piątek, 5 kwietnia 2013

Opowiadanie cz. 31

Abby:
Kocham ten wieczorny klimat... W nocy jest cicho, spokojnie i tak tajemniczo... Większość uczniów zagnieździła się już w swoich pokojach. Amber ze Stellą oglądały film, co chwilę obrzucając telewizor popcornem. Stella kiedy Ronald rzucił mroczną Emily, a Amber kiedy zakochał się w ubogiej Daisy i porzucił blondwłosą Hoppe. Tymczasem ja postanowiłam uniknąć następnej wymiany zdań. Głównie dlatego, że większość popcornu lądowała w moich włosach. Kiedy weszłam do kuchni, usłyszałam ciche podśpiewywanie. Audrey patrzyła w okno i nuciła piosenkę zespołu Hey Monday, Without you.
-You walked out in November. And I just let you go. It was the biggest mistake ...
-Hej.- postanowiłam ujawnić swą obecność. - Spokojnie, ja tylko...
-Nic się nie stało. - uśmiechnęła się delikatnie.
W głosie miała wrodzoną słodycz, oczy błyszczące niczym gwiazdy na bezchmurnym niebie. Nie robiła tego na pokaz. Po prostu taka... była. Kochana, śliczna i słodka.
-Nie chciałam Ci przerywać.
-Nic się nie stało. - powtórzyła.
Podeszła do blatu i nalała sobie soku porzeczkowego. Już nie śpiewała. Szkoda... Mogłam jej nie przerywać. Ma taki cudny głos... Nie jak te przerabiane popy, plastiki co teraz. Jej ton był... inny. Barwny, jednocześnie stonowany i spokojny. Emocjonalny, ale nie przesadzony. Jej muzyka chwytało za serce. W jej głosie było tyle uczuć, pasji... tak nie śpiewa zwykły człowiek. Musiała coś przeżyć, coś... naprawdę ważnego. Nie znam jej historii. Ale w każdym słowie piosenki, ukryła kawałek prawdy o swoim losie. Poprzez śpiew, wyrzucała z siebie emocje, zupełnie jak ja, kiedy tańczę... Audrey wyjęła zeszyt z torby i zaczęła pisać. Tymczasem ja, jak głupia stałam w jednym miejscu i zastanawiałam się co robić.
-Nie przeszkadzam Ci? - wypaliłam bezmyślnie.
-Nie. - uśmiechnęła się tylko.
-Strasznie ładnie śpiewasz. Bo widzisz, ja tańczę - rozpędziłam się. - I wtedy zrzucam siebie wszystkie emocje. To dla mnie pasja, ży... Jestem głupia. - walnęłam głową o ścianę.
-Nie, wcale nie. - roześmiała się. - Ja rozumiem.
-Mhmmm. - uniosłam brwi przecząco. - Zawsze jak chce o czymś porozmawiać, to nie mogę... za bardzo się... peszę. - wykrztusiłam nerwowo.
-Tak myślałam. Jednak te ciężkie buty i ostry makijaż nie wyrażają Ciebie. - domyśliła się.
Była niezwykła. Rozpracowała mnie jednym spojrzeniem. A może to widać... Zaczęłam obawiać się o własną reputację. Nie chciałabym żeby wszyscy myśleli, iż jestem dziwna i nudna. Jakoś nigdy nie mogłam uniknąć upokorzenia. Bolało mnie to i z dnia na dzień, traciłam coraz więcej wiary w siebie.
-Może już pójdę. - wymamrotałam i zostawiłam Audrey samą, naiwnie myśląc o tym co by było gdyby...

Grace:
-Czemu mówisz mi to dopiero teraz?
-Miałam Cię budzić o trzeciej nad ranem? - roześmiałam się. - Kazałbyś mi spadać na drzewo.
-Ja szybko trzeźwieję. - dał mi lekkiego kuksańca w bok i natychmiast oblał się rumieńcem. - To... co mówiła?
-Wspominała coś o nieskończonym zadaniu... jeśli nie wypełni misji, nie będzie mogła odejść. - wyjaśniłam mu. - Byłam z nią piwnicy. Zrobiła małą wycieczkę w przeszłość. Pamięta wszystkie wasze przeżycia... - dorzuciłam jeszcze, widząc zmartwienie na jego twarzy. - Tęskni...
