sobota, 27 kwietnia 2013

Opowiadanie cz. 38

Mara:
Bywają takie dni, kiedy naszym jedynym marzeniem jest przytulić się do poduszki i płakać. Zapomnieć o wszystkim i wszystkich. Przenieść się do innego świata. Najgorsze jest to, że taki będzie scenariusz mojego życia. Jestem Skazańcem. Od początku nim byłam. Wybraną, wcieleniem Izydy i Skazańcem. Dopiero wczoraj odkryliśmy jakie ważne powiązanie mają ze sobą. Mój los jest już przesądzony. Nikt mnie nie uratuje. Ozyrion też nic nie zdziała. Zdaje sobie sprawę, że to ostatnie chwile mojego życia. Już niedługo przyjdzie czas, w którym będę musiała wypełnić przeznaczenie. Doświadczę losu, którego cudem udało uniknąć się Izydzie. Jako jej wcielenie zrobię to za nią. Nie ma innej opcji. Jerome… kiedy usłyszał o tej całej ceremonii wyszedł i do tej pory się nie pokazał. Czułam, że cierpi jeszcze bardziej niż ja. Nie mogę go tak zostawić… Nie mam zamiaru spędzić ostatnich dni na ryczeniu w poduszkę. Chce być z nim… I kiedy przyjdzie właściwy czas, będę mogła spokojnie pomyśleć, że warto było… Warto było być z nim… Potem też będę… Ale inaczej.

Fabian:
-Grace, proszę nie płacz.
Nie chciała się uspokoić. Siedziała na moim łóżku z zapłakaną buzią. Od czasu do czasu rzuciła jakieś przekleństwo, poza tym krztusiła się łzami.
-Cholera, to moja wina… Gdybym wtedy nie spotkała Rufusa i nie naprowadziła na nasz ślad sektę… Wszystko byłoby inaczej! Najpierw nie zdołałam uratować Niny… A teraz Mary! Czemu tak jest?! – wrzasnęła płaczliwie. – One nic złego nie zrobiły, a los kazał zapłacić im najwyższą cenę!
-Nie możesz się za to obwiniać.
-A kogo?! – rzuciła się na poduszkę. – Jestem żałosna… Wszystko co złego się przydarzyło, jest tylko i wyłącznie moją winą! Rozumiesz?!
Znowu zamilkła. Słychać było tylko ciche pochlipywanie. Wtem, do pokoju weszła wyraźnie zdenerwowana Patricia. Miała rozczochrane włosy i poplamioną bluzę. W trzęsącej się dłoni trzymała telefon.
-To Rufus. – powiedziała drżącym głosem. – Chce się spotkać.
-Niech spie*dala. – wymamrotała Grace. – Zachciało mu się odwiedzin. Powiedz żeby spadał.
-Ale… on czeka przed domem. – wyjaśniła zmieszana Williamson.
Grace natychmiast poderwała się z łóżka, wzięła z wieszaka kraciastą bluzę Eddie’go i wybiegła z domu. Ja i Patricia polecieliśmy za nią. Niestety, Rufus naprawdę tam czekał. Miał dziwny wyraz twarzy… Tak jakby… łagodniejszy, ale nie jestem pewien.
-Grace… - wyciągnął dłoń w jej stronę. – Chciałem tylko…
-Odwal się! – warknęła. – Masz czelność jeszcze się tu pokazywać?! Najpierw robisz ze mnie jakiegoś potwora, teraz… teraz pomagasz sekcie w tej całej ceremonii!
Rufus spuścił głowę. Jeszcze nigdy go takiego nie widziałem. Wyglądał na zmartwionego, ale kto wie czy to nie jedna z jego starych sztuczek.
-Nie pomagam… Oni tak myślą, ale… odszedłem Grace. Chciałem tylko dowiedzieć się… zresztą to już nieważne. Naprawdę nie chce żeby Marze stała się krzywda, ale jak powiedział kiedyś Anubis: tak musi być. Nie masz na to wpływu. Możesz jednak obronić pozostałych. Jesteś demonem. To czyni Cię dużo razy silniejszą od pozostałych. Wykorzystaj swoją moc przeciwko nim. Zrozumiałem, że… że to świństwo posługiwać się tobą jak służącą czy bronią… Jestem Twoim ojcem i naprawdę nie mam zamiaru Cię skrzywdzić.
-Za późno! – załkała. – Mnie możesz ranić, ale nie ich! One cierpiały! Najpierw Nina, teraz Mara… Nie interesuję mnie co czujesz, mam to szczerze gdzieś! Tak, jak ty miałeś mnie przez te wszystkie lata… Wiesz jak trudno jest dorastać bez prawdziwego ojca, ze świadomością, że nigdy Cię nie chciał?! Zniszczyłeś mnie, ja niszczę pozostałych… Nie chcę Cię znać.
Odwróciła się napięcie i wróciła do Domu. Patricia spojrzała na Zeno wściekle, po czym ruszyła za nią. Szedłem na końcu. I kiedy ostatni raz się odwróciłem, mógłbym przysiąc, że z bladego policzka Rufus’a spłynęła prawdziwa łza…

Jerome:
Chyba każdy zna uczucie tęsknoty i  straty… Przeżywałem to kilka razy, lecz teraz to zaboli najmocniej. Ona odchodzi… tym razem już na zawsze. Jak na największego bez uczuciowca w szkole, nie mogłem powstrzymać łez. Po cholerę przejmować się tamtymi ludźmi… Liczyła się tylko ona. Miałem głęboko gdzieś wszystkich pozostałych. Pamiętam jeszcze jak pierwszy raz ze mną rozmawiała, tak szczerze… Wtedy poczułem, że coś we mnie pękło. Coś, co zawsze było szczelnie zamknięte. Nie umiałem obdarzać ludzi uczuciem. Fakt, byłem z Audrey, ale to ona bardziej się angażowała, a ja raczej sprawiałem wrażenie nieobecnego. Inaczej było z Marą… Alfie ciągle się śmiał, że to niemożliwe…
„-To przecież Mara Jaffray! – mówił zawsze. – Nudna, nieprzystępna kujonica!”
„-Eee tam. – machałem na to ręką. – Nie znasz się. Ja swoje wiem.”
Wiedziałem… I nawet kiedy pojawił się Mick nie traciłem nadziei. Wszystkim wydawało się, że nas znają… Właśnie, wydawało się. Tylko my potrafiliśmy zrozumieć siebie nawzajem. Była dla mnie całym światem… który za chwilę miał się skończyć. Nikt nie może nic zrobić… Nawet Stella, mimo że była jej Ozyrionem nie mogła nic zrobić. Cierpiała razem z nią, głównie przez to, że ciągle czuła emocje Jaffray. Teraz siedziała przy stole w czarnej, rozciągniętej bluzie. Mieszała herbatę, dobrą godzinę. Makijaż spłynął wraz ze łzami, jedynie na jej białych policzkach pozostały czarne smugi.
-Mam ją bronić… A nawet nie wiem jak. Wszystko dzieje się tak szybko i… Jezu. – otarła łzę z oka. – Też to czujesz, nie? Tą… pustkę.
Usiadłem przy niej i objąłem ją ramieniem. Była moją siostrą… i chyba jedyną osobą, do której mogę się zwrócić. Odsunąłem od niej kubek, już dawno wystygłej herbaty.
-I to wszystko było… żeby tak po prostu… się skończyć? – nie mogła złapać słów.
-Widocznie… - przytaknąłem cicho. – Stella… Kocham ją jak nikogo na świecie, dałbym się za nią pokroić. I gdybym mógł, to sam byłbym tym cholernym Skazańcem i odszedł zamiast niej. Bo on na to nie zasługuję. To ja byłem tym zawsze złym. Nie ona… Ona była moim aniołem stróżem, którego kocham jak nigdy i nie mogę stracić… To tak, jakbym sam zginął.
Jej oczy napełniły się łzami. Moje zresztą też. Stella wstała z krzesła, wyjęła z kieszeni ozdobną kopertę i podarła na drobne strzępy. Wyrzuciła je do kosza.
-Nigdzie nie jadę. Mam ważniejsze rzeczy, niż jakiś zakichany Mediolan. – oznajmiła zdecydowanie. – Mam ją bronić… I zrobię to, zobaczysz.

Fabian:
-Eddie zostaw te chipsy!
-Ale się stresuję, kurde noo!
Wszyscy wychodziliśmy z siebie żeby tylko znaleźć sposób na uratowanie Mary. Grace biegała z pokoju do pokoju, szukając wszelkich potrzebnych środków. W końcu padła na łóżko i wyjęła zielony notes z szuflady.
-Napisałeś już kim są nasze egipskie wcielenia? – zapytała zdumiona. – Brawo.
-To było proste. – uśmiechnąłem się skromnie. – Jechałem po cechach charakteru.
-O! – poderwał się Alfie. – Chce być Zeusem!
-Zeus jest hiszpańskim bogiem, idioto! – Amber pokręciła głową.
-Greckim. – spojrzałem na nią pobłażliwie.
Grace uważnie przerzucała kartki. Podniosła wzrok znad zeszytu.
-Czyli tak. – przejechała palcem po stronie. – Nasi nowicjusze nie są potrzebni?
-Tylko jeden. – wyjaśniłem. – Przeczytaj.
-Dobra. Mara jest wcieleniem Izydy, to wiemy. Bogini była czystą dobrocią. Cała Mara. – uśmiechnęła się, po czym nagle posmutniała i wróciła do czytania. – Ok. Hathor – Audrey?
-Pieśni Hathor. Obie są mocno związane z muzyką. Audrey jest jedyną z nowych osób, którą potrzebujemy do ceremonii.
-Ok. Jadę dalej. Jerome jest Sethem?
-Był złym bogiem. Panował nad ciemnością i chaosem. Nic wam to nie mówi?
-Fakt. – przytaknęła Patt. – Kto teraz?
-Eddie. – usiadłem koło Grace. – Ozyrys. Od Ozyriona, był opiekunem Niny.
-Nawet nie wiem kto to jest. – Eddie wzruszył ramionami. – To jest do bani.
Chciał dodać coś jeszcze, ale Patricia wysypała na niego całą zawartość paczki chipsów i postanowił się zamknąć.
-O, Fabian teraz ty! – zakomunikowała Grace. – Thot? To bóg mądrości!
-Kujon. – krótko skwitował Alfie.
Zaczerwieniłem się. Odebrałem Grace zeszyt i kontynuowałem rozprawkę.
-Stella jest wcieleniem Tawaret. Była ona uznawana za opiekunkę, podobnie jak Ozyrys. Czyli którko mówiąc: bóstwo opiekuńcze. Ok., dalej mamy… Neftyda. Patricia, to ty.
-Czemu niby ja? – zdziwiła się Trixie. – To była pani śmierci, wzbudzała strach i… Ej!
-Wszystko się zgadza. – roześmiałem się, patrząc na nadal zmartwioną Grace. – Alfie, jesteś Betiou’em.
-Co to?! – przeraził się Lewis. – Jakiś super waleczny wojownik?!
-Niezupełnie… - podrapałem się po głowie. – Betiou był przedstawiany w postaci małp i…
Nie dokończyłem. Alfie rzucił we mnie butem i święcie oburzony odwrócił się do mnie plecami.
-Benny. Tutaj jest trochę inaczej bo nie musi brać udziału w ceremonii, a jedynie strzec jej przebiegu. Horus. Był bogiem Nieba, czyli jakby logicznie pomyśleć miał widok na wszystkich i wszystko. Taka będzie jego rola…
-To już się robi nudne. – jęknęła Amber. – A ja? Kim ja jestem?
-Chepri. – oznajmiłem z uśmiechem. – Był uważany za stwórcę bóstw. A ty byłaś założycielką Sibuny.
-Nie rozumiem porównania, ale ok. Jestem ważna!
-Bardzo. – starałem się stłumić śmiech. – Grace?
-Co? – spojrzała na mnie spode łba.
-Teraz ty…
-Cudownie. – westchnęła lekceważąco. – No?
-Neith. Odważna, wojownicza bogini. Przedstawiana z… Dobrze się czujesz?
-Fantastycznie! – wybuchła nagle. – A jak mam się czuć?! Nie rozumiem tylko, jak możesz się śmiać?! Kiedy Nina zmarła oczekiwałeś, że wszyscy będą ci współczuć i nie mają prawa się cieszyć, a teraz?! Mara zginie, a ty szczerzysz gębę! To nie jest w porządku zwłaszcza, że wszyscy skakali wokół Ciebie! Pomyśl czasem o innych, a nie o sobie! – syknęła i wyszła z pokoju.
-Woo… - rozejrzałem się niepewnie, po czym spróbowałem rozładować atmosferę. – Prawdziwa Zeno, nie?
Amber pokręciła tylko głową i uwieszona na ramieniu Alfie’go wyszła z pokoju. Nawet Eddie wydawał się być urażony. Patricia natomiast spojrzała na mnie jak na największego w świecie durnia. Miała rację… Jestem idiotą. Podczas gdy wszyscy się nade mną litowali, ja zdawałem się nie przejmować losem Mary. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że Jerome czuję się dokładnie tak jak ja, kiedy straciłem Ninę. Poczułem się jak ostatni dureń… Trzeba wszystko naprawić. 

Mara:
-Jerome? 
Stał w kuchni, podparty o blat. Podniósł wzrok. Spojrzał na mnie pięknymi, błękitnymi oczami. Zaczęłam płakać. Jeszcze chwila i go stracę... Już nigdy nie zobaczę tego bezczelnego uśmiechu, nie usłyszę żadnych docinek... Nigdy. Podeszłam bliżej. Odwrócił głowę. Nie chciał na mnie patrzeć. Nie mógł znieść myśli, że to jeden z ostatnich jej widoków.
-Ej. - Chwyciłam go za dłoń. - Kocham Cię...
Odwrócił się. Pokręcił przeczącą głową, jednak nie wyszedł. Popatrzył na mnie smutno.
-Znajdę sposób...
-Nie da się.
-Da...
Nie chciałam dawać mu zbędnych nadziei. Przycisnęłam swoje usta do jego. Tego też będzie mi brakowało. Nagle oczy Jerome'a zalśniły tajemniczym blaskiem. Znam to spojrzenie... Wpadł na pomysł. Pytanie, czy dobry...

