mało pochlebne epitety o życiu, jednocześnie pragnąc zatrzymać je przy sobie, bo mimo tego, że niekiedy przypomina burdel, to ono dało nam możliwość bycia szczęśliwym.
            Jeśli Wybrańcom się nie uda to ją straci. Straci swój cały świat skryty pod rudą czupryną, wiecznie obrażonymi oliwkowymi oczami i wiśniowymi ustami, które nie znały słowa uśmiech – chyba, że akurat wykręciły mu jakiś wybitny żart. Wtedy się śmiała. I chociaż wyła gorzej niż pies, i tak był to dla niego najpiękniejszy dźwięk na świecie.
-Nie bucz, ruda. Damy radę.
-Nienawidzę cię. Z całego serca. Ale jeśli już na zawsze straciłabym możliwość oglądania twojej wiecznie wyszczerzonej gęby, nawet oblewanie pierwszoklasistów dziwnymi cieczami straciłoby sens.
-Kocham cię.
-Wal się.
            Rosie westchnęła sceptycznie, gdy na dłuższą chwilę zajął się ustami swojej dziewczyny. Przynajmniej umrze prawie szczęśliwi. Chryste, o czym on myśli.
-O, tu jesteście.
            Victor uchylił drzwi od gabinetu, wzdrygając się na widok ich rozbestwionej dwójki, jednak Rosie przyłożyła palcem do ust, każąc mu się zamknąć.
-Panno Wright! Doprawdy nie mam pojęcia czemu ogląda pani te erotyczne treści. Ale mniejsza – poprawił kołnierz płaszcza (nosił go chyba ze sto lat, dosłownie). – Gdzie są pozostali uczniowie? W domu zostali jedynie Jerome, Mara, Stella, Joy, Abby, Alfie i przed chwilą wleciała ta Francuzka, co wyżera budyń i myśli, że nie widzę… No, Foster. A reszta?
-Nie ma ich w domu?
            Chwilowe oderwanie.
            Serce zaczęło bić szybciej. Strach stanął za jego plecami i zakrył oczy kościstymi dłońmi.
            Bum, bum.
-Sądziłem, iż są z panią.
            Chwilowy paraliż.
            To tylko chwila. Nie było ich tylko chwilę.
-Musimy lecieć – oznajmiła Rosie, chwiejnym krokiem udając się do drzwi. – Spóźniliśmy się.

**

Gdzie gwiazdy święcą blaskiem księżyca, noc równa porankom się stanie.
Wybaczy Ci wszystkie grzechy największe, wspomoże tam gdzie rozstaje.

Brzmiało jak kołysanka.
            Płomienie w jej oczach tliły się piosenką nocy, rozpalały gwiazdy.
            Pamiętała.
            Każde słowo. Dokładnie. Jakby zapisane na powiecie. Wyryło się w jej głowie, duszy i sercu.
-Rozumiesz? Musisz mi pomóc. Nam pomóc.
            Podniosła wzrok. Drżąca dłoń Grace niepewnie spoczywała na jej ramieniu. Z drugiej strony siedziała Joy z wyciągniętymi ramionami, na wypadek gdyby miała zemdleć.
            A piekielnie trudny scenariusz, który pamiętała jako dziecko, okazał się tylko niewinną zapowiedzią prawdziwej tragedii dnia dzisiejszego. Miała zająć miejsce Rachel. Jej Rachel.
-Jeśli nie dasz rady, nic nie szkodzi.
-Taak, tylko wszyscy zginiemy. Pikuś.
-Stella, zatkaj czymś Joy gębę, próbuję negocjować, okej?! – Warknęła Grace, powracając do terapii. – Proszę. Wiem, co się stało. Rachel chciałaby żeby w końcu ktoś dał radę.
            Miczała.
-Proszę.
            Ciche westchnienie.
Rezygnacja?
            I już próbuje wydusić z ciebie ciche „tak”, gdy do pokoju wbiega Mara z tuszem pod oczami i głucho krzyczącymi oczami. Serce rozdarte na pół.
-Jeroma nie ma. Zniknął.
            Kilka wstrzymanych oddechów.
            Czyjeś zaciśnięte pięści.
            Koniec?
            Czy może nie?
-Abby, Joy i Alfie – idziecie ze mną. Musimy znaleźć Jeroma. Wytłumaczę wam po drodze.
            Serce przepełnione żalem i ból skryty w splecionych palcach rąk.
            Na zawsze?

**

-Dlaczego nie przyprowadziłaś Wybrańców? Na co mi ta garstka durni?
Deyrua marszczy brwi.
-Przepraszam. Już po nich idę.
-Mam nadzieję.
Deyrua puszcza ją wolno.
-Zaraz będę z powrotem.
-Pospiesz się.

Deyrua wygrywa.


~~


Płakać nad życiem nie będę, bo zrobiłam to w ostatnim poście.
Wiem, że nie wyszło. Nie potrafię już tego pisać, ale to mówiłam. Przepraszam. Nie umiem inaczej.
I najważniejsza kwestia: w listopadzie ukaże się część druga, która będzie również częścią ostatnią. Potem epilog i koniec tej szajsowatej historii.
Z góry przepraszam jeśli jakieś wątki będą pominięte. W przyszłym rozdziale wszystko będzie wytłumaczone i bardzo proszę żebyście skupili się tylko na tym. Jeśli coś pominę - to celowe, bo sama nie wiem o co mi w niektórych wątkach chodziło, aż specjalnie przeleciałam od pierwszego rozdziału do końca. Byłam młoda i głupia xD
Postaram się skomentować wasze blogi w najbliższym czasie. Jeszcze raz przepraszam za wszystko. Bardzo.
Kocham was cały czas. I zawsze będę.

niedziela, 19 października 2014

Agatka i ryby głosu nie mają.


Zamiast dodawać posty z sapphirkowymi tłumaczeniami powinnam wreszcie coś napisać… Ale do rzeczy.

Boję się cokolwiek napisać, bo ktoś rzuci się na mnie z nożem. Albo patelnią. Wszystko jedno.

Jest tu ktoś? Chyba tak, bo doszły mnie słuchy, że ktoś tam jednak czeka, w co trochę trudno mi uwierzyć. Ten blog to rzal i bul. Serio. Lepsze są historie dziesięcioletnich marzycielek, które piszą o robieniu dzieci z Kwiatkowskim. Czytałam. Polecam gorąco.

Nie zapomniałam. Po prostu się pogubiłam, załamałam nad tą nieszczęsną historią, a cała miłość jaką ją darzyłam gdzieś wyparowała i nie chce wrócić. Podłe to z mojej strony, ale chyba już naprawdę nie potrafię tego pisać. Ale, ale. Coś obiecałam. I sobie, i wam. A obietnice są do dotrzymywania, nie? : )

Piszę nadal. Co innego, bo tak, ale to nadal zajęcie, które utrzymuje mnie przy życiu. Jezu, tak się cieszę, że to mam. Jak piszę, czuję się ważna. To piękne :’)

Justynka niedawno epilog dodała… Mój Aniołek taki zdolny <3 Smutno się zrobiło, ale jestem niesamowicie szczęśliwa, że mogłam to czytać. Wciąż tu jestem. Istnieje takie fajne coś jak sentyment, a on zawsze będzie mnie tutaj trzymał. No i Justysia ma takiego kochanego bloga <3 Ari tam jest *.* Patrzcie Tu. Taki śliczny.

Brastynka mast bi.