-Ja też. - spuścił głowę.
Zacisnął zęby, żeby się nie rozpłakać. Przyśpieszył kroku. Całe szczęście, że miałam w miarę wygodne buty, inaczej nieźle odczułabym te gonitwę. Wybiegłam przed niego i roześmiałam się głośno.
-Znowu mnie do tego zmuszasz! - zawołałam ze śmiechem. - Nie możesz trochę zwolnić?
-Sorry. - uśmiechnął się nieśmiało. - Tylko... Przecież wiesz.
-Wszystko wiem! - odparłam z wyższością - Znam mitologię egipską, język francuski i wiem, że masz na drugie imię Susan.
-Niepra... Kto Ci to powiedział?
-Widzisz! Wszystko! - roześmiałam się i ruszyłam przed siebie.
Tymczasem on ciągle stał w jednym i tym samym miejscu i dam głowę, że właśnie się uśmiechał.

Stella:
Spóźniał się. Znowu. "Bo chce zobaczyć jak Audresia gra na jakimś zakichanym foltepianiku bla bla bla bla bla". Ciekawe czy mu zależy... Mi? Może trochę... Spojrzałam na zegarek. Wpół do ósmej. Brawo, new record! Miałam zamiar iść już do domu i porządnie mu nakopać. Nagle ktoś chwycił mnie za ramię. Obróciłam się. Aaa... Ona.
-Czego chcesz?! - warknęłam.
-Porozmawiać. - odpowiedziała spokojnie. - Tylko o tyle Cię proszę...
Mama. Nie, sorry OBROŃCZYNI. Tak przynajmniej wytłumaczyła mi swoją 'śmierć'.
-Daj mi spokój!
-Stella proszę! - pobiegła za mną. - Możesz mnie nienawidzić, masz do tego pełne prawo, ale błagam! Wysłuchaj mnie!
-Ooo? Znowu planujesz pogrzeb? Powiedz tylko datę, na pewno nie przyjdę! - odwróciłam się napięcie.
Nie mogłam patrzeć jej w oczy. Była smutna... ale co z tego? Też byłam 'smutna' kiedy uma... odeszła, to właściwe określenie.
-Proszę... - złapała mnie za dłoń, po czym szybko odskoczyła. - Masz w sobie tyle siły... Kochanie jesteś im potrzebna? Inaczej zło wygra...
-Eee? Te pogrzeby Ci nie zaszkodziły? - uniosłam brwi. - Sorry, ale nie mam zamiaru Cię słuchać. Jak chcesz opowiedzieć komuś takie brednie, niedaleko jest psychiatryk.
-Stella... Jesteś Obrońcą.
-I księżniczką krainy tęczy!
-Ja naprawdę... - powiedziała drżącym głosem. - Musisz ich bronić. Masz w sobie siłę, czujesz ją?
-Psychiatryk w lewo.
-Proszę! Zrobiłam to dla Twoje... waszego dobra! Inaczej byście zginęli...
-Trudy utopiłaby nas w pralce? Straaaaaszne. Dobra Rosie, nie mam czasu na Twoje cudne historyjki.
-Nie powiesz mamo...?
-A kim ty jesteś?! - krzyknęłam ze łzami w oczach. - Z tego co wiem, to nie tak zachowują się matki! Weź, daj mi spokój...
Zostawiłam ją samą... Jej sylwetka powoli się oddalała... Nagle z całą siłą, walnęłam w coś co stało na drodze. Upadłam za ziemię. Otarłam dłonią, blady policzek. Był cały w krwi. I w resztkach tuszu do rzęs. Wyglądałam jak jakieś monstrum. Podniosłam wzrok. Benny. Chciałam na niego nawrzeszczeć, ale nie miała już sił... Podał mi rękę i pomógł wstać. Przycisnął moją rozczochraną głowę, do swojej czerwonej bluzy, na której natychmiast pojawiły się czarna plamy.
-Masz chusteczkę. - wyciągnął zmięte opakowanie z kieszeni.
-Wróciła... - pociągnęłam nosem. - I wciska mi jakieś durne... Nieważne. Czemu mi to zrobiła? - zapytałam płaczliwie i spojrzałam na niego mokrymi oczami.