Fabian:
Leciałem za nią, jak głupi. Przedtem uprzedziłem jeszcze Benny'ego i Audrey. O dziwo, wcale ich to nie zdziwiło. Audrey podejrzewała już wcześniej, a Benny dowiedział się od Stelli. Grace była na mnie zła... Nie dziwie się. W końcu dzieliło nas już tylko kilka centymetrów. Wyciągnąłem dłoń i złapałem ją za ramię.
-Spadaj! - wyrwała rękę. - Już sobie wyjaśniliśmy.
-Przepraszam! - spojrzałem na nią błagalnie. - Naprawdę nie chciałem! Uświadomiłem sobie, że... ty cały czas miałaś rację, a ja zachowywałem się jak ostatni dureń.
-Oj tam. - odparła udobruchana. - Nie było tak tragicznie. Nieważne, zapomnijmy. Mamy poważniejsze problemy nie powinniśmy się teraz kłócić.
-Racja. - przytaknąłem, po czym wyciągnąłem do niej ręce. - To co? Misiek na zgodę.
Uśmiechnęła się lekko i podeszła bliżej. Mocno ja przytuliłem. Żeby wiedziała jaka jest dla mnie ważna...

Benny:
-Czyli tak - podniosłem palec do góry. - Jestem jakimś wcieleniem, potrzebnym do ceremonii, a ty Ozyrionem Mary, która...
-Nie kończ. - poprosiła Stella. - Błagam.
-Przecież musi być jakiś sposób...
-Ale zrozum, że cholera nie ma! - powiedziała płaczliwie. - Nic! Jesteśmy bez wyjścia!
-Zawsze jest jakieś wyjście. - odparłem spokojnie. - Choćbyś nie wiem jak się natrudziła, zawsze znajdą się inne drogi. Nawet, jeśli widzisz tylko jedną.
Zamilkła. Zastanawiała się nad czymś. Pewnie chodziło jej o ten Mediolan.
-W sumie... - zacząłem. - Ty i tak wyjedziesz, więc...
-Daj spokój! - mruknęła ponuro. - Jakaś zakichana włoska szkoła, nie jest mi potrzebna do szczęścia. Pierwszy raz czuję się potrzebna. Nie zmienię tego dla jakiś głupich, stukniętych artystów. Jeszcze czego.
-Nie jedziesz?! - ożywiłem się. - Ale czemu?
-A co? - szturchnęła mnie lekko. - Rozczarowany?
-Przeciwnie. - roześmiałem się.
Uśmiechnęła się i pocałowała mnie w policzek. Uświadomiłem sobie, że i tak bym jej nigdzie nie puścił.

So sad... Spokojnie, Marusi nic nie grozi ^ ^ W życiu bym jej nie skywdziła c:
Inaczej może być w serialu... Brad opublikował wpis o filmie lub 4 sezonie... Wróci Nina, może Amber, będzie Mabian... I Mara ma umrzeć! Podobno. Czytałam na blogu ilovesibuna, posty z Twitter'a. Kude no, jeszcze uśmiercać ją chcą! Chociaż... Jerome, może wtedy oprzytomnisz! Wolę patrzeć jak ryczy nad Marą, niż szczerzy się do Joy (tfuu.). Czyli może być tak jak twierdziła kiedyś Beasny Boo... RYCZAJTA NAD MARUSIĄ!
Sama, chyba bym umarła na takiej scenie. Odejdę razem z Marusią do niebios (ALLELUJA!).
Kto wie co Waldzio wymyśli...

Sapphire.




środa, 24 kwietnia 2013

Opowiadanie cz. 37

Stella:
Dzwonili z Mediolanu... Powiedzieli, że mam czas do jutra. Inaczej sami po mnie przyjadą... Niby oferta nie do odrzucenia, a jednak coś mnie tu trzyma. Może ludzie? Po raz pierwszy czułam, że jestem, w jakimś stopniu miary, akceptowana. Ale... nie wiem jak zniosę towarzystwo Rosie przez cały rok szkolny. Victor też dostał od nich telefon. Zaoferował swoja pomoc do pakowania walizek. Chcę żebym wyjechała, ale to mnie akurat nie dziwi. Corbierre nadal się nie domył... Mimo to, miałam coraz więcej wątpliwości, a nie było nikogo kto dałby mi jakąś dobrą radę. Kieruj się sercem bla, bla, bla, bla. To mi kurczę nie pomoże. Każdy głupi może tak powiedzieć. Ale co to da? Nice. Po raz pierwszy miałam taką pustkę w głowie... Bo nieważne czy zostanę, czy pojadę, i tak będę żałować. Tylko, że w jednym przypadku mniej, ale do cholery nie wiem, w którym...

Fabian:
Grace ryczała już dwie godziny, a ja co chwila latałem do łazienki po chusteczki. Chodziło jej o Rufus'a... Okazało się, że jest... Nie, nie przejdzie mi to przez gardło.
-Dobrze się czujesz?
-Nie, umieram z radości! - chlipnęła żałośnie.
-No tak, głupie pytanie.- podrapałem się po głowie. - To nie Twoja wina... Nie chciałaś skrzywdzić Audrey ani nikogo innego... Może jest sposób wyzwolenia z siebie....
-Nie wiem. Rufusowi chodzi o tę całą ceremonię, pamiętającą jeszcze czasy sekty. - wzdrygnęła się. - Nie ma bladego pojęcia o jej przebiegu. To my mamy wszystkich Wybawców...
-Nie sądziłem, że będziemy wracać jeszcze do tego tematu...
-Niespodzianka. - mruknęła. - Tak czy inaczej: najprawdopodobniej ceremonia będzie reaktywowana. Musimy szybko znaleźć wszystkich członków i gdzieś ich schronić. Na razie mamy tylko mnie i Alfie'go. Gdzie jest ten amulet?
-Chyba Alfie go wziął...
-Ok. Zbierz Sibunę, widzimy się tu za moment. Trzeba coś ustalić...

Alfie:
-Zostały nam 3 osoby... W sumie jest pięć: Dziedzic, Wysłannik, Obrońca, Strażnik i Goniec. - wyliczałem. - Trzeba ustalić kim jestem ja.
-I pozostali.- wtrąciła Patricia, po czym wzięła do ręki wisior - Mi nic się nie dzieje.
W tej samej chwili, do pokoju wtargnął Jerome. Obrzucił nas podejrzliwym spojrzeniem.
-Co wy tu... Dobra mniejsza, Alfie widziałeś... O! - wskazał na naszyjnik. - Tu jest ta durna kupa żelastwa! Kopie prądem, wiedziałeś? Aaa rozumiem, to dla Amber? Sprytnie. - pokiwał głową z uznaniem.
Fabian i Patricia wymienili porozumiewawcze spojrzenia.
-Siad! - rozkazałem. - Zaraz usłyszysz historię pełną przygód, kłamstwa i...
-Wiem wszystko. - rozsiadł się na podłodze. - Nie podsłuchiwałem, słyszałem.
Kiedy Fabian zaczął prawić monolog o prywatności osobistej, ja wyciągnąłem pamiętnik jednego z archeologów. Pisało tam nieco o poszczególnych Wybawcach.
-Fabian, ucisz się na chwilę! - podniosłem palec do góry. - Każdy Wybawca ma swoje cechy charakterystyczne. O, na przykład Strażnik: chciwy, uparty, rozdarty...
-Jerome, to ty. - palnęła Amber bez namysłu. - Nie podejrzewam nikogo innego.
-Nie rozumiem o co Ci chodzi. Mam gołębie serce! - zaćwierkał Clarke. - Załóżmy, że jestem tym Strażnikiem. I co dalej?
-Są jeszcze Wysłannik, Obrońca i Goniec.
-Goniec to figura szachowa! - pochwycił Fabian. - Może nasz Wybawca ma wspólnego coś z jej rolą?
-Rolą? No Fabian, wykaż się. - roześmiał się Eddie i zarzucił ramię na plecy Patricii.
Rutter wziął do ręki księgę i kartkował strony. W końcu zatrzymał wzrok na jednej.
-Jezu... - zasłonił usta dłonią. - Wszyscy w tym siedzimy! Pięć osób ma utworzyć krąg, jednak wszyscy muszą być obecni. Każdy z nas jest wcieleniem...
-Czego? - dopytywała się Amber. - Gadaj!
-... Egipskiego bóstwa. - zakończył. - Piszą, że nadejdzie taki dzień, kiedy zostaną tylko ci "właściwi". Być może, część tegorocznych uczniów nie jest potrzebna. Ale... warto sprawdzić. Goniec może poruszać się tylko po określonych polach, na które nikt inny nie ma dostępu. Tylko on jeden, ma dostęp do wszelkich pomieszczeń... Jest kluczem.
-Ale mam burdel. - Patricia złapała się za głowę. - A więc, ta piątka musi utworzyć jakiś durny krąg, a reszta przy tym być, przy czym wszyscy są bóstwami? Jaka patologia! Co to za ceremonia?
Fabian przewrócił na następną stronę, po czym powoli podniósł wzrok.
-Przebudzenie...

Mara Jaffray wracała właśnie ze spaceru. Starała się uciec przed deszczem, który mógł pojawić się lada chwila. Niebo było zasłonięte szaroburymi chmurami... Wtem, na jej drodze pojawiła się czarna furgonetka. Wysiadł z niej kościsty mężczyzna, z siwą brodą. Jaffray przystała na moment. Facet zmierzał w jej kierunku.  Natychmiast poderwała się do biegu. Przyśpieszył kroku... Jej serce zaczęło szybciej bić. Wszystko toczyło się niewiarygodnie szybko...

Eddie:
Sprawa wydawała się być zamknięta, kiedy do pokoju wpadła zziajana Stella.
-Mara... - próbowała złapać wdech. - Goni ją...
-Kto?! - poderwał się Clarke.
-Nie wiem... jakiś facet. - złapała się za głowę. - Matko... Ona się boi, jest w niebezpieczeństwie!
-Yhy taa. - Patricia wbiła wzrok w sufit. - Nie udawaj, please. Co to jest, telepatia?
-Jezu, nie stójcie jak kołki, tylko lećcie jej pomóc! - wrzasnęła Stella, po czym spojrzała na Williamson. - Nie wiem... Ale jej życie jest zagrożone. Czuję to...
Jerome natychmiast wyleciał na korytarz. Za nim nim Fabian, Patt i Grace zawalona kurtkami przeciwdeszczowymi. Wyjąłem parasol spod łóżka i w milczeniu zamknąłem drzwi. Wolałbym wrócić do czasów kiedy byłem zdania, że :na tym świecie nic ciekawego się nie dzieję."

Patricia:
Mara była bezpieczna... Siedziała na łóżku Jerome'a, przykryta granatowym kocem. Trzęsła się z zimna i strachu. Clarke wszedł do pokoju z kubkiem kakao w ręku. Podał je Marze i pocałował ją w czoło.
-To by ten gościu z sekty... - oznajmiła Grace niewyraźnie. - Pamiętam tą okropną twarz... Czego od niej chciał?
-Jest Wybraną, może sądził, że jest potrzebna do ceremonii. - powiedział Eddie, po czym spojrzał na Marę z przerażeniem.
Puścił farbę. Jaffray pokiwała głową i wzięła głęboki wdech.
-Wiem... Przypomniałam sobie dzisiaj. O wszystkim... - odłożyła kubek na szafkę. - Nie wiem co...
-Spokojnie. - Jerome ścisnął jej dłoń. - Już jest dobrze...
-Patrz, jaki kochany! - szepnęła Amber do Alfie'go. - Ty też tak możesz! No zobacz, nawet taki idiota...
-Słyszałem Amber. - Clarke roześmiał się głucho. - Nie licz na to. Alfie'go stać tylko na zrobienie Ci kanapki. Wybacz.
Fabian doznał olśnienia. Widać było, po jego minie. Eddie spróbował wyglądać mądrze i zrobił to samo, jednak wyglądał sto razy głupiej. Nie do twarzy mu z mądrością.
-On nie chciał Mary... Chodziło mu o Obrońcę. Miała go do niego doprowadzić.
-Uzgodniliśmy wcześniej, że Obrońca to Ozyrion... - skojarzyłam fakty. - Ale... no tak, Wybraną i Ozyriona łączy więź! Stella wyczuła, że z Marą dzieję się coś niedobrego! Gdyby z nami poszła, już by ją miał.
Jaffray siedziała w milczeniu. Niby wszystko pamiętała, jednak te wszystkie paranormalne sprawy były dla niej kompletnie obce. Poklepałam ją po ramieniu i dodałam parę słów otuchy. Eddie zajadał rogala znalezionego pod łóżkiem. Kto wie, ile już tam leżał...
-Potem do niej pójdziemy. - oznajmił Fabian śmiało. - Teraz ustalmy to z tymi bós...
-Och, daj już spokój! - wywróciłam oczami. - Nie za dużo na dzisiaj? Zobacz, Mara nie ma siły, po kiego dodatkowo ją męczyć?! Poza tym coś tu nie gra.
-Ale, ale... - zajęczał Rutter. - Przecież...
-Spokojnie, to nie koniec świata. - roześmiała się Grace. - Wszystko ułoży się w logiczną całość, ale potem. Muszę iść do Audrey, zobaczyć czy otrzeźwiała. I uważać, żeby Rufus się do mnie nie dorwał. Muszę znaleźć na to lekarstwo. - wzdrygnęła się. - Bycie demonem w ludzkiej skórze, wcale nie jest pociągające. Nie wiem kiedy to 'coś' znów się objawi... Tak czy siak, trzeba nauczyć się panowania nad emocjami, bo demony nie są w tym najlepsze.
-Mówisz o tym wszystkim tak... - Amber szukała właściwego słowa. - Lekko.
-Jestem tylko w połowie demonem, póki co jest w porządku. Nie zrobię wam krzywdy.... Teraz. - przygryzła wargi. - Mam nadzieję...