To mój pierwszy blog. Co prawda były jakieś drobiazgi przed nim, ale ten jest taki prawdziwy – inaczej ująć nie mogę, to żałośnie wygląda, trudno. W sumie to dzięki niemu zaczęłam pisać i piszę nadal, czyli wciąż trwam w największej miłości mojego życia – zaraz po czekoladzie i Jeromie. Przysięgłam miłość, wierność i uczciwą małżeńską, halo, wciąż się kochamy. Mimo tego, że złamał mi serce, bo pozbył się swoich włosów. Chlip. To mnie boli. Bardziej niż jutrzejszy sprawdzian z fizyki, na który nic nie umiem, bo ścisłe przedmioty mnie nie lubią. A ja ich. I tak sobie żyjemy nieciekawie.

Emklarka dodała nowy rozdział. Należałoby skomentować, a nie siedzieć i użalać się nad życiem – powinnam zacząć coś ze sobą robić poza wyżeraniem z lodówki wszystkiego, co mi wpadnie w łapki. Ale rozdział piękny. Jak zawsze ^ ^ Aww.

Stevie też. Jejku, za nią też tęsknię <3 (poszła sobie, a teraz wszystkich bardzo kocha, jestem żałosna xD). Pisanie kreatywnych komentarzy – dzień 482134565439308403.

Czekam na „If I stay” z Chloe <3 (u mnie jeszcze tego nie grają, niedobrzy ludzie). Użyłabym polskiej nazwy filmu, ale tłumacze się nie popisali, też jest tak modelsko po angielsku. Moja Grace podbija wielkie ekrany. Fabianek byłby dumny. Chlip.

Tak sobie gadam. Ani sensu to nie ma. Ani niczego. Po co ja tu przyszłam? xD

Aha.

Teraz z ręką na sercu mogę powiedzieć, że z piątku na sobotę ukaże się kolejny rozdział. Obiecuję. Chyba, że wybuchnie mi komputer i będzie niezręcznie.

Chyba, że dostanę wasze pozwolenie na usunięcie tego szajsu xD

Kocham Was. Nigdy o Was nie zapomniałam. Nigdy :)

Kocham Was Szafirki <3


P.S. Wróciłam, Waldziu! <3

czwartek, 17 kwietnia 2014

Część sześćdziesiąta ósma. Podróż II

            Kiedy była małą dziewczynką, bała się gwiazd. Obawiała się, iż nieznani przybysze z kosmosu zejdą na ziemię, zabiorą mamę i tatę gdzieś daleko do swojego domu. A ona zostanie sama, samiutka jak palec i tylko z daleka będzie mogła patrzeć na migocące punkciki.
            Minęło parę lat i ówczesnym największym strachem stała się śmierć. Wtedy życie wydawało się najcenniejszym prezentem od Boga, czymś nieopisanie cudownym, domem dla małych i większych wspomnień. Ludzka opinia była zwykłą mgłą, nie istniała w scenariuszy jej duszy.
            A teraz bała się samej siebie:, że wszystko runie, przez jeden jej niewłaściwy gest, że wszystko zniszczy. Los zdecydował wypchnąć ją z beztroskiego żywota, wplątując do paranormalnego świata, gdzie niczego nie można było sensownie wytłumaczyć. Co gorsza, dowiedziała się, że ona również jest inna, potrafi robić rzeczy, o jakich mogą tylko marzyć zwykli śmiertelnicy. Ale ta energia była przecież zła – tak czy może nie?
            I nagle te wszystkie, bezsensowne smutki znikają gdzieś w bezkresnej otchłani wspomnień stłumione przez ciężką płachtę ludzkich tragedii – najprawdziwszych.
            Nina prowadziła ją za rękę, jak małe dziecko zlęknione przed światem. Potulnie dreptała obok, starając się zbytnio nie patrzeć na zmasakrowane ścieżki i intensywny zapach czerwono-zielonej cieczy. Nieuważnie stąpała po błotnistej powierzchni, od czasu do czasu czując, jak delikatnie się zapada.
-Nino?
-Tak?
-Czemu mi to wszystko pokazujesz? Ja rozumiem, ukryty sens, tajemnice i wszystkie te rzeczy, tylko… Czemu?
-Żebyś zrozumiała.
-Ja nie rozumiałam nawet „Dzieci z Bullerbyn”, a ty każesz mi jakieś błędne wnioski wyciągać…
            Martin westchnęła przeciągle, mocniej ściskając jej dłoń. Naprzeciw nich szła ta przeraźliwie chuda dziewczynka o sporej ilości siniaków na ciele. Kiedy zamknęła drzwi od budynku, wyjęła palto z ciut przydużego tornistra i zarzuciła je na gołe ramiona, chcąc ukryć widoczne rany. Parę razy rozejrzała się w jedną i drugą stronę, po czym szybkimi krokami przeszła przez ulicę.
-Idziemy za nią.
-Wiem, że miała ciężkie dzieciństwo, ale to dzieje się chyba ze sto lat temu! Czekaj… To…
-… ma związek z zmienioną strefą czasową. Tak. Opowiem ci o tym na samym końcu. Teraz masz tylko widzieć.

**

            Otrząsnął się, kiedy samochód wjechał do małego miasteczka, gdzie z każdej strony paliły się niewielkie lampki, migocące jak gwiazdy na szafirowym niebie. Gdzieniegdzie umieszczone były posążki wyimaginowanych istot: krasnoludków, elfów, leśnych wróżek z różdżką ściskanej w małej piąstce. Niektóre oplatały się wokół prętów balkonu, inne swobodnie wystawały z okien, mrugając pustymi oczami do zabieganych i wiecznie gdzieś spóźnionych przechodniów.
            Nie wiedział, czy znalazł się w tajemniczym ogrodzie z książek, czy nagle stał się bohaterem jednej z tych fantastycznych książek, w których można spotkać chochliki na każdej ulicy, a całe niebo jest usłane płachtą świecących łez anioła.
-Jesteśmy na miejscu. – oznajmił Max, skręcając w oświetloną uliczkę. – Możesz odpinać pasy.
-Teraz? To chyba zbyt niebezpieczne.
-Fakt zostało aż parę sekund, z pewnością wylecisz przez okno w tak długim czasie.
            Chciał jeszcze coś dodać, ale zamilkł, gdy ujrzał przed sobą średniej wielkości domek o wdzięcznym, niebieskim kolorze. Do schodów wiodła pokryta białym żwirem ścieżka, dzieląca ogród na dwie części. Wieczór otulał smacznie drzemiące róże, śpiewał kołysankę wierzbie płaczącej, tańczył pomiędzy zielonymi sosnami.
            Max pociągnął go za ramię, wyrywając z tego obłędnie bajkowego transu, wprost krzyczącego o nie odtrącanie magicznej aury. Zastukał w drzwi drewnianą kołatką w kształcie głowy lwa, spokojnie czekając na odpowiedź.
            Już za chwilę, zza drzwi wyłoniła się wysoka, szczupła kobieta o orzechowych oczach i ściągniętej twarzy. Szybko zlustrowała ich wzrokiem, z skrzyżowanymi ramionami czekając na wyjaśnienia.
-Dzień dobry!
-Raczej dobry wieczór. Nie sądzicie, że jest już trochę za późno na odwiedziny?
-Na odwiedziny pewnie tak, ale na zmiany w życiu nie. – śmiało wypalił Max, co już całkiem oszołomiło Fabiana, bo nadal nie wiedział jaki cel w nocnym nawiedzaniu jakiejś obcej kobiety widział jego przyjaciel. – Chodzi mi, o Abby.
            Nagle dostał olśnienia i zapewne gdyby grał teraz w jakiejś kreskówce nad jego głową zapaliłaby się mała żaróweczka. Wystarczyło cofnąć się parę tygodni wstecz do dnia, kiedy przyjechali do nich rodzice.
            Jeśli połączyć by wszystkie fakty właścicielką cudownej posesji była właśnie mama Abby.