-Nie wszystko możemy wiedzieć. Niektórzy lubią tajemnicę... - przytulił mnie i ścisnął zlodowaciałą dłoń. - Nie powiem będzie dobrze, bo to najgorsze co można usłyszeć w tak beznadziejnej sytuacji.
-Sam jesteś beznadzieja. - wyrwałam się z jego ramion. - Daj mi spokój...
-Benny'ego się nie zbywa. - pokręcił głową z uśmiechem. - Ale jeśli chcesz, to mogę sobie iść.
- Nie, zostań! - złapałam go za ramię. - Proszę...
Odwrócił się. Stałam przed nim z dość głupim wyrazem twarzy.
-Bo wtedy... - zaczęłam. - Przed wakacjami... Nie mieliśmy okazji pogadać o... wiesz.
-I cierpiałaś. - wyszczerzył zęby w uśmiechu.
-Jakbym chciała pocierpieć, przytrzasnęłabym sobie rękę drzwiami. Ale poważnie: Bo wtedy ja... ooo nienawidzę kiedy mi na czymś zależy! Wolę kiedy jest mi wszystko jedno! - nadąsałam się. - Ale... co ja będę gadać. Nie będzie happy-end'u bo życie to nie żaden pieprzony film.
-Dokończ. - uśmiechnął się ciepło, po czym spojrzał w rozgwieżdżone niebo. - Już mogę mówić na Ciebie 'moja'?
-Wowww. - lekko uniosłam kąciki ust. - A Audrey?
-Lubię z nią rozmawiać, mamy wspólne hobby... i na tym koniec. - wzruszył ramionami. - To wal: co chciałaś powiedzieć?
-Tak w skrócie: zobaczyłam Cię przypadkiem, przypadkowo Cię poznałam no i całkiem przypadkowo pokochałam. - wypaliłam jednym tchem. - Wtedy musiałam sobie wszystko ułożyć. Miałam wielki burdel w umyśle. Przepraszam... - odgarnęłam włosy za ucho i spojrzałam prosto w jego zielone oczy.
Nasze twarze dzieliło już tylko kilka centymetrów. Zbliżył swoje usta do moich i zamknął tę odwieczną lukę między nami. Chyba po raz pierwszy w życiu nie wiedziałam co powiedzieć. Nawet po telefonie Eddie'go, sypnęłam sporą wiązanką przekleństw. Tymczasem Benny wyglądał na zadumanego. Momentalnie wróciła chęć walnięcia go w nieobliczalną gębę.
-Benny?
-Abonent czasowo nieprzytomny, ale jak dojdzie do siebie to się odezwie. - oznajmił, po czym złapał za mnie za rękę i nie martwiąc się już niczym, wróciliśmy do Domu Anubisa.

Fabian:
Wrzuciłem ostatnie książki do plecaka. Nie miałem zbytniej ochoty iść do szkoły, ale cóż zrobić. Ciągle myślałem o wczorajszym pojawieniu się Niny... Z westchnieniem klapnąłem na łóżko. Nagle do pokoju wpadła Grace z jakimś zabazgranym świstkiem w dłoni.
-Ello! - usiadła koło mnie. - Trudy właśnie ustaliła dyżury przy sprzątaniu. Najbliższy termin miał mieć Jerome z Patricią, ale Mara zrobiła aferę na cztery światy. Ostatecznie cały czas szukają mu kogoś do pomocy. Kto by pomyślał, że ma aż takie wzięcie. - roześmiała się. - Ty zmywasz w czwartek. Z Abby.
-Co?! - poderwałem się z miejsca. - Nie mogę! Ma mnie za totalnego idiotę, w ogóle nie umiem z nią rozmawiać!
-Ojj przestań, mus... Czekaj, czekaj. - zmarszczyła brwi. - Ona Ci się podoba!
-Nieprawda! - cisnąłem w nią poduszką.
-Tak! - przechwyciła przedmiot. - Inaczej byś się tak nie stresował. Chyba muszę iść po Amber. - roześmiała się.
-Nie! Ona mnie zabiję! Zresztą Joy... i...
Zamilkła. Zdjęła ze ściany zdjęcie Niny i pomachała mi nim przed oczami.
-Zapomniałeś o niej?
-Nie, co ty! Ja...