Abby:
-Abby no błagam! Ja nie chciałem! To przez powietrze!
-Powietrze?
-No... robi ze mną jakieś cuda niewidy. Wtedy chodziło mi o to, że jesteś... super, znaczy... super strasz... nie no kurczę!
Już od godziny usiłował się wysłowić. Szło mu... no cóż, i tak było lepiej niż wczoraj.
-Ok. Trzeba się ogarnąć! - postukał się w czoło. - Lubisz muzykę? Bo ja bardzo. Albo spaghetti? Też lubię! Makaron jest taki fajny, no nie?! Taki bielutki, mięciutki i... No rany! - walnął głową o ścianę. - Ja nie umiem!
Nie wiedziałam co powiedzieć. Mogłabym kontynuować dyskusję o makaronach, jednak skompromitowałabym się jeszcze bardziej niż on.
-Już wiem! - ożywił się nagle. - Napiszę do Ciebie list! Będzie prościej! Poczekaj! - wykrzyknął i ruszył na górę.
Stałam na holu z kompletnie głupią miną, zastanawiając się czy nie uciec na koniec świata i uchylić się od dyskusji o wszelkich makaronach, dywanach czy kaloryferach. Może chłopacy mają teraz takie metody? Nie wiem.... Dziwny jest świat 21 wieku. Wtem, ze schodów zeszła przygnębiona Stella. W ręku trzymała komórkę. Wyglądała tak, jakby za chwilę miała rzucić nią o ścianę.
-Chcą po mnie przyjechać... - mruknęła pochmurno. - Idę się pociąć.
-Czym? Mydłem w płynie? - parsknęłam śmiechem. - Będzie... Aha, nie wolno tak mówić. Przemyśl sobie wszystkie "za" i "przeciw" no i... samo się rozwiąże.
W tej samej chwili, ze schodów zbiegł Max z różowym świstkiem w ręku. Za nim leciała oburzona Amber.
-Zostaw moją papeterię!
Chłopak zignorował jej błagania i uroczyście podał mi kartkę.
-Masz!
-"Jak pozbyć się trądzików"...?
-Co? - wyrwał mi zabazgraną kartkę. - Amber! Co to jest?!
-Idioto! - wrzasnęła Amber. - Teraz wszyscy wiedzą, że mam problemy z cerą! ... znaczy nie! Nie słuchajcie mnie! Zapomnijcie o tym! - biadoliła. - To nie moje, to Grace!
-What?! - Grace wychyliła głowę z kuchni. - Ja nie mam żadnych problemów, kurde no! To ty robiłaś sobie jakieś napary z...
-Nie! Nie słyszę Cię, bla bla bla bla! - Amber zakryła sobie uszy.
Tymczasem Max, wyglądał na dość onieśmielonego. Podeszłam do niego i powiedziałam:
-Ułatwię Ci to. Zacznij od początku. - wyciągnęłam rękę na zgodę.
-Yyy? - Stella uniosła brwi.
-Cicho! - trąciła ją Grace. - Każdy ma swoje metody. Nie mów, że jest inaczej, ty okazujesz uczucia, rzucają w w Benny'ego garnkami.
Podczas kiedy się kłóciły, Max zaczął mówić coś o starej szkole swoich upodobaniach i innych takich... Odetchnęłam z ulgą. Jednak, nie będzie kojarzył mi się wyłącznie z makaronem.

Ten grat (czyt. mój zacofany komputer) chodzi wolno jak cholera, 5 godzin czekam na załadowanie bloggera! Dzisiejsze takie sobie... Następne będzie FULL ROMANTIC, czyli to co tygryski lubią najbardziej ^ ^. Staramy się nie myśleć o tym dupnym Jeroy, które zepsuło mój świat. Nie, cofnij: trzymam się wersji, że Joy wpadła pod betoniarkę. Od razu lepiej ^ ^. Odpowiedziałam na wszystkie pytanie z zakładki "Rozmowa z postacią", także możecie walić następne. Sorry, że to tak długo trwało, jestem strasznym leniem ^ ^. Obiecuję odpowiadać szybciej C: 

Goodbye ^ ^

+Jakieś pomysły na następny rozdział? ;)


poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Opowiadanie cz. 36

Audrey:
Ile bym dała żeby to wszystko się skończyło... Przed oczami miałam obraz ojca... Ta twarz, pełna nienawiści, prześladowała mnie każdego dnia. W uszach grzmiał mi jego donośny głos... Krzyk. Siedziałam na marmurowym parapecie, patrząc w rozgwieżdżone niebo. Zawsze myślałam, że gwiazdy są łzami anioła... Było tak spokojnie... Niektórzy widzą tylko białe kropki na granatowym tle. Ja wiedziałam, że to coś znacznie więcej... Nie palące się skały, tylko klucze do spełnienia naszych marzeń... Każda otaczająca mnie rzecz, zdawała się być niezwykła i piękna. Wierzę, że w nawet najdrobniejszym przedmiocie, drzemie jakaś mała historia. Nagle, przed oczami przemknęła mi srebrzysta linia. Spadająca gwiazda. Zawiązałam dłonie i zamknęłam powieki.

-Proszę tylko o zakończenie tego całego piekła... Teraz, jutro nieważne. Niech już mnie nigdy nie uderzy... Niech wreszcie zostawi mnie w spokoju i już nigdy nie podniesie głosu. Niech przestanie... Bardzo proszę... Nie mam normalnej rodziny. Jeśli ma tak być, to jestem gotowa to zaakceptować. Ale jeśli jest jakaś mała możliwość... Proszę.  Chciałabym w końcu dostać swojego Anioła Stróża. Proszę...
I mogłabym przysiąc, że usłyszałam czyjś szept:
-Już go masz...


Abby:
Miałam nadzieję, że letnia pogoda raczy zagościć jeszcze trochę na ziemi, ale niestety. Od wczoraj lało jak z cebra. O dziwo, chmur nie było prawie wcale. Słońce cały czas świeciło. Nastrój jak z wierszy... Wtem, usłyszałam podejrzane odgłosy z korytarza. Wychyliłam głowę z kuchni. W holu stali Gina z Mick'iem. Oboje mieli daszki na głowie, szorty i jaskrawe trampki. Campbell trzymał kabel od odkurzacza i zajadał się chipsami. Na mój widok, uśmiechnął się przyjaźnie.
-Jedziemy na wycieczkę! - oznajmił rozradowany. - W puszczę! Pani Andrews nam ufundowała! Mówi, że wtedy przyjmie Ginę do Anubisa! Superaśnie, co?
-No... tak. - zasłoniłam usta dłonią. - Mick też jedzie?
-Ratuj! - Gina przyczepiła się do mojego ramienia. - On chce się ze mną ożenić! Już nawet do ojca mojego zadzwonił! Abbusiu, proszę! Nie chcę! On jest straszny. Przypomina mi tego dinozaura z reklamy... Albo lwa Leona!
-Znacie Leona? Każdy go zna! ON ZAWSZE FAJNE POMYSŁY MA! - zawył Mick i wyjął z kieszeni kartonik z wizerunkiem reklamowego zwierzaka.
-Ooo, widzisz?! - Gina wskazała na pijącego soczek Campbell'a. - Nigdy nie lubiłam lwów. Kiedy byłam mała jeden chciał odgryźć mi rękę. Ale mu nie pozwoliłam! Wlazłam do tej klatki i sama chciałam go ugryźć, ale dozorca mnie wyjął. I mam zakaz wstępu do zoo, do ukończenia 140 lat.
-Mick stosuję podryw na Leona. - wyjaśniłam z uśmiechem. - Mogłabyś docenić te... oryginalne starania.
-No! - Campbell pokiwał głową z ożywieniem. - Mogłabyś!
-Nie! - Gina tupnęła nogą, niczym rozkapryszona ośmiolatka. - Nie jedziesz ze mną! Będę sama czyścić zęby małpą! - oznajmiła oburzona. - Może w ogóle nie wrócę! Zostanę Jane i poznam jakiegoś Tarzana! Żegnam!
Chwyciła walizkę i wymaszerowała za drzwi. Mick cisnął kartonikiem w podłogę, po czym oznajmił mi poważnie:
-Zostanę Tarzanem...


Max:
Grace mnie przerażała... Od paru dni, chodziła z tajemniczą miną i przymrużonymi oczami. Kiedy zapytałem ją co się stało, spojrzała na mnie spode łba i powiedziała tylko: ciemność... Chyba miała migrenę, bo... ehh, nie mam bladego pojęcia o dziewczynach. Może to jakaś ich nowa zabawa? Naczytały się "Zmierzchu" to teraz im odwala. Tak czy siak, postanowiłem się dowiedzieć o co chodzi z tą ciemnością. Zamierzałem zapytać o to Stellę i Benny'ego, którzy właśnie schodzili ze schodów.
-Hej, wiecie może...
-Może pojadę!
-Taa pewnie! Żeby zabiły Cię te menele z dworca PKP?!
-Nikt mnie nie zabiję!
-Nożyczkami się nie obronisz!
-Zamknij się, nie mam 5 lat! Zachowujesz się gorzej niż moja matka! Drzesz mordę na wszystkie strony!
-Może lubię!
-Może stul gębę!
-Przepraszam, ja...
-Zamknij się Max! - wykrzyknęli równocześnie.
-Nie powtarzaj po mnie!
-Ja? To ty wszystko robisz nie tak jak trzeba!
-Przynajmniej nie jestem jakimś czornym monstrum!
-Przynajmniej nie jestem jakąś słabą podróbą rockmana!
-Ośmieliłaś śmiać się z mojego wizerunku... - Benny przekrzywił głowę. - Naruszyłaś kodeks Benny'ego!
-Wiesz gdzie ja mam twój kodeks?! - zaśmiała się lekceważąco.
-A idź pruj wersalkę!
-Spadaj skubać tapetę.
-Wiecie może...
-CICHO!!!
-Znowu to robisz!
-Chyba ty!
-Przynajmniej nie mieszkam na cmentarzu!
-Przynajmniej nie prowadzę namiętnych dyskusji z harmonijką!
Chyba tak wygląda para 21 wieku... No nic. Ciemność musi poczekać. Stella i Benny zniknęli w kuchni, kłócąc się jeszcze bardziej niż przed chwilą. Usłyszałem dźwięk tłuczonego szkła. Biedna Trudy... Z pokoju wyleciała przestraszona Abby.
-Rzuciła w niego talerzem! - próbowała złapać wdech. - A on chlusnął ją kawą. MOJĄ kawą. - zaakcentowała z naciskiem.
-Wow... Jesteś taka ład... Znaczy nie! - zacząłem szalenie machać rękami. - Znaczy nie, że brzydka, ale nie ładna! Znaczy... spoko... ko!
Jak już wcześniej wspomniałem, nie umiałem zachować się w towarzystwie dziewczyny. Toteż Abby musiała przeżywać prawdziwą rewolucję, kiedy próbowałem ogarnąć wypływające ze mnie słowa.
-Ja... - spuściła głowę. - Nie wymyślę żadnej ciętej riposty, wybacz. Nabijaj się z kogoś innego. - szybko wyszła z korytarza i pognała na górę.
-Abby czekaj! Ja... Idiota! - pacnąłem się w czoło.
Zrobiłem jej przykrość. Niechcący, ale zrobiłem. Z kuchni było słychać jeszcze "Benny idioto, zostaw ten słoik!". Spławiłem dziewczynę, podczas gdy inne robiły to mnie. Jak widać, Abby była jeszcze bardziej nieśmiała ode mnie. Musiałem coś zrobić. Nie, nie zapytam Grace bo znowu będzie "ciemnoooość"! Na Benny'ego też nie mam co liczyć, obecnie szuka amunicji na dalsze starcie ze Stellą... Chyba tak teraz wyglądają związki...

Grace Foster zmierzała w kierunku pokoju Audrey. Szła powolnym, dostojnym krokiem. Zapukała do drewnianych drzwi. Czerwonowłosa dziewczyna wstała z łóżka i wyszła na korytarz. Spojrzała prosto w zaszklone oczy Grace... 
-Czujesz żal?
-Do czego?
-Do losu. - odpowiedziała szybko. - Zawsze byłaś słaba... Jesteś słaba! - prychnęła. - Nie winisz go za to? Za to, że kazał ci cierpieć i umierać w otchłani nieszczęść? 
-O czym ty mówisz? - Audrey była wyraźnie zaniepokojona. - Skąd wiesz?
-A jednak. - roześmiała się tajemniczo. - Możesz się zemścić... Jesteś panią swojego losu. Pokaż im. Niech inni cierpią tak jak ty. Nie mają prawa być szczęśliwi!
-Przestań, proszę... - w oczach drobnej osóbki, pojawiły się łzy.
-Zastanów się: kiedy ty przeżywałaś najgorszy ze wszystkich koszmarów, oni mieli uśmiech na ustach. Cieszyli się, podczas gdy ty umierałaś... Bądź tym koszmarem. Niech poczują ból, jaki czułaś przez te wszystkie lata!
Audrey pobladła. Chciała krzyczeć, ale nie mogła... jej dłonie zaczęły się trząść. Spojrzała błagalnie na Grace... i dopiero wtedy dojrzała wściekle czerwone ślepia... Jej dusza utonęła w piekle niebezpiecznych oczu... Blondynka wyciągnęła telefon i przyłożyła słuchawkę do ucha:
-Tato, mam już jedną... czas na następną. - powiedziała cicho, po czym spojrzała na krwistoczerwone oczy Audrey.
Żadna z nich nie miała pojęcia, że są potrzebne do czegoś śmiertelnie groźnego...

Fabian:
Audrey była dzisiaj jakaś nieobecna. Może przez te wczorajsze rozmowy... Było mi głupio, nie powinienem jej tego mówić. Byłem pewny, że zwyczajnie się wstydziła. Podszedłem do niej i położyłem jej dłoń na ramieniu. Gwałtownie odskoczyłem. Było zimne, niczym sopel lodu. Obróciła się powoli i spojrzała na mnie wściekłymi oczami.
-Chciałem przeprosić za wczoraj. - zaśmiałem się niepewnie. - To było... No sama widzisz tchórz ze mnie.
Dodałem to niby żartobliwie, jednak jej twarz przybrała poważny wyraz.
-Jesteś. Nie poradzisz sobie, nigdy. Pogódź się z tym. Odeszła... Bo chciała odejść. Spójrz prawdzie w oczy, jesteś nikim! - roześmiała się złośliwie. - Miałeś rację mój drogi... Jesteś porażką.
Zatkało mnie. Miałem nadzieję, że zaraz zacznie się śmiać i będzie zachwycona, iż tak łatwo dałem się nabrać, ale... Ona patrzyła na mnie lekceważącym spojrzeniem. Kpiła ze mnie. A ja powiedziałem jej o wszystkim... Wszystkim co ciąży mi na sercu. Czułem ból. Upokorzyła mnie, ale nie mogłem się załamać. Wczoraj wziąłem ją za mojego anioła stróża... który popełnia błędy, ale może wyprowadzić mnie na prostą. Dopiero niedawno złapałem ją z nią wspólny język... Patricia dużo razy mi o niej opowiadała, Jerome też coś wspomniał. Intrygowała mnie. Była strasznie tajemnicza. Patrzyła z miłością na wszystkich ludzi, kiedy z kimś rozmawiała, jej oczy nabierały blasku, a na co dzień zachowywała swój ciepły, miły wizerunek. I mimo, że miała dramatyczną przeszłość, nie dawała tego po sobie poznać. Starała się żyć normalnie. Szybko zjednała w sobie ludzi. Miała dobre serce... które znienacka skamieniało. Jakaś część mnie rozpaczliwie do niej ciągnęła, jednak byłem przekonany, że to tylko z poczucia samotności... Spuściłem głowę i zszedłem jej z oczu. Nie chciałem pozbyć się jej dawnego obrazu... Kiedy byłem przy drzwiach, zobaczyłem Grace. Uśmiechnęła się tajemniczo.
-Nie wyszło?
-Przestań... Wiesz przecież, że nigdy... Tobie też się coś stało? Wyglądasz...
-Daj spokój. - roześmiała się. - Wszystko jest dobrze.
-Wczoraj... martwiłem się. - spojrzałem jej w oczy. - Bardzo...
Grace odwróciła się tyłem. Tak jakby poczuła coś niewłaściwego, coś nie na miejscu...
-Wszystko w porządku?
-Musi być w porządku, musi! - krzyknęła płaczliwie, po czym natychmiast spoważniała. - Jest.
Byłem z lekka przerażony. w jej spojrzeniu było coś niezwykłego... Nie umiałem tego określić, ale wzbudzało we mnie strach. Usiadła przy stoliku i odwróciła głowę w moją stronę.
-Ratujesz mnie... - wyszeptała. - Nie poddawaj się.
Złapała się za głowę. Zupełnie jakby siedziały w niej dwie osoby i kłóciły się, co która ma powiedzieć. Położyła głowę na stole. Nagle dostrzegłem dziwny medalion, zawieszony na jej szyi. Moją uwagę przykuł wyryty na nim symbol.
-Grace... Co to?
Poderwała się gwałtownie. Barwa jej oczu, z powrotem kojarzyła się tylko i wyłącznie z błękitnym niebem. Naszyjnik leżał na ziemi.
-Fabian... Ja nic nie pamiętam. - jej głos drżał. - Jezu... Zrobiłam coś złego.
Usiadłem koło niej i pogładziłem po ramieniu. Z jej oczu spłynęła łza.
-Coś zrobiłam... Fabian, muszę iść!
-Dokąd? - spytałem zaskoczony.
-Do niego... - wzięła medalion do ręki. - Wrócę później.
Szybko wyciągnąłem komórkę z kieszeni i zrobiłem zdjęcie wisiorowi. Grace spojrzała na mnie dziwnie, ale nic nie mówiła. Szybko chwyciła naszyjnik i wyszła z Domu Anubisa. Miałem nadzieję, że szybko wróci...

Jerome:
-Siema Jaffray! - wszedłem do jej pokoju. - Zajęta?
-Idź mi stąd! - rzuciła we mnie poduszką. - Usiłuję odrabiać lekcję.Wyjdź!
-Ja Ci pomogę! - przechwyciłem jej podręcznik. - Jestem mistrzem w mat... JEZUSIE MARYJO CO TO ZA CHOLERSTWO?!
-Ułamki? - odebrała mi książkę. - Materiał podstawowy. Błagam, idź pobawić się z Alfie'm.
-Nic z tego. - pokręciłem głową. - Odbywa poważną rozmowę z Amber. Poszło o Abby. Znowu. Najlepsze jest to, że ona nie ma pojęcia o tej całej szopce.
-Mhmm spoko. - mruknęła. - Możesz iść?
-Czuję się zraniony.
-No wybacz.
-Wyjdę... jak to złapiesz! - krzyknąłem, po czym w mgnieniu oka gwizdnąłem podręcznik z jej biurka. - Ole Maruś!
Dziewczyna poderwała się z krzesła i zaczęła ganiać mnie po całym pokoju. Wskoczyła mi na plecy i zaczęła walić zeszytem po głowie. Rzuciłem podręcznik stronę drzwi, które otworzyły się na oścież.
-Wiecie może... MATKO!
Na podłodze leżał znokautowany Max. Obok niego spoczywał rozwalony podręcznik mojej dziewczyny. Mara rzuciła się ratować książkę, zupełnie olewając chłopaka. Ten zamrugał tylko oczami i powiedział:
-A ja się tylko o tą ciemność chciałem zapytać....

Hyhy 3 dni wolnego ^ ^ Jutro albo pojutrze będzie następne. Korzystam z metody Beansy Boo i trzymam się faktu, iż Jara nadal jest razem. Otóż po finale, Joy wpadła pod betoniarkę no i tak wyszło, że Jeruś spotkał Marusię, która otrzeźwiała po bitej śmietanie Fabian'a, noo i się tak jakoś zgadało, nooo i no i tak wyszło no. Ma swoją wizję (Tadzio song!) ^ ^! Mimo, że sprzedają Dom Anubisa, sezon może powstać, z tym że będzie kręcony w innych miejscach. No kurde cholera, jak TAJEMNICE DOMU ANUBISA mają nie być w DOMU ANUBISA? Kurde, na parkingu pod zerówką - kolejny genialny wymysł Waldzia. Jeśli by powstał nie grali by Alexandra, Ana, Nat, Eugene i Tasie. W sumie... niech powstaje! Zrobią, że gdzieś razem wyjechali, bo Klariza zostaję! Hyhy ^ ^, kręciolcie Tajemnice domu (nie)Anubisa 4 sezon! Jeruś i Mara wyjeżdżają do Polski, by ogarnąć wszystkich rozjuszonych fanów. Czekam! C:






sobota, 20 kwietnia 2013

Opowiadanie cz. 35

Fabian Rutter już od ponad godziny stał w holu z zegarkiem w ręku. Była druga w nocy, a ona nadal nie wracała... Nie słyszał nic, oprócz głucho brzmiącej ciszy. Od czasu do czasu, rozlegało się pohukiwanie sowy. Dom wypełniał jedynie tajemniczy mrok. Biały księżyc wyglądał zza okna. Wtem, rozległ się cichy szmer. Drzwi zaskrzypiały.
-Gdzieś ty była? - chłopak podszedł do potężnych wrót. - Już dawno po północy.
-Przepraszam...
Stała przed nim niewysoka dziewczyna o intensywnie błękitnych oczach i spokojnym spojrzeniu. Grace Foster wróciła właśnie z tajemniczej nocnej wędrówki. Chłopak, złamał ją za ramię, oczekując wyjaśnień.
-Byłam się przejść. 
-Teraz?
-Wybacz... - mówiła dziwnie spokojnym tonem. - Pójdę się położyć. Jeśli nie masz nic przeciwko.
-Ja... skąd... - Rutter spuścił głowę. - To... ja przepraszam.
-Dobranoc.
-...dobranoc. - odparł szybko, po czym odszedł do swojego pokoju.
I gdyby się odwrócił, widziałby jej przepełnione nienawiścią, czerwone ślepia...

Stella:
Nie mam pojęcia co robić. Z jednej strony nie chciałam jechać do tego zakichanego Mediolanu, jednak... Jakieś nieznane siły wyraźnie zamierzały mnie stąd wypędzić. Kto wie, co przysłało tu Rosie. Bo na pewno nie chęć uczenia niedorozwiniętych nastolatków. Tak czy siak, miałam inny problem. Jak dotąd, tylko Abby wiedziała o tej nieszczęsnej ofercie. Szczerze, to miałam w nosie opinie innych. Chodzi mi tylko o Benny'ego. W końcu byłam zmuszona przyznać, że nie jest mi obojętny. Nie mogę tego zepsuć. Nigdy nie wierzyłam z związki na odległość. Z Eddie'm nie wyszło... to czemu teraz miałoby się udać? Właśnie. Oho, ktoś puka. Benny. Ma charakterystyczny sposób uderzania w drzwi. 3 razy szybko i 2 długo.
-Proszę!
Wszedł. Zatkało mnie. W ręku trzymał moją kopertę... Miał smutny wyraz twarzy.
-Wypadła Ci wczoraj. - podał mi świstek. - Czemu mi nie powiedziałaś?
-Nie czyta się cudzych listów. - unikałam jego wzroku. - Bo nie.
Westchnął i usiadł koło mnie. Posmutniał jeszcze bardziej.
-Zaskoczyłaś mnie... - zaczął. - Nie mogę zrozumieć czemu mi nie powiedziałaś. Ale mniejsza. Masz zamiar tam wyjechać?
-Może. - wzruszyłam ramionami.
Nie miałam pojęcia czemu to mówię. Nie chciałam sprawić mu przykrości, jednak słowa same płynęły.
-Nie żeby coś, ale... Ja naprawdę nie chce zabraniać Ci wykonywania pasji bo...
-Daj już spokój. - spuściłam głowę. - Wiesz co mi wychodzi najlepiej?
-Nie mam pojęcia.
-Komplikowanie sobie życia. Nie wiem co mam zrobić. Rosie strzeliłaby teksta w stylu "rób to co każe Ci serce". Żenua.
Nie odpowiedział. A szkoda. Ułatwiłby mi zadanie.
-To... jak podejmiesz decyzję, daj mi znać.
Nie patrząc na mnie, wstał z łóżka i wyszedł z pokoju. Podobnie czułam się kiedy Eddie wsiadał do pociągu. I już do mnie nie wrócił...  Historia lubi się powtarzać... Jak na złość. Nagle drzwi gwałtownie się otworzyły. Benny wrócił. I nie zważając już na nic, zamknął mnie w ciepłym uścisku i powiedział:
-Bardzo Cię kocham...


Patricia:
-Idiota.
-Debil.
-Pacan.
-Frajer.
-Kocham Cię.
-Ja Ciebie też.
W życiu nie pomyślałabym, że tak szybko pogodzę się z Eddie'm. Ale ani trochę nie żałowałam tej decyzji. Mara miała rację... Trzeba dawać ludziom drugą szansę... Szczególnie tym bliskim naszemu sercu... Inaczej nie siedziałabym teraz obok niego, z głową na jego ramieniu i konsolą w ręku. Śmiał się, że może tak zawsze. Jest idealnie. Nie jestem typem dziewczyny, która chce dostawać róże, czekoladki czy inne tego typu bzdety, które tak kochają dziewczyny. Wystarczyło mi, że on jest... I nigdy mnie nie zostawi. Nagle w  mojej głowie pojawiło się dziwne pytanie. Zanim zdążyłam się zastanowić, palnęłam bezmyślnie:
-Dlaczego mnie kochasz?
-Ba... - odwrócił się w moim kierunku. - A potrafisz żyć bez powietrza?
Poczułam przyjemne ciepło w środku. Zwykle byłam niepodatna na tego typu teksty, ale... Ale  teraz było inaczej, bo siedziałam przy chłopaku, który był dla mnie całym światem i dałabym się za niego pokroić. Kochałam go, znając wszystkie jego wady i nawyki. Uśmiechnął się do mnie, odkładając konsolę na stół. Zbliżył się do mojej twarzy i delikatnie musnął moje usta. I dopiero teraz odczułam, jak bardzo mi go brakowało...



Audrey:
Sala teatralna została moim drugim domem. Siedziałam przy pianinie, już 2 długie godziny. Wydrukowałam sobie zapisy nutowe ulubionych piosenek. To było piękne... kiedy zamykałam oczy i uderzałam palcami o klawisze. Odpływałam wtedy do własnego świata... Bez zobowiązań, grzechów... i pełnego szczęścia. Przypomniał mi się ojciec. Do melodii, natychmiast wkradł się drobny fałsz. Opuściłam piękne, brązowe wieko. Po policzku spłynęła mi zimna łza. Niedługo tam wrócę... i znowu mnie uderzy.
-Proszę, graj dalej.
Odwróciłam się. Przy ścianie siedział Fabian. Byłam tak skupiona, że w ogóle go nie zauważyłam.
-Co tu robisz? - spytałam cicho.
Rutter odsunął się od ściany i usiadł koło mnie. Nabrał powietrza w płuca i powiedział:
-Chyba mi na kimś zależy... Znaczy, tak myślę. - urwał niepewnie. - Ale jest Nina, rozumiesz? To nie jest takie proste.
-Nic nie jest proste. - odparłam. - Gdybyśmy wszystko dostawali na tacy, skończylibyśmy jako grupa zapatrzonych w siebie egoistów.
-Pewnie tak... - westchnął. - Ale... mi się nigdy nic nie udaję. Zawsze tak było.
-Ja wiem... nie mogła uciec od ojca... a bardzo chciałam. Nawet nie próbowałam. Wiedziałam jak to może się skończyć, poza tym bardzo się bałam.
-Skoro nie spróbowałaś, to skąd mogłaś wiedzieć, że Ci się nie uda? - zauważył.
-A ty? - odbiłam piłeczkę.
Zrozumiał. Oboje mieliśmy ten sam problem, a mianowicie okropny brak wiary w siebie.
-Jestem tchórzem... - spojrzał na mnie smutnymi oczami.
-Ja też. Ale się boje. On jest straszny. - na samą myśl o ojcu, dostałam dreszczy. - Zrobiłby mi coś okropnego... i mamie też. To zły człowiek. - wychrypiałam w jego sweter.
Miałam go na sobie, dopiero od paru minut. Chłopak zauważył jak się trzęsę i narzucił mi go na ramiona. Zaczęło padać. Deszcz melodyjnie bębnił o parapet. Kiedy byłam mała, zawsze myślałam, że krople to deszczowe tancerki spadające z swej areny, czyli chmury. Miałam mnóstwo takich dziecięcych skojarzeń i wiele z nich pamiętam do dziś.
-To... co z nią? - odwróciłam się w jego stronę. - Chyba wiem o którą chodzi... prawda?
-Bynajmniej. - wykrztusił. - Ja... ja nie jestem pewien czy... Nie, nie o nią. To tylko jeden element tej całej układanki.
-Aha... - spuściłam głowę. - Przepraszam, ale... nie wiem jak mam Ci pomóc. Nie mogę powiedzieć żebyś po prostu był szczęśliwy, bo tak się nie da. Nie wszystkie marzenia będą spełnione.
-Na dzień dzisiejszy moim jedynym marzeniem jest porządne odespanie ostatnich nocy... - odezwał się nieśmiało. - Nie mam pojęcia jak wyjść na prostą. Jestem jedną wielką porażką.
-Nie umiem się sprzeciwić... Zamiast wyjść, poprosić o pomoc, zawsze kuliłam się w sobie. Bił mnie. Pozwalałam mu na to. Dlatego chciałabym uciec i już nie wracać... Ale on mnie znajdzie. Wszędzie. To zły człowiek.. - powtórzyłam.
I wbiłam wzrok w szybę, podziwiając taniec deszczowych tancerek...

Mara:
-Odsuń się! Jesteś za gruby, nie zmieścimy się w drzwiach!
-Ja? Po tej czekoladzie w boki Ci poszło!
Lubiłam się z nim kłócić. Wiedziałam, że zawsze nastąpi pojednanie, które uwielbiałam. Nie musiałam tłumić w sobie uczucia do niego i to było najpiękniejsze. Właśnie wracaliśmy z poczty. Uparłam się, żeby wysłać list do Poppy. Wiele wspomnień wróciło i ona też... Chciałam do niej napisać, inną drogą niż przez komputer. Tak będzie sympatyczniej. Jerome mocno ściskał moją dłoń. Tak jakby chciał powiedzieć "już Cię nie puszczę". Nagle na nos spadła mi zimna kropla. A potem następna. Zaczęła się największa ulewa, jaką w życiu widziałam.
-Nie wzięłam kurtki! - usiłowałam przekrzyczeć głośno bębniące krople.
-No to pech! - roześmiał się. - Ja Ci swojej nie dam!
Chciałam go uderzyć, ale chwycił moje ręce i założył na swojej szyi. Pocałował mnie mocno, przyciskając mnie ciaśniej do siebie. Staliśmy roześmiani, między wszystkimi szarymi, uciekającymi przed deszczem ludźmi. Jedyni szczęśliwi i kolorowi...








Koniec :3 Dzisiejszy z lekka przesłodzony ^ ^ Jestem wniebowzięta, bo MClarke wróciła i dodała nowe cudne opowiadanie, przy którym chciało mi się płakać. Beansy Boo wytacza nowe teorie! Dojdziemy prawdy! Ocalimy naszą Jarę! W sumie... teraz i tak HoA się kończy i każdy może dopowiedzieć sobie co stało się poza kamerą... Także zakończenie należy do nas :) Uświadomiłam to sobie podczas słuchania piosenki Tadzia z Do Dzwonka Cafe "Ma swoją wizję". Od rana chodzi mi to po głowie. Dziękujemmm Tadziu za te mądre myśli ^ ^. 
Następne ukaże się już niedługo... za 2, 3 dni nie więcej... Do szkoły idę tylko w poniedziałek, reszta tygodnia (prócz piątku) wolna. A potem weekend majowy, więc... czasu na piszolenie będzie duużo. To ja się z wami żegnam i życzę miłej soboty :)

Ave <3


środa, 17 kwietnia 2013

Opowiadanie cz. 34

Gina:
-Przepraszam, można?
-Wejdź proszę.
Pani Andrews siedziała przy starym, drewnianym biurku i popijała kawę. Usiadłam naprzeciwko niej, nerwowo zarzucając nogę na nogę. Poprawiłam lamparcią bluzę i nabrałam powietrza w płuca.
-Rozpatrzyła pani moją prośbę? Tą o przeniesienie...
-Owszem. - odłożyła filiżankę na miejsce. - Aa... Co Ci nie odpowiada w Domu Izydy? Spotkało Cie coś przykrego?
-Nie, ale... - odparłam przygryzając wargi. - Tylko... Ja po prostu czuję, że powinnam być tam.
-Kochana... - położyła dłonie na blacie. - Każdy może tak powiedzieć. Nie mam żadnego konkretnego uzasadnienia. A, że nie dzieje Ci się żadna krzywda...
-Proszę pani! - poderwałam się z miejsca. - Mieszkanie z jedno brwiowym mutantem jest krzywdą! Tak samo jak dziury w suficie i brak szyb, w pięciu oknach! Nie mamy nawet sprzątaczki! A nasz jedyny odkurzacz zabrał Mick. I żeby było ciekawiej nazwał go Bogusław!
-Czy tu jest jakaś ukryta kamera? - dyrektorka uniosła brwi. - Dziecko, to jest szkoła a nie przedszkole. Proszę, idź już.
-Ale...
-Do widzenia!
Do widzenia... Czyli znów przegrałam. Nadal mieszkam w zapleśniałym Domu Izydy z bandą dzikich, zarośniętych przygłupów. Świetnie... Ale, ale... Kto powiedział, że nie mogę tam przesiadywać? Victor nie ma na to najmniejszego wpływu, więc... Plan: Winchester się przeprowadza, wkracza na nowy tor!

Abby:
-Zrobiłaś matmę?
-No...
-To daj spisać.
-Już. - podałam Avan'owi zeszyt. - Ciągle w transie?
-Zobaczysz, jeszcze stąd wyjdę. Zniszczę mendę. - zazgrzytał zębami. - Mamy worek na śmieci? Najlepiej żeby był czarny. W taki pakuję się zwłoki...
-Fuuj! - wykrzywiłam usta. - To obrzydliwe.
-Ale zobacz: nikt się nie dowie. Zakopie się go pod jakimś krzaczorem i już! A Trudy powie się, że znalazł pracę w kopalni i se pojechał. I żeby było wiarygodnie, wyślę się kilof pocztą!
-Ok, nie wnikam! - machnęłam ręką. - Ale wiesz: musisz zatrzeć ślady. - dodałam niby żartobliwie.
-Hmmm... masz patyczki do uszu? Albo nie! Mick mi pomoże! W końcu ma ten swój odkurzacz, nie?
Tymczasem Mick, wykonywał dziwne kroki taneczne. Skaczą wokół Bogusława i potrząsając biodrami, śpiewał:
-LOCA LOCA LOCA!

Mara:
-Gina? Może odkujesz się od tej kanapy?
-NIGDY!
Już od ponad trzech godzin, Gina siedziała przykuta do kanapy. Nie mam pojęcia skąd wytrzasnęła kajdanki, ale dobrze się trzymały.
-Nie pójdę póki ta blond wiedźma nie pozwoli mi tu zamieszkać! Będę tu siedzieć, choćby całą wieczność!
W tym samym momencie, do holu wbiegła zaalarmowana pani Andrews.
-Gina! Rozkuj się, raz dwa!
-Nic z tego! - krzyknęła z triumfem. - Nie mam!
-To gdzie on jest? - dyrektorka uniosła brwi.
-Połknąłem go! - oznajmił Mick dumnie. - Znaczy... Najpierw to Bogusław, ale miał pewne problemy z trawieniem i... ja pomogłem! Trochę kwaśny był.
-Mick ty jełopie! - Stella podniosła głos. - Jakaś psychiczna baba przykuła się do kanapy, a ty żresz klucz! Dom idiotów, doprawdy.
-To co teraz robimy? - Trudy załamała ręce.- To takie kochane dzieci. Ja naprawdę nie wiem, jak...
Pani Valentine podrapała się po głowie. Poprawiła czarne okulary i oznajmiła:
-Rozważymy to. Gina?
Dziewczyna natychmiast rozmocowała zatrzask i w mig znalazła się przed panią Adrews. Ta westchnęła tylko i powiedziała:
-Jutro dam Ci znać... Chociaż myślę, że i tak nie będę miała innego wyjścia.
-JUHUUUU! - Mick zeskoczył z kanapy. - Gina zostaje!
-JESTTT! KONIEC Z ŚWIĘTYM MIKOŁAJEM! AWARIĄ RUR! PIJANYM DOZORCĄ! JESTEM WOOOOLNA!
Razem z Mick'iem, zaczęli wykonywać skomplikowany układ taneczny. Bogusław poszedł w odstawkę. Biedny. Tymczasem Trudy wyraźnie martwiła się poziomem inteligencji mieszkańców Anubisa. Gina szalała ze szczęścia, Mick razem z nią. To się nazywa empatia...

Max:
Lubiłem to miejsce. Choćby ze względu na wesołą atmosferę i miłych ludzi. Co z tego, że Trudy wiecznie latała za mną z mopem i odgrażała się za zbite wazony. Było śmiesznie. Jednym z moich ulubionych zajęć było podsłuchiwanie dziewczyn. Żeby je poznać...
-Nie wygłupiaj się! - donośny głos z korytarza, niewątpliwie należał do Stelli. - Gina wcale nie leci na Jerome'a!
-Nie, w ogóle! Widziałam jak na niego patrzy! Czemu miałabym się wygłupiać?
-Bo wczoraj myślałaś, że Benny się w nim zadurzył, więc...
-Ja wam pomogę! - wysunąłem się do przodu.
Akurat ich się nie wstydziłem. Mara była za miła, a Stella chodziła z Benny'm, więc nie czułem najmniejszego skrępowania.
-Jestem specem!
-To wytłumacz jej z łaski swej, że Gina nie kocha się w Jerome'ie!
-A nie? Znaczy, nie nie... - zaciąłem się.
-Widzisz?! - krzyknęła Mara z triumfem. - Mówiłam! O nie! Nie pozwolę, żeby ta flądra się tu wprowadziła! Po moim trupie!
To powiedziawszy, wymaszerowała z holu. Stella westchnęła tylko i pokręciła głową.
-Ale ją popieprzyło...

Fabian:
-Mam dosyć Amber. Cały czas wypomina mi, że powinienem sobie kogoś znaleźć...
-Witaj w moim świecie. - mruknęła Grace. - Chciała założyć mi profil na sympatia.pl. Effrayant.
-Co?
-To po francusku. - wyjaśniła. - Praktycznie całe dzieciństwo spędziłam we Francji. Tam mama poznała tatę... tego drugiego. Potem tak wyszło... przeprowadzka i... dalej już wiesz.
-Jakoś nigdy nie paplałaś w tym języku. - roześmiałem się. - Żeby się nie afiszować?
-No. Intégrer dans la foule, jak mówi moja mama. Trzeba wmieszać się w tłum.
-Pff. Też tak umiem.
-Zazdrośnik! - rzuciła we mnie poduszką. - Jestem w czymś lepsza od Ciebie, pogódź się z tym!
-Nigdy! - oddałem jej. - Grace... a ty... bo wiesz, Amber mówiła, że...
-Cholera, zabiję ją! Nie.
-Na pewno? - upewniłem się.
-Je jure. Przysięgam.
-Przestań, nic nie rozumiem! To... dobrze.
Spuściła głowę. Nie chciałem jej urazić, ale nic lepszego nie przyszło mi do głowy. Kompletnie nie wiedziałem co powiedzieć.
-Do ciebie pasowałby ktoś miły... delikatny. - wypaliła nagle. - Ktoś kto zaakceptuje wszelkie Twoje wady i zalety. Nie bezczelny, pewny i arogancki... Ktoś dla Ciebie.
-Czemu mi to mówisz? - zdziwiłem się.
-Chcę tylko żebyś wiedział. I nie popełniał niepotrzebnych błędów. Jak ja...
-Jakich?
-De telle sorte que vous pouvez vraiment le regretter et de détruire votre vie...
-Ej, nic nie rozumiem!
-O to mi chodzi. Sprawdź w słowniku. - puściła do mnie oko. - A, i to też możesz: Je vous aime...
-Odbiło Ci.
-Może. - roześmiała się. - Pamiętaj: lepiej dwa razy się zastanowić. Proszę...

Stella:
Po raz pierwszy od bardzo dawna odebrało mi mowę. Andrews zapragnęła urozmaić plan lekcji i do codziennych zajęć dorzuciła zajęcia muzyczne i teatralne. Podobno mieli takie coś w pierwszej klasie i nie narzekali. Ale to co zobaczyłam, przeszło moje najśmielsze obawy. Na scenie stała ona... Moja m... Rosie. W ręku trzymała brudnozielony dziennik. Parę chłopaków zagwizdało. To mnie akurat nie dziwiło, bo jak na swój wiek była całkiem ładna. Siedziałam na kanapie wpatrując się w nią z rozdziawianą gębą.
-Dzień dobry. - uśmiechnęła się ciepło. - Nazywam się Rosalinda Wright, ale proszę mówcie do mnie Rosie. Tak będzie prościej i sympatyczniej. Będę prowadziła z wami zajęcia muzyczne. Zapewne większość z was uważa, że to straszna 'wiocha', ale zrobię wszystko żebyście zmienili zdanie. Z muzyką spotykacie się każdego dnia. Na pewno każdy z was ma swój ulubiony gatunek np. pop, hip-hop... Będziemy poznawać historię wszelkich rodzai i obiecuję wam, że jeszcze bardziej pokochacie muzykę. Jakieś pytania?
Nie wytrzymałam. Poderwałam się z fotela i zaczęłam wrzeszczeć.
-Co ty sobie wyobrażasz?! Przychodzisz tu sobie, ot tak, nie zważając na to co mi, sorry NAM odpieprzyłaś?!
-Przepraszam na moment. - chwyciła mnie za łokieć i wyprowadziła z sali.
Kiedy wyszłyśmy na korytarz, ponownie się rozkręciłam.
-Ooo wstawisz mnie do kąta?
-Stella jestem na lekcji. - tłumaczyła mi, lekko poddenerwowana. - Rozumiem, masz do mnie żal... Porozmawiamy później, ale teraz bardzo proszę, pozwól mi pracować. Obiecuję, że wszystko Ci wytłumaczę. Tylko proszę...
Wywróciłam oczami i wróciłam na swoje miejsce. Benny wychylił się zza kanapy.
-Wszystko spoko?
-Taa. Cudownie. - uśmiechnęłam się kwaśno. - Mick, wyłaź spod tej kanapy!
-Odkurzam, nie widzisz?
-Dobra, nie pytałam. - machnęłam ręką.
Rosie wróciła na scenę. O dziwo, atmosfera szybko wróciła do normy. Była strasznie ciepłą osobą i szybko zjednała w sobie ludzi. Niestety, ze mną nie pójdzie jej tak łatwo... Znam ją jak nikt inny. Wiem jak zamierza mnie podchodzić, ale nic z tego. Niech się kobieta namęczy. Zasłużyła.

Grace:
-Mam już dosyć! - jęczała Amber. - Jeszcze te głupie zajęcia teatralne! Andrews zatrudniła pewnie jakiegoś starego oblecha... Fuuj! - wzdrygnęła się.
-Podobno ma podejście do uczniów. - odezwała się Abby. - Słyszałam jak pani Andrews mówiła o nim Valentine. Nie mogła wyjść z podziwu.
-Zakochała się? No, to na pewno jest osiemdziesięciolatek! - Amber padła na kanapę.
-Albo dyszkę więcej. - zasugerowałam złośliwie. - Pewnie najęli jakiegoś durnia z d... O Jezu.
Naszym oczom ukazał się nowy nauczyciel... O dziwo nie miał osiemdziesięciu lat ani chyba nawet czterdziestu... Jedno wielkie WOW.
-Alfie rzucam Cię. - wymamrotała Amber nieprzytomnie.
-Idę uściskać Andrews... - powiedziała podobnym tonem Abby. - A potem jego...
-Mam dodatkową motywację chodzenia do szkoły... - odparła Mara z delikatnym uśmiechem.
-Ej! - Jerome dał jej kuksańca w bok. - A ja to co?
-A ty to tam! - machnęła ręką. - Patrz: Czemu ty nie jesteś nim?
-Kochanie, on jest od Ciebie o 10 lat starszy.
-Chcę takiego męża!
Kłócili się 'aż' pięć minut. W końcu Jerome odwiódł jej od pomysłu operacji plastycznej. Martwił się o włosy. Fakt, ich nawet sama mu zazdrościłam. Eddie nie rozumiał zachwytu większości grona żeńskiego (Stella prycha na samego Pattison'a). Stwierdził, że facet jest brzydki, ma za duży zarost i daleko mu do niego. Mógł tego nie mówić, bo sporo dziewczyn rzuciło się na niego z pięściami... Na skutek tego, nowy nauczyciel musiał ich rozdzielać. Eddie skulił się na kanapie i nie pisnął słowa.
-Dziękuję za tak żarliwe powitanie. - roześmiał się nauczyciel. - Nazywam się Pablo Alonso. Jak pewnie zauważyliście, urodziłem się w Hiszpanii.
-Płynie w nim moja krew... - szepnęła rozanielona Abby. - Mój kraj wyprodukował GO...
-Będę prowadził tegoroczne zajęcia teatralne. Pani Andrews uważa, że trzeba zapałać w was miłość do sztuki...
-Ooo zapałał... - pokręciłam z niedowierzaniem głową.
Tymczasem Abby, ocucała wpół omdlałą Amber.
-Słyszałem, że mieliście podobne zajęcia w pierwszym semestrze. Bardzo mnie to cieszy, iż macie już jakieś pojęcie o grze aktorskiej. W tym półroczu, postaramy się poznać najważniejsze tajniki sztuki. Wcielicie się w role swoich kolegów i znanych osobistości. Każdy będzie mógł się realizować, na przykład poprzez napisanie własnej sztuki. Najlepsze, będą wystawione na ważnych uroczystościach. Na tych zajęciach, możecie dać ponieść się emocjom i wcielić w inną rolę. Uwolnić się od trosk i problemów życia codziennego. Nawet poprzez krzyk.
-JEZU!
Pablo i reszta klasy, obrócili się gwałtownie. Nad przemoczoną Amber, stała przestraszona Abby z wiadrem w ręku.
-Nie chciała oprzytomnieć... Ja tylko trochę, ale... Mick mnie trącił i...
-Była powódź! - oznajmił Campbell radośnie. - DOMEM MYM PODMORSKA TOŃ!
Pablo rozejrzał się wokoło i spojrzał na mnie.
-Proszę, skoczysz po jakąś szczotkę?
-Ja...? - zajęczałam. - Ja... Je ... Je vais, bien sûr, mais ... Je ... gee ... Excusez-moi, mais ... pas de la merde! - krzyknęłam i spojrzałam na niego przepraszająco. - Jak się denerwuję to gadam po francusku... Désolé, znaczy... przepraszam! - poprawiłam się szybko i wyleciałam z sali.
-Pasta de merde? - wykrzywiła się Amber. - A co to znaczy?
-Bodajże cholera. - wymamrotał milczący dotąd Eddie. - Lub gorzej. Francuzi są nieźle poryci...

Dwudziesta. Stałam pod wierzbą płaczącą, stojącą nieopodal Domu Anubisa. Czekałam na spotkanie z ojcem... Chciał powiedzieć mi coś ważnego. Myślę, że chodzi mu o te moje 'nie człowieczeństwo'. Ostatnio ciągle wałkujemy ten temat...
-Wiesz kim jestem, prawda? - usłyszałam głos zza pleców.
To on. Przyszedł.
-No nie wiem. Idiotą, wilkołakiem, demonem? - wyliczałam bezmyślnie.
-To ostatnie. Brawo. - wysyczał i zarzucił mi coś na szyję.
Chciałam krzyczeć, ale nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Widziałam tylko dwa, przerażająco czerwone ślepia, od których biła nienawiść. Ściskał wisior, który zawiązał na mojej szyi. Na łańcuszku wisiał niewielki kamień z błyszczącym czymś w środku... Moje ciało było całe we krwi. Zasłabłam. Powieki robiły się coraz cięższe. Powoli osuwałam się na ziemię. Zdążyłam tylko usłyszeć jego słowa:

Bądź nienawiścią, cierpieniem, wrogiem
Powal wszelkie cudze władze
Niech wizja niezgody, zła i potępienia
Będzie w Tobie, na nowej drodze...
Zbudź się Demonie!

***************************

Piekło ustało. Rufus stał nad leżącą na ziemi dziewczyną. Ta podniosła się i odgarnęła blond kosmyki z twarzy.
-Gotowa?
-Tak. - odpowiedziała, a jej oczy przybrały kolor, wściekle czerwonej nienawiści.

Nie podoba mi się... Chyba najgorszy jaki kiedykolwiek był (chyba, że będą jeszcze gorsze ^ ^). Postaram się machnąć coś w weekend. Jakoś mi nie idzie... Następnym razem bardziej się postaram. Obiecuję ^ ^. Słyszeliście, że sprzedają Dom Anubisa? Znalazłam ostatnio ogłoszenie... Czyli już wiemy, że 4 sezonu nie będzie. Zostawili nas z Walfie, Jeroy i Mabian'em. Super.
Rufus jest zły, niczym Dundersztyc ^ ^. Mick dalej hula z Bogusławem, Mara zamierza żenić się z nauczycielem... This is the life. 
To ja się z wami żegnam i zapraszam na nową część już w weekend :)

Gudbaj apetajl!
Sapphire.












sobota, 13 kwietnia 2013

Opowiadanie cz. 33

Grace:
Ile bym dała, żeby ten pieprzony dzień już się skończył. Ojciec nękał mnie od ósmej rano, bredząc coś o jakiś demonach i innych tego typu bzdetach. Trudy znowu wpadła w szał, z powodu zbicia 'niewielkiej' ilości wazonów. Pierwsze wyczyny Max'a, z pewnością zapadną jej w pamięć. Czasami chciałabym znaleźć się w jakiejś izolatce, być sama... Tylko ja i moje myśli. Kocham wszystkich "Anubisiorów", jednak brakuję mi chwili wytchnienia. Wszystko toczy się na gorąco i nie ma czasu przystać nad jedną sprawą, bo zaraz dochodzi następna. Nic, tylko leżeć do góry brzuchem z kubkiem kakao w ręku. Dzisiaj spytałam Fabian'a, czy jest jeszcze z Joy. Zaprzeczył i spuścił głowę. Cóż, ich rozstanie do łatwych należeć nie musiało. Jeśli w ogóle byli razem, bo szczerze, to nie mam pojęcia o panujących między nimi relacjach. Ostatnio moim czołowym problemem jest wyrodny ojciec, więc nie mam czasu na zgłębianie tajemnic miłosnych (działki Amber). Tak czy siak, mam nadzieję, że w końcu znajdzie jakieś pocieszenie po Ninie i nauczy się kochać.  Na nowo...

Audrey:
Patricia usiłowała wyprzeć się niepokojących uczuć do Jerome'a i wrócić na dobrą drogę. Nie jestem pewna, czy rzeczywiście coś ich łączyło... Patt była strasznie samotna i potrzebowała ramienia do wypłakania. A Eddie... Chyba dopiero teraz, zdał sobie sprawę z tego, jak głupio postąpił. Chodził przybity, nie odzywał się do nikogo...
-Wszystko jest do bani. - Williamson rzuciła czarną bluzą o podłogę. - Ja już nie wiem... Robię z siebie pośmiewisko. W ogóle nie jestem sobą...
-Nie ty jedna. - objęłam ją ramieniem. - Każdy potrzebuję się czasem wypłakać. Różne wydarzenia sprawiają, iż nie ma siły i... łzy same lecą. Ale zawsze można wyrwać się z otchłani rozpaczy i wyjść na prostą.
-Mnie do nie dotyczy. - wymamrotała w poduszkę. - Nie panuję nad sobą. Mówię to czego nie powinnam. Czemu tak jest, do cholery?!
Spojrzałam na nią smutnymi oczami. Nie rozumiała.
-Z tęsknoty Patt...
Już nie musiałam dokańczać. Wiedziała o kogo mi chodzi. Pogłaskałam ją po ramieniu i zostawiłam ją samą, z nieustającą burzą myśli, która wkrótce sama powinna ustać.

Fabian:
Eddie wyszedł z domu rano i do tej pory się nie pokazał. Pewnie jest mu głupio... Z powodu tej nieszczęsnej bójki i paru innych rzeczy. W sumie cieszyłem się, że go nie ma. Siedziałem w samotności, myśląc o niej... Dziwne, że Nina jeszcze mi nie przeszła. Widocznie to musi być coś... Było mi strasznie głupio, przez ten incydent z Joy... Wydaję mi się, że przechodziłem to, co Patricia teraz. Potrzebowałem kogoś. Dla zapełnienia luki... Nieoczekiwanie, tylko ją pogłębiłem i doznałem większych wyrzutów sumienia. Z oczu spłynęła mi łza. Kolejny raz... Nie umiem być twardy. Bardzo mi jej brakowało...
-Coś się stało? - usłyszałem ciepły, łagodny głos.
Audrey. Stała w progu, z wyraźnie zmartwioną miną. W ręku trzymała pudło chusteczek.
-Nie... - szybko otarłem powieki. - Długo tu stoisz?
-Nie, a chusteczki dla Patricii. - wyjaśniła z uśmiechem. - Źle się czujesz?
Usiadła koło mnie i postawiła pudełko na stole. Spojrzałem w jej brązowe, łagodne oczy. I nie wiem jakim cudem, słowa zaczęły same płynąć
-Moja dziewczyna zmarła... w tamtym roku. Stało się coś, co nigdy nie powinno mieć miejsca, ale... Ale mimo to strasznie mi jej brakuję i chciałbym żeby wróciła. Nie wyobrażam sobie, żebym mógł pokochać kogoś tak mocno jak ją.
-Coś kończy się, żeby coś mogło trwać. - położyła dłoń na moim ramieniu. - Wiem, co się stało. Patricia mi mówiła... Rozumiem...
-Nikt nie rozumie.
-Ojciec mnie bił. - powiedziała nagle, po czym natychmiast spuściła wzrok. - Byłam pewna, że los śmieje mi się w twarz. Pokazuję jaka jestem słaba i nie zasługuję na normalne życie. Miałam tylko Jerome'a, który wyjechał do internatu i zostawił mnie samą. W połowie pierwszego roku, zadzwonił do mnie i powiedział, że spotkał kogoś wyjątkowego... Nie mam do niego żalu. Za miłością trzeba dążyć. Matka mnie nienawidziła. Ślepo kochała ojca i była wściekła, kiedy do domu przyszła zmartwiona sąsiadka. Zauważyła te wszystkie siniaki... Mama była pewna, że to ja ją przyprowadziłam. Urządziła mi awanturę, a ojciec ostatecznie wyprosił kobietę z domu. Był bardzo wpływowym człowiekiem. Ludzie wydzieli go jako dobrego pracownika, kochającego ojca i męża... Nie mieli pojęcia, że tak naprawdę uczynił z mojego życia piekło. Bił mnie i mamę. Potem padał przed nią na kolana i obiecywał, że już jej nie uderzy... A ona mu wierzyła. Dlatego tak bardzo się cieszę, że tu jestem. - spojrzała na mnie zapłakanymi oczami. - Dla innych to katorga... A dla mnie dar od losu. Wiem, że kiedyś tam wrócę i znowu rozpocznie się to całe bagno, ale muszę być wdzięczna za to chwilę wytchnienia.
Patrzyłem na nią w milczeniu. Cierpiałem tylko przez rok, a ona... całe życie. Wychowała się u ojca brutala i oddanej mu matki. Siedziała bez ruchu. Z jej oczu spłynęła łza. Przycisnąłem ją do siebie. Nie miałem pojęcia co powiedzieć, jednak słowa wydawał się zbędne. Kątem oka, dostrzegłem czatującą za drzwiami Grace. Uśmiechnęła się szatańsko i uniosła kciuki do góry. I gdyby nie załamana Audrey, już dawno dostałaby poduszką.

Amber:
-Myślisz, że on ją lubi?
-No gdzie.
Już od ponad godziny, obserwowałam Alfie'go wpatrującego się w Abby. Poprosił ją o pomoc przy nauce. Jakby mnie nie mógł! Powtórzyłam to samo Grace, a ona mnie wyśmiała. Jakby wątpiła w moją inteligencję.
-Ale patrz! Zobacz jak wlepia w nią gały!
-Nieee... - ziewnęła Grace. - Zdaje Ci się. Abby w życiu nie poleciałaby na Alfie'go.
-Przecież jest najfajniejszym chłopakiem w domu!
-Śmiem wątpić. - roześmiała się. - Nie martw się, będzie spoko.
-Co ma ona, czego nie mam ja? - zastanawiałam się. - Jestem ładniejsza. Mądrzejsza. Jestem fenomenem! Może go zaczarowała?!
-Różdżką z patyka? Pewnie. Harry Potter everywhere.
-Ale poważnie. - zacisnęłam zęby. - Ostatnio mało czasu spędzamy razem. Nie widzieliśmy się na wakacje. Nawet do siebie nie dzwoniliśmy. Serio!
-Kto do kogo nie dzwonił? - uśmiechnęła się złośliwie.
-No... no ja, ale... miałam masę pracy. Lakier mi schnął, nie mogłam nacisnąć guzika! - broniłam się! - Byłam bezbronna!
-Przez dwa miesiące? Fajnie.
-Grace pomóż! - biadoliłam. - Nie wiem co mam robić!
-Ogarnąć się i żyć dalej? - spojrzała na mnie spode łba. - Na jednym frajerze świat się nie kończy.
-Alfie nie jest frajerem!
-Racja. - przytaknęła z szelmowskim błyskiem w oku. - Powinnam te słowa skierować do niego.
-Ja też nie jestem!
-Naważyłaś sobie piwa, to teraz musisz je wypić.
-Nie chcę pić piwa! - nie rozumiałam.
-Oj, to takie powiedzenie. - wyjaśniła litościwie. - Musisz udowodnić Alfie'mu, że Ci na nim zależy.
-Ale to facet powinien starać się o dziewczynę!
-Chyba, że to dziewczyna wszystko spaprała. - mrugnęła okiem, po czym dostała gazetą w łeb.
Nikt nie będzie obrażał Amber Millington!

Eddie:
Ta cholerna ironia losu. Była sobota, a siedziałem z Patricią w szkole i sprzątałem kącik woźnego. Kara za zepsucie odkurzacza. Tak naprawdę, to Mick rozłożył go na części. Wiecie, ta zabawa "Pokaż kotku, co masz w środku". Tak czy siak, Patricia już parę zlała mnie mopem, ale nie odezwała się ani słowem. Nie licząc przekleństw, rzuconych pod moim adresem. Obecnie, okładała mnie ścierką, wrzeszcząc coś o niewiernych przygłupach.
-Gaduło ogar!
Mogłem nie mówić. Prysnęła mi środkiem oczyszczającym w oko, po czym uśmiechnęła się złośliwie. Baby są straszne. Rozumiałem fobię Max'a.
-Słuchaj: sorry.. - zacząłem i natychmiast zrobiłem szybki unik, bo zamachnęła się na mnie z szmatką. - Nie chciałem żeby tak wyszło! Nic nie poradzę! Ta więź...
-Słyszałam te bajeczkę milion razy. Weź, zapomnij.
-Ty nie chcesz. - zauważyłem z uśmiechem.
Powoli podniosła wzrok. Podeszła bliżej.
-Odszczekaj to!
-Co? - droczyłem się z nią.
-To co powiedziałeś! Przepraszaj!
-No to bardzo przepraszam, że wciąż Cię kocham!
Wow. Powiedziałem to. Przeszedł przeze mnie przyjemny prąd. Patricia zdębiała. Wyglądała tak, jakby ktoś właśnie przyłożył jej cegłą. Powoli podeszła do szafki i wyjęła z niej spore wiadro, po czym wylała mi całą jego zawartość na głowę. Zaczęła się śmiać. Tymczasem ja, za bardzo nie oganiałem tego co się dzieje. Byłem jeszcze oszołomiony po mokrym strumieniu. Williamson wyniośle uniosła głowę, po czym szybko wyszła. Nie zwlekając ani chwili dużej, poleciałem za nią. Ująłem jej twarz w dłonie i przycisnąłem swoje usta do jej. Nie odepchnęła mnie. Zawiązała dłonie, na mojej szyi.
-Wow...
-Zamknij się. - roześmiała się Williamson. - Wsadzić Ci łeb pod kran? Ochłoniesz.
-Nie, dzięki. - objąłem ją w pasie. - To...
-No... - odwróciła wzrok. - Chyba możemy...
-TAK! - obróciliśmy się gwałtownie.
Z szafki wyskoczył rozradowany Mick. W rękach obejmował odkurzacz. Jakimś cudem, przywrócił jego pierwotny stan.
-Ja i Bogusław jesteśmy z was dumni! Patuniu, dasz mi może to wiadro? Bogusław potrzebuję kapelusza. - czule pogłaskał sprzęt. - No. To bardzo mi miło, że u was wszystko się ułożyło! Naprawdę! To takie cudowne, kiedy dwoje ludzi, staję się jednym ludziem. Życzę wam pięknych dzieci i fajnego odkurzacza. Naprawdę, wszystkiego najlepszego!

Jerome:
-Frajer.
-Kujon.
Stał się cud. Zapragnęła przypomnieć sobie wszystkie rzeczy i dalej normalnie funkcjonować. Zapomniała o wszystkich chwilach razem spędzonych, ale mimo to, wiedziała, że mnie lubi. Teraz siedziała na moich kolanach, usiłując odrobić zadanie z algebry.
-Mogę iść do pokoju? - marudziła. - Mam masę pracy.
-Ja też. - roześmiałem się i pocałowałem ją w czoło. - Pełnie funkcję psychologa. No więc: pamiętasz jak zbeształaś mnie, kiedy nie chciałem dać Poppy listu?
-Coś kojarzę... - zamyśliła się. - Ta koperta... Sprawiedliwość zwycięży, choćby ziemia miała runąć. To było tam napisane! - ucieszyła się. - Pamiętam!
-Brawo. - uśmiechnąłem się. - Dobra marudo, schodź już. Muszę iść odkleić Alfie'go od Abby. Biedna, wysłała już z 10 sms, żeby go zabrać.
-Ok. Lecę do Trudy, podobno nadal płacze po wazonach. Ktoś musi ją pocieszyć. - westchnęła. - Przepraszam...
-Jezu, ty znowu swoje! - roześmiałem się. - Zapomniałaś: nie Twoja wina. Bywa.
-Mhmm, taa. - rzuciła we mnie poduszką. - Kiedyś przypomnę sobie, jakim to byłeś idiotą i...
-Nie ma opcji. - przytuliłem ją. - Zawsze byłaś i będziesz najpiękniejszym scenariuszem mojego życia. Dlatego najważniejsze jest to, co dzieje się teraz. I nic ani nikt, nie może tego zniszczyć...

Amber:
-Jerome i Mara są razem, Patricia i Eddie są razem, Stella i Benny są razem... Ja nie mam co robić! - biadoliłam Grace. - Wszyscy są szczęśliwi i nie mam kogo... chwila... - spojrzałam na nią przebiegle.
-Yyy? - uniosła brwi - Że mnie? Ale że niby z ki... Nie. - spojrzała na mnie chłodno.
-Tak! - zaklaskałam w dłonie. - Byliby...
-Nie! - zakryła mi usta dłonią. - Nie waż się...
-Fabian! Grace chciałaby...
-NIE! - pociągnęła mnie do tyłu. - Ja nie chcę! Jestem forever alone, chce być sama! Poza tym, on dzi...
-Audrey ma ciężkie przeżycia, więc się nie dziw. Byłoby super gdybyście... ojoj! - złożyłam dłonie.
-Ojoj. - mruknęła pochmurno. - Ja nie chcę! Nie!
Zwiała do salonu. Zaczęłam ją gonić. Po drodze staranowałam kłócących się Jerome'a i Alfie'go.
-Nie, zostaw! Ja nie chcę, on jest dziwny! Nie chce spędzić połowy życia w bibliotece, no please! To już wole Mick'a i ten jego zajebiaszczy odkurzacz! No weź, zostaw!
-Serio?! - ożywił się Campbell. - To super! Bogusław i ja, chętnie przyjmiemy Cię na naszą lubę. Achh, to życie. No Boguś, jesteśmy szeksowni!


Bogusław <3 xd Napisałam. Nie mam pojęcia, kiedy będzie następne, ale bez pisania zapewne długo nie wytrzymam, więc... Nadal jestem poturbowana psychicznie i pierwsze próby pisania, skończyły się na wyrywaniu Joy organów... Co w sumie nie jest takim złym pomysłem ^ ^. Waldzio okazał się być pieprzniętym asystentem Zdzicha, który uległ tragicznemu w skutkach wypadkowi. Wyciągnijmy Jarę z lochów! Beansy Boo dojdzie prawy ^ ^. Może jednak będę piszolić... walenie w klawiaturę to fajny sposób na odreagowanie. Hyhy, umierajta Joy ^ ^. Pomścimy Jarę Waldziu, zobaczysz. Mwahahaha! I am FrankeStain! ^ ^

Sapphire <3





piątek, 12 kwietnia 2013

Przerwa.

Hej... Chciałam tylko powiedzieć, że ze względu na zaistniałe okoliczności, muszę zrobić sobie przerwę. Mianowicie chodzi o Jeroy i Mabian w finale... Przeryczałam cały dzień i choćbym nie wiem jak chciała, nie jestem w stanie wymyślić niczego nowego. Postaram się dokończyć tylko najbliższe opowiadanie, zaczęte jeszcze przed tym nieszczęsnym finałem. Jestem strasznym wrażliwcem, a do Jary byłam niesamowicie przywiązana... Mieli chyba najbardziej realistyczny wątek, który zmuszał do zastanowienia się nad sobą. A teraz... Scenarzyści wszystko spieprzyli. Zauważcie, tylko Peddie ocalało. Fabina, Jara i Amfie poległy. Rozdział postaram się dodać jeszcze dzisiaj. Co do kolejnego, nie mam pojęcia. Musiał zdarzyć by się cud, żeby nagle ogarnęła mnie jakakolwiek wena. Obiecuję, że spróbuję coś machnąć, ale... może nie wyjść za dobrze (ostatnie próby, były o pozbawieniu Joy organów ^ ^). Jeszcze nigdy nie płakałam przez serial... Jara where are you going now?! Fani Peddie, bądźcie wdzięczni losowi. Idę zamówić pogrzeb dla Waldzia (time to die...).

Nie mogę patrzę na scenki Jeroy, wolę oszczędzić sobie łez.

Bo nie ma to jak porzucić dziewczynę, w której kochało się dwa lata, dla znienawidzonego babsztyla, poznanego przez 2 dni. True story.



Do, mam nadzieję szybkiego, zobaczenia.
Sapphire <3

niedziela, 7 kwietnia 2013

Opowiadanie cz. 32

Mara:
Zamurowało mnie. Stałam jak wryta, podczas gdy Patricia patrzyła na mnie jak gdyby nigdy nic. Miała poważny wyraz twarzy.
-Uznałam, że powinnaś wiedzieć. - odparła, chowając włosy za ucho.
Nie za bardzo wiedziałam, co powinnam teraz powiedzieć. Pogratulować jej? Zacząć się głupio śmiać? Płakać? Zacisnęłam wargi i spuściłam głowę. Tymczasem ona podeszła bliżej i zapytała ze spokojem:
-Co zamierzasz teraz zrobić?
Ba, żebym to ja wiedziała. Usiadłam na łóżku i głośno westchnęłam. Odwróciłam się do okna. Deszcz. Super, najwyraźniej nastał definitywny koniec lata. Ale co mam myśleć o takich bzdetach, kiedy moja podobno przyjaciółka, wyznaję mi takie coś...
-Przepraszam. - powiedziała Williamson cicho, unikając mojego wzroku. - Byliście razem... wiem, że nie pamiętasz, ale mimo to... trochę mi głupio. Przepraszam.
-Nie ma za co... Było, minęło... Tak mi się tylko wyrwało... Wybacz. Nic do niego nie czuję. Od dawna.
-Oo... To... dobrze. - odetchnęła z ulgą. - Muszę już lecieć. Siema!
Zostawiła mnie samą. I nagle zrozumiałam, że popełniłam największy błąd w swoim życiu. Którego nie da się łatwo odkręcić...

Grace:
Mara przepłakała cały wieczór. Najwyraźniej związek z Mick'iem jej nie służy. Tak czy siak, pogoda postanowiła dopisać jej nastrojowi i czekała mnie kolejna ulewna noc. Z zrozpaczoną Marą u boku. Na szczęście szybko zasnęła, wtulona w swoją różową, mokrą od płaczu, poduszkę. Niespodziewanie, moja komórka zaczęła szalenie wibrować. Rzuciłam się ku komodzie, próbując okiełznać urządzenie. Widocznie nie jest dane mi się wyspać. Szkoda.
"Stoję przed Domem Anubisa. Zejdź szybko. Rufus."
Co on tu robi, do cholery? Powinien siedzieć w domu, z piwskiem w ręku. Nie miałam najmniejszej ochoty do niego schodzić, ale co tam. Zobaczę czego chce tym razem. Może mu kasy zabrakło... Nie, on nigdy niczego ode mnie nie chciał. Nie zamierzałam spełnić jego oczekiwań, to znienacka stałam się zbędna. I ot cała historia. Szybko narzuciłam szarą, znoszoną bluzę, na zimne ramiona i włożyłam czerwone trampki. Cichaczem wymknęłam się z pokoju i wyszłam na korytarz. Słyszałam Audrey. Nuci nawet przez sen! Chciałabym jej posłuchać, ale mam inne zmartwienie. Victor zasnął, przywalony stertą papierów. Świetnie. Ostrożnie zdjęłam klucze z biurka i po cichu pognałam do drzwi wejściowych. Na dworze lało. Z daleka widać było pewien niewyraźny kontur. On już tam stał. Kiedy mnie zobaczył, przyśpieszył kroku.
-Czego chcesz? - warknęłam, kiedy był już dostatecznie blisko.
-Nie przywitasz się z tatusiem? - uniósł brwi ironicznie. - Nieładnie.
-O co chodzi? - niecierpliwiłam się.
-Otóż tak - złożył ręce. - Jak wiesz, jesteś dziedzicem. Odziedziczyłaś po mnie sporo umiejętności. Liczę, że pójdziesz tą drogą, co ja. Mogłabyś daleko zajść.
-No chyba do grobu. - prychnęłam. - Coś jeszcze? Chce iść spać.
-Tak. Jako moja córka, masz sporo...
-Mówiłeś już. - ziewnęłam. - Konkret.
-No już! - zaczynał się denerwować. - Jako moja córka, nie jesteś do końca człowiekiem.
-CO?! - oprzytomniałam. - Jaja sobie robisz? Nie w ogóle, jestem ufokiem, wiesz? Spadam stąd.
Już byłam przy drzwiach, kiedy on złapał mnie za ramię.
-Nigdzie nie pójdziesz. - wysyczał przez zęby. - Nie teraz. Posłuchaj: Nie jesteś taka jak inni. Masz wielką moc... Możesz unicestwić ich jednym ruchem. Grace... zrobisz to prawda?
-Sorry, ale nie chce nikogo unicestwiać.
-Niedługo odkryjesz swoje zdolności... Zobaczysz.
-Kto tam jest?! - rozległ się krzyk, z wnętrza domu.
Rufus poderwał się do biegu. Zniknął w gęstej mgle. Tymczasem z domu wypadł rozwścieczony Victor. Mam przerąbane...
-Pani Foster! - szedł, z uniesioną głową. - Może mi pani łaskawie wytłumaczyć, co pani robi na dworze o tak późnej godzinie?
-No... no bo ja... ja tylko... - zaczęłam się jąkać, po czym zauważyłam nadjeżdżający samochód i wykrzyknęłam z uśmiechem. - Chciałam powitać tego kogoś!
Tym kimś, okazał się być nowy uczeń. Z samochodu wyszedł dość niski chłopak w fioletowej bluzie i czapce skate'owej. Pod pachą trzymał niewielki plecak.
-Jestem! - oznajmił z uśmiechem. - Wow, ale rudera! Myślicie, że ściany mogą się zawalić? Byłoby czadowo!
-KTO SIĘ TAK WYDZIORA?! SPAĆ NIE MOŻNA! - Stella wystawiła łeb przez okno. - SCHODZĘ!
Chwilę później, przed domem stała nie tylko Stella, ale i wszyscy mieszkańcy Domu Anubisa. Cała gromadka, gapiła się na nowo przybyłego chłopaka.
-Max? Stary, co ty tu robisz? - Benny wychylił się zza pleców Eddie'go.
-Rodzice. - odparł spokojnie. - Wiesz troska o moją edukację.
-Może mi pan wyjaśnić, czemu dopiero teraz?! - denerwował się Victor. - Trzy dni spóźnienia!
-Jest już po północy, cztery. - odparł Max z uśmiechem. - Ale już jestem! Cieszy się pan?
-Matko jeszcze jeden przygłup. - Stella uniosła głowę ku niebu. - Dobra, koniec tej szopki. Idę do wyra, wy róbcie jak chcecie. To nara!
-To moja dziewczyna! - dumnie oznajmił Benny Max'owi.
-Nie podniecaj się. - ziewnęła dziewczyna. - Mick! Weź tą karimatę sprzed drzwi!
-Ale jak tu najlepiej mi się śpi! - bronił się rozżalony Campbell.
-Ouu. - przypomniało mi się. - Więc to go nadepnęłam, kiedy wychodziłam.
-Nie bolało! - Mick machnął ręką. - Lubię kiedy się mnie depcze.

Abby:
-Stella, do Ciebie.
Victor postanowił powierzyć mi funkcję listonosza i już od szóstej rano, latałam po całym domu roznosząc najróżniejsze paczki i koperty. Ostatni, który mi został, był zaadresowany do Stelli. Koperta była wykonana z błyszczącego papieru. Jej brzegi zdobyły biało-czerwone róże. Na górze kartki tkwił ozdobny napis: Mediolan. Stella rzuciła kopertę na łóżko i otworzyła złożoną kartkę.
-Pamiętasz jak... - mówiła, nie przerywając czytania. - Mówiłam Ci o tych rysunkach, co poszły na wernisaż?
-Noo... - skinęłam głową.
-Wernisaż był we Włoszech. Dokładniej Mediolan. - odparła, co wyjaśniło ozdobny napis na kopercie. - Są zachwyceni pracami i zapraszają mnie do "School Qualified for Artists". Wykwalifikowanej szkoły dla artystów.
-To świetnie! - zaczęłam, ale uświadomiłam sobie, że wtedy musiałaby nas opuścić. - Znaczy...
-Wiem. - odpowiedziała szybko. - Przemyślę to. A, i nie mów nic Benny'emu.
-Ok... - nieśmiało skinęłam głową.
I już wiedziałam, że przez najbliższy czas, będę nosić ogromny ciężar na sercu.

Jerome:
Eddie nie odezwał się do mnie ani słowem. Było mu głupio. Mi też, bo zamiast jakoś złagodzić sytuację, zachowałem się równie nieodpowiedzialnie jak on. Tymczasem, siedziałem w pokoju u Audrey, która najwyraźniej zamierzała zająć się moim życiem uczuciowym. Jakbym sam nie umiał... Na szczęście miałem chwilę wytchnienia, bo właśnie wyszła po coś do kuchni. Niestety, samotny moment nie trwał długo, bo do pokoju wparowała Patricia.
-Muszę Ci coś powiedzieć. - oznajmiła bez ogródek.
-Dzisiaj dzień przytulania, a Eddie nie chce się wykazać?
-A ty znowu o nim? - wywróciła oczami. - Skończyliśmy ten temat. Przynajmniej on. - na chwilę spuściła wzrok. - Chciałam Ci powiedzieć, że...
Wiedziałem co. Ale nie mogłem dopuścić tego do świadomości. Grace miała rację... Poderwałem się z łóżka i wyszedłem na korytarz. Ona poszła za mną. Zaczęła płakać. Co dziwne, bo Trixie bardzo rzadko okazywała jakiekolwiek emocje.
-Jerome... Ja nie chciałam, tylko... to samo przyszło.
Stałem z zawieszoną głową. Kątem oka, dostrzegłem wyglądającą zza sąsiednich drzwi, Marę. Najchętniej odszedłbym bez słowa, ale nie mogę tak się zachować. Pogładziłem Patt, po zimnym ramieniu.
-Nie płacz... Williamson jest twarda. - dałem jej lekkiego kuksańca w bok.
Roześmiała się cicho. Przez chwilę milczała. Aż w końcu nabrała powietrza w płuca i powiedziała:
-Ok. Przepraszam... Żartowa.. Aaa... - machnęła ręką. - Odbija mi. Po tym... wszystkim. Sorry. - wymamrotała i znikła w drzwiach.
Ledwo zdążyłem ochłonąć, przede mną już stała Mara z kolejną dawką pytań.
-Nie teraz Jaffray. - jęknąłem. - Ale z Ciebie natręt.
-A z Ciebie idiota! - wypaliła. - Po co biłeś się z Eddie'm?
-Jego zapytaj. - odwróciłem się. - Nic do niego nie mam. Kto wie, co mu odbiło.
-Bałam się. - oznajmiła cicho. - Bardzo.
-Trzeba było dzwonić pod 112. - mruknąłem. - Weź, idź do Mick'a, z nim sobie lepiej pogadasz.
-Nie. Muszę z Tobą...
-O czym? O tym, że mam dać Ci spokój i już Cię nie nękać?
-Nie. Przypomina mi się coraz więcej rzeczy. - przyłożyła palec do policzka. - Wszystko zaczyna układać się w jedną całość.
-To może o tym też sobie przypomnisz...
-O czym?
-Że bez Ciebie jestem nikim! - wypaliłem i zostawiłem ją na korytarzu.
I wtedy dotarło do mnie jak bardzo ją kocham...

Max:
Stara rudera. Jeden telewizor. Łby zwierząt na ścianach, zamiast plazmówek. Taaa, po prostu kocham Cię życie! Wsiadam w pociąg i wracam do domu. Rzucę się na kolana przed dyrem, może z powrotem mnie przyjmie. Od kiedy zrobiłem małą rewolucję na holu głównym, nasze relacje nie są dość dobre. A wszystko po to by zaimponować jednej głupiej dziewczynie... Co tu kryć, nie mam szczęścia w miłości. Dziewczyny to złooo! Victor, za trzydniowe spóźnienie, kazał mi zamieść cały korytarz. Myślałem już, że odpuścił, ale na tym nie skończyła się jego idiotyczna lista. W tej chwili, z blokiem papierów pod pachą, leciałem do biblioteki. Miałem zanieść wszystkie świstki jakiemuś Jasper'owi. Przez to całe zamyślenie, nie zauważyłem idącej z naprzeciwka Abby. Ona chyba też nie patrzyła przed siebie. W każdym razie, skutek tego był taki, że oboje, wraz z porozrzucanymi kartkami, leżeliśmy na ziemi.
Gif.gif-Przepraszam! - rzuciła się do pomocy. - Jesteś Max, tak?
-Mhmm. - podniosłem dwie kartki z ziemi. - Taa...
Abby była śliczna. Ogółem obecność dziewczyny sprawia, że brakuję mi języka w gębie. Nie mam pojęcia jak się przy nich zachowywać, dlatego postanowiłem szybko pozbierać wszystkie papiery i natychmiast się ulotnić. Podniosłem wzrok. Ona też była zmieszana. Co dziwne, bo dziewczyny zwykle są strasznie pewne siebie. Cud, że w ogóle się zatrzymała.
-Zamyśliłam się. Ostatnio tak mam, nie widzę nikogo i niczego. Niedługo będę musiała iść do psychiatryka. - podała mi pozostałe kartki. - Idziesz gdzieś?
-Do biblioteki. Victor kazał zanieść mi te papiery Jasper'owi. Gdzie jest kontener na papier? - rozejrzałem się dookoła.
-Po prawo. Mogę iść z tobą.
-Nie dz... - już miałem zaprotestować, kiedy przypomniało mi się, że wcale nie wiem gdzie to jest. - A w sumie to możesz.
-Nie znasz drogi, prawda? - roześmiała się. - Spoko. Zaprowadzę Cię. Ostatnio często tam bywam więc... Nie stanowi to naj... Rany, ale przynudzam. Nie umiem rozmawiać z ludźmi. - ucięła. - Trochę mi głupio.
Jej? To ja byłem cały czerwony, chciałem zapaść się pod ziemię i więcej nie wracać, a ta mi mówi, że jej głupio? Zagięła mnie. Chyba się bała... Tak czy siak, wzięła ode mnie połowę kartek i ruszyła do biblioteki. Pomaszerowałem za nią. I doszedłem do wniosku, że nie wszystkie są takie same...

Mara:
Patricia go kocha. Kocha Jerome'a. Nie mogłam się z tym pogodzić, tym bardziej, że nadałam jej, iż nic do niego nie czuję. Ironia losu, gdy potrafisz rozwiązać problemy sercowe wszystkich, poza sobą. Nie zrobię jej tego... Z tym, że naprawdę go lubię, i w sumie byłam pierwsza... Tak przynajmniej mówili inni. Usłyszałam pukanie do drzwi. Wiem kto to. Jerome wszedł do pokoju z telefonem w ręku.
-Masz. - podał mi komórkę. - Nieważne, co sobie o tym pomyślisz, chce tylko, żebyś znała prawdę.
Nie mogłam odmówić. Wiedziałam, że spoczywa tam cała moja zapomniana przeszłość. Bałam się, fakt. Ale nie mogłam ignorować rzeczy, które kiedyś były dla mnie bardzo ważne. Przejrzałam wszystkie. Wróciło parę wspomnień, niekoniecznie miłych. Przypomniało mi się jak cierpiałam, kiedy Mick wyjechał do Australii. Dziś, nie przejęłabym się tym wydarzeniem, jednak... To bolało. Jerome złapał za klamkę i dodał na odchodne:
-Pomyśl...
Nie. Tym razem nie dam mu odejść bez słowa.
-Zostań. - poprosiłam.
-Czemu? - spojrzał na mnie spode łba.
-Bo teraz należymy do siebie. Jesteś częścią mnie i serio, życie bez ciebie byłoby beznadziejne. Przepraszam, że zapomniałam. Obiecuję, że zrobię wszystko żeby przypomnieć sobie wszelkie zapomniane rzeczy.
-Przecież to nie Twoja wina. - roześmiał się. - Myślę o Tobie...
-Nie kłam.
-No naprawdę...
-Nie rób ze mnie idiotki, przecież obydwoje wiemy, że nie potrafisz myśleć! - roześmiałam się.
Moja twarz, była coraz bliżej jego. Rozchyliłam usta, kiedy do pokoju wpadł rozradowany Mick:
-KUPIŁEM NOWĄ KARIMATĘ! RÓŻOWĄ! TAKĄ ZAJEBIASZCZĄ! OOO PRZESZKADZAM? A TY NIE BYŁAŚ MOJA DZIEWCZYNĄ? TRUUUDNO, ŻYJE SIĘ DALEJ! TUTUTURUTURUTURU!


The end xd Mam dość dramatyczne pomysły na rozwinięcie HoA Story... Mwahahaha ^ ^ Będą łzy, rozpacz, gniew i wzruszenia, jak to mawia język filmowy. Tak w ogóle zapraszam na podstronę "Sugestie". Wyraźcie swoje pomysły na dalsze wątki. Dzisiejsze opowiadanie dosyć ciepłe, ale od następnego atmosfera się zmieni... Hyhy ^ ^. Tak w ogóle, dzisiaj mam dość marny nastrój z powodu śmierci Komisarza Bromskiego z serialu "Komisarz Alex". On umierał, a pies położył mu łepek na... Dobra, bo się znowu rozkleję xd To ja lecę odpowiadać na pytania. A i jeszcze jedno: jak dobrze wiecie, niezbyt lubię Jeroy, to też ucieszyło mnie to, że w najnowszym odcinku Mara mówiła o nim jakby cały czas byli razem. Znaczy, że nie używała słowa "eks". Pewnie i tak będzie z Joy, ale jakieś pocieszenie bynajmniej jest... Jara shipper <3 W następnym będzie duuużo Peddie ^ ^. Jeśli macie jakieś pomysły, wyrażajcie je na nowej stronie, a jeśli chcecie pogawędzić z postaciami, zapraszam do "Rozmówek".
Papa <3

Sapphire.