**

            Mała dziewczynka wyglądała przy pianinie jak mały robaczek, jednak wzrost zdawał się nie być przeszkodą ku spełnieniu marzeń. Po paru niezdarnych podskokach, wlazła na niewielką pufę obszytą delikatnym, purpurowym materiałem. Nieśmiało położyła palce na klawiszach, za chwilę dochodząc do wniosku, że idealnie tam pasują. Jakby zostały dla siebie stworzone.
            Jej pierwsza melodyjka była daleka od ideału, ale widok dziecięcej radości w jej brązowych tęczówkach skreślił wszelkie fałszywe dźwięki. Wygrywała kolejne nuty, nie zważając na poprawność brzmienia. Najważniejsze było tylko szczęście, które wprost tańczyło wokół niej i instrumentu od czasu do czasu ściskając ją mocno.
-Cześć! – nagle do sali wbiegła mała brunetka o lekko pulchnej buzi. Jej zadrapane kolana stanowiły symbol wygranej porachunków z osobami, które non stop obrażały jej rudowłosą przyjaciółkę. – Biłam się z tym Ronaldem Woudleyem z 1a. Dałam mu taki łomot, że do śmierci się nie pozbiera!
-Nie musiałaś, Angi. – dziecko na chwilę oderwało się od pianina. – Prosiłam cię, pamiętasz? Nie chcę żebyś przeze mnie znowu miała kłopoty.
-Ale jesteś moją przyjaciółka, a przyjaciółki zawsze stają w swojej obronie.
-No fakt. – pokiwała głową rudowłosa, po czym wyraźnie się czymś zmartwiła. – Ale przecież nigdy cię nie obroniłam.
-Och, bo ja tego wcale nie potrzebuję! – oznajmiła, z dumą wypinając płaską klatkę piersiową. – Kiedyś zostanę bokserem i pobiję wszystkich złych ludzi, a zacznę od Nathana.
-Mojego ojca – poprawiła ją.
            Brunetka spojrzała na przyjaciółkę ze zdziwieniem, szybkich ruchem dostawszy się na siedzenie obok niej. Objęła jej chude ramionka, poprawiając pojedyncze kosmyki jej miedzianych kosmyków, które chyłkiem wysmyknęły się z symetrycznie splecionego warkoczyka.
-O nie, kokardka mi się rozwaliła.
-To nic, poprawię ci. – odparła natychmiast. – To nie jest twój ojciec. Tatuś to ktoś, kto się o ciebie troszczy, pomaga, mówi, że jesteś najważniejsza i wiesz… traktuje cię jak skarb. A skarbów się nie bije, więc ten obcy facet nie jest twoim tatusiem.
-Ale…
-Nie broń go, tacy ludzie nie są ludźmi. Mama mi mówiła, że czasami to tylko diabły z skórą człowieka. Musisz z nimi walczyć. Poza tym, kto normalny dałby na imię córce Deyrua? Ja bym się bardzo obraziła! – zmarszczyła brwi z udawanym oburzeniem. – A jeśli nie potrafisz się bronić, to zawołaj mnie!
            Grace spojrzała na Ninę ze strachem, jednak jej twarz nie wyrażała cienia emocji. Czuła jak jej powieki drżą, jak ciało oblewa dotkliwa warstwa zimna. Wszystko stało się jasne. Znalazła elementy do tej skomplikowanej układanki. Uzyskała prawdziwy obraz, jednak nie czuła najmniejszej satysfakcji. Nic.
-Pamiętasz może – zaczęła Martin – Jak nie umiałaś panować nad swoimi mocami? Wtedy, gdy spojrzałaś w jej oczy, udało ci się zmienić ją w prawdziwą postać, wyciągnąć z niej ukrytą złą energię. Tylko ty to potrafisz.
-Boże, ale to jest tylko dziecko. Nie mogła wyrosnąć z tej skrzywdzonej papierowej wróżki na…
-… mordercę.
-Co? – przez jej ciało przeszedł dreszcz. – Nie rozumiem, Nino, o co ci teraz chodzi?
-O ojcowską miłość, między innymi. To już zadanie Eddiego. Jeśli nie porozmawia z swoim tatą, nie będziecie wiedzieli niczego. Zapewniam cię, że to wszystko jest banalnie łatwo wyjaśnić. Musimy ruszać dalej. – Foster skinęła głową. – Podejdź bliżej.
            Znikając w gęstej mgle, posłała ostatnie spojrzenie w kierunku śmiejących się dziewczynek. A więc to prawda, że największe ofiary losu zostają największymi demonami podświadomości…

**

            Brodziła łyżeczką po dnie kubka latte, bezcelowo myśląc nad swoją bliżej nieokreśloną przyszłością. Księżyc nieśmiało zaglądał przez pół zasłonięte okna kawiarni, święcąc w kasztanową taflę jej oczu. Właściwie to nic jej już nie cieszyło. Ani to, że dostała się do prestiżowej uczelni w Londynie, ani to, że Mick wył pod jej oknem tylko dwie godziny. Nic.
            Oczywiście mogła pójść w ślady Amber i zacząć przedwczesne pakowanie, ale co potem? Przez ten czas nic nie osiągnęła, co najwyżej jeszcze bardziej pokomplikowała swoje relacje z innymi. W skrócie: zepsuła, wyjechała, wróciła, znowu zepsuła. I aż tyle czasu zajęło jej ostateczne dojście do wniosku, że Fabian jednak nie jest jej pisany, a ona sama mogła trochę wyhamować z zalotami. Co nie zmieniało faktu, że bolało ją zachowanie współlokatorów w stosunku do niej. We wszystkich źródłach nawijali o tym, że trzeba walczyć o miłość, ba, nawet Amber ciągle wkuwała to kiedyś Ninie, a sama została solidnie skrytykowana przez życie. Bo w to uwierzyła.
            Na dodatek zepsuła związek Jeroma i Mary, ponieważ z tego, co dowiedziała się od Sibuny, również w zmienionej strefie czasowej musiała namieszać. Cóż, życie nie było wobec niej przychylne, ale ona się nie dawała. Nie zabiła się jeszcze, a to już wyczyn.
            Najbardziej jednak obawiała się myśli, iż już na zawsze pozostanie sama. Nie znajdzie osoby, która pokocha jej liczne wady i zalety (nie licząc Micka, który upodobał sobie ją, bo robi dobrą jajecznicę), sprawi, że będzie szczęśliwa, jak te wszystkie piękności z komedii romantycznych. I po prostu będzie, gdyż to chyba o to tu chodzi.
-Cześć. Mogę się dosiąść? Mogę. – nim zdążyła zinterpretować sytuację, Jerome już siedział naprzeciwko niej. – Mam interes.
            No tak, bo czego innego można od niej chcieć? Nie daj Boże ludzkiej rozmowy, przecież ona się nie nadaje do takich rzeczy. Kolejny widzi w niej tylko złą czarownicę z baśni dla dzieci.
            Zanim Clarke zdążył się porządnie rozgadać, ona już wybuchła płaczem, wzbudzając zainteresowanie wszystkich gości kawiarni. Jedna kelnerka spojrzała na Jeroma ze zgrozą i pokręciła głową.
-No wie pan? Żeby dziewczynę do takiego stanu doprowadzić? Świnia, a nie facet!
            Chłopak zamrugał parę razy, nie dowierzając temu, iż ponownie pchnięto go na Joy w zabarwieniu innym niż… nie, tego nawet przyjacielskim nie można nazwać. Zignorował kobietę, ponownie zwracając się do Mercer, która najwyraźniej nie zamierzała się uspokoić.
-Joy… Nie płacz, no. Coś nie tak, nie uczesałem się dzisiaj…? – wymamrotał, macając się po głowie. – Jezu, powiedz, że moje włosy wyglądają w porządku, bo i ja będę ryczał.
            Spojrzała na niego z ustami wydętymi w podkówkę, po czym zaczęła się śmiać i to tak głośno, że wszyscy obecni w lokalu ponownie odwrócili głowy ze zdumnienia. Znajoma już kelnerka uśmiechnęła się ciepło i znaczącą westchnęła.
-Żeby dziewczynę tak szybko rozweselić? Anioł, a nie facet!
            Clarke musiał natychmiast opanować sytuację, bo brunetka należała do grona osób o wiecznej huśtawce nastrojów, dlatego też wystarczyło parę sekund, by jej samopoczucie uległo diametralnej zmianie.
-Czego chcesz? – pociągnęła nosem, starając się zachować pozory. – Słucham?
-Jesteś strasznie nieprzenikliwa. – stwierdził Jerome, na chwilę odkładając swoją sprawę. – Niby chcesz, żeby widzieli w tobie kogoś innego niż zołzę, a jednak sama bez przerwy nosisz tą samą maskę.
-Ja… - jęknęła, odwracając wzrok. – Nie, nie, coś ci się pomyliło.
-Spoko, też taki byłem. Chyba, dlatego nigdy cię nie lubiłem.
-Niezmiernie miło mi, że to mówisz. Przyszedłeś mnie podręczyć, czy znowu wpakowałeś się w jakieś bagno?
-O widzisz? Nie lubię siebie i to jest tak, jakbym nie lubił ciebie. Jesteśmy identyczni. – odparł z zawadiackim uśmiechem. – A bliźniaki nie mogą być razem, jasne? To, co było kiedyś… to praktycznie już nie istnieje. Wiesz, o czym mówię, prawda?
-W zasadzie tego nie było. – rzuciła pospiesznie, próbując znaleźć w torbie chusteczki. – Daj spokój, ciebie to bym nawet kijem nie dotknęła. Czego chcesz?
            Znała to spojrzenie. Zapewne wpadł na kolejny genialny pomysł, który zapewne okaże się niewypałem, ale nie powie mu tego, bo pewnie i tak by ją zignorował zważywszy na jego rzadko spotykaną pewność siebie.
            Nieokreślonym gestem zachęciła go do mówienia. Mogła go spławić i sobie pójść, ale na własnym przykładzie wiedziała, że ludzie nie lubią być ignorowani.
-No, więc, jeśli mi pomożesz, to jest szansa, że może zacznę cię trochę lubić…
-Serio? Jestem zaszczycona. – zakpiła, patrząc na niego smutno. – Jerome, ja też jestem człowiekiem, a twoja uwaga nie będzie dla mnie wygraną na loterii. Chyba mnie jednak nie znasz, skoro myślisz, że głupia, samotna Joy będzie cieszyła się, bo ktoś wreszcie nazwał ją innym określeniem niż „bezduszna suka”.
-Nikt tak o tobie nie mówi. – zaprzeczył.
-Fakt, bywa i gorzej. Nie chcę nawet wiedzieć, jak torturują mnie w myślach. Bez urazy, ale nie zamierzam tu dłużej siedzieć.
-Wybacz, źle to rozegrałem. Od początku – westchnął. – Przepraszam. Tylko… Niektórzy sami traktowali mnie jak śmiecia, w sumie nigdy nie obchodziła mnie ludzka krzywda. Dopiero, kiedy Mara… Wiesz, nagle te wszystkie wyrzuty sumienia i podobne… zaczęły się objawiać. I dlatego nie chcę tego stracić. Mogą widzieć we mnie ofiarę losu, ale są ludzie, którzy wiedzą, jaki jestem naprawdę i mi to wystarczy, wiesz? A ten, kto myśli inaczej nie będzie miał łatwego życia.
            Słuchała go w milczeniu, zastanawiając się nad jego słowami. Jeśli rzeczywiście byli tacy podobni, to najwyraźniej stała się tą gorszą wersją, gdyż Jerome w towarzystwie radził sobie niezwykle umiejętnie. Chyba, że i ona może się zmienić… Gdyby to wszystko było takie proste.
-Zawsze kiedy chcę do niej podejść, to widzę tego palanta z brzydkimi włosami. – Jeremy? On przecież wcale nie jest zainteresowany Marą, ale widocznie taki Jerome widzi wszystko w innych barwach. – Dlatego kazałem mu się odwalić, lecz wiesz… W męskim świecie jest tak, że każdy chce coś w zamian. – uniosła brwi pytająco. – Dlatego sprzedałem, znaczy zaproponowałem mu ciebie! Jesteście umówieni jutro od razu po szkole. Przyjdzie po ciebie do domu. Nie musisz dziękować, siostrzyczko. – dorzucił z uśmiechem.
            Poczuła jak serce zaczyna jej szybciej bić, jak krew mocniej pulsuje w żyłach. Prawdopodobnie działo się tak, bo była wściekła, chociaż w głębi duszy jakaś dobra cząstka niej śmiała się z radości, której nie potrafiła uzasadnić. Przecież ten idiota wcale jej się nie podobał.
-Nie lubię go.
-A on podobno ciebie, jednak na to poszedł. Ach, i pytał się, w jakim stanie są twoje buty.
-Moje dzieci umarły. – oświadczyła z dramaturgią, przypomniawszy sobie tamten feralny dzień. – Nie będę tego dłużej słuchać, wychodzę! Życzę szczęścia w twoim popapranym związku, mam nadzieję, że Mara nie padnie przy tobie na zawał. – wstała z miejsca, zostawiając parę monet na stoliku. – Do niemiłego zobaczenia!
-Leć, leć. – roześmiał się blondyn, jednak za moment wyłapał prawdziwy sens jej słów. – Zaraz! Czyli zmierzasz do tego, że…
-Człowieku, weź ją wreszcie po ludzku przeproś, bo mi spać po nocach nie daje. Tylko wyję, że za tobą tęskni. – mruknęła z dezaprobatą. – Ewentualnie mogę umówić się z tym baranem, ale tylko w celach ratowania twojego związku. Osobiście uważam, że wcześniej wymieniony oszołom nie czuje nic do Mary, nawet nie są przyjaciółmi, a chyba od tego się zaczyna. To tyle. – otworzyła drzwi, na chwilę stając w miejscu. – Braciszku!
I wyszła.
A on, wyłapując zalotne spojrzenia młodych kelnerek, doszedł do wniosku, że może w tej dziwnej osóbce jest jakiś mały kawałek człowieka.

**

            Salon znajdował się na pierwszym piętrze. W milczeniu przyglądał się drewnianym ścianom pomieszczenia, w tym barwnym ilustracjom postawionym na marmurowym kominku. Kiedy podszedł bliżej, kolorowe plamy przybrały kontury  różnych postaci. Na jednej z fotografii Fabian rozpoznał Abby. Siedziała na kolanach młodej dziewczyny o śniadej cerze, na oko około dwudziesto-paroletniej. Po ramionach spływały jej piękne, kruczoczarne loki. Kobieta spostrzegła jego czynność, na co tylko spuściła głowę, jakby bezradna wobec strasznych wyroków losu. Nie znał jej od tej strony.
            Tymczasem Max zdążył już zadomowić się na dobre. Co chwila pytał się o jakieś mało znaczące elementy, chcąc nadać rozmowie bardziej swobodny charakter. Elaine cierpliwie odpowiadała na każde jego słowa, chociaż po minie można było wywnioskować, że jest już zmęczona i najchętniej wyrzuciłaby ich za drzwi. Dopiero, kiedy Price poruszył temat Abby, kąciki jest ust niespokojnie drgnęły.
-Nie chcę o niej rozmawiać.
-To pani córka. – kontynuował ze świeckim spokojem. – Śmierć Rachel nie jest niczyją winą.
            Elaine uparcie milczała, próbując zignorować fakt, iż jakiś śmieszny smarkacz próbuje ją pouczać. On jednak niezrażony z ciepłym uśmiechem próbował rozbić lodową powłokę więżącą jej serce.
-Tylko proszę powiedzieć, po co ta cała nienawiść? Czy nie lepiej żyć w zgodzie i się szanować? To przecież tak niewiele. A jeśli denerwuje panią jej niepewność siebie, to proszę pomyśleć, dlaczego tak jest. Poprzez wytykanie jej samych błędów, jeszcze tych niekoniecznie prawdziwych, nic pani nie osiągnie.
-A ty czemu tak jej bronisz?
-Bo ją kocham. – odparł spokojnie. – I nie pozwolę, żeby działa jej się jakakolwiek krzywda.
            Znienacka dyskusję przerwał cichy szloch dochodzący z kąta pokoju. Przysłuchujący się ich rozmowie Fabian, żałośnie pociągał nosem z sentymentem błądząc po własnych wspomnieniach, na co Max z żalem stwierdził, iż droga powrotna minie im głównie na niepotrzebnym wracaniu do przeszłości.
            Rutter zamrugał nerwowo oczami, próbując zyskać wyraz wyluzowanego. Poddał się szybciej, niż można było przewidzieć.
-No co? Wzruszyłem się. – bąknął naburmuszony. – Bycie płcią męską nie przekreśla uczuć!
            Elaine zastanawiała się, jakim cudem wpuściła do domu przewrażliwionego pomyleńca i chłopca, który miał zadatki na psychologa, a przynajmniej tak twierdził. Mimo to, podała Fabianowi chusteczki i zaprowadziła do kuchni, by skupił się na czymś innym niż wszystkich budujących momentach swojego życia.
-Dziwne dziecko. – stwierdziła cierpko. – No cóż, mój drogi. Jeśli ją kochasz, to pewnie powiedziała ci o całym tym nieszczęsnym zajściu.
-Nie całkiem. Nie sądzę, żeby chciała do tego wracać. – tłumaczył – Ona też tęskni za Rachel. I czy w takiej sytuacji powinno się skakać sobie do gardeł czy wzajemnie wspierać? Proszę mi wybaczyć, ale nie rozumiem pani zachowania.
            Głos ugrzązł jej w gardle. Przysiadła na krawędzi kanapy, bezwiednie wpatrując się w pewien nieokreślony punkt. W jednej chwili wydała się być tak samo słaba i bezbronna jak jej najmłodsza córka. Marionetki skrzywdzone przez ostre szpony losu. Tylko czemu…?
-Tego nie da się zrozumieć. – powiedziała, lecz słowa te skierowała raczej do siebie samej. – Abby jest strasznie podobna do swojego ojca. Mają identyczne oczy. Tak samo boją się, uciekają od wszystkiego, co ważne. Rachel była inna. Potrafiła nad tym wszystkim zapanować, przywrócić życie do pionu. Ale los ją mi zabrał, a ja nawet nie wiem czemu. Nie mam pojęcia, co stało się tamtej nocy. Nie wiem, czy Rachel poszła gdzieś za Abby, czy odwrotnie… Tylko, że sobie z nią nie radzę, to jej siostra zawsze była obok. My nie umiałyśmy się dogadać. Żywię do niej wielką niechęć, rozumiesz?
-Nie powiedziała mi pani, dlaczego.
-Bo gdyby odeszły obie, byłoby mi znacznie łatwiej… - wyszeptała, a jej słowa wraz z wiatrem poleciały prosto do nieba, gdzie sam Bóg próbował rozszyfrować ich sens.

Ale świat ludzi charakteryzuje się tym, że jest bardzo niezrozumiały.


|||||||||||||||||||||||

Ale romantyczny jeroy, romansik wyczuwam - taki żarcik rodem z "Familiady".
U góry macie kolejny dowód na to, że sapphirka jest głupia i nic nie umie.
Nadal nikt nie ogarnia o co tutaj chodzi (ja też, pjonteczka), ale w swoim tempie się to wyjaśni (miało być w tej części, ale ciii zostały jeszcze dwie, zdążę!).
Jeszcze dwa rozdziały lalala. Nikt nie będzie tęsknił, wreszcie kończę pisanie historii, której i tak nikt nie lubił ech (nie pocieszajcie mnie, ja wiem, jaka jest naprawdę).
Nigdy nie dorównam Joylitte, MClarke, Stevie, Fasoleczce i wielu innym zdolnym pisarkom, które podziwiam całym serduchem.
Kocham was najbardziej na świecie, Szafirki <3

poniedziałek, 17 marca 2014

Część sześćdziesiąta siódma. Podróż I

„Chcę się bać, nie wiedzieć, dlaczego
Chcę się czuć dobrze nie mając racji
Świat tworzy wszystkie reguły miłości
Mówię Ci, musisz pozwolić mu robić to, co robi”
(I want crazy)

Tydzień. Cztery lata pełne bólu, nadziei i cierpienia doczekały się końca. Teraz pozostaje na zawsze zamknąć je w jakimś ciemnych schowku, bez dojścia do światła.
Teraz to jego droga.
Najlepszy, a zarazem najgorszy okres w jego życiu. Strata przyniosła tyle łez, złudnych marzeń, które i tak nigdy się nie spełnią. A między wspomnieniami o Ninie i początkach Sibuny, była jeszcze ona.
Grace.
Czemu nie mógł przestać o niej myśleć? To chyba te wyrzuty sumienia, nie chciał jej przecież krzywdzić. Próbował pokochać, przerwać niechęć do nowej miłości. Ale już nigdy jej nie znajdzie. Rozstali się dla ich dobra. Dla jej dobra.
Ale ona wcale nie była szczęśliwa.
Czasami patrzyła na niego z wyrzutem, jednak w błękitnych tęczówkach, najbardziej można było dostrzec bezkresną otchłań smutku. Zaraz potem odwracała wzrok, by zająć się kolejną bezsensowną czynnością, która ma pomóc jej zapomnieć o wszystkim, co w praktyce oznacza głównie jego osobę.
-Nie patrz tak na mnie. – słyszy jej głos, a po tonie można uznać, że raczej nie jest zadowolona. – No co? Wyszło jak wyszło, nic mi nie jest, nie widać?
-Przepraszam…
-Nie przepraszaj, to nie twoja wina. Mogłam siebie nie oszukiwać. – umilkła na chwilę, po czym roześmiała się smutno. – Ale ja serio myślałam, że możesz się we mnie zakochać. Głupia jestem. To przez towarzystwo Micka, na pewno.
            Plątała się w własnych wypowiedziach, co było z lekka urocze, jednak on ani nie drgnął. Nie mógł przeboleć tego, że za każdym razem widział tylko ją.
Ninę.
To niemożliwe, jak długo może trwać miłość.
-Dobra, ja wychodzę. – wzdycha, wiedząc o czym aktualnie myśli chłopak. – Kiedyś obiecałam pomóc Ci odzyskać Ninę… I wiesz co? Pomogę Ci! – w jej oczach rozbłysły charakterystyczne iskierki. – Bo bez względu na to, co o mnie myślisz, bardzo Cię kocham, a kiedy widzę jak cierpisz, pęka mi serce. Chcę tylko żebyś był szczęśliwy. Rozumiesz?
            Zakończyła, smętnie spuszczając głowę. Chciała jeszcze coś dodać, ale w końcu machnęła tylko ręką, dźwięcząc bransoletkami na bladym nadgarstku.
            A on się wcale nie wzruszył. Wcale nie zakochał…

~~~~~

-Gdzie jedziemy?
-Gdzieś. Muszę coś załatwić. – odpowiedział Max, spokojnie kładąc dłonie na kierownicy. – Przy okazji, porozmawiamy sobie o twoim niezmiernie ciekawym życiu.
-W takim razie, wychodzę.
-Nie radzę. Chyba, że chcesz paść ofiarą tira. Wbrew pozorom, kierowcy nie są milutcy.
            Uśmiechnął się blado, z rezygnacją opierając głowę o zimną szybę. Chyba nie było osoby, która nie wiedziała o jego licznych miłostkach, jeśli w ogóle można tak to nazwać. Przecież wcale nie chciał wywoływać tyle zamieszania…
            Nie miał pojęcia, czemu tak do niego lgnięto. Nie robił nic szczególnego, a już na pewno nie celowo. Jeśli powie, że był zwyczajnie sobą, zabrzmi to strasznie kiczowato, ale to cała prawda.
            Gdybyś wiedział, jak mocno Je krzywdzisz…
-Rozstałeś się z Grace.
-Tak, ale to nic nie… Zaraz, zaraz skąd o tym wiesz?
-Cóż… - spojrzał w prawe lusterko. – Dzisiaj rano zdzieliła Trudy kabanosem, dosadnie stwierdziając, że „miłości nie ma”, a jakieś głupie mięso nie zabije jej rozpaczy, po czym wpakowała się pod stół i zaczęła ryczeć. Zabawne, całkiem jak ty, kiedy Jasper raz przedwcześnie zamknął bibliotekę.
-To było dawno temu! – obruszył się. – A Grace… Nie no, naprawdę nie wiem. Może ma okres?
-Tłumacz sobie.
            Czemu zgodził się z nim jechać? Owszem, sam narzekał, że ciągłe siedzenie w domu mu nie służy, ale nie spodziewał się, że zwyczajna wycieczka zamieni się w terapię dla jego skomplikowanej duszy. Czego on od niego chciał?
            Pomóc? Ach. Wszystko jasne. Ale on wcale tej pomocy nie potrzebował. A może…
-Musisz wiedzieć, na czym stoisz.
-Nie wiem.
-Brawo.
            Mijali kolejne uliczki, kolejnych przechodniów, kolejnych szarych ludzi, uciekających przed wszystkimi smutkami tego świata, każdego dnia wracającymi z nową trucizną. Smutne, ale prawdziwe. Tak trudno pogodzić się z tym, że wieczne szczęście nie istnieje.
            Podobno bez cierpienia nie ma życia. Z cierpieniem, to życie jest zatrute.
-Hmm… To gdzie jedziemy?
-Muszę z kimś porozmawiać.
-Tajne spotkania? Mam dzwonić do Abby?
-Możesz, jeśli chcesz żeby rzuciła się na mnie z młotem pneumatycznym. – kontynuował z tym samym swoistym spokojem. – To dotyczy jej, więc lepiej będzie dla nas obu, jeśli o niczym się nie dowie.
            Lepiej będzie, jeśli ten dzień dobiegnie końca.
-Nina nie wróci, Fabian. Wiem, że bardzo za nią tęsknisz, ale musisz w końcu zrozumieć. Pewnych rzeczy nie da się cofnąć. Tak miało być. Straszne, no cóż. Nie mamy na to wpływu.
-Kochałem ją. – czuł jak krew zalewa mu powieki. – Tego nie da się zapomnieć.
-Nie zapomnisz. Jedyną rzeczą, jaką musisz zrobić, to iść dalej, bo wieczne użalanie się nad swoim tragicznym losem. Może nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale czasem potrafisz być strasznym egoistą. Nieświadomie, a jednak.
Egoista… To przez Ciebie, Nino?
Nie, na pewno nie.
Zdaję mi się.
-Od kiedy zrobiłeś się taki mądry? – stara się zmienić temat, próbując ukryć zmieszanie w czekoladowych tęczówkach.
-Abby mnie zmusza. Takie geny, co poradzić.
-A… A wiesz, że Mick zamierza otworzyć warzywniak?
-A wiesz, że Nina nie wróci?
Nie odpuszczał. Los wreszcie go dopadł. Kiedyś musiał to usłyszeć. Uciekał przed prawdą, po to, by dopiero na końcu poczuć smak jej goryczy.
A tak bardzo ją kochał. Nie przestanie, nigdy.
-Mam nadzieję, że nie jest to tak, że boisz się znów zakochać. To nie żaden grzech, przecież miłość nie wybiera. Nikt cię za to nie ukatrupi. Nie przysłaniał przyszłości obrazem Niny.
-To nie jest proste. Gdyby było, już dawno bym zapomniał.
Poza tym, Grace obiecała, że uratuje Ninę…
-Nie ma takiej mocy, która mogłaby przywrócić życie Ninie.
Jest. Gdybyś wiedział, że naprawdę istnieje to…
-A jeśli nawet, to co z Grace? Powiesz jej „dzięki”, polecisz do Niny i będziecie żyli długo i szczęśliwie?
-No…
-Widzisz, nie wiesz tego. Nie można zabrać się za nową rzecz, nie kończąc drugiej. Nie takiej.
            Trudno było go słuchać. Może dlatego, że miał rację, kto wie? W każdym razie, nie chciał się nad tym zastanawiać. Nie chciał myśleć, że nie będzie łatwo. Nie chciał… Po prostu.

~~~~~

            Ilość bójek na jego koncie była niewielka. Cóż, wprawdzie zdarzył się mały incydent między nim, a Eddiem, ale to nic w porównaniu do jego obecnego planu. Żaden Jerry, Jeremy, czy jak mu tam, nie będzie startował do Mary. Jego Mary.
            O proszę, nawet imię ma podobne do niego! Jeszcze chwali się tym swoim, pożal się Boże, bicepsem. Fryzura też niezła. Wiatr jest dobrym fryzjerem, tak Jeremy? On tu sobie tak pięknie planuje przyszłość, a tu jakiś wyrośnięty typek się wtrąca.
            Idzie. W jednej ręce plik papierów, w drugiej opasła księga z złotą obwódką. Uciekł z lekcji historii? No nic, w takiej formie też może go napaść.
-Co się tak czaisz za tym drzewem? Spokojnie, nie pobiję cię.
-Serio? – Clarke wzruszył ramionami, podchodząc parę kroków bliżej. – Wpadłem na chwilę. Sprawa jest prosta: Zostaw Marę i żyj sobie dalej, tak? Tak. No to pa! – już chce odejść, kiedy Winkler chwyta go za łokieć i z złośliwym uśmieszkiem, odpowiada.
-No nie wiem. Jest jeszcze jedna osoba, którą ostatecznie mógłbym przygarnąć w ramach darowizny.
            Nigdy nie zależało mu na Jaffray, nawet o niej szczególnie nie myślał. Chodziło jedynie o wykorzystanie okazji. Dajmy na to, wizyta u jej przyjaciółki…
-Chcesz Micka? A bierz go, jeszcze dopłacę!
-Za niego podziękuję. Mówię o Joy.
            Relacja Clarka przeszła jego wszelkie oczekiwania, bowiem blondyn wybuchnął szaleńczym śmiechem i jeszcze chwila, a zacząłby tarzać się po ziemi. Cóż, jak widać Mercer nie cieszyła się zbyt dobrą opinią.
            Ale oczy miała ładne.
-Dobra, dobra. Pośmialiśmy się, to teraz na poważnie. Którą chcesz?
-Joy.
-Fajnie. – ponownie się roześmiał. – A tak serio?
-Mówię przecież, Joy! – warknął zniecierpliwiony.
-Człowieku, daj spokój, bo odpadnę. To, którą?
           
~~~~~

Deyruo, wpadł w nasze sidła. Nasz kolega całkiem nieświadomie mu pomógł…
K.T opuściła wzrok, z zawiścią wpatrując się w kolejną bliznę na jego bladej skórze. Kolejne znamię, kolejny wyrzutek.
Dzień ostateczny. Cztery dni.
Wyrwana kartka z kalendarza.
Kres i bezgraniczna nienawiść. Tylko to. Nic więcej.

~~~~

-Zastanawiałeś się kiedyś… - Patricia oparła głowę na dłoniach, beznamiętnie gapiąc się w sufit. – Czemu to całe W. się nas uczepiło?
-Myślę, że chce mnie poderwać. Wiesz, w końcu jestem taki przystojny. Zamierza się ciebie pozbyć, tyle.
-Mhmm. Interesujące teoria. – zignorowała jego suche poczucie humoru, ostrożnie podwijając rękaw czerwonej marynarki. – Cały czas zastanawia mnie to – Wskazała na dziwnie ukształtowaną bliznę. – Czyli, że co, jestem teraz jakaś przeklęta? Tak jak ze znamieniem Anubisa w drugiej klasie? Nic już nie wiem, pogubiłam się.
            Miller potakiwał z uśmiechem, umiejętnie udając, iż problemy dziewczyny są miary wagi światowej. Kiedy jednak ujrzał lekko zaczerwieniona bliznę, zaklął pod nosem, delikatnie ujmując jej dłoń.
-Zabiję gnoja, który ci to zrobił. – syknął, jednak jego złość mieszała się z pewnym smutkiem. – Nie czułem się tak, od kiedy ojciec… Wiesz…
-Nie chcesz porozmawiać z nim jeszcze raz?
-Ostatnio wypierał się… Przecież wiesz, nie mam zamiaru wracać do tej poronionej sprawy. – jęknął, lekko ściskając jej dłoń. – Jeszcze raz tknie Ciebie, a ja zrobię mu to samo, tyle, że mocniej.
            Gdyby była Amber, zaczęłaby kwiczeć z radości, jednak w związku z tym, iż jest bezczelną Williamson, westchnęła tylko, odsuwając się o parę milimetrów. Dystans musi zostać zachowany. Żeby sobie czasem tylko nie pomyślał, że nagle stała się ckliwa. W życiu!
-I tak Cię kocham.
-Wiem.
            Ludziom trudno było zrozumieć ich uczucie. Ale czy w miłości jest cokolwiek do rozumienia? Nie. Gdyby nagle zaczęto zastanawiać się nad jej sensem, doszłoby się do niczego, bo miłość jest po prostu miłością. Uczuciem, siłą… Wszystkim i niczym. Właśnie to, jest takie niezwykłe.
            Osobiście nie preferowała takich ubarwień, jednak nie umiała już zaprzeczać jakimkolwiek więziom trzymającym ich serca na cienkiej, a takiej mocnej, lince. Najważniejsze było to, że jest. Nic więcej nie było potrzebne jej do szczęścia. No, może śmierć Piper, to trajkoczące coś, nie powinno mieszkać z nią pod jednym dachem.
-Patricia? Co ty masz na ręce?
            Nim zdążyła zsunąć rękaw, Rosie już trzymała ją za łokieć, dogłębnie przyglądając się bliźnie. Analizowała każdy szczegół, jakby było to coś niesłychanie ważnego.
-Pani się nie przejmuje! To tatuaż z Laysów!
-Zamknij się, Eddie. – syknęła przez zęby, z przestrachem patrząc na ciemnogranatowe tęczówki Rosie. – Mogę to wyjaśnić…
-Ja też. – odezwała się kobieta, uważnie lustrując ich wzrokiem. – Już czas. Obiecuję, że wszystkiego się dowiecie.

~~~~~

            Ubrania leżały w walizce, starannie posegregowane kolorami. Szafki zostały oczyszczone ze wszystkich klamotów i innych drobiazgów, dla innych nic niewartych, dla niej – najważniejszych.
            Nie chciała odkładać pakowania na ostatnią chwilę. Lepiej mieć to z głowy. Jeszcze tylko parę dni i na zawsze pożegna się z internatem. Cóż, w sumie tutejsi współlokatorzy ciągle działali jej na nerwy, bezczelnie zarzucając, iż siedzenie ponad pięciu godzin w łazience jest lekką przesadą. A przecież musi wyglądać lepiej niż ta wstrętna Every Gual z 3c! Czasami ludzie niczego nie rozumieją.
-Aniołku, nie jest dobrze!
            Odwróciła wzrok, odrywając się na chwilę od niemożliwie czerwonego bagażu, uparcie niechcącego się domknąć. Obok Alfiego, na progu stała pobladła istotka, ledwo trzymająca się na nogach. Po chwili namysłu, we wraku człowieka można było rozpoznać Grace, całą roztrzęsioną i przestraszoną, jak nigdy dotąd.
-Wiem, że jesteś załamana Fabianem, ale bez przesady! Nawet ja tak nie cierpiałam, kiedy zrywałam z tym oszołomem!
-Nie kłam! Brakowało ci mnie, musisz to przyznać!
-Nie miał mi, kto nosić torebki, okej? Idealność do czegoś zobowiązuje.
-No ba, że tak, ale ja tu w innej sprawie. Z naszą koleżanką chyba coś jest nie tak.
            Wbrew pozorom, nie chodziło tu o bezsensowne smutki od dłuższego czasu ciążące na duszy. Nie chodziło również o najbliższy powrót do domu i wieczne opuszczenie miejsca, w którym tak wiele kontrastów toczyły ze sobą bitwy. A wojna nadal trwała, wciąż ukrywając zwycięzcę za dużym znakiem zapytania.
            Podobno dobro zawsze wygrywa. Ale kto powiedział, że nie istnieją wyjątki?
Chodź do mnie. Pomogę wam.
            Zamknęła powieki, a jedynym dźwiękiem, który wciąż grzmiał w jej uszach, był zduszony krzyk Amber.
            Finał.

~~~~~

            Znalazła się w dziwnym pomieszczeniu, na oko strasznie zaniedbanym. Gdzieniegdzie rozchodził się zapach stęchlizny. Kamienne ściany pokrywały warstwy pajęczyny, na których lśniły srebrzyste drobinki. Przetarła oczy, uzyskując wyraźniejszy kontur pomieszczenia.
-Około sto lat temu…
            Dostrzegła ją. Złociste włosy Niny bezwładnie spływały po jej szczupłych ramionach. Chciała coś powiedzieć, ale jej wargi były jakby sklejone. Ściśle.
-Opowiem Ci pewną historię. – zaczęła Martin, chwytając ją za bladą dłoń. – Chodź ze mną.
            Pociągnęła ją w górę, wprost do brukowych schodów, z których spływała jasnoczerwona ciecz. Czuła jak substancja pali jej skórę, jak policzki puchną od nadmiaru trującego zapachu. Ale szła dalej.
            Jęknęła, gdy po zwisającej klamce przebiegł czarny pajączek. Widząc stanowcze spojrzenie Niny, chwyciła za metalowy przyrząd i ostrożnie przyciągnęła do siebie. Zamarła.
            Ujrzała niewielki pokoik, przeznaczony raczej dla mniejszych rodzin. Po pomieszczeniu przemieszczały się demony przejeżdżające szpiczastymi paznokciami po zapadniętej twarzyczce malutkiego dziecka.
-To potwory. – parsknęła Martin, spoglądając na nią spod zmęczonych powiek. – Nie mówiłaś nikomu o naszym ostatnim spotkaniu.
-Nie.
-Dobrze. Nie mogą dowiedzieć się o Twojej roli. Pamiętaj, chcę tylko pomóc. Ostatnie zadanie… - westchnęła, ponownie odwróciwszy się w stronę smutnej ilustracji.
            Mała dziewczynka, miś z odprutym uchem i plamki krwi na brudnozielonej, ceglanej ścianie. Poczuła jak opuszczają ją resztki cennych sił.
-Nie chcę tu być, Nino.
-Ona też nie.
            Zardzewiałe dzwoneczki wypadły z rąk dziecka z hukiem uderzając o podłogę. Opasły mężczyzna podniósł się z fotela, groźnie marszcząc brwi. Dziecko zadrżało.
-Strach rodzi największych zabójców. – rzekła Nina, prowadząc ją w głąb ciemnego tunelu.
            I jeszcze wraz z echem dobiegł do niej odgłos uderzenia, tysiące drobniusieńkich odłamków szkła. I cichutki szloch.

~~~~~
           
            Każdego dnia utwierdzał się w przekonaniu, że każdy sposób udobruchania Stelli jest najzwyczajniej w świecie beznadziejny. Jak można rozkochać w sobie kogoś, kto na wszystko kręci nosem? Mógł zakochać się w takiej Grace. Kupiłby jej czekoladę (bez rodzynek, to się rozumie przez samo się) i już byłaby jego. Ale nie, musi mieć swój popaprany gust, każący mu bezustannie walczyć o coś, czego i tak nie dostanie.
            Zawsze zostaje mu Joy…
            Nie. W sumie nie. Już woli być sam, niż z tym rozjuszonym potworem, wydzierającym się na wszystko, co oddycha (lub nie, ostatnio poturbowała doniczki Trudy).
            Wzdycha ciężko, biorąc do ręki Suzie (gitara bez imienia, to nie gitara), obecnie jedyną dziewczynę w jego życiu. Jakby się zastanowić, mógłby zostać z nią. Przecież tego chciał, tak? Poświęcić się muzyce. I choć strasznie śmiesznie to brzmi, zawsze stawiał ją na pierwszym miejscu, albowiem pasja trwała przy nim zawsze.
            No i Suzie. Ona jedna. Wal się, Stella, Suzie przynajmniej jest wierna.

Nie mogę cię znieść
Czy wszystko, co robisz musi sprawiać, że będę chciał się uśmiechnąć?
Mogę nie lubić tego przez chwilę?
Nie.

            Deklaruje miłość do Suzie, a wciąż piszę piosenkę dla tej bezczelnej diablicy. I tak jej nie doceni. Najpierw wytknie błędy ortograficzne, stylistyczne, potem zgniecie i wyrzuci przez okno na jakiegoś bezbronnego pierwszaka.

Denerwujesz mnie dziewczyno, a potem całujesz moje usta
Nagle zapominam, że byłem zły
Nie mogę pamiętać, co zrobiłaś
Nienawidzę tego

            Ładnie prosił. Nic. Próbował krzyczeć. Dostał w łeb. Zasada „nie słowa, a czyny” też się nie sprawdziła, bo z hukiem wyleciał za drzwi.
            A mimo to, niewidzialna linka wcale nie miała zamiaru się przerwać. Przypadek? Chyba nie tym razem.

W pełni znasz moc, którą posiadasz
Jedną, jedyną, która mnie rozśmiesza

            Bardzo chciał przestać ją kochać. Ale miłość to taka mała cwaniara, która atakuję znienacka i jak już do ciebie dopadnie, to nie chce puścić. A potem na ogół się cierpi, bo szczęśliwe zakończenia występują tylko w naiwnych bajkach. Albo w tych ckliwych filmach dla wrażliwych dziewczynek. Stella ich nienawidziła. Znowu ona. Mogłaby wreszcie wyjść z jego głowy.
Wyjdź. Już! No, błagam. Nie?
            W którą stronę strzelił ten poryty Amor?!

Smutne i niesprawiedliwe
Jak korzystasz z faktu, że ja
Kocham Cię bez przyczyny
To po prostu nie jest w porządku

-Fakt. Nie jest w porządku.
            Uśmiechnął się, odrywając palce od cienkich strun instrumentu. Nieokreślonym gestem zaprosił Audrey do środka, przesuwając się o parę centymetrów. Proszę, ona potrafi być miła. Nie jak…
Nie myśl o niej, kretynie!
-Zapytałabym, co u ciebie, ale widzę, że nienajlepiej.
-Wszechwiedząca koleżanko, zapodaj jakiś życiowy aforyzm, bo zaraz wyjdę z siebie i stanę obok. – odparował, natychmiast tracąc resztki dobrego humoru. – No?
-Myślę, że w końcu zrozumie. – dziewczyna odgarnęła rude kosmyki za ucho. – Musisz poczekać. Tak z innej beczki, znalazłam to przy drzwiach. – podała mu lekko pożółkniętą papier. – Spodziewałeś się jakieś korespondencji? Zazwyczaj odbiera ją Trudy. Chyba, że to od kogoś stąd. Tajemnicza wielbicielka! – zachichotała cicho, ukłuwszy go w ramię krwistoczerwonym paznokciem. – No, czytaj! Jestem ciekawa.
-Nie śmiej się. Ciekawość to pierwsza drabina do piekła.
-Stopień, a nie drabina.
-Wielka mi różnica. – mruknął ponuro, niedbale rozdzielając zmiętą kopertę. – Tak więc…

Mam Cię!
Przegrałeś.
W.


|||||||||||||||||||||||||||||||||||||


Ta historia nie ma sensu…
W najbliższym rozdziale ładnie wyjaśnię, co i jak, jeśli pewne rzeczy pominę, zapomnicie o nich, bo nie wiem, o co chodziło. Byłam młoda i głupia, blondynki tak mają (no, bez urazy, kreatywnie się usprawiedliwiam).
Tak sobie czytałam wasze komentarze i ryczałam jak debil. Chyba za często płaczę. Ale mając tak wspaniałe osoby przy sobie, chyba nie da się inaczej…
Gdyby nie wy, już dawno bym się poddała. Co więcej mogę dodać? Dziękuję. Jesteście najlepsi : )
Niedługo dostanę przyzwoity szablon, tyle radości.
Fizyko, spłoń.