sobota, 30 marca 2013

Opowiadanie cz. 29 (HoA Story 2)

Grace:
Kocham 'gonić' pociąg. Takie są skutki, pakowania się przy boku mojej mamy. Pół godziny przed odjazdem musiała sprawdzić co wpakowałam do walizki i wywaliła całą jej zawartość. Przez następne piętnaście minut, tłumaczono mi, że wzięłam za mało skarpet i babcinych sweterków na drutach.
-Nie jadę na Antarktydę. - burknęłam tylko.
-Ale tam jest zimno!
I tym magicznym sposobem, zmierzałam na peron, z prędkością światła i niedomkniętą walizką w ręku. Swetry porozdaję biednym dzieciom. Mama leciała za mną, z dwoma pudłami ciuchów na drogę. Dam głowę, iż ludzie myśleli, że właśnie nadchodzi Epoka lodowcowa i robimy zapasy dla naszej koloni. Musieli mieć niezłe widowisko, bo mama urządziła pożegnanie, jakbym wyjeżdżała na pewną śmierć do Afganistanu. Pociąg stał. Dobry konduktor. Najwyraźniej wie o biednych dzieciach z nadopiekuńczymi matkami. Pudła zostawiłam. Pewnie i tak przyśle mi je pocztą. Z dopiskiem 'Miłego pobytu w igloo!'.

Mara:
-Nie chcę tam jechać.
-Córciu musisz. To przecież jakby... twoja druga rodzina.
-Wiem mamo... ale...
-Poradzisz sobie, zobaczysz.
Ucałowała mnie przelotnie i wyszła z wagonu. Zostawiła mnie samą... Tak bardzo chciałam zostać w domu. Nie wiem czemu, ale strasznie bałam się powrotu do domu Anubisa. Od jakiegoś czasu, prześladowały mnie dziwne sny. Była tam pewna kobieta, z zamazaną twarzą. Jedynym słowem, jakie na dłużej zapadło mi w pamięci, jest Wybrana... Na początku byłam pewna, że to reakcja na przeczytanie jakiejś książki, czy obejrzenia horroru... Zaczęłam się bać, kiedy sny zaczęły się powtarzać. W dodatku pojawił się w nich Dom Anubisa... Widziałam jakieś dziwne pomieszczenie i krąg... Stałam na środku. Wokół mnie stali jacyś ludzie w kapturach i mówili nieznane mi dotąd słowa. Miałam wrażenie, że stał też tam Victor, ale... może mi się wydawało. Tak czy siak, wywoływało to u mnie mnóstwo obaw i najróżniejszych domysłów. Bo... przecież kiedyś mogłam tak być... Tylko nic nie pamiętam, przez tą głupią amnezję. Niektórych rzeczy nie dopuszczam do świadomości. Nie chcę... Ale teraz nie mam innego wyjścia i chcę przypomnieć sobie WSZYSTKIE zdarzenia sprzed wypadku. Pociąg ruszył. Byłam zdecydowana.

Fabian:
-Trudy nie wiesz kiedy ktoś przyjedzie?
-Prawdopodobnie późno. - Trudy krzątała się w kuchni. - Strasznie wcześnie przyjechałeś, wątpię żeby ktoś zjawił się o podobnej porze. Ale z Ciebie ranny ptaszek!
-Mam stąd najdalej. - wyjaśniłem. - Wyjechałem o 22.
-Jest szósta. - Trudy spojrzała na zegar. - To może chcesz się przespać? Chociaż za bardzo nie ma gdzie...
Zgłosiło się sporo nowych osób i musimy przydzielić wszystkim pokoje. To cud, że aż tyle dzieci, zgłosiło się  po tym... Przepraszam.
-Spoko. - wbiłem wzrok w podłogę. - Nic się nie stało. Naprawdę. Serio...
Trudy stanęła naprzeciwko mnie. O nie. Rozpocznie się kazanie. Monolog. O cierpieniu, szczęściu i innych takich... Błagam niech zdarzy się cud! Proszę, proszę, proszę...
-Przepraszam, może mi ktoś pomóc?!
Jest! Ocalony! Trudy pognała do holu. Postanowiłem iść za nią i sprawdzić, kto jest moim wybawcą. W drzwiach stała, objuczona pudłami dziewczyna, o śniadej cerze i ciemnych, krótkich, kręconych włosach. Miała na sobie czerwoną spódnicę, skórzaną kamizelkę i ciemne buty na koturnach. Wyglądała na dość zaspaną, podobnie jak ja.
-Już Ci pomagam kochanie. - Trudy rzuciła się ku nowej przybyłej. - Jak Ci na imię skarbie?
-Abby Roye. - uśmiechnęła się dziewczyna. - Przepraszam, że tak wcześnie, ale nie mogłam jechać późniejszym pociągiem.
-Nic nie szkodzi. Przynajmniej Fabian nie będzie sam. - roześmiała się Trudy.
Oho. Teraz będę musiał się przywitać. Nigdy nie lubiłem powitań. Zawsze się denerwowałem i nie wiedziałem co powiedzieć. Czułem, że wyglądam jak ostatni pajac. Abby lekko skinęła głową i wzięła resztę walizek.
-Pozwoliłam sobie zajrzeć do dokumentów Vicior'a... - Trudy wyjęła talerze z szafki. - Chyba jesteś z Hiszpanii, tak?
-Od strony mamy. Dwa lata mieszkaliśmy w Madrycie.
-Widać. Taka ładna z Ciebie dziewczyna. - zachwycała się Trudy. - Jestem pewna, że Ci się tu spodoba. Wszyscy się tu kochamy, szanujemy siebie nawzajem...
-CHOLERA ALFIE, WEŹ MI TEN PLECAK SPRZED RYJA!
Trudy poczerwieniała. Udawała zainteresowanie poplamionym sufitem i wróciła do robienia kanapek.
-Stella przyjechała. - wyjaśniłem.
Dopiero potem zorientowałem się, że przecież ona nikogo tu nie zna. Czyli znowu wyszedłem na idiotę...
Do salonu wparowała Stella i z głośnym hukiem, usiadła na kanapie. Torbę walnęła w kąt pokoju. Za nią wszedł Alfie, z mokrymi włosami.
-Chciałem wody...
-Nie sprecyzowałeś. - Stella okręciła włosy na palcu.
-Ale to chyba jasne, że jak prosiłem o wodę, to nie chodziło o to, żebyś wylała mi ją na głowę!
-Och, no wybacz. - powiedziała lekceważącym tonem. - Trzeba było konkretniej.
Abby stała z boku, z rozbawioną miną. Uprzejmie byłoby ją przedstawić... Może wtedy zmieniłaby stosunek do mnie i...
-Ale super! - Stella już stała przy niej i podziwiała jej oćwiekowaną kamizelkę. - Muszę sobie taką kupić... Jack uważa, że jestem satanistką, nosząc takie rzeczy. Pamiętam jak kiedyś zakazał mi robić piercing... Zrobiłam go pięć minut po tym, jak mi zabronił. Dla niego powinnam chodzić w ogrodniczkach, koszulach z kołnierzykiem i warkoczami. Podobno miałoby mi to przynieść, większy szacunek na ulicy. Bo ja tak pragnę być podziwiana przez babcie z ławeczki! - zakończyła dramatycznym tonem.
Dziesięć minut później, ja nadal zastanawiałem się nad tematem do rozmowy, Stella wciąż gadała z Abby, a Alfie, jak zaczarowany, wpatrywał się w nową przybyłą. Jestem ciekawy, co powie na to Amber...
-W Madrycie są murzyni? - Alfie zamrugał rzęsami.
-Sam jesteś murzyn! - wypaliłem nagle.
Abby i Stella spojrzały na mnie ze zdziwieniem. Zamilkłem. Psuję sobie opinię, nic poza tym. Chyba nie jestem, duszą towarzystwa...
-Puk, puk!
Do salonu weszła Grace, obładowana kilkoma walizkami.
-Nie pytaj. Mama. - puściła mi oko.
W mgnieniu oka, wyciągnąłem ją na korytarz.
-Błagam Cię wyprowadź mnie stąd! Chyba się skompromitowałem...
-Aleee dziwne! - roześmiała się. - Ok. Później się rozpakuję.

Grace:
Fabian, od ponad godziny, nawijał o swoich marnych umiejętnościach nawiązywania kontaktów. Cóż... jeśli chciał poderwać tamtą dziewczynę, to chyba się spóźnił, bo Alfie nie spuszczał z niej wzroku. Amber wróci, to oprzytomni. Doszliśmy do biblioteki. Jasper miał przyjechać, w ciągu najbliższego tygodnia. Obiecał przywieść mi coś o bogach egipskich i parę pamiętników archeologów. Lubię czytać takie 'nudne' brednie.
-... no i wtedy chcieli mnie wyśmiać. - Fabian kontynuował swój tragiczny monolog. - I pomyślałem, że... Chwila, co to było?
-Ale że co? - na chwilę się wyłączyłam.
-Czyjeś kroki. Ktoś tu idzie.
-Pewnie tatuś. Zgubił się listonosz, z prenumeratą Playboy'a. - odparłam krótko.
Fabian uśmiechnął się szybko, po czym ukrył się za budynkiem.
-Gdzie ty leziesz? Nic nam nie będzie!
-No nie wiem...
-Wyjdź.
-Słyszę kroki.
-Ja też. I co?
-Myślę, że to ktoś z sekty.
Przełknęłam ślinę. Zaczęłam się bać. Pamiętam jak więzili mnie na strychu... Brudnym, wilgotnym, cuchnącym... Było strasznie.
-To nie ich kroki... - zorientowałam się. - Są o wiele lżejsze.
Wystawiliśmy głowę zza muru. I wtedy spostrzegliśmy ją. Drobną, chudą z czerwonymi włosami... Ubrana była w cienką sukienka, a na ramionach miała zarzuconą szaroburą bluzę. W ręku kurczowo trzymała starą, odrapaną walizkę. Twarz miała bladą i zapuchniętą od łez. Szła wolno, jakby każdy krok stanowił dla niej ryzyko. Deszcz muskał ją w posiniaczone ręce. Na jej biednej twarzy, zatrzymywały się zimne podmuchy wiatru. I pomimo rzewnie lejących się kropel, widać było, że płacze... Chciałam wyjść zza budynku, ale Fabian chwycił mnie za łokieć.
-Co ty robisz?
-Spoko, znam ją. Audrey! - podleciałam do dziewczyny.
Pamiętała ją z pogrzebu. Odwróciła się. Spojrzała na mnie tymi swoimi biednymi, smutnymi oczami... Wyglądała jak zbity szczeniak. Właśnie, zbity... Miała posiniaczone ręce i kolana. Na twarzy było parę ciemniejszych plam. Ledwo trzymała się na nogach... Zaczęła płakać. Chciała coś powiedzieć, ale nie mogła. Dławiła się własnymi łzami. Fabian wyszedł zza biblioteki i zarzucił ją na plecy. Wzięłam jej walizkę. Na brązowej skórze bagażu, widać było drobne plamki krwi. Musieliśmy zabrać ją do Domu Anubisa.

Eddie:

-Wezwijcie pogotowie! - darł się Fabian, ledwo wszedł do domu.
-Nie... - zajęczała ruda dziewczyna. - On mnie znajdzie... i zabiję.
Razem z Grace, ułożyli ją na kanapie. Dopiero pięć minut temu przyjechałem, a już zdążyło się tyle wydarzyć. Trudy szybko opróżniała zawartość szafek, w poszukiwaniu wody utlenionej i innych takich bzdetów. Rudzielec był cały posiniaczony. Ale buźkę miał ładną... Podszedłem bliżej. Śliczna.
-Fabian, może Cię wymienię w funkcji pielęgniarza. - zażartowałem.
W odpowiedzi, obdarzył mnie spojrzeniem o treści "Możesz se pomarzyć". Wzruszyłem ramionami i wgryzłem się w kanapkę (dzieło moje i Alfie'go).
-Będzie z nami mieszkać? - rzuciłem od niechcenia. - Po stanie ogólnym wnioskuję, że nie ma gdzie się podziać.
-Eddie, proszę... - Trudy odkażała rany. - U nas jest komplet. Nie zmieści się...
-Można wy*ebać Eddie'go. Zmieści się. - zaproponowała Stella.
Roześmiałem się. Stellcia zawsze miała cięty charakter. Między innymi za to ją lubiłem. Aż pojawiła się Patt... Obiecałam sobie tego nie wspominać, więc... Myśli won!
-Ja jestem zapisana... tutaj. - wydukała ruda. - Do Domu Izydy.
-Do tych ćwoków? Współczucie. - poklepałem ją po obolałym ramieniu. - A, sorry...
-Spoko. - próbowała się uśmiechnąć. - Już prawie nie boli.
-Biedaczka... kto cię tak urządził, co skarbie? - Trudy pogładziła ją po włosach.
Dziewczyna spuściła wzrok. Jak na moje przypuszczenia, to ofiara przemocy domowej. Postanowiłem się z tym nie zdradzać, ale... wszyscy wiedzą jak jest. Swoje przeżyłem i pewne pojęcie o relacjach rodzicielskich mam.
-Upadłam.
-Upadła... - powtórzyłem, niczym echo.
Trudy nie uwierzyła. Nikt by nie uwierzył. Na szczęście do kuchni wparowała Patricia.
-Siemia idioci! Co tam u... Audrey! - pochyliła się na dziewczyną. - Jezu, co ci się stało?
-Ty wiesz... - odpowiedziała ruda bezgłośnie.
-Znacie się? - zdziwiła się Trudy.
-Pewnie. Od dziecka. - Patricia usiadła koło niej. - Ja, Jerome, Audrey i Joy, mieszkaliśmy obok siebie. Był jeszcze Avan, ten z Izydy. Przyjaźnimy się od piaskownicy. Znamy się najdłużej ze wszystkich mieszkańców. Postanowiliśmy też iść, do jednego internatu. Co się dziwicie? To normalne.
-Miałaś przyjaciół. Wow. - uniosłem brwi.
-Za to ty miałeś 'przyjaciółkę' - odgryzła się. - I to bardzo bliską.
Zamilkłem. Do tematu Niny, mieliśmy nie wracać. Nigdy. Chce wojny, to będzie ją miała. Nic nie poradzę na tę jej manię. Ozirion i Wybrana się połączeni więzią. Nie moja wina. Mogłaby dać spokój. Ale nie. Zawsze musi wyjść na jej zdanie. Trudno. Gaduła sama tego chciała. Jeszcze do mnie wróci. Na kolanach.

Patricia:
Kolejny wspaniały rok w tej pieprzonej szkole... Audrey zamieszka z nami, do czasu przyjazdu Joy. Jej starzy moją jakieś problemy w pracy i musiała odłożyć wyjazd. Przynajmniej nie wariuję, jak przed dwoma laty. Sama bym się siebie bała. Byłam okropna. Co akurat podobno jest moim atutem. Nie dla wszystkich rzecz jasna. Prawie wszyscy byli na miejscu. Alfie'mu mocno się dostało na wgapianie się w Abby, która, swoją drogą, jest całkiem, całkiem. Postanowiłam jej nie oblewać, jak nakazuję moja tradycja. Chyba, że zalezie mi za skórę. To poleje się... sok. Lub inny płyn. Abby przyczepiła się do Stelli. Dosłownie, została jej fanką nr 1. Jest jej inspiracją i wzorem. Do jej postaci dąży. O dziwo, Stellci to nie przeszkadza. Przeciwnie. Cieszy się, że będzie miała kogoś, jako swoją pomocną dłoń. Edzio właśnie zajadał batona. Patrzy na mnie tym pięknym, bezczelnym spojrzeniem...
-HEJ KOLEDZY I KOLEŻANKI!
-Jezu! - Stella rozbiła szklankę. - Dziecko Neo wróciło!
Dziecko Neo, czyli Mick. Z podusią pod pachą i dwoma różnymi skarpetkami, wyglądał zupełnie jak uciekinier z cyrku. Nie przejął się tym faktem i szerokim uśmiechem, wskoczył na stół.
-Eee macarena!
Witamy w Anubisie.

Mara:
Dotarłam. W końcu. Kiedy weszłam, Mick robił salto na stole. Czyli normalka.
-Hej wszystkim! - weszłam do środka.
-Mara! - zapiszczała Amber. - Pokaże Ci moje zdjęcia! I kosmetyki! Mam nowe! I buty! Też mam nowe!
-Nie mogę się... co ty tu robisz?
Na kanapie siedziała ona... ta z pogrzebu. Audrey. Jego była... Patrzyła na mnie błyszczącymi, brązowymi oczami. W ręku trzymała kubek kakao.
-Audrey będzie z nami mieszkać. - wyjaśniła Amber.
Jakby to ujął Eddie 'wryło mnie w ziemię'. Ona nie może... Eh, przez te głupie sny, zupełnie zapomniałam o Jerome'ie... Pomachała mi nieśmiało. Głupia krowa. Nie stać mnie na bardziej ciętą ripostę. Zaczynam zmieniać się w Fabian'a. Zmusiłam się do uśmiechu i wyciągnęłam do niej dłoń.
-Cześć. Fajnie, że będziesz... z nami.
Liczyłam, że nie poda ręki i będę mieć wyraźny powód, żeby jej nie lubić. No niestety. Uścisnęła mi dłoń i ozdobiła twarz, jednym z najbardziej uroczych uśmiechów. Nie był sztuczny... O dziwo. Była słodka jak miód, tak sama z siebie. Postanowiłam, że będę jej nie lubić. Mimo wszystko. Usłyszałam skrzypnięcie drzwi. Odwróciłam się. Wrócił. Ze swym beztroskim śmiechem i przebiegłym wyrazem twarzy. W oczach miał znajomy szelmowski błysk. Powrócił... Wydawało się, że resztki tego dobrodusznego Clarke'a, który jeszcze niedawno wszystkich przepraszał, zostały gdzieś pomiędzy drugim a trzecim rokiem szkolnym. I zadowolony był z tego chyba tylko Alfie. Wspomnienia sprzed trzech lat, okazały się silniejsze od czegokolwiek innego. Natychmiast podbiegł do kumpla i wyszeptał mu coś na ucho. Pewnie planowali kolejny wspaniały dowcip... Ze mną nawet się nie przywitał. Było mi trochę przykro, ale... przecież to nie koniec świata. W ciągu kolejnych dziesięciu minut, zgadał się z Audrey. Super. Jeszcze jego byłej tu brakuję... Nie żebym była zazdrosna, czy coś, ale... No właśnie, ale.
-Nie! - usłyszałam krzyk z przedpokoju.
-Panno Winchester! Proszę natychmiast stąd wyjść!
Wszyscy pobiegli do holu. Przy drzwiach stał Victor z obrażoną Giną.
-Nie chce iść do Domu Izydy. - biadoliła. - Tam są ćpuny, punki, hipisy i młodociani przestępcy! A dozorca ciągle psuję rury i łazienka non stop jest zalana. Myślałam, że się dogadaliśmy!
-Przykro mi, jest już komplet.
-Ale proszę no! Ja nie mogę nie chcę! Trudy! Uratuj mnie! Nie chcę mieszkać z jakimś niedorobionym hydraulikiem! Moja współlokatorka ma zrośnięte brwi! Proszę! Niee! - wydarła się, kiedy Victor chwycił ją w pasie i wystawił na zewnątrz.
-To się tak nie skończy! Znam dobrych prawników! Spotkamy się w sądzie! A może chce pan łapówkę z kapsli po tymbrakach? Albo paluszki? Cebulowe? Zwinę jednemu hipisowi. Taki gangster mnie nauczył. O, Dom Izydy, jednak do czegoś się przydaję. Tak czy siak, muszę...
Victor trzasnął mosiężnymi drzwiami i mrucząc coś pod nosem, ruszył do salonu. Stanął na środku pokoju.
-Wszyscy są?
Nagle ktoś trzasnął drzwiami wyjściowymi. Do salonu wbiegł Benny, objuczony masą instrumentów i plecakiem.
-Siema. Nie chcę nic mówić, ale jakaś babka rysuję nam graffiti na ścianie.
-Cholera jasna! - ryknął Victor i wyszedł z domu.
Benny 'podarował' połowę bagaży Fabian'owi, a sam zwinął kanapkę Eddie'mu. Szukał wzrokiem Stelli, która właśnie chowała się za blatem i nie miała specjalnej ochoty z nim rozmawiać. Nie przy nas.
-Marusia nie w humorze?
Odwróciłam się. Jerome. Z tym głupim, złośliwym uśmiechem.
-Czego chcesz?
-Miłości! - palnął teatralnie. - Jak tam Mickuś?
-Cudownie, dziękuję. - starałam się zabrzmieć luzacko. Nie szło mi za dobrze..
-Mara! - Mick nagle wyrósł pode mną i ukazał twarz umazaną majonezem. - Kupiłem Ci pamiątkę! Z Chin! Bo ja byłem w Chinach! Z tatą! Zabrał mnie za sukcesy sportowe! Kupiłem sobie skarpety z napisem Made in China. Fajna pamiątka, co? Wiem, wiem. Mam jeszcze masło.
-Masło.
-No. Z Biedronki. Superaśnie, co?
Nie mogłam  na to patrzeć. Jerome pokładał się ze śmiechu. Mick spojrzał na niego zdziwiony. Czy on nie może się normalnie zachowywać?! Najwidoczniej nie. Usiadłam na kanapie i sięgnęłam gazetę ze stołu. Z dworu dobiegały kolejne groźby o prawnikach i sądzie. Gina jest mocna. W końcu Victor wrócił. Bez Giny, ale za to... z Avan'em Moon'em! Jednym z tych 'gangsterów'.
-Chce wrócić do Domu Izydy! Nie zamieszkam w tym zadupiu.
-Już go lubię. - Stella wychyliła się zza blatu.
-Mogę zamienić się z Giną!
-Nie! - wrzasnął Victor.
-Ta menda ruska paździochowa przemalowała nam domek! - ogłosił Benny dramatycznie. - This is paranoja!
-Sam jesteś paranoją! - powiedział Fabian z wyższością.
Nie udało mu się. Znowu. Biedak. Nagle podszedł do mnie Avan i objął mnie w pasie.
-Maruśka, zrób coś! Jesteśmy kumplami!
Jerome nie wyglądał na zadowolonego, co dało mi pewną satysfakcję. Mimo, że Avan nic do mnie nie czuł, mógł jeszcze zrobi coś podobnego... Niestety Jerome był szybszy. Usiadł koło Patricii, zarzucił jej rękę na ramię i powiedział coś po cichu. Oboje zaczęli się śmiać. Zmizerniałam.
-Jak 'chodziłem' z Joy, też miałaś taką minę. - oznajmił Benny z uśmiechem.
-No gdzie. - Stella machnęła ręką. - My nie chodzimy.
-Nie?
-No... raczej nie.
-Powinniście. - powiedziała, milcząca dotąd Abby. - Z tego co mówiłaś to... Ok już się zamykam!
Benny usiadł na kanapie z zamyśloną miną. Stella usilnie starała sobie przypomnieć jakiś moment, świadczący o zawarciu związku. Wzruszyła ramionami i walnęła nogi na stół.
-Pech.
-Jesteśmy forever alone'y. - przytaknął Benny.
-Ale co ze mną? - przeraził się Avan. - Ja nie chcę tu mieszkać!
-Cicho! - warknął Victor. - Pokoje! Zaczynamy od dziewczyn. W różowym zamieszkają Abby, Amber i... Stella.
-NIE! - wrzasnęła. - Nie chcę mieszkać w jakiejś różowej dolinie jednorożcy! Nigdy nie lubiłam kucyków Ponny. Odrywałam im łby. I wrzucałam sąsiadom do ogródka.
-Możesz spać na dworze. - zasugerował Benny.
-Mogę nawet w pralce.
-Nie marudzić. - krzyknął Victor. - JA przydzielam pokoje! W pokoju naprzeciw: Mara i Grace. I ostatnim, czyli dawnym strychem: Patricia i Audrey. Teraz chłopcy! - przewrócił kartkę. - Alfie, Jerome i Benny: zostajecie na miejscu. Avan przeniesie się do Eddie'go oraz Fabian'a. Mick... ty nawet nie jesteś zapisany! Mam to gdzieś, bierz materac i maszeruj do Fabian'a! Mam szczerze gdzieś, czy komuś to się podoba, czy nie. Stella: Corbierre nadal jest różowy, lakier nie da się zmyć. Będziesz czyścić! A teraz won do łóżek! Życzę koszmarnej nocy!

Ufff, skończyłam! Błagaaam skomentujcie, parę godzin nad tym siedziałam xd Tak w ogóle, życzę wesołych świąt wielkanocnych <3 Z tej okazji opowiadanie jest meeega długie i zaczęłam nowy sezon. Tamtego nie chciało mi się ciągnąć. Ale spoko, wszystkie niewyjaśnione sprawy z 1 części, będą wyjaśnione. Jeśli ktoś ma jakieś wątpliwości, proszę pisać pod postem lub w zakładce pytania. 2 sezon będzie miał o wiele więcej części od pierwszego. Anonimku: konfrontacja Jerome'a i Eddie'go nastąpi właśnie w tej części, więc nie martw się, nie zapomniałam o Tobie ^ ^. Jestem przerażona 3 sezonem Anubisa (Jeroy O_O). Dzisiaj wstałam o 6.40 żeby zobaczyć na nickuj HD starą Jarę. Było o tym jak poszli do jego ojca, do więzienia... Teraz Marusia ma to w dupie, Jeruś jej nienawidzi i vice-versa.


"Jesteś jedyną, którą widzę"

"Zawsze będziesz moja, zawsze"

"Weź mnie za rękę. Weź całe moje życie, bo ja nie mogę się w tobie zakochać."

"Ty jedyna mnie akceptujesz."

 Jedyna... ta chyba jedna z czterech. Scenarzyści spieprzyli. Szukam jakiegoś nowego serialu i rozglądam się za innym fajnymi parami. Jary mi chyba nic nie zastąpi... Ale zawsze lubiłam też te:

Erica & Benny - Moja niania jest wampirem
Naty & Maxi - Violetta
Pablo & Angie - Violetta
Sam & Freddie - iCarly
Candace & Kirby - Brygada

Dużo wątków wzoruje właśnie na tych parach. Ale i tak Jara na pierwszej pozycji ^ ^. Ktoś ma jakieś życzenia, propozycje co do następnych opowiadań? Postaram się zrealizować (nie obiecuje kiedy, zależy mi żeby nie kontrastowało z fabułą). Przypuszczam, że po HoA zainteresuję się dwoma pierwszymi parami z Top Listy Sapphire ^ ^. Znacie, lubicie jakąś z wypisanych? Piszcie. Bardzo proszę o komentarze, dłuuuugo nad tym siedziałam C:

Sapphire.









środa, 27 marca 2013

Opowiadanie cz. 28

Grace:
15 czerwca. Zostały już tylko dwa tygodnie szkoły. Tymczasem ja nadal tkwiłam w odrapanym, starym pomieszczeniu wraz z dziwnymi członkami sekty. Muszę przyznać, że moi koledzy nieźle się spisują. Jak na razie, nie złapali żadnego z nich. Czyli patent z porzuconym amuletem, nie wypalił... Kiedyś będą musieli mnie wypuścić. Nie mogę siedzieć tu całe życie. Mam ambicję na przyszłość! Na przykład... oglądanie telewizji i duża paczka chipsów, bo i o niczym innym nie marzę. Fabian szczęśliwy, przesiaduję sobie u Rosie i obżera się pączkami, a mnie skazano na głodówkę, na jakimś opuszczonym strychu. Jedyną żywą istotą, z którą mogę porozmawiać, jest szczur. Wychodzi głównie w nocy i wyżera pozostałości skąpych obiadów. Amber umarłaby ze strachu. Z członkami sekty, nie mogę rozmawiać, no chyba, że może o innych Wybawcach. Tak to, mam siedzieć cicho i 'czekać na wypełnienie swego przeznaczenia'. Taa... trzeba było słuchać mamy i iść do głupiej szkoły baletowej. Przynajmniej pachniałoby ładniej... eh, brakuję mi nawet swoistego swądu Mick'a. Ile bym dała, żeby ujrzeć ten jego zakichany dresik. Tymczasem siedzę z tonami pajęczyny na głowie, gadam ze szczurem i ryczę po nocach. O, szepczą coś za drzwiami... pewnie o mnie. Czyżby znów chcieli zabierać mnie na stół operacyjny? Wyobraźnia jest piękna, doprawdy... Do pokoju wszedł gościu od pogrzebu i drapiąc się po brodzie, oznajmił:
-Jesteś wolna. Możesz iść.

Patricia:
Już od paru miesięcy, Fabian był z nami. Wspólnie przebrnęliśmy przez miliony rozmów z policjantami, natarczywe pytania i wątpliwości innych. Gliny zajęły się szukaniem sekty i Grace. Nie kupiły bajeczki o ceremonii. Znaczy, nie na poważnie. Uznali, że to jacyś szaleńcy i muszą zostań natychmiast unicestwieni. Ostatnie tygodnie, zleciały w błyskawicznym tempie. Najbardziej ucierpiała Stella, która dowiedziała się, że Rosie zorganizowała całą tą scenkę ze śmiercią... Była wściekła. A przecież Rosie nie mogła powiedzieć jej o tej całej ceremonii... Chciała nas chronić. Kiedyś, wraz z ojcem Jerome'a i moją (!) mamą zajmowali się zjawiskami paranormalnymi, przy czym bardzo interesowali się Egiptem. Połączyli te dwie pasje i... odkryli dużo ciekawych rzeczy... Ale o nich nie chciała nam już mówić. Ma wiele rzeczy do ukrycia, ale myślę, że kiedyś nam to wyzna... W odpowiednim czasie. Zamknęłam szafę i zbliżyłam się do lustra. W sumie wyglądam całkiem nieźle... Eddie będzie... Znaczy...
-Kogo ja oszukuję... - westchnęłam i padłam na łóżko.
Zależało mi na nim. Bardzo. Ale nie mogłam mu tego powiedzieć. Pomyśli sobie, że jestem łatwa... Poza tym mnie skrzywdził. To chyba wystarczający powód, dlaczego nie powinnam już mu ufać, prawda? A jednak. Jestem tak głupio zakochana. Głupio, bo nierealnie. Na co ja liczę?! Że wszystko będzie tak jak dawniej. Wstałam z łóżka i zamknęłam drzwi od szafy. Z niewiadomych przyczyn, nie zdjęłam jeszcze zdjęcia swojego i Eddie'go. Durna... Zerwałam fotografię z szafy i wrzuciłam do kosza. Chociaż prawdę mówiąc, powinnam to spalić, bo Alfie z łatwością dostanie się pod biurko i wydobędzie to przeklęte zdjęcie. Nie chce, nie mogę na nie patrzeć. To tylko przypomina mi o tym, że życie mam spieprzone i już nigdy nie będzie lepiej. Ale... jest za dużo rzeczy, których czas nie zatrze. Nawet za milion lat. A serce czyni swoją powinność. Coraz bardziej kocha, więcej nienawidzi...

Fabian:
-Fioletowa.
-A nie ta? Brzoskwiniowa? Pomarańcz będzie najmodniejszym kolorem w tym sezonie. - oznajmiła Amber, tonem obeznanego projektanta mody. - Nie mogę wziąć zielonej.
-Czemu? Jest ładna.
-Ale zielona? Teraz? Latem? Trzymajcie mnie! - westchnęła rozpaczliwie. - Nie macie najmniejszego pojęcia o modzie.
-Jak widać.
Doczekałem się. Znów z nimi jestem. Po tylu tygodniach, spędzonych z dala od nich, już chyba całkiem zapomniałem o tym, jak fajnie się z nimi gada. Dopiero teraz, uświadomiłem sobie, jak bardzo mi ich brakowało. Ciągłej paplaniny Amber, żartów Alfie'go, docinków Patricii...
-Grace musi być bardzo ciężko. - Amber spojrzała w sufit. - Nie radzi sobie.
-Może już nie żyję?! - przeraził się Alfie.
-Mhmm. Wpadłam pod kosiarkę.
-JEZUS MARIA?! Zawsze mówiłem, że... chwila, Grace?
Stała w progu. Uśmiechnięta, z założonymi rękami. Nie zważając uwagi, na sensacją jaką uczyniło jej wejście, ze spokojem wzięła kubek herbaty z blatu i usiadła na kanapie.
-Żyjesz. - stwierdziła Amber.
-Brawo. - roześmiała się. - Sekciory mnie wypuściły.
-Ale że jak?
-Normalnie. Powiedzieli idź, to se poszłam. A co, miałam tam zostać? W sumie... Gienek został teraz sam.
-Kto?
-Szczur.
-AAAA! - pisnęła Amber i wskoczyła na fotel. - Alfie bierz gazetę i załatw szkodnika! A kysz!
-On jest daleeeeko. - Grace rozciągnęła się na fotelu. - A więc: Wnioskuję, że Stella już wie o Rosie.
-Wie.
-Czyli ma przerąbane.
-Ma.
-No. - uśmiechnęła się. - Nie mogłabym żyć bez dramatów. Swoją drogą: wiedziałeś, że jak się długo nie myjesz, to włosy są taaakie! - próbowała odwzorować fryzury porywaczy. - Takie kudłate afra, z jakimś dziwnymi rzeczami we włosach. Na przykład agrafki, gumy do żucia, papierki po lodach, marichuanę...

Jerome:
Słowo daję - już nigdy więcej nie zabiorę się za, jak to mawiała Audrey, 'kucharowanie'. Zepsułem kuchnie! Szkody jakie wyrządziłem, mogłoby spowodować tornado, powódź, tsunami i pożar równocześnie. Trudy będzie musiała pracować w nadgodzinach... Mara czai się przy drzwiach... Bardzo dobrze. To znaczy, że wie o 'randce' mojej i Patricii, którą, Bóg wie, gdzie wywiało.
-Sorry.
Odwróciłem się. Przyszła. Natychmiast zdjęła rondel z kuchenki i otworzyła piekarnik. Przy uchyleniu drzwiczek od mikrofalówki, była zmuszona pootwierać okna na oścież. Cóż... jak mówiłem nie jestem dobrym kucharzem.
-Początek fajny. - zakaszlała. - Planujesz jeszcze jakieś eksplozję?
-Nie!. - roześmiałem się, po czym natychmiast umilkłem,  bo z garnka zaczęły rozchodzić się jakieś niepokojące odgłosy.

Mick:
JESTĘĘĘ PUNKIEM ;C

Stella:
Miłość matki do dziecka... Podobno największa siła na świecie. Tymczasem moja rodzicielka wcisnęła mi kit, że... nie żyję. Śmiechu warte. I jeszcze ma czelność mówić, że zrobiła to dla mojego dobra. Taa pewnie. Z pewnością będę szczęśliwa, kiedy nie będzie jej na świecie! A jeśli to jest jakiś sposób wyrażania uczuć w 21 wieku, to chyba już zupełnie nie ogarniam rzeczywistości. Pewnie dalej bym żyła w niepewności, gdyby nie porwanie Grace (która pije właśnie kakao i raczej nie grozi jej żadna kosmiczna siła). Wtedy przyszła tu z Fabian'em i zaczęła prawić jakiś monolog o miłości, poświęceniu... czyli tym, czego ona nie ma za grosz. Okłamała mnie... ta cała sprawa z Eddie'm, to przy tym pikuś. Przyzwyczaiłam się, że na ogół nikt nie liczy się z moimi uczuciami, ale to bolało. Bardzo... I choćby nie wiem co, nigdy nie będę mogła jej tego wybaczyć.


Koniec... Do zakładki Postacie (2) dodałam resztę osób typu: Alfie, Patricia. Niedługo rozpocznie się HoA Story 2. Następne opowiadanie będzie za około 3 dni. Przepraszam, ale na prawdę nie mogę wcześniej. Kompletny brak weny, nie wiem o czym pisać. A nie chciałabym zrobić czegoś takiego jak producenci w 3 sezonie. Więc jeśli macie jakieś pomysły to... Dawajcie, wszystko się przyda. Mało osób to czyta, a ja niestety taletnu nie mam, więc wychodzi jak wychodzi. W następnym opowiadaniu wywiążę się z życzenia jednego z Anonimków. Myślałam ostatnio nad Jarą i... chyba już mi tak nie zależy żeby byli razem... Nie zrozumcie mnie źle - kocham Jarę z 1 i 2 sezonu, ale 3... Mara jest chamska, zapatrzona w siebie, złośliwa, spragniona zemsty... Ma gdzieś to, że kiedyś próbowała pogodzić Clarke'a z ojcem, nauczyć go dawania drugiej szansy... Co się stało z jej dawnym charakterem? Proste. Trafił do Joy. A przecież to ona zawsze chciała się mścić, była złośliwa... Mara natomiast wierzyła w dobre intencje ludzi, a teraz uważa się za, jak to sama ujęła, 'Lady Marę', i ważne są dla niej tylko dobra materialne. Więc... czemu mieliby być razem? To są już inne osoby. Dla mnie Jara, zawsze będzie wzorem, mowa o 2 pierwszych seriach. I w to Marome będę wierzyła zawsze <3





poniedziałek, 25 marca 2013

Opowiadanie cz. 27

Grace:
Zatkało mnie. Jeszcze przed chwilą siedzieliśmy wszyscy razem i nie podejrzewaliśmy niczego złego. Gdyby tylko Rosie nie wychodziła... Ten facet z pogrzebu... trzymał Fabian'a i przykładał pistolet do jego głowy. Nie miałam pojęcia, co mam robić. Siedziałam przyparta do ściany, nerwowo skubiąc tapetę. Mężczyzna zbliżył się do mnie i przyłożył sine usta do mojego ucha.
-Pojedziesz ze mną... albo on pożegna się z życiem. - wskazał na Fabian'a.
Niewiele myśląc, pokiwałam głową. Patrzyłam się prosto w oczy starca. Mokre włosy, lepiły mu się do twarzy. Miał szarobure oczy i rysę na czole. Chwycił mnie za łokieć i wyprowadził z pokoju.
-Nie! Nie zgadzaj się! - krzyknął Fabian, ale mężczyzna przewalił go na ziemię.
Nie poruszał się.
-Jezu, co mu zrobiłeś... - przeraziłam się.
-Ocknie się. Może. - odparł bezmyślnie. - Chodź już.
Rosie, gdzie jesteś?! Już po mnie... Znalazł nas. Została mu tylko czwórka. I najwyraźniej jest pewien, że wszystko mu wyśpiewam.

Stella:
Siedziałam z nim w pokoju, już od paru dobrych godzin. O dziwo nie pisnął słowa o wampirach
(teraz przerzucił się na zombie). Powyciągał z szafy chyba z 15 pudełek ze zdjęciami.
-To jest Jenna. - podał mi zdjęcie jakieś dziewczyny.
Blondynka. Niebieskie oczy. Około, metr sześćdziesiąt. Malinowe usta i śniada cera. Ładna.
-Ok, ale... po co mi to pokazujesz? - odłożyłam fotografię do pudełka.
-Byliśmy kiedyś ze sobą. - wyjaśnił z przylepionym uśmiechem. - Rozstaliśmy się kiedy stwierdziła, że spotkała kogoś... dla niej. Na początku nie mogłem tego pojąć,a potem zobaczyłem jaka jest szczęśliwa i... odpuściłem.
-Czemu?
-Bo kiedy sądzimy, że jakaś osoba jest nam przeznaczona to... warto zaryzykować. Dlatego nie powinniśmy całe życie się załamywać ani winić drugiej osoby. To tylko pogorszy sprawę. Trzeba być szczęśliwym. Nie dla innych. Dla samego siebie.
-Coś jeszcze? - spojrzałam na zegarek.
-Nie.
Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu. Spojrzałam w jego stronę. Przypomniało mi się coś, co kiedyś powiedziała mi moja mama.
-Wiesz, że... - rzuciłam od niechcenia. - Jeśli ktoś patrzy Ci się w oczy, dłużej niż 7 sekund, to Cię kocha?
-Kurde... Mój okulista mnie kocha! OMG.
Uśmiechnęłam się lekko. Lubiłam go. Podobnie czułam się kiedy, jeszcze parę lat temu, rozmawiałam z Eddie'm. Rozwalała mnie jego rozbrajająca szczerość i stosunek do ludzi. Podczas kiedy ja odcinałam głowy moim lalką, on zawierał nowe znajomości i nabierał dystansu do świata.
-Z czego składa się miłość? - palnęłam niespodziewanie.
Zawsze chciałam wiedzieć. I pytam akurat jego? Głośno myślę. Najchętniej walnęłabym się cegłą w łeb i straciła pamięć tak jak Mara. Ave złe wspomnienia!
-Ymmm no.... - zamyślił się, po czym wypalił. - Z sześciu liter. Poza tym to uczucie, stan emocjonalny, bagatela między dwojgiem ludzi... Słowem - nie ogarniesz.
-Aleś ty mądry. - uniosłam brwi z udawanym podziwem.
-Jestem inteligenty, inaczej. - roześmiał się. - Tak jak ty Stellciu.
-Weź przestań! Nawet babcia tak do mnie nie mówiła.
-To jak?
-Więc... kiedy zobaczyła mnie przefarbowaną na czarno, zamknęła mnie w komórce i krzyczała: Precz szatanie!
-Czyli wzrok jej jeszcze nie nawalił. - szturchnął mnie w ramię. - Wyciągnął Cię ktoś?
-Sama wyszłam. Babcia boi się złych duchów. - mrugnęłam okiem porozumiewawczo. - Wampir!
-Teraz jest sezon na Zombie. Potem będzie na mumie!
-To durne... - zaczęłam. - Wygłaszasz mi jakieś zbędne monologi... Do czego mi to?
-Głupia jesteś. Tylko drugi człowiek potrafi uszczęśliwić nas całych i uradować nasze serce...
-... tak samo jak je zniszczyć i porzucić.
-Nie rozpamiętuj już. To, że kiedyś było źle, nie znaczy, że tak będzie już zawsze.
-Jasne.
-Głupia jesteś. - powtórzył.
-Jeżeli jestem głupia to tylko dlatego, że bardzo Cię kocham. Więc, masz rację. Jestem kompletną idiotką...
-No to trafiłaś na idiotę...
Zamrugałam nerwowo oczami, po czym uśmiechnęłam się ciepło, zrzucając cały dotychczasowy ciężar z mojego brudnego serca.

Patricia:
Jest! Quo Vadis przeczytane. Dzięki Bogu, za ten wolny dzień. Chyba pierwszy raz, przeczytałam całą lekturę na czas. Byłam do tego zmuszona. Internet wysiał, a kiedy poszłam do pokoju Mary, żeby streściła mi całą książkę, ta siedziała pod łóżkiem i kazała powiedzieć Jerome'owi, że wyjechała na drugi koniec świata. Dam głowę, że mu uległa. W tej samej chwili, do mojego pokoju wparował Clarke i padł przede mną na kolana. Uniosłam brwi pytająco.
-Zostaniesz moją dziewczyną?
-Eee? - przeraziłam się.
Zapewne dziesięć lat temu, byłabym wniebowzięta, ale nie teraz.
-Nie na poważnie Trixie! - roześmiał się. - Spójrz: ty masz problem z Eddie'm, ja mam problem z Marą... Podsumowując więc: mamy problemy.
-Wow. - pokiwałam głową. - Bystry jesteś.
-Wiem. - przytaknął z uśmiechem. - I moglibyśmy... żeby byli zazdrości...
-Ok stoi. Ale najpierw trzeba wyciągnąć Marę spod łóżka.
-Plan A nie wypalił. - przyznał, drapiąc się po głowie. - To chodź. - złapał mnie za rękę i pomógł wstać. - Trzeba to...
-Ale, że ot tak, oznajmić? Nie, nie. Trzeba to robić stopniowoooo. - wyjaśniłam. - Wtedy Marusia będzie bardziej zazdrosna.
-I Edzio.
-Tfu.
-Taa jasne.
-Oj daj już spokój! To jak? Kiedy pierwsza randka? - rzuciłam żartobliwie i oboje wybuchnęliśmy śmiechem.
Siedmioletnia ja, triumfowała.

Grace:
-Siedzi tu już trzy godziny. I nie pisnęła ani słówka!
-Jeszcze raz: powiedz nam, kim jest reszta, inaczej wrócimy i zabijemy tego Fabian'a!
-Spoko. - odparłam wesoło. - I tak go nie lubiłam.
Cackałam się z nimi już parę godzin. To byli chorzy ludzie... Mają zamiar zabić kogoś z Wybawców i go zjeść. Przynajmniej tyle udało mi się zrozumieć z ich pokręconych pogawędek. Nie chciałam skończyć jako zestaw Happy Meal w McDonald, chociaż frytki byłyby ze mnie całkiem dobre...
-Gadaj! - mężczyzna zawiązał ręce na mojej szyi. - Bo uduszę!
-I stracisz członka ceremonii? Dobry ruch. - pokiwałam głową z udawanym podziwem.
Facet splunął i podszedł do drugiego zbira z długą brodą i brudnym czołem. Mężczyzna podszedł do mnie i zapytał.
-Masz nam coś do powiedzenia?
-Tak - odparłam szybko. - Śmierdzicie.

Mick:
Łaka, łake ee ee!

Mara:
Kolacja przebiegała w miarę miło. Wszelkie obawy ogarnęły mnie wraz z przyjściem Jerome'a. Spodziewałam się jakieś akcji typu: "Ey Jaffray! Ale fajnie było!". Tymczasem on nawet palcem nie kiwnął. Zamiast tego, cały wieczór spędził na podwalaniu się do Patricii. I vice-versa. Wykorzystał mnie. Chciał tylko upokorzyć... Ale nic z mieszkańców, nawet wszechwiedząca Stella, nie miał najmniejszego pojęcia, o porannym występku. Eddie też nie wyglądał za wesoło. A oni... gadali coś o swoim dzieciństwie, tym, że ona kiedyś do niego... Z jakiegoś dziwnego powodu, strasznie mnie to denerwowało. Mózgu ogar! Aa... może to i dobrze. Trzeba zapomnieć o poranku... przecież to było niepotrzebne... pod wpływem chwili, emocji... Zapomnijmy. Tak będzie najlepiej. O... odwrócił się w moją stronę. Uwielbiam kiedy patrzymy w nasze oczy i pojawia się ten uśmiech, który pokochałam od razu. Tymczasem Stella zauważyła mój wyraz twarzy i oznajmiła:
-Jak nam na kimś zależy, to jesteśmy o tą osobę zaje.biście zazdrości.


Koniec! Już jutro zobaczymy jakże piękny pocałunek Jeroy! Uhuu! CIESZYCIE SIĘ?!
Bo ja nie.
Idę się zabić. Tak w ogóle, HoA wygrało w KCA! Nie zasłużyli ciule.
Mówię oczywiście o 3 sezonie, bo dwa pierwsze były cudne <3 Ale Eugene'a nie było na gali... WHERE ARE YOU GOING NOW?! No, ale... Amber była! Huhu <3 Ana wróóóóć!
Idę przygotowywać się na pocałunek Jeroy (czyt. wyjąć siekierę). Do napisania <3
Sappphire : 3



sobota, 23 marca 2013

Nowe postacie


Ello Sibuners <3 Właśnie piszolę następny rozdział ^ ^ Właśnie zrobiłam zakładkę z nowymi postaciami, które wystąpią w HoA Story 2. Strona była dostępna już wcześniej, ale teraz przeszła spore zmiany. Co myślicie o nowych postaciach? Kto najbardziej przypadł wam do gustu, a kogo się obawiacie? Piszcie na nowej podstronie :)


PS. Zmieniłam zdjęcie profilowe Grace w starej zakładce. To już ostatni raz, przysięgam! ^ ^

piątek, 22 marca 2013

Opowiadanie cz. 26

Mara:
Zwiałam. Jezu, co ja zrobiłam... Przecież Mick... Nie mam pojęcia, co we mnie wstąpiło. A najgorsze jest to, że było... fantastycznie. Jedyne, czego w tej chwili pragnęłam, to ponownie dostać deską w łeb i o wszystkim zapomnieć. Tymczasem gnałam, co sił, przez korytarz, oczekując nadejścia cudu lub zbawienie. Kiedy byłam już na schodach, zderzyłam się ze Stellą.
-Zrobiłam coś nie teges.
-Powiedziałam coś nie teges.
-Znaczy co?
-A ty?
-Nic.
-Nic...
Naszą interesującą dyskusję, przerwał groźny głos Victor'a.
-Panienki, to już nie mają co robić? W całym domu was słychać!
Stella zaczęła mówić coś o terminie ważności jakiegoś jogurtu, a ja czmychnęłam do kuchni. Bałam się jak cholera. Bardzo... W tym samym momencie, do kuchni wleciała Stella, a za nią Benny z zaskoczonym wyrazem twarzy.
-Co?! Nie... wcale tak nie mówiłam!
-Mówiłaś!
-Miałeś wizję, fatamorganę! Weź, idź do pediatry to pogadamy.
-Ale mów...
-Prima aprilis!
-Dzisiaj nie...
-Jezu skończmy temat. - jęknęła i padła na kanapę. - Żartowałam. I tyle. No to... Mara? Co się stało?
-Nic takiego. - wymamrotałam. - Możesz przestać? Daj mi spokój!
-Ale nic nie powiedziałam...
-Powiedziałaś! - stwierdził Benny z uśmiechem.
-Nie o Tobie mówię! Jak mogłam bym polubić osobę, z tak zrytym ryjem to...
Zostawiłam ich samych. Jestem ciekawa kto pierwszy pęknie... Sama mam jednak, poważniejszy problem. Wszystko przez jedno, głupie wspomnienie...

Fabian:
Bywają takie momenty, że wolałbym nie żyć, niż to wszystko przechodzić. Wspomnienia bolały. Bardzo...  Nina przychodziła do mnie tylko w snach. Patrzyła na mnie tymi głęboko niebieskimi oczami i opowiadała... jak to jest bez nas. Mówiła, że niedługo musi odejść, już na zawsze. Została jej ostatnia rzecz do zrobienia. Nie chciała mi jej zdradzić. Mam sam się dowiedzieć. Zawsze była bardzo tajemnicza, ale nigdy aż tak. Bała się. Szykowała się na definitywny koniec. Chciała odejść w spokoju... Odszedłem od okna. Pościeliłem łóżko i wziąłem koc z podłogi. Rosie jeszcze spała. Bardzo ją lubiłem. Była miła, energiczna... Podziwiam ją za odwagę i... poświęcenie. Stella była przekonana, że nie żyję, a tymczasem ona chroniła pozostałych uczniów. Szczerze mówiąc, uważam, że obrała dziwną taktykę, ale jak widać skuteczną. Nie da nikomu nas skrzywdzić i nie dopuści do tej ceremonii. Mimo to wie, że nie możemy siedzieć tu całą wieczność. Kiedyś trzeba będzie wyjść. Grace zasnęła... Nie spała prawie całą noc. Pisała listy... do Rufus'a. Nie powinien był ich czytać, ale ciekawość okazała się zbyt silna... Zeno był złym człowiekiem. Za wszelką cenę, chciał się nas pozbyć i sprawować nieograniczoną władzę. A ona... pisała o tym, że chciałaby, żeby wykazał się instynktem rodzicielskim, poznał ją... Wiedziałem, że i tak tego nie wyślę, ale po co pisała? Krople deszczu bębniły o parapet. Grace opierała waniliowy policzek o zimną szybę. Oddychała równo i spokojnie... W przeciwieństwie do mnie. Podobno w nocy cały się trzęsę i nawijam o czymś, bez przerwy. Zazwyczaj to Rosie mnie uspokaja. Grace ma twardy sen, nawet na tornado nie zwróciłaby uwagi. Mówi, że to przez chrapiącego brata. Przez tyle lat, miała okazję się przyzwyczaić. Ładnie wygląda... Ma włosy, trochę podobne do Niny. Oczy też, z tym że odrobinę jaśniejsze. Wziąłem ją na ręce i zaniosłem do pokoju. Miała siną, zziębniętą twarz. Przykryłem ją puchatym kocem, na co ona wydała cichy pomruk zadowolenia. Odwróciła się na drugi bok, zasłaniając całą twarz długimi, blond lokami. Byłem jej wdzięczny... Wyprowadziła mnie z dołka, podczas gdy inni mówili tylko żebym przestał się mazać. Poza tym, to ona najczęściej rozmawiała z Niną i chyba, jako jedyna, umiała nawiązać z nią kontakt, za dnia. Lubiła siedzieć w bibliotece, miała wielkiego hopla, na punkcie historii. Nina ciągle powtarza, żebym wziął się w garść. Nie umiem. Po tym incydencie z Joy, wolałbym na jakiś czas wystopować. Problem w tym, że ona tego nie zrozumie...

Patricia:
Nie umiałam mu już zaufać. A może nie chciałam, nie wiem. Tak czy siak, postanowiłam, że nigdy w życiu mu nie wybaczę. Tekst pierwsza klasa. Jak z jakieś marnej telenoweli. Eddie się stara... widzę. Ale to nie zmieni faktu, że z nią był... Ciągle mam ten obraz przed oczami. Prawdopodobnie kiedy będę miała 80 lat, nadal będę o tym rozmyślała. Podczas kiedy on będzie po 5 rozwodzie, ja wciąż nie dojdę do siebie i zacznę planować zemstę doskonałą. Nie odpuszczę. Chciał, to teraz ma. Niech pocierpi chłopak, nic mu nie będzie. Stella latała z góry na dół, znosząc jakieś pudełka z gratami Trudy. Z jednego z nich, wyciągnęłam te lalkę... Jeden z odblasków. Pamiętam jak Nina... Nie, nie mogę o niej myśleć. Strasznie mi jej brakuję, ale z drugiej strony, mam do niej żal o te całe... ekhem więzi. Ciężko jest spojrzeć w oczy chłopakowi, który mówił ci, że jesteś jedyna, a tym samym chadzał na spotkania do innej. Z tym samym tekstem. Nie jest nawet w stanie, wygooglować nowego. Żenua. Trudno. Umrę samotnie, tak jak się spodziewałam. Chociaż, prawdę mówiąc, jeszcze 10 lat temu, byłam zadużona w Jerome'ie. Taa, moja miłość z piaskownicy. Szybko minęło, po przelał on całą uwagę na Audrey. Byli razem, aż do wyjazdu do Domu Anubisa. Z tego co wiem, to nadal utrzymują kontakty. Ja w tym czasie, zainteresowałam się synem podwórkowego dozorcy. Nosił takie śmieszne spodnie na szelkach i zawszę częstował mnie balonową gumą. Także wspomnienia z mojego dzieciństwa, można zaliczyć do udanych.

Stella:
Powiedziałam. Niechcący... Spieprzyłam. Miało być "Benny zamknij mordę"!, a nie jakieś wyznanie miłosne! To przez przypadek... Tak se... rzuciłam, od niechcenia... Pogoda idealnie dostosowana do atmosfery dzisiejszego dnia. Zamiast deszczu, jest Wodospad Niagara. Woda leję się strumieniami. Zapewne niedługo dojdzie do potopu. Razem z Trudy, wyniosłam rzeczy z mojego pokoju, czyli byłego strychu, bo tam najbardziej przecieka. Victor lata w te i we wte, z żółtymi rękawiczkami i wiaderkiem w dłoniach. Przewrócił się 'tylko' 8 razy. Liczyłam. Ostrożnie wychyliłam się z kuchni. Nie żebym się chowała, czy coś, ale... JEZUS MARIA IDZIE TU!
-Witam Stellciu. - Benny stanął w progu z nieodłącznym, szerokim uśmiechem.
-Czego?! - warknęłam. - Idź do Mick'a, prostować banany. Świetnie mu idzie.
-Nie wątpie, ale... - zbliżył się o krok. - Wiem, że to co...
-Wiem co Ci się wydaję! Ale nie. Uważam, że nie powinniśmy...
-Być samotni?!
-... brnąć dalej w tą pomyłkę panie Walker.
-Czemu mówisz do mnie 'per'? Jesteśmy rówieśnikami... - uniósł brwi zdziwiony.
-To ma ustalić dystans między nami. - wyjaśniłam pobłażliwie. - Więc tak: nie było rozmowy, nie było niczego, nie znamy się, blablabla, możesz już iść.
-Bez Ciebie nie idę. - wyszczerzył zęby w uśmiechu.
-Besty. Prawa autorskie.
-No widzisz, jestem dzieckiem internetu. - spuścił głowę.
-TELETUBISIE MÓWIĄ PAPA!
-MICK! - wrzasnęłam. - ILE RAZY MAM CI MÓWIĆ, NIE CHOWAJ SIĘ ZA TĄ ZASŁONKĄ!
Mick zachichotał i wybiegł na środek salonu.
-Tinky Winky. - zaczął wykonywać układ taneczny. - Dipsy! Lala! Po! Teletubis! - potrząsnął biodrami. - TELETUBIS! Mówią nam: Heyoo!
-Cudownie. - zaklaskałam w ręce. - A teraz idź, i zobacz czy nie ma cię w drugim pokoju.
-Ok! - oświadczył Campbell radośnie i w podskokach wyszedł z salonu.
Odwróciłam się do Benny'ego. Wdech, wydech.... żebym znowu nie palnęła tekstu o wielkiej miłości.
-Posłuchaj, to nie jest tak, że...
Urwała, gdyż z łazienki dochodziły radosne okrzyki Mick'a:
-Sprawdziłem, nie ma!


Następny będzie wieczorkiem lub jutro. Macie jakieś pomysły na rozwinięcie akcji? Ok, to ja idę płakać, pociąć się, wypić soczek. Jerome poca... Joy. Nie dokończę. Tfuu. Keep calm and cry because Jeroy ;c


Sapphire.

środa, 20 marca 2013

Opowiadanie cz. 25

-Dziedzic, Wysłannik i Strażnik odnalezieni. Na moc boga Anubisa: przeklinam was Wybawcy! Jeden z was to skazaniec... Zapłaci za nasze winy! Jego krew będzie naszym ratunkiem, oddech błogosławieństwem, ciało ofiarą. Skóra jego, będzie zdarta i każdy w nią przyodziany, dostąpi zaszczytu i pokory. Jego ciało rozerwane, przeznaczymy na ucztę. Anubisie! Ceremonia właśnie się rozpoczęła...

Grace:
Od samego rana lało. Dosłownie. Woda płynęła strumieniami. Nie zostało, ani śladu po wczorajszych promykach słońca. Lubię deszcz. Kiedy byłam mała, razem z tatą i bratem, chodziliśmy do parku, właśnie w takie deszczowe dni. Nie odpuściłam ani jednej kałuży. Rozchlapywałam wodę na wszystkie strony, uderzając swoimi różowymi kaloszami o posadzkę. Brakuję mi tego... Moje relacje z tatą chyba już nigdy nie będą takie same. Omijałam go szerokim łukiem, w końcu to był dla mnie obcy człowiek. Okazało się jednak, że jest mi bliższy niż ktokolwiek, nie mówiąc już o moim biologicznym ojcu. Chciałabym dalej naiwnie wierzyć, że mój prawdziwy tata, który wcale nie chciał mnie zostawiać, tylko okoliczności go zmusiły, i cały czas bardzo dużo o mnie myślał. Puuf. Moje durne wizje zniknęły. A o miłości to mogę chyba tylko pomarzyć. Ciekawe czy Rufus kogoś kocha...? Taa, pewnie te swoje fotomodelki z okładki. Nie zależy mi na jego miłości. Wcale. Czemu miałabym tego chcieć? Po co mi miłość jakiegoś starego oprycha? A jednak. Mimo wszystko był moim ojcem i wiele bym dała żeby, okazał mi, choć trochę, tego rodzicielstwa... Wiem, że to głupie. Niestety to jedna z wielu moich wad... Kocham ludzi i jestem cholernie naiwna. Wierzę w zmianę człowieka... Właśnie przez to rozpadło się większość moich związków. Jeden za drugim, mydlili mi oczy, aż w końcu zostawałam całkiem sama. A potem były nieustanne zastanowienia, czy powinnam dawać komuś drugą szansę... Niedługo wytrwałam w tym postanowieniu. Są dwie grupy ludzi: Sprytni i naiwni. Zdecydowanie należę do tej drugiej. Pamiętam każdą wspólnie spędzoną z kimś chwilę, a w każdej było coś wspaniałego. Dlatego nie potrafię wybrać żadnej z nich i powiedzieć, że znaczyła więcej niż pozostałe. Mama zawsze twierdziła, że jestem niepoprawną romantyczną (co moim zdaniem, brzmi okropnie). Niestety mam skłonność do zakochiwania się (zazwyczaj nieszczęśliwie), ale nie ryczę przy zachodach słońca. Co nie znaczy, że nie lubię na nie patrzeć. Zawsze marzyłam, żeby przeżyć uczucie... jak w komedii romantycznej. Tymczasem moje życie można uznać za dramat obyczajowy. Ha, no i kolejna wada: lubię się wyżalać. Może nie lubię, tylko muszę. Nie lubię długo nosić ciężaru w sercu i często mam potrzebę komuś się wypłakać. Fabian właśnie się wybudzał. Drgały mu powieki. Lubiłam go. I rozumiałam. Wszyscy mieli dosyć jego ciągłych wywodów o Ninie. Tymczasem jemu to pomagało. Wiedziałam, bo sama tak mam. Oboje potrzebujemy ramienia do wypłakania. O, podnosi się. Otwiera oczy.
-Miałem taki fajny sen...
-O Ninie? - zgadłam.
Przytaknął. Podszedł do okna i zamyślił się głęboko. Chciałabym wiedzieć o czym myśli. Fabian żył w swoim świecie i chyba tylko Nina, miała do niego jakąś specjalną przepustkę. Stanęłam obok niego, nerwowo spoglądając w jego ciemnoniebieskie, nieobecne oczy.
-Przepraszam. - ocknął się. - Znowu... zbłądziłem.
-Wiem... - pokiwałam głową. - Rosie jeszcze śpi. Zrobić Ci herbatę?
-Później.
Znowu 'odszedł'. Zawsze działo się to w najmniej spodziewanym momencie. Zacisnęłam wargi i oddaliłam się od okna. Chciał zostać sam. Niech pomyśli. Tak na dobry początek dnia. Ja też muszę. Usiadłam na parapecie w kuchni i zamknęłam powieki. Powoli przenosiłam się do mojego świata...

Mara:
Matko, znowu to uczucie. Wczoraj wieczorem była u nas Gina. Chciała zapisać się do internatu, na następny semestr. Myślę, że zrobiliśmy na niej w miarę dobre wrażenie, pomijając fakt, iż Mick nadal zgrywał idiotę. Poza tym, było całkiem sympatycznie. No właśnie, było. Rozmawiała z Jerome'm. Ba, niby nic złego, ale... Czułam się dość nietypowo na to patrząc... To dziwne, ale od ostatniego czasu nękają mnie jakieś dziwne obrazy z przeszłości. Zapomniane wspomnienia, za wszelką cenę chcą wrócić... Jakby było w nich coś bardzo ważnego. Ale co mogło się zdarzyć? Nadal jestem z Mick'iem, naprawdę nic się nie zmieniło. Eddie'go pamiętam ledwo, ledwo. Pozostali dojechali dopiero na początku roku szkolnego, więc ich już kompletnie nie kojarzyłam, ale teraz nadrobiłam wszelkie straty. Bardzo lubiłam Grace, Stellę (choć nieco mnie przerażała) no i Benny'ego. Nie chciałam zaglądać do żadnych albumów, wykasowałam wszystkie zdjęcia z telefonu. Na początku wmawiałam sobie, że to tylko niepotrzebne śmieci, ale teraz otwarcie przyznaję, że po prostu się boję. Boję się własnych wspomnień. Nie mam pojęcia co robiłam. Jeszcze te zdjęcia Amber... co ja gadam, to na pewno fotomontaż! Przecież ja nigdy w życiu nie mogłabym być z Jerome'm. Owszem, pomógł mi w wyborach, rozmawiał ze mną, dość często... ale żeby z nim być? Niee. To nieprawdopodobne, nierealne i niemożliwe. Włożyłam książki do torby. Dzisiaj zaliczenie z lektury... Założę się, że większa połowa klasy nie przeczytała. Od zawsze lubiłam książki. Moi rodzice byli sportowcami i większość czasu nie było ich w domu, ale zawsze znaleźli chwilę, żeby mi coś przeczytać. Kiedy ich nie było, robiła to babcia. Siadała w bujanym fotelu, brała mnie na kolana i czytała. Wspólnie pisałyśmy różne teksty, bajki... Wkrótce potem zmarła. Zabrała do nieba nasze wspólne baśnie i jej słodki zapach imbiru. Pamiętam jeszcze jak pisałyśmy bajkę o królewnie i księciu. Byłam rozczarowana zakończeniem, bo księżniczka nie wyszła za księcia, tylko za jej najlepszego przyjaciela, giermka. Byłam oburzona. Babcia powiedziała, że można kierować się rozumem, ale to serce, ma ten decydujący ruch. Ktoś puka. Pewnie Victor, czepia się o niezgaszone światło w łazience...
-Wejść.
W drzwiach stanął Jerome... Rzucił marynarkę na łóżko i rozłożył się na tapczanie.
-Co ty robisz? - marudziłam. - Muszę iść do szkoły.
-Nie pamiętasz? Dzisiaj ostatnie klasy mają testy.
-Zupełnie zapomniałam. - wymamrotałam.
Czyli niepotrzebnie, całą noc, siedziałam nad referatem z historii. Usiadłam koło niego. Nie bardzo wiedziałam, co mam zrobić. Wygonić go? Nie, nie będę taka wredna.
-Masz jakieś plany na dzisiaj? - wypalił niespodziewanie.
Osłupiałam. Chodzi mu o randkę? Odgarnęłam włosy za ucho. Głos stanął mi w gardle. Nie mogłam wydusić z siebie, ani słowa.
-Nie słyszę odmowy! - roześmiał się Clarke.
-Jerome... - wydusiłam z siebie. - Mick... Ja naprawdę nie...
Naprawdę chce. Tylko za nic mu tego nie powiem. Czasem chciałabym serce zostawić w szufladzie, a sumienie zakopać w ogródku. Jezu, o czym ja myślę? Odbija mi, pewnie przez tą pogodę. Ciśnienie, to wszystko.
-Taa on. - przypomniał sobie szybko. - To porobimy coś innego. Pobawimy się! - oznajmił z uśmiechem.
-Nie mamy pięciu lat. - przypomniałam mu.
Jestem opętana. Myślę o Tobie. Ciągle. Nie wiem czemu. Tak po prostu.
-Wszystko dobrze?
-Tak.
Nie. Wysiadł mi rozum. Błagam wyjdź. Nie, nie wychodź.
-Przepraszam za to, co teraz zrobię. - jego oczy były coraz bliżej mojej twarzy.
Już nie było odwrotu. Pocałował mnie i wyszeptał tylko:
-Cały czas pamiętałem twój zapach...

Benny:
Siedziała u mnie w pokoju z dwoma pudełkami chusteczek i twarzą zalaną łzami. Stellici zebrało się na wspomnienia... Nie wiedziałem jak jej pomóc. Ciągle uciekała, ale zawsze wracała. To był taki jej sposób przeprosin. Inaczej nie umiała. Już od ponad godziny zawodziła coś o nieszczęśliwej przeszłości, Eddie'm, błędach, których nie da się naprawić... Chciałam mi coś wyznać... miała to wypisane na twarzy. Wstała z łóżka i stanęła przede mną z poważną miną.
-Ok. 9 liter, 2 słowa. Masz do wyboru: Kocham Cię albo Pieprz się.


Dzisiaj krótkie, może jeszcze coś dopiszę. Anonimki mogą już komentować ^ ^ Pozdrawiam <3


Opowiadanie cz. 24

-Ok. Teraz chwila prawdy. - Alfie położył wisior na ziemi. - Mamy okazję dowiedzieć się, kto jest Wybawcą. Ej, gdzie jest Trixie?
-W kuchni, z Jerome'm. - wyjaśniła Amber szybko. - Poczułeś ból, tak? Czyli mamy dwie osoby: Ciebie i Grace. Eddie, Fabian i ja, odpadamy.
Lewis zawinął wisior w bluzę i schował do szuflady.
-Ma taką moc...

Tymczasem, Stella i Eddie, siedzieli w kuchni za blatem. Miller ostrożnie wychylił głowę.
-Już od trzech godzin tak siedzą...
-A Mara nic sobie z tego nie robi! Nawet pokazać się nie raczyła. O nie, a jak on w niej... Mój plan legnie w gruzach! - biadoliła Stella.
-Przecież oni się nawet nie lubili...
-Lubili, lubili. - mruknęła dziewczyna. - Wspomnienia mają dużą moc. Uduszę tą Jaffray... I jej spoconego chłopaka też! Gdyby nie miała takiej manii na punkcie jego zbzikowanej mordy, byłoby zupełnie inaczej! A Jerome nawet dupy nie ruszy, żeby cokolwiek zrobić! Leń pieprzony. - zazgrzytała zębami. - Wiem. Zadzwonię do tej jego Audrey i dowiem się, co tam z nim zrobić.
Gwałtownie wyparowała zza blatu, łowiąc zdziwione spojrzenia brata i Patricii.
-Wychodzę! - oświadczyła. - Miłej balangi, życzę.

Godzinę później, była już przy telefonie. Wyciągnęła, spod poduszki, komórkę Jerome'a i weszła w spis kontaktów. Jest. Kliknęła zieloną słuchawkę i przyłożyła telefon do ucha. Po paru sygnałach, usłyszała łagodny, ciepły, melodyjny głos.
-Halo?
Umilkła. Przez chwilę zupełnie nie wiedziała, co ma powiedzieć. Nabrała powietrza w płuca i rozpoczęła przedstawienie.
-Dzień dobry słoneczko! - zaszczebiotała do telefonu. - Z tej strony Joan Clarke.
-Dobry wieczór. Jest pani u Jerome'a? Wydawało mi się, że dzisiaj panią widziałam...
-Co?! Nie, nie... Stęskniłam się za synkiem, po prostu no. Kiełbaski mu przywiozłam... Ale mniejsza. No kochanie, sprawę mam. Bo widzisz... - ściszyła głos. - On się waha!...
-Nie bardzo rozumiem... Czy chodzi pani o Marę. O, to bardzo miła dziewczyna.
-Yhy. Ale czy on... lubił Patricię Williamson?
-Patt? No pewnie, przecież znamy się już od piaskownicy.
-WHAT?! Znaczy... Słucham?
-Nie pamięta pani? Codziennie się razem bawiliśmy. Ja, on, Patt, Avan i Joy.
-Tak...
-Byliśmy nierozłączni. Naprawdę pani nie kojarzy?
-Kojarzę, kojarzę...
-Pamiętam jeszcze - rozpędziła się Audrey - Takie nasze głupie zabawy z dzieciństwa. Avan stwierdził, że nigdy nie zakocha się w brunetce, Joy zarzekała, że zrobi wszystko dla jakiegoś fajnego chłopaka, a Patt i Jerome... cóż, przysięgli sobie, że jeśli do 18 roku życia nie znajdą prawdziwej miłości, to się ze sobą ożenią.
-ŻE CO?! - wrzasnęła Stella. - CO TY MI TU PIEPRZYSZ?! MÓJ SYNUŚ NIGDY W ŻYCIU NIE ZWIĄZAŁBY SIĘ Z TĄ RUDĄ DIABLICĄ! JA DZIĘKUJĘ ZA TAKIE WSPARCIE! ŻEGNAM!
-Ale pani Clarke, to tylko głupia zaba...
Trzasnęła komórką o ścianę. Ze złością wyparowała z pokoju, nołkatując przy tym biednego Alfie'go. Przechodząc przez salon, usłyszała tylko:
-Matko, przypomniała mi się ta nasza przysięga sprzed 11 lat.
-Haha, pamiętam! A osiemnastka za rok! - roześmiała się Williamson.
Stella pobladła. Wyglądała jak porcelanowa figurka.
-Ej Stellcia! - Benny zszedł po schodach. - Co to za minka? Nie przyjęli Cię do chóru kościelnego? Spróbuj ich zrozumieć...
Dziewczyna trzasnęła, pierwszym lepszym, wazonem o podłogę. Z niewinnymi oczami, stanęła przed obliczem wściekłego Victor'a.
-Masz pojęcie co zrobiłaś?! To miało tysiące lat!
-A ja mam tylko rok.
Victor posłał jej oburzone spojrzenie i wraz ze 'szczątkami' wazonu, udał się do swojego gabinetu.
-Na co masz tylko rok? - zainteresowała się, stojąca obok, Mara.
Stella spojrzała na nią z wyraźnym niezadowoleniem. Podeszła do niej i zabłysnęła tymi swoimi lodowatymi oczami.
-Na naprawienie tego co TO zepsuło!
Rozgoryczona wskazała na Mick'a, który właśnie zajadał Bakusia i nie bardzo wiedział o co chodzi.

-Nie, nie zagram z tobą w szachy!
-Ale to świetna gra! Kreatywna, logiczna...
-Uwierz mi: po 80 partiach, może się znudzić.
-Nie gadaj!
Fabian klęczał przed Grace, z pudełkiem szachów w rękach. Grali już od samego rana i nawet Rosie miała miała dość słuchania entuzjastycznych okrzyków Fabian'a. Rutter, ze smutną miną, odłożył grę na półkę.
-Weź, się nie załamuj. - roześmiała się Grace. - Dzwonił Alfie. On też w tym siedzi. Ma medalion, to poszuka innych Wybawców. Dziwne, że sekta go zgubiła... - zamyśliła się na chwilę. - Tak czy siak: teraz będziemy już skompletowani! I chyba już nawet wiem, kto jest Ozirionem Mary...

Śniadanie przebiegało w dość miłej atmosferze. O dziwo, Victor przymknął oko na brak Grace. Wydawał się nawet zadowolony, że liczba dzieciaków uległa zmniejszeniu. Kupił bajeczkę o nagłym wyjeździe do poszkodowanej ciotki i wrócił do swoich codziennych obowiązków. Mick usiłował wyprostować banany.
Mara, kątem oka, przyglądała się Patricii i Jerome'owi. Coś ją kuło... Jedno zapomniane wspomnienie, usiłowało zmienić całe dotychczasowe życie. Stella zauważyła jej wyraz twarzy i pokiwała głową, ze zrozumieniem.
-Mickuś...
-Słucham Cię?
-Co ty robisz?
-Prostuję. - wyjaśnił z uśmiechem, po czym ponowił czynność.
Mara westchnęła i wbiła wzrok w talerz.
-Stella... - zaczął Benny.
-ODPIEPRZ SIĘ!
-Ale...
-Powiedziałam nie!
-Przecież...
-NIE!
-Ale ja tylko o godzinę chciałem spytać. Ale spoko, możesz nie odpowiadać. Rozumiem, że temat czasu bywa drażniący, ale spójrz na Mick'a.
-NIE LICZĘ GODZIN I LAAAAT!
Stella lekko poczerwieniała. Wzięła torbę i z wyniosłym wyrazem twarzy, wyszła z kuchni.

-Spieprzyłam. Znowu. Zawsze uważałam, że nie powinno okazywać się swoich prawdziwych uczuć. W innym wypadku, należało liczyć się z porażką i zawodem. Jeszcze nigdy nie przegrywałam z tą zasadą, a teraz... jakby to ujął Benny "czarownica straciła wszystkie swoje umiejętności". Nie chcę wrócić do tamtego wcielenia. Do słodkiej dziewczynki, która tak bardzo kocha ludzi i naiwnie wierzy w miłość. Może to dlatego, tak bardzo lubię Grace. Przypomina mi siebie... kiedyś.
-Nie wierzę... - Mara pokręciła głową. - Ty?
-Blondynka, roześmiane oczy, brak czarnych elementów garderoby, taa. To byłam ja.
-Tak bardzo przypominasz mi Jerome'a... To wszystko... przez Eddie'go?
-Raczej przez moją krytycznie niską samoocenę. - poprawiła się na fotelu. - Nie wierzyłam w siebie. Nigdy. Kochałam innych i zawsze im pomagałam, ale siebie uważałam za kompletną idiotkę. Eddie nauczył mnie, że trzeba zaakceptować siebie, takiego jakim się jest. I prawie mi się do udało... Potem zadzwonił i znowu wszystko runęło. - wspomniała ze smutkiem. - Moi przybrani rodzice, mieli obsesję na punkcie szkoły i edukacji. Praktycznie całą podstawówkę, spędziłam zakuwając. Dopiero potem zaczęłam się buntować i rozpaczliwie szukałam kontaktu z mamą. Tą biologiczną. Wiedziałam, że widywała się ze mną, kiedy byłam mniejsza, ale potem zabronili jej się ze mną spotykać. W końcu ją znalazłam i przez jakiś czas było dobrze. Niedługo potem, zmarła. Co było strasznie dziwne, bo nigdy nic jej nie dolegało.
-Może Ci o tym nie mówiła...
-Powiedziałaby.
-No tak...
Przez chwilę siedziały w milczeniu. Do pokoju, weszła pani Andrews z notatnikiem w ręku.
-Witam was kochani. - uśmiechnęła się ciepło. - Jak dobrze wiecie, niedługo zaczyna się nowy semestr. Ostatnio, z powodu dobrze znanych wam sytuacji, znacznie spadła liczba uczniów. Jeśli znacie osoby, które byłyby zainteresowane uczęszczaniem do naszej placówki, poinformujcie je o naborach. Wszelkie zmiany dotyczące miejsca zamieszkania, nastąpią po wakacjach. Życzę miłego dnia.
Zapisała coś w notesiku i wyszła na korytarz. Mara wyglądała na zmartwioną.
-O nie. - westchnęła. - Nie chce zmieniać miejsca zamieszkania. Lubię Dom Anubisa. Chociaż swoją drogą, dobrze by było poznać nowych ludzi.
-Prawdopodobnie trafią do nas. - ziewnęła Stella. - Podobno cieszymy się najlepszą opinią. O dziwo. - mruknęła. - Nie wiem kto by chciał mieszkać z emerytowanym leśniczym i spoconym debilem, znaczy... Mick'iem.
-Daruj sobie. Mam dosyć...
-Mick'a?!
-Nie!
-Oo. W takim razie, zupełnie nie interesuję mnie, co masz do powiedzenia. - odparła wyniośle i wyszła z podniesioną głową, zostawiając zmartwioną Marę samą.

Jerome przewrócił całą zawartość szafek, w poszukiwaniu zaginionej komórki. Pokój wyglądał tak, jakby właśnie przed chwilą, przeszło tu tornado. Chłopak dopadł, w końcu do półki Alfie'go. Szybko przekopywał mu szuflady, wyrzucając różne bzdety na podłogę. Nagle w ręce wpadło mu coś metalowego. Jakiś tajemniczy ból, przeszedł całe jego ciało. Przez chwilę widział tylko zamazane barwy.
-Hej! - usłyszał kobiecy głos. - Słyszysz mnie?
Stała nad nim niewysoka dziewczyna, z długimi, brązowymi lokami.
-Taa... - wydusił z siebie. - Małe przepracowanie. Jest ok.
-To dobrze. - roześmiała się.
-My się chyba nie znamy?
-Nie. Jestem Gina. - podała mu dłoń. - Właściwie to pani Andrews kazała mi się tutaj zgłosić. Przyszłam do pana Victor'a, w sprawie drugiego roku, ale chyba go nie zastałam. Nie wiesz może, kiedy wróci?
-Powinien niedługo być. - odparł Clarke bez namysłu. - Chcesz tutaj mieszkać?
-Chyba jest najbardziej przyzwoicie ze wszystkich. Byłam w domu Izydy, ale tamtejsi ludzie to w większości punki i hipisy. A ja nie należę do żadnej z subkultur. - wyjaśniła ze śmiechem. - Chociaż... tu też mam pewne wahania. Przed chwilą staranował mnie jakiś spocony blondyn. Beknął Hello!, zrobił gwiazdę i pobiegł na górę. A przy tym wszystkim, odśpiewał mi "Odę do radości". Mam się dziwić?
-Nie. To tutaj normalne. - roześmiał się Clarke. - Poczekaj w salonie, Victor powinien zaraz być.


The end ^ ^ Kochani: bardzo chciałabym prosić was o komentowanie opowiadań. Uważam, że to miły gest i bardzo chciałabym wiedzieć, że komuś moje wypociny się podobają xd Patrząc na liczbę wyświetleń, myślę, że trochę was jest. Opowiadanie 25 jest już napisane, ale dodam jak będzie minimum 7,8 komentarzy (moje się nie liczą). W zamian za to, mogę włączyć do opowiadania jedną wybraną przez was scenkę. Na przykład ktoś będzie chciał czyjąś randkę, spotkanie z jakąś postacią, wydarzenie, to dodam to do części 25. Uwaga: nie spełniam próśb o włączenie Willow i K.T do opowiadania. Także: bardzo was proszę. A na koniec może coś optymistycznego:


Pozdrawiam ^ ^




piątek, 15 marca 2013

Opowiadanie cz. 23

-Więc jesteś gotem... - Mick uważnie przyjrzał się Stelli.
-No. Powiedzmy. - dziewczyna przeciągnęła się na fotelu. - Czemu pytasz? Nie masz pomysłu na nowy image? Uuu, przykre. - wyjęła z torby butelkę coli.
-Wiesz, tak myślałem - ożywił się chłopak - Że zostanę... punkiem.
Stella gwałtownie wypluła cały napój, mocząc twarz rozmarzonego Campbell'a. Mick ściągnął marynarkę i wytarł nią mokrą buzię.
-Taki bez zasad... Bez kompromisów... Mówię Ci Stella, czad po prostu...
-Nie wątpię. - uniosła brwi. - Mickuś... czy ty masz coś z głową?
-Proszę? A, mokra trochę... - przetarł ręką przemoczone włosy. - No. To muszę kupić jakieś różowe ciuchy.
-Eee?
-Punki ubierają się na różowo, nie wiedziałaś? Ale z Ciebie głuptas! - roześmiał się Mick i wybiegł z salonu.
Stella westchnęła i kręcąc głową, wróciła do czytania.
-KUKU!
-BENNY! - upuściła z rąk książkę. - Co ty odpieprzasz?!
-Bawię się w Mick'a - chłopak usiadł koło niej. - Co czytasz?
-Nic.
-No pokaż. - wyrwał jej książkę z dłoni. - "Pragnienie". Kolejna książeczka o wampirach?
-Nie, wampirów tam nie ma. Wyjmij ten czosnek z kieszeni, nic Ci nie zrobię!
-Lepiej nie ryzykować. - mrugnął do niej Walker.
Po chwili delikatnie się przybliżył. Stella kawałek się odsunęła. Benny przysunął się z powrotem. Stella znów się oddaliła. Walker przesunął się znacznie dalej, na co dziewczyna gwałtownie posunęła się w bok i spadła z kanapy. Chłopak nie mógł przestać się śmiać. Stella powoli wstała z podłogi. Skierowała lodowate oczy, w jego kierunku.Benny podniósł wzrok.
-Spokojnie Stellciu, nic nie zrobiłem...
-Nie?
-Zrobił! - wyskoczył Mick zza drzwi. - Siedzi i oddycha! HA! No i co?! Kto tu jest głupi?!
-HAHAHAHA, nadal ty...
-Oo. Szkoda. - opuścił głowę Campbell i z smutną miną, usiadł na kanapie.
-Jesteście jeszcze młodzi. Nie to co ja. - westchnął. - Powinien myśleć już o pracy, założeniu rodziny... chciałem mieć też swój własny sklep: Garnki Mick'a. Jestem dobry w garncarstwie. Kiedyś zrobiłem taki ładny talerzyk. O, taki - pokazał rękami kształt. - Był naprawdę bardzo ładny. Wszyscy mnie chwalili. Byłem taki dumny. - w jego oczach pojawiły się łzy. - Teraz chce kontynuować naszą rodzinną tradycję. Mój sklep tak wiele osiągnie... Zostanę kimś... Może nawet zdobędę Nobla. - rozmarzył się. - Tak, tak wiem co myślicie: nieudacznik, oferma... A jednak, moi drodzy koledzy i koleżanki, mylicie się. Mogę wam zagwarantować, że będziecie regularnie korzystać z usług "Garnków Mick'a". Dla was będą zniżki, oczywiście. Przyjaciele, kochani! - objął ich ramieniem. - Mogę założyć sklep w garażu. Będzie smerfastycznie! - oznajmił rozanielony i pobiegł obwieścić wesołą nowinę Victor'owi.
Stella, która właśnie uwolniła się spod jego spoconych ramion, otworzyła szeroko okno i z trudem łapała powietrze.
-Ja... go... kiedyś... URŻNĘ! - wrzasnęła. - Co mu jest?! Zjadł pępowinę, przy porodzie?!
-On to chyba robi specjalnie. Żebyśmy go zauważali.
-Ja go nie zauważam. Ja go CZUJĘĘĘĘ! - jęknęła przeciągle. - Przypomnij mi: Czemu Mara go jeszcze nie rzuciła?
-Może się boi... Albo go k...
-What? Daj spokój, nawet świnia by go nie zechciała. - postukała się w czoło. - Ale przecież wiedział, że ona i Jerome byli razem... Schrzanił to. Ja mu kiedyś podpale, te cholerne "Garnki Mick'a"! Niech cierpi!
-Czemu Ci tak na tym zależy? Na jego życiu...
-Proste. Bo nie mam swojego. - odparła bez namysłu. - Słuchaj, wiem co przechodzi Jerome i chciałabym mu pomóc. Żeby nie czuł się tak jak ja kiedy Ed... Nieważne.
Benny roześmiał się i usiadł na kanapie.
-Stellciu przestań ciągle rozpamiętywać wydarzeń z przeszłości. Spójrz na Mick'a: on jest szczęśliwy, bez względu na wszystko.
-Taa. Gdyby był koniec świata, też by szczerzył tą gębę.
-Może, ale jest pozytywie nastawiony.
-Do wszystkiego?
-No raczej n...
-Mickuś! - zawołała go Stella. - Mara umarła!
-Ahh to życie! - dało się słyszeć westchnięcie. - Tak szybko mija! Ale to nie powód do załamki. Trzeba się śmiać, cieszyć i... o, Mara jednak żyję!
Jaffray weszła do Domu Anubisa w towarzystwie szkolnych gangsterów. Skała poklepał ją po plecach i powiedział:
-Elo ziomko. Do jutra. I pamiętaj: jesteśmy z tobą. - uścisnął ją na odchodne - łączymy się z tobą w bólu i cierpieniu. Pa Jaffray!
Mara, z lekko osłupiałym wyrazem twarzy, weszła do salonu. Rzuciła torbę na fotel i otworzyła lodówkę.
-Fajne masz towarzystwo! - rzucił Benny z uśmiechem.
-Masz pojęcie kim oni są?
-Pewnie. Rodzina Adamsów, w tym Stelli.
-Też tak najpierw myślałam. - przytaknęła Mara. - Ale nieważne: chodzą za mną, krok w krok i ciągle gadają coś o trudnych związkach, chorych ludziach i tym, że będą się za mnie modlić.
-Ja też! - Stella pokiwała głową. - Żeby twoja udręka wreszcie się skończyła.
-Jaka udr... Związek z Mick'iem nie jest żadną udręką!
-Taa. - mruknęła Stella. - Zobaczymy co powiesz, kiedy otworzy "Garnki Mick'a".

-Ja tu dłużej nie mogę! - jęczała Amber. - Już 21! Gdybyśmy mieli telefon, czy coś to...
-Przecież masz telefon. - zauważył Alfie. - Można po kogoś zadzwonić.
-Ja... I dopiero teraz mi to mówisz?!
-Nie chciałem psuć atmosfery - Lewis znacząco uniósł brwi.- Było bardzo...
Milington trzasnęła go książką i poszła wzywać po pomoc Patricię. Alfie podniósł przedmiot i przekartkował. Natrafił na następną osobę.
"Strażnik - jeden na dziesiąte pokolenie, rozdarty między dwoma drogami. Można poznać go po zachowaniu i wyżej wymienionej sytuacji. Musi strzec czegoś bardzo ważnego..."

Grace i Fabian siedzieli w szarym pokoju, zawaleni tysiącami kartek i papierów. Od rana próbowali, znaleźć właściwych wybawców. Na próżno.
-Nie spaliśmy całą noc... I nadal nic nie mamy...
-Nie... - ziewnęła Grace. - Trudno. Idę spać.
-Nie możesz! Musimy znaleźć choć jedną osobę!
-Alfie będzie obrońcą.
-Skąd wiesz?
-Nie wiem, tak strzelam.
Fabian pokręcił głową. Grace wzruszyła ramionami i padła na kanapę. Przycisnęła do siebie miękką poduszkę. Zasnęła momentalnie. Fabian wziął łyka kawy z czerwonego kubka w grochy. Zupełnie inaczej byłoby z Niną... Znalazłaby na tą radę. Tak bardzo mu jej brakowało... Jej uśmiechu, włosów, w kolorze zboża, oczu... Bez niej wszystko traciło kolory. Świat stawał się szary i smutny. Najmniejsza chwila traciła wszelki sens. Już nie płakał. Zrozumiał. Przynajmniej tak mu się wydawało...

Patricia włożyła naczynia do zlewu. Przed chwilą wróciła z biblioteki (Amber była wniebowzięta) i padała ze zmęczenia. Z Eddie'm nie rozmawiała. Nie mogła. Zdrada bardzo bolała. I nawet taka twardzielka jak ona, musiała czasem popłakać.
-Chusteczkę? - usłyszała męski głos.
Odwróciła się. Za nią stał Jerome z pudełkiem chusteczek w ręku. Uśmiechał się lekko.
-Spadaj Clarke!
-Niee. Mamy razem dyżur. - przypomniał jej chłopak z uśmiechem - Co taka smutna Trixie? Chodzi o Eddie'go?
-Mhmm... - przytaknęła cicho. - Wiem o tej więzi... Ozirion, Wybrana, ale... gdyby naprawdę nie chciał, to by tego nie zrobił. A to jest silniejsze od jakichkolwiek klątw, czy czegoś... Aaa, pewnie Cię zanudzam. - rzuciła żółtą ścierką o blat. - Sorry.
Jerome oparł się o stół i podniósł głowę. Spojrzał na nią intensywnie niebieskimi oczami.
-Rozumiem. Mara... Wiem, że ma amnezję... A jednak ciężko jest patrzeć na nią i Mick'a. Rozumiesz? Mam  świadomość, że zapomniała o tym wszystkim. Ale nie mogę przestać, mieć o to do niej żalu. Chociaż to nie jej wina...
-Od odejścia Niny, wszystko się spieprzyło.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu. Williamson przerzucała jabłko z jednej ręki do drugiej.
-A pamiętasz jak - zaczęła - zamknęliśmy ją na strychu? Byłam wtedy taka ześwirowana na punkcie Joy. - zaśmiała się niepewnie.
-I wywaliłaś klucz za okno. - przypomniał sobie Clarke z uśmiechem.
-Ahh ta młodzież! - powiedziała Patricia, głosem starej babci. - Nic, tylko piwo, fajki i ufoki!
-Alfie by się obraził. - roześmiał się Jerome. - Tak jak wtedy, kiedy leżał w szpitalu, a ty wyżarłaś mu winogrona
-Sam je zjadłeś idioto! - broniła się Trixie ze śmiechem. - Zarywałeś do pielęgniarek!
-Wyrzuciły mnie z oddziału.
-Jesteś kiepskim symulantem. - stwierdziła z przekąsem.
-Nieprawda! MAMO, UMIERAM AA! TONĘ! - parodiował Clarke, a Williamson pokładała się ze śmiechu.
Przez najbliższe dwie godziny, przypominali sobie wydarzenia z pierwszego roku. Zniknięcie Joy, 'chrzest' Niny, Sibunę... Przy drzwiach stała Mara z Mick'iem. Szatynka dyskretnie przyglądała się Clarke'owi. Campbell chyba zauważył jej zmartwiony wyraz twarzy, bo odciągnął ją od ściany i zapytał:
-Mara... Czy ty czujesz coś do Jerome'a?
-Nie. - odpowiedziała przez ściśnięte gardło.
-Na pewno?
-Tak... Proszę, mogę już iść? Mam dużo lekcji...
Jaffray szybko weszła na górę i zamknęła się w swoim pokoju. Nie miała pojęcia co się z nią dzieję, Nic ją z Jerome'm nie łączyło, więc... czemu gdzieś głęboko czuła silne uczucie zazdrości? Na to pytanie nie umiała sobie odpowiedzieć...

-No Trixie, robota skończona. - odetchnął Clarke. - Patrz jak ładnie wypolerowałem szklaneczki.
-Chyba ja! Ty leżałeś na kanapie i marudziłeś jaki to jesteś nieszczęśliwy!
-Jestem! I z tego nieszczęścia nie mogę myć naczyń!
-Taa, pewnie! - zdjęła gumową rękawicę i cisnęła nią w Clarke'a.
Chłopak podniósł ścierkę z podłogi i zaczął gonić Williamson, po całym pokoju. Dziewczyna szybko wyjęła ze zlewu, miskę z brudną wodą i zaczęła ochlapywać nią Jerome'a. Chłopak, bez namysłu jej oddał, także po półgodzinie, cała kuchnia była zalana. Victor zrobił awanturę na cały dom, dał im mopy i poszedł zbesztać Stellę, która rzeźbiła twarz Mick'a na drzwiach od piwnicy. Campbell był zachwycony arcydziełem i nawet sam próbował zrobić sobie takie nad łóżkiem. Niestety zamiast przyzwoitego malunku, wyszedł mu jakiś kulfon.
-Nie jest źle. - stwierdziła Stella. - Twój jest o wiele bardziej podobny.

Alfie wybrał się na nocny spacer. Musiał odpocząć od całego gwaru i hałasu. Poza tym, w Domu Anubisa, powstała mała 'powódź' i trzeba było szybko się ewakuować. Tylko nienormalny zostawia Williamson i Clarke'a, samych z mopami. Skutki mogły być więc tragiczne. Myślał nad wybawcami... Kto jest jednym z nich... Strażnik? Chyba jeszcze nikt nie miał takiej sytuacji. Trzeba uważnie im się przyglądać... Nagle Alfie, zobaczył leżący na trawie błyszczący medalion. Niewątpliwie należał do członka sekty... Rozejrzał się dookoła i podniósł wisior z ziemi. Przyjrzał mu się dokładnie. Zabolało... Szybko wsadził go do kieszeni i zdjął bluzę. Naszyjnik miał ogromną moc. Pospieszył do Domu Anubisa. Nie wiedział, że wpadł w pułapkę. Sekta cały czas ich obserwowała, a teraz mogli szybciej zebrać członków...


Koniec : 3 Dzisiaj trochę dla fanów Patrome, bo wiem, że tacy też się znajdą. Joy zmuszona została do rozkochania w sobie Jerome'a! Jak oni będą razem TO JA WYCHODZĘ I NIE WIEM KIEDY WRÓCĘ! Ale niestety Mercer, ktoś Cię ubiegł. Patricia była szybsza ^ ^ Ale ona chce tylko wzbudzić zazdrość Eddie'go... Czy Jeruś musi zaliczyć wszystkie dziewczyny z Anubisa? Jeszcze K.T została! Im się chce to tak ciągnąć... Spróbuję mi się w nim tylko zakochać... ohoho ni ma! Pojadę tam do nich! Zabiorę się z Justin'em Bieber'em ma teraz koncert w Łodzi, dwie godziny ode mnie. Hyhy Bieberku jadę z tobą! Wracając do Patrome: pomyszkowałam na różnych stronach i podobno Eugene kiedyś podkochiwał się w Jade! Jest takie zdjęcie...

W sumie fajnie razem wyglądają... Słodko <3 (PRZEPRASZAM FANÓW JARY!) Na Eugene & Tasie nie mamy co liczyć. Ma chłopaka (Fak ju boyfriend Tasie!), a jak już, to chyba wolałaby Alex'a... Na planie nie ma jakiś romansików, a szkoda... Najwięcej wiem tylko o Eugene'ie. Podobno chodził też na randki z Aną... Chłopak ma zakręcone życie uczuciowe. Przynajmniej nie prowadzi podwójnego życia, jak jego bohater. Chyba Burkely ma dziewczynę, Brad na pewno, Ana ma Austin'a, Tasie, Klariza, prawdopodobnie Louisa... I chyba na tym koniec. To czekamy do wtorku, na nowy odc., czyli Patrome date, Jeroy date, SQUEEEE! i Walfie. Nasz 'kochany' 3 sezon...  
Tak na pożegnanie:
I KILL YOU JOY!!!

Dziękuję ^ ^


czwartek, 14 marca 2013

Opowiadanie cz. 22

-I mamy szukać wskazówek, właśnie tu? - jęknęła Amber.
Jasper robił ostatnie porządki, przed wielkim otwarciem nowej wystawy. Na widok studentów, odłożył zmiotkę i uśmiechnął się zachęcająco.
-Wchodźcie. Fabian wszystko mi powiedział. Cóż, to był niezły szok, kiedy...
-Zmartwychwstał? - Patricia uniosła brwi.
-Właśnie. Też na pewno ucieszy was wieść, że mam coś, co na pewno wam się przyda. - podniósł z ziemi kartonowe pudełko. - To pamiętniki rówieśników Frobisher'a - Smythe'a. Przejrzałem parę i są tam również zapiski członków sekty.


Po półgodzinnych poszukiwaniach, Sibuna była wykończona.
-Już... nigdy więcej... - sapała Amber - Nie... przeczytam... żadnej...książki!
-Mi to nie grozi. - ziewnął Eddie.
-Potrzebuję chyba z 10 litrów kawy. - oświadczyła wyczerpana Patricia. - Zasypiam!
-Umie... Znalazłam! - ożywiła się nagle Grace. - "Do ceremonii przebudzenia i zrucenia klątwy, potrzebnych jest 5 osób: strażnik, dziedzic, obrońca, wysłannik i goniec. Jeden z nich, jest także skazańcem. Gdy zetkną się ze sobą, nastąpi...". Dalej nie widzę, zamazane.
-A więc trzeba ustalić, kto jest kim. - zauważyła Patricia. - Najgorszy los ma skazaniec...
W tej samej chwili, do biblioteki wszedł wysoki mężczyzna. Jasper wyszedł z zaplecza, objuczony ciężkimi kartonami.
-Przepraszam pana, do otwarcia nowej wystawy, nie wypożyczamy żadnych książek.
Sprawca uśmiechnął się dziwacznie. Z kieszeni wypadł mu tajemniczy wisior.
-To chyba pana. - Grace podniosła przedmiot z podłogi.
I wtedy przeszedł przez nią, ogromny ból. Wypuściła, z rąk, naszyjnik i złapała się za głowę.
-Grace, dobrze się czujesz? - Jasper spojrzał na nią z troską.
-Nic Ci nie... - odwróciła się Amber, po czym zamarła.
Przed nią stał ten zbir z pogrzebu... Zaśmiał się szelmowsko, szarpnął Foster za ramię i odpychając Eddie'go, szybko wyprowadził ją z biblioteki. Grace nie miała siły się wyrywać. Ledwo słyszała, widziała jak przez mgłę... Mężczyzna już otwierał bagażnik, aż nagle... zza krzaków wyskoczyła zziajana kobieta i w błyskawicznym tempie, wsadziła Grace do swojego auta. Odjechała z piskiem opon, ledwo wyrabiając na zakręcie. Typek nie zdążył jej już dogonić. Kobieta zniknęła. Sibuna wybiegła z biblioteki.
-Gdzie on teraz pojechał? - rozejrzała się Amber.
-Nie wiem. - odparła Williamson. - Ale Grace jest bezpieczna.


-Mick jest dziki! Mick jest zły! Mick ma bardzo ostre kły! - śpiewał Campbell, podczas wykonywania pompek.
-Stella stała obok i przyglądała się temu z politowaniem.
-Biedne 'coś'... Ja mu sama opłacę jakąś terapię, tylko please, niech stąd wyjedzie!


-Utknęłam tu. Z Tobą. Prawdopodobnie na zawsze. Gorzej być już nie może.
-Przynajmniej jesteśmy razem...
Amber i Alfie, już od ponad godziny, tkwi zamknięci w bibliotece. Jasper siedział na jakimś ważnym zebraniu, a biblioteka miała być otwarta, dopiero rano. Jedyna nadzieja w tym, że ktoś zauważy ich brak.
-Nie mama szczotki. Ani kosmetyków. Ani niczego. Chce stąd wyjść! - zaczęła walić pięściami w drzwi.
-Amberku, ogar, spokojnie!
-Nie! Tu jest tak... mądrze.
-Wiem. Też mnie to przeraża. - wzdrygnął się Lewis.
-To może... Spróbujemy ustalić tych 'wybawców'! - zaproponowała Milington. - W końcu i tak nie ammy nic lepszego do roboty.
-Możemy się...
-Nie! O, tu są jakieś kartki! - blondynka usiadła przy drewnianym stoliku. - Dobra, czyli tak: mamy dziedzica, strażnika, obrońcę, wysłannika i gońca. Jedna z tych osób jest skazana na śmierć. Kim mogłaby być Grace?


-To już tutaj. - Rosie otworzyła drzwi. - Wejdź do środka.
Grace rozejrzała się po mieszkaniu. Było w nim kilka niewielkich pokoi. Z jednego z nich wyszedł Fabian.
-Powstałem. - roześmiał się Rutter.
Grace oniemiała. Wiedziała, że nie odszedł, ale zobaczenie jego i tak było szokiem. Fabian żył. Nie był trupem. Ani wampirem. Ogólnie, trzymał się dobrze. Właśnie pałaszował pączka.
-Rosie jest dobrą kucharką. - wyjaśnił, oblizując palce.
-Apty...um...ałeś...
-Eee? Żyję i mam się dobrze. Przecież wiedziałaś.
Grace rzuciła się Rutter'owi na szyję, wytrącając mu z ręki pączka. Chłopak z krzykiem, padł na podłogę, dmuchając na słodycz. Po wciągnięciu całego pączka (wraz ze sporymi ilościami kurzu), zaprowadził dziewczynę do drugiego pokoju.
-Zobacz. - pokazał jej zabazgraną kartkę. - Zrobiłem listę: kto mógłby być kim. Na razie mam tylko Eddie'go na obrońcę.
-Eddie'go?
-No tak. - pokiwał głową. - Ozirion to obrońca. Logiczne, prawda?
-Być może, ale Eddie nie jest potrzebny do ceremonii.
-Jak to?
-Kiedy ten gościu uciekał, popchnął naszego Edzia, tym samym, dotykając go amuletem. I nic mu się nie stało.
-To mam związane ręce. - Fabian rzucił zeszycik na stół.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu. Nagle Grace doznała olśnienia i potrząsnęła Rutter'a za ramię.
-A Ozirion Mary? W końcu ona też musi mieć swojego. - zauważyła.
-Racja. Myślisz, że to Jerome? Wybraną i Oziriona musi łączyć silna więź emocjonalna.
-Może. Chociaż... Wtedy pewnie wcześniej odeszłaby od Mick'a. A teraz jakoś nie pali się na powrót do Jerome'a.
-To może Mick?
-Nie! - zaprzeczyli naraz.
Wizja Campbell'a jako superbohatera obrońcę, był zbyt przerażający.
-Chciałam zauważyć - odezwała się Rosie - Że Ozirion nie musi być mężczyzną...


-Eddie odpada. - ziewnęła Amber. - Niczego nie mam.
-A ja tak. Grace jest dziedzicem.
-Alfie, losowanie nie wchodzi w grę.
-Ale zobacz tylko - podsunął jej pod nos starą książkę - "Potomek Oziriona ,dziedziczy po nim wiele cech charakteru, niekoniecznie pozytywnych. Ma w sobie ogromną ilość energii witalnej. Osobę taką, nazywa się dziedzicem."
-Super! - zapiszczała Milington - Zadzwonię do Fabian'a i powiem mu, że już coś mamy!


-Jakie cechy charakteru?! Ja nie lubię oglądać gołych bab!
-Nie jesteś zła.
-Owszem, jestem. Teraz jestem wściekła. To co? Też kiedyś zwariuję, tak jak on? Zamknę się w jakiejś wieży i będę bawić się w kucyki Ponny, ze swoim lustrzanym odbiciem?! Oł gud...
-Oby nie. - roześmiał się Fabian. - Rosie, jak to możliwe? Przecież Ozirion i Wybrana żyją w nienawiści lub...
-Nie zawsze. Tak jest tylko raz, na dziesięć pokoleń. Akurat był to przypadek Eddie'go i Niny. Marze nic nie grozi.
-To dobrze. - odetchnął Rutter.
-Tylko... Kto jest jej Ozirionem?


Mara (nieświadoma koszmaru, jaki właśnie przeżywali jej przyjaciele) szła przez szkolny korytarz, z książkami pod pachą. Właśnie skończyła odrabiać pracę domową Mick'a (który, zdaniem Stelli, nie umiał pisać i opisywał lekcję rysunkami). Otworzyła jego szafkę. Nagle ktoś złapał ją za ramię. Zamknęła szafkę w popłochu. Przed nią stali popularni, szkolni gangsterzy. Skała, Avan i Plujka (krążyły różne legendy na temat tej ksywy). Wyrwali Jaffray torbę z rąk i przycisnęli dziewczynę do szafek.
-Wyskakuj z kasiory, mała!
Mara zaczęła wrzeszczeć, wywołując imię Mick'a. Ten jednak ćwiczył tańce ludowe w pokoju wypoczynkowym i przez głośną muzykę, nie słyszał krzyków Jaffray.
-Boisz się, co? - roześmiał się Plujka - Dawaj mocniej!
-Zostaw ją... - usłyszeli damski głos.
-Taa jasne! - Skała zaśmiał się szyderczo. - Zobaczymy kto ma czelność... MATKO BOSKA!
Przed nim stała Stella z skrzyżowanymi ramionami i promiennym uśmiechem.
-Witam. - ukłoniła się. - Marusia nie bij ich, to tylko biedne, zagubione dzieci, bez pieniędzy i bez portek.
-Przecież mamy po... KURDE! - Plujka spojrzał w dół. - Precz szatanie! Chłopaki, toż to czarownica! Wiejemy!
-Daj spokój... - zaczął Avan niepewnie. - Przecież ona nie może nam nic zrobić... prawda, chłopaki...?
Mara stała zdębiałą i nie bardzo wiedziała co robić. Nagle z pokoju, wyskoczył Mick.
-I NEED A HERO! Uratuję Cię!
Campbell w podskokach ruszył w stronę chłopców.
-I co? Myślisz, że jak nie masz spodni to jesteś fajny, co? Ja też nie mam, i co? O żal.pl. Lol mi cię. ŻALOL! Hyhy, to połączenie słów żal i lol fajne, nie? No, to zostaw tą... jak ty miał... o, Mara! No, to zostaw Marę. No. To pa. Hyhy, pa.
Pomachał wszystkim, zrobił gwiazdę i wyszedł z budynku. Avan spojrzał pytająco na Stellę.
-Kto to był?
-Mój chłopak... - bąknęła Mara
-I przyznajesz się do tego?! - zdziwił się Skała - Biedna mała... Chłopaki, zostawmy ją. I tak ma już wystarczająco zjebane życie.
Gangsterzy, po kolei, przytulali Jaffray, wygłaszając słowa otuchy i współczucia.

THE ENDD xdd

piątek, 8 marca 2013

Opowiadanie cz. 21

-Chcesz coś na śniadanie? - Rosie przewracała naleśnika na patelni.
-Proszę.
Fabian siedział przy stole w szpitalnej koszuli i spranych dżinsach. W ręku trzymał kubek kakao. Rosie zwinnymi ruchami podrzuciła naleśniki na rozgrzanej patelni.
-Z dżemem czy serem?
-Dżemem.
Blondynka podała Rutter'owi błękitny talerzyk.Wrzuciła na niego naleśnika i położyła słoik dżemu na stole. Chłopak powoli odkręcił wieczko.
-Dobre?
-Pycha. Dziękuję. - odpowiedział Fabian z pełnymi ustami.
Rosie przyniosła sobie krzesło i usiadła koło niego.
-Dobrze się czujesz?
-Tak. Jak na ofiarę porwania, to fantastycznie.
Zaśmiali się oboje. Fabian wytarł usta chusteczką i odłożył talerzyk na blat.
-Mogę jeszcze jednego?
-Smakuję Ci? Pewnie, bierz ile chcesz.
-A więc teraz padło na Amber... - nałożył naleśnika na talerz. - To kto będzie następny?
-Nie mam pojęcia. - westchnęła Rosie. - Szukają pięciu osób. Tak naprawdę, tylko kilkoro z was jest im potrzebne.
-Nie rozumiem.
-To posłuchaj: Tylko nieliczne osoby, mogą im pomóc. Nazywani są "Potomkami Anubisa". Kiedy Robert Frobisher-Smythe, został przeklęty przez boga Anubisa, ten skupił się na jego towarzyszach, a raczej rywalach. Narzucił na nich klątwę. Bieg zdarzeń sprawił, iż pewni ludzie otrzymali dar, dzięki któremu mogli powstrzymać przebudzenie.
-Czyje? - zainteresował się Rutter.
-Tego nie wiem. Ale nie można ich lekceważyć. Los sprawił, iż potomkowie ludzi wybawców, spotkali się w jednym miejscu. I jak sam Anubis przepowiedział: "Gdy pięć osób wybawców, zetknie się ze sobą, klątwę mą zrzuci." Sekta chce pozbyć się klątwy,a do tego jesteście potrzebni im wy. Nie wiedzą jednak, kto jest tym właściwym. Zbędnych osób, po prostu się pozbywają.
-Tak jak mnie i Amber?
-Dokładnie. Wybawców rozpoznają za pomocą wisiora Ozyrysa. Osoba wybrana, która go dotknie, odczuwa głęboki ból wewnętrzny. Zwykłemu człowiekowi, nic się nie stanie. Kiedy członek sekty to sprawdzi, zabija ofiarę. Ty i Amber mieliście naprawdę sporo szczęścia.
-Faktycznie. Tuż przed kłótnią z Amber... - przypomniał sobie chłopak - Jakaś handlarka wcisnęła mi do ręki dziwny naszyjnik, po czym wzięła go i uciekła. A potem ten wypadek... Ten mężczyzna musiał dotknąć wisiorem Amber, zanim próbował ją udusić.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu. Rosie kurczowo zaciskała usta.
-Chcesz mi coś powiedzieć?
-Chcieć, nie chcę. Ale muszę. Fabian, słuchaj... jeden z Wybawców jest skazany na śmierć.
-Co?!
-Tak musi być. Podczas ceremonii, jedna z osób wybranych, pożegna się z życiem...


-Wypsikałam na siebie chyba z dziesięć butelek perfum, a te obleśny zapach nadal nie chce zejść!
Zdenerwowana Milington nadal czuła na sobie zapach rąk mężczyzny. Przewróciła zawartość szafek do góry nogami, szukając jakiegoś dezodorantu.
-Nic już nie mam! NICCC! - Milington padła na łóżko - Moje życie jest skończone!
-Jeszcze 5 minut mamo. - Grace przewróciła się na drugi bok.
-EJJ TO JA! Nie lekceważ mnie, noo! Wstawaj!
-Pa mamo, spadaj stąd.
-No wiesz! - ściągnęła z niej kołdrę.
-Nie idę do szkoły, dzieci mnie biją.
-Grace...
-Mamo won.
-Nie jestem twoją mamą!
-Nie?
-Nie!
-A, to sorry. Babcia?
Amber zaczęła ciskać w nią poduszkami. Foster właśnie się podniosła, po czym znowu padła, gdyż wściekle różowy jasiek trafił ją w zaspany łeb.
-A co to wojna?! - zerwała się z łóżka. - Dziadku daj karabin!
-Grace obudź się! Wytrzeźwiej noo! - Amber waliła w nią poduszką.
-No to fajnie. Z Hitlerem do grobu. Wymeldowuję się, Niemcy rządzą. - opatuliła się pościelą - O znalazłam mój schron. Jest taki mięciutki...
Padła na łóżko i nie wypowiedziała już ani słowa. Zasnęła w błyskawicznym tempie. Amber ze złością pomaszerowała na strych, który obecnie był pokojem Stelli i Patricii. Blondynka wparowała do pomieszczenia, trzaskając drzwiami.
-Po jaką cholerę zgodziłam się na tę głupią wymianę! - zaczęła się wydzierać - Czemu mnie zostawiłaś?!
-Ponieważ - wyjaśniła Patricia spokojnie - Eddie dość często zaglądał by do naszego pokoju. A, jak dobrze wiesz, przez dłuższą chwilę nie mam zamiaru go oglądać.
-NIE ROZUMIEM!!! - warknęła Milington.
-Eddie tutaj nie przyjdzie. Boi się Stelli. - roześmiała się Williamson. - Poza tym tu są fajne klimaty.
-FAJNE?! JAK W GROBIE!
-No mówię przecież, że fajne.
Amber, zrezygnowana, usiadła na podłodze i zastanawiała się czy nie zacząć płakać. Stella zauważyła jej wyraz twarzy i otworzyła szufladę. Wyjęła z niej parę nauszników, fioletowy budzik, słownik, słuchawki i nożyczki. Podała je Amber i powiedziała:
-Nastawiaj jej budzik na 6.30. Nic nie rób. Musi zdążyć się wybudzić. W międzyczasie poczytaj sobie to. - wskazała na słownik. - Nauczysz się czegoś. Może. Kiedy nie dostosujesz się do instrukcji i obudzi się za wcześnie, warto założyć to - tu pokazała na słuchawki i nauszniki. - W razie zimy polecam to drugie. A jeśli zacznie gadać przez sen, co noc obcinaj jej po jednym kosmyku włosów. - spojrzała na nożyczki. - Kiedyś się zorientuję i przestanie. Życzę miłego poranka. - uśmiechnęła się kpiąco i popchnęła ją w kierunku drzwi.
-Chwilka! Macie jakieś perfumy?
Patricia wyjęła spod łóżka mały flakonik i rzuciła go Amber.
-Dzięki! - rozpromieniła się Milington i wybiegła na korytarz.
-Czekaj... - Stella uniosła palec do góry. - Robiłaś wczoraj z Alfie'm ten wasz 'wywar'?
-Zmiksowane zgniłe jabłka, woda z puszki sardynek, stary sok, jakiś przeterminowany syrop... Czemu pytasz?
-Gdzie go schowałaś?
-Pod łóż... Ouu.


-Nienawidzę, nienawidzę, nienawidzę was... - Amber wycierała się białym ręcznikiem. - Coście mi zrobili! Ja cierpię!
-Przestań, pachniesz wprost... o faktycznie nieźle od ciebie jedzie. - Alfie zatkał nos. - Ale i tak jesteś śliczna.
-Tak jak ja. - roześmiał się Mick.
Ku jego zdziwieniu, nikt nie podzielał jego zdania.
-Możesz się przesunąć? - zapytała Stella.
-Jasne, ale czemu?
-Zasłaniasz mi.
-Co?
-Przestrzeń.
-Aaa... - przytaknął, po czym na jego twarzy wyskoczył krzywy grymas - Nie śmieszne.
-Nie rozumiem... - Trudy zdjęła fartuch. - Fabian zmarł, a wy jesteście w szampańskich nastrojach...
-Nie, skąd, umieramy z rozpaczy. - zakpiła Stella.
Trudy spojrzała na nią dziwnie i wyszła z salonu. Mieszkańcy Anubisa wiedzieli o Fabian'ie. Postanowili zachować to w tajemnicy.
-A właściwie... - zaczął Clarke - Po co ta cała akcja ze śmiercią? Czemu Fabian'a nie ma?
Patricia otworzyła usta, ale nie mogła znaleźć wymówki. Alfie napchał sobie do buzi banana, Eddie'go 'zaciekawiła' plama na serwecie. Amber spojrzała błagalnie na Grace.
-Fabian.Wyjechał. Na Hawaje. - powiedziała poważnie.
-A tak serio?
-Mówię. Że. Na Hawaje. Tańczy. Hula. O tak. - tu potrząsnęła biodrami. - Żre kokosy.
-Dobra, nie było pytania. - Clarke wzruszył ramionami.
-Ale z Ciebie głupek. Przecież było pytanie! LOL. - zauważył Mick z entuzjazmem - Niektórzy są tacy głupi.
-Błagam, powiedźcie, że żartuję. - jęknęła Stella.
-Jasne. - Campbell przyjacielsko klepnął ją po plecach. - Ale pytanie było no nie?
Stella powoli przeniosła wzrok na wyszczerzoną buzię chłopaka.
-Co ty przed chwilą zrobiłeś?
-Mrugnąłem.
-Wcześniej.
-Klepu, klep.- odrzekł wesoło, po czym zbladł widząc jej wyraz twarzy. - Nie powinienem tego robić prawda?
-Oj nie. - rzekła twardo i wylała zawartość 'perfum' Amber na głowę chłopaka.
Campbell siedział zdezorientowany i nie bardzo wiedział, co powinien zrobić. Z potulną minką wstał z krzesła i poczłapał do pokoju.
-To co mamy teraz robić? - zapytał Lewis z uśmiechem.
-Pogratulować Marusi gustu. - oznajmiła Stella.
-Dziękuję. - odparła Jaffray z ironią. - Nie każdy może być doskonały.
-Mick i doskonałość. Kolejne dwa, obce sobie pojęcia. - Stella uśmiechnęła się złośliwie.
-Przestań, to mój chłopak.
-A ty sama nie masz nikogo na oku? - zaciekawiła się Amber.
-Ma. Mnie! - oznajmił Benny z uśmiechem, po czym szybko się zamknął, bo dostał pomarańczą w łeb.
-Siostrzyczko, ogar. - powiedział Jerome uspokajająco. - To nic złego być... Dobra, nic nie mówię! - zamilkł, gdyż Stella już szykowała się do odpalenia owocu.
-Jerome... - zaczęła Jaffray nieśmiało - Kim była ta dziewczyna z wczoraj?
-Z wczoraj? Audrey.
-Dokładniej?
-Jego była! - oznajmił Alfie z uśmiechem.
Mara stuliła się na krześle i nie zadawała więcej pytań. Jerome chyba zauważył jej zmieszany wyraz twarzy, bo szybko ulotnił się z pokoju.
-Marusia jest zazdrosna! - olśniło Stellę.
-Nieprawda. - dziewczyna oblała się pąsowym rumieńcem.
-Wrócisz do niego? Cudownie! - rozpromieniła się Amber. - wiedziałam, że Jara nigdy nie podupadnie!
-Jaka Jara? O czym ty mówisz? -zdenerwowała się Mara.
-No o was! Patrz mam nawet zdjęcia! - Amber wyjęła z kieszeni komórkę z diamentową obudową - Zobacz tylko!
-Ta ciekawe na c... O Matko.
Mara oniemiała. Zdjęcia przedstawiały ją i Clarke'a w... dwuznacznych sytuacjach. Przytulał ją, trzymali się za ręce... Jaffray zerwała się z krzesła i wyleciała z kuchni. Wszyscy zamilkli. Jedynie Stella pokręciła głową i powiedziała:
-Brawo Amber. Teraz jeszcze bardziej pomiesza jej się we łbie! Chociaż nie, czekaj, czekaj... - myślała o czymś intensywnie - To dobrze! Dowie się, że go kocha i z nim będzie!
W tym samym momencie Jaffray weszła do kuchni i oznajmiła z uśmiechem.
-Mick uważa, że to fotomontaż.
-Mick uważa, że ziemia jest płaska.
-Stella, proszę... Umiem korzystać z photoshopa. Niezły chwyt, ale wam się nie udał. - powiedziała radośnie i wróciła do Campbell'a.
Stella wzięła pomarańczę i ścisnęła ją do tego stopnia, że zaczął wypływać z niej sok.
-Ja się... Ona po prostu nie chce w to uwierzyć! - oznajmiła głośno, rzucając pomarańczę za siebie - To wszystko przez tego spoconego ciamajdę! Trzeba go zabić i oddelegować w kosmos!
-Ufoki zrobią mu branie mózgu. - stwierdził Alfie poważnie.
-Bardziej się go popsuć już nie da. - odparła Stella z przekąsem. - Dobra, spadam stąd. Idę postraszyć pierwszoklasistów.
-Grace, powiedz prawdę- gdzie Fabian? - Joy zmiażdżyła ją wzrokiem.
-KOKOS, HAWAJE, JA NIC NIE WIEM! - poderwała się od stołu i uciekła z kuchni.


-Halo? - Fabian zobaczył na wyświetlaczu numer Grace.
Spodziewał się miłego i ciepłego powitania.
-Cieszę, się że...
-GDZIE TY SIĘ SZLAJASZ IDIOTO?! UMIERAĆ CI SIĘ ZACHCIAŁO?! TYLKO TU PRZYJDZIESZ, TO WYLECISZ W TE PIEPRZONE HAWAJE!
-Przepraszam, o czym ty mówisz? - nie orientował się Rutter.
-O CZYM? NO O HAWAJACH! HULA, BANANY, KOKOSY!
-Yyy...
-Dobra, mniejsza! JAK JA CIĘ TYLKO ZOBACZĘ RUTTER TO... A właściwie gdzie ty jesteś?
-Ukrywam się. - wyjaśnił Rutter ściszonym głosem. - Sekta chce nas dopaść. Posłuchaj...

-Ktoś na nas poluję? - jęknęła Amber - Ja nie chce umierać!
-Tobie już nic nie grozi. Pięć osób z domu Anubisa, w tym jedna skazana na śmierć, musi być obecna przy jakiejś ceremonii przebudzenia.
-Tylko dwóch jest sprawdzonych. - zauważyła Patricia.
-Właśnie. - przytaknął Eddie. - Może warto skupić się na Marze. W końcu ona jest Wybraną i...
-... i nie ma o tym bladego pojęcia. - przerwała mu Patricia.
-Nie możemy jej powiedzieć? - zdziwił się Lewis.
-Ooo no tak, pewnie! Hej Mara, słuchaj, jesteś Wybraną a Twoje życie jest zagrożone, ogarniasz? - sparodiowała Patricia. - Nie Alfie, to zły pomysł.
-Ja coś wymyślę. Jestem inteligenta. - powiedziała Amber dumnie.
-Ta, od razu, poprośmy Mick'a. - prychnęła Grace. - Swoją drogą, co on teraz robi?
Mick stał na scenie i wykonywał pajacyki. Pomachał do Grace i podskoczył jeszcze wyżej.
-Nie pytałam.
-Ciekawe co teraz robi Fabian... - Amber przeciągnęła się na kanapie.
-Właśnie! - obruszyła się Grace. - My tu walczymy o życie, a on bezceremonialnie wcina naleśniki!


Siedzę i ryczę xd Dzisiejszą noc przeznaczyłam na rozważanie ^ ^ Jest właśnie 2.30, a ja oglądole filmiki o Jarze i beczę xd Nastrój psuje chrapanie mojego psa - CICHO NO! Opowiadania od następnej notki mogą być pisane 'z perspektywy' kogoś. Ale wracając do tematu moich łez xd Otóż tak. Najbardziej ryczałam przy tym: KLIK. Need you now... Potrzebuję Cię... Wtedy Jara była jeszcze prawdziwa... I jak patrzy się na takiego Jerome'a z pierwszych sezonów, przez myśl by nie przeszło, że może tak postąpić wobec Mary. Tak bardzo ją kochał, a potem wystawił. I to dla WILLOW?! Jak ja tęsknie za tym starym TDA... Potem obejrzałam to i również tęskno mi do takiego Clarke'a:


Zwinął jej drożdżówkę ^ ^. Klimat świetny, pierwszy sezon jest zdecydowanie najlepszy, pod względem atmosfery i charakteru postaci. I jak tak sobie myślałam to doszłam do wniosku, że scenarzyści zignorowali dotychczasowe relacje, wspomnienia poszły w las i GIENEK ZRÓBMY COŚ NOWEGO! Jak już stworzyli taką piękną historię, to niech o niej nie zapominają! Jeśli teraz chcą to tak bardzo zniszczyć i zagmatwać, to po co w ogóle powstawała Jara? To wcale nie jest ciekawy wątek, tylko nierealny. Jerome potrafił zmienić się przy Marze, zrozumiał co jest w życiu najważniejsze. Otworzył przed nią serce i stał się lepszym, poważniejszym człowiekiem... Wydoroślał. Mara natomiast mogła być przy nim sobą. Nie jak w przypadku Mick'a - za wszelką cenę chciała się mu przypodobać, dopasować do niego... Ich związek był trochę banalny. Nie była przy nim sobą, uważała żeby nie zapeszyć... Mara i Jerome świetnie się uzupełniają. Ona robi się pewniejsza siebie, weselsza, on milszy, poważniejszy... Teraz nie wiem co się z nimi stało. Jerome jest inny. Mara jest inna. I nawet gdyby naprawdę zakochał się w Willow, to powinien jej się do tego przyznać. Tymczasem robi sobie listy, która lepsza. Mara zrobiła się inna, trochę taka dziwna... Rozchichotana, ogólnie nie jest sobą. Oglądałam teraz poprzednie sezony i muszę stwierdzić, że to są całkiem inni ludzie. Myślę, że nie będę rozpaczać kiedy się rozstaną. Prawdziwa Jara pozostała w sezonie drugim: szczera i szczęśliwa. A teraz? To podróba (MADE IN CHINA!) i naprawdę nie będę płakać jeśli na końcówce się nie zejdą. To już nie te same osoby. Równie dobrze mogę przyjąć do wiadomości, że 3 sezonu w ogóle nie było. Nie lubię TEJ Jary. Kochałam tamtą starą Jarę, która mimo przeciwności losu, w końcu dostała szansę na wspólne szczęście. I ich zawsze będę kochać, bez względu na wszystko <3

Sapphire.