-Przepraszam, źle zaczęłam. - zawahała się. - Bo ona... chciałaby żebyś kogoś pokochał. Tak... naprawdę.
-Mi też to mówiła. Kiedyś... - przypomniałem sobie.
-No dobra. - odwiesiła zdjęcie. - To... jest ktoś komu mógłbyś powierzyć swoje kujońskie serce?
Spojrzałem na nią z rozbawieniem, po czym tajemniczo uniosłem brwi.
-Pedofil! - roześmiała się i cisnęła we mnie poduszką. - Mam rozumieć, że biblioteka nie ma żadnej konkurencji?
-Niekoniecznie.
-No tak, zapomniałam. Przecież jest jeszcze kalkulator. - mrugnęła okiem, po czym ze śmiechem wyleciała z pokoju, śledzić dalszą dyskusję Trudy i Mary.
Poczułem, że to dobrze... Dobrze, że ją mam.

Jerome:
Marusia odstawiła dzisiaj niezłe przedstawienie. Widok jej głupich protestów był bezcenny. Ostatecznie, wytargowała wspólne dyżury Patricii i Alfie'go. Ja pozostałem bez pary. Sama nie była zadowolona, bo przydzielono ją do Alfie'go. A Trudy, chyba z tydzień, nie będzie się do niej odzywać.
-Jerome! - usłyszałem damski głos.
Gina. Nerwowo odgarniała włosy, które wiatr zarzucał jej na twarz.
-Wyglądam jak Samara z Ringu! - roześmiała się.
-Trudno się nie zgodzić. - żartobliwie puściłem jej oko. - Jak tam petycja?
-Stella napisała coś czego powtarzać nie powinnam, Alfie narysował słonia, Eddie żyrafę, a Mara przysłała oddzielny list, czemu nie powinnam do was trafić. Więc: marnie.
-Nie przejmuj się. - klepnąłem ją po ramieniu. - Co tam u Świętego Mikołaja?
-Dałam jej mydło. Chciała je zjeść. - wykrzywiła się. - Nie wie też co to golarka. I do dziś nie jestem w stanie rozszyfrować czy to chłopak, czy dziewczyna. Dom Izydy - Dom Obojniaków.
-Avan był zadowolony.
-Avan lubił zbijać szyby w pokojach. Także klima: lufcik. Oprócz tego dziurawy dach: z widokiem na gwiazdy. Mniej fajniej, kiedy leje deszcz. Woźny ma to gdzieś i dalej bezstresowo rozwiązuję krzyżówki z "Pani Domu". Jest śmiesznie, fakt. Ale na wejście, dostaliśmy umowę o pobranie organów gdyby nam się coś stało, co w tym przypadku jest bardzo prawdopodobne.
Rozmawialiśmy tak całą drogę. Mara zapewne nadal siedzi w kuchni i wysłuchuję biadoleń nieszczęśliwej, zranionej Trudy. Nagle Gina zagrodziła mi drogę i zapytała:
-Może ty mi pomożesz? Znam Cię najlepiej z Anubisa, a... inni chyba się do tego nie palą. Zrozum, mi naprawdę zależy. Chciałabym w takim mieszkać. Bo ja lubię.... starą atmosferę. U mnie  w domu jest pełno antyków, tata ma bzika na tym punkcie. Ja słucham tylko starych utworów, bo dzisiejsi wokaliści... szkoda gadać, całą pracę za nich odwala komputer. Wygląd, zmutowanie głosu... - wyliczała. - Mało jest ludzi, którzy potrafią śpiewać. Rzecz jasna, zdarzają się wyjątki. Ale i tak najbardziej lubię tych starszych wokalistów. To... możesz mi pomóc? Bardzo proszę. - uśmiechnęła się.
Byłem trochę zdziwiony... Nie żeby coś, ale... Wiem, że mam branie i w ogóle ale żeby aż takie?
-Sorry, nie umówię się z Tobą... - wycofałem się.
-Co? Chodziło mi tylko o zwykłą przysługę, a nie randkę! - roześmiała się. - Wy faceci myślicie tylko o jednym... - spojrzała na mnie porozumiewawczo i dalej poszła sama, a ja czułem się jak ostatni dureń.

Mara:
Moje życie jest do bani. Wszystko przez tego blond jełopa. Kiedy powiedziałam to przy stole, wszyscy stwierdzili, że chodzi o Mick'a. Eh... Rzecz jasna, chodziło mi o Jerome'a, który jak gdyby nigdy nic, patrzył na mnie swoim bezczelnym uśmiechem i śmiał twierdzić, że go kocham. I co jeszcze? Stałam właśnie na szkolnym korytarzu i wpychałam książki do szafki. Jerome gadał z Patricią. Postanowiłam podejść bliżej i dowiedzieć się o czym rozmawiają. Migiem znalazłam się przy jego szafce. Nadstawiłam ucha.
-Nie wiem co mam robić. - westchnęła Williamson. - Zachowuję się jak ostatni dureń. Wszystko mi utrudnia. - kopnęła w szafkę. - Cholera...
-Trixie ogar! - roześmiał się Jerome. - Robi to specjalnie. Clarke to wie. Jest przewidywalny!
-Taaa jasne.
-Wątpisz w moje zdolności? - uniósł brwi z rozbawieniem.
-Ależ skąd. - zaśmiała się i potargała jego włosy. - Marny z Ciebie psycholog. Ale dziękuję. - zanim się obejrzał, Patricia już miała głowę, na jego klatce piersiowej.
Nagle z zza rogu wyszedł Eddie. Gwałtownie odciągnął Williamson na bok i mocno go uderzył. Clarke gwałtownie się z chylił i potarł twarz dłonią. Jego ręka była cała we krwi. Niewiele myśląc, zrobił to samo. Zaczęłam się wydzierać. Nie wiedziałam co robić. Korytarz, w jednej chwili, zapełnił się dziesiątkami studentów, chcących zobaczyć całe to pobojowisko, czyli Miller''a i Clarke'a, okładających się pięściami. Stella stanęła pod ścianą i zawołała:
-Abby! Dajesz nową dostawę!
W jednej chwili, na polu bitwy, zjawiła się Abby wraz z pudełkami popcornu. Razem ze Stellą, rozsiadły się pod ścianą i obserwowały dalszy przebieg walki.
-Jezu, zróbcie coś! Oni się zabiją! - darłam się jak głupia.
Uczniowie szybko podzielili się na dwie grupy. Pierwsza, składająca się głównie z (eh) płci żeńskiej, dopingowała Jerome'a. Znaczna mniejszość, ustawiła się za Eddie'm. Miller na chwilę wychylił głowę i zawołał.
-Ej! Czemu nikt mnie nie wspiera?!
-Bez obaw. Ja to zrobię! - zaoferował się Mick i zaczął wywijać na środku, jakiś skomplikowany układ taneczny. - Eddie, Eddie to jest gość! Dasz mu w ryjca, on Ci w nos! Eddie, Eddie! Królu nasz! Napraw w Izydy Domu Dach! Wodzu, wodzu! Królu mój! A jak przegrasz, dam Ci w dziób!
Załamka totalna... Ale nie to było moim największym problemem. Oni nadal się bili... Tymczasem Avan wyszedł na środek i zaczął dopingować Jerome'a.
-Za gardło go! Uduuuuś! - krzyknął ochoczo. - Teraz w piszczel! I oczy wydrap! Pójdę po łyżeczki! - zaoferował się i zniknął w pobliskiej klasie.
Bitwa się zaostrzała. Eddie miał posiniaczoną twarz, Jerome bliznę na policzku.
-Dobra, koniec tego. - Stella stanęła między chłopakami i wrzasnęła - KONIEC TEGO! DO DOMU ROZEJŚĆ SIĘ! JEDEN I DRUGI! RUCHY!
Tłum natychmiast rozszedł się po klasach. Jerome i Eddie rzucili sobie ostatnie wściekłe spojrzenia i każdy poszedł w swoją stronę. Ja ryczałam. Patricia stała zdezorientowana i nie za bardzo wiedziała co robić. Nagle na korytarz wbiegł Avan z kompletem sztućców w rękach.
-Hej, już jestem! Przyniosłe... ooo. - rozejrzał się po pustym korytarzu. - Już po?
-Po! - przytaknęła Patricia i złapała Eddie'go za marynarkę. -Co ty odwalasz?! Już do reszty Cię porąbało?! Nie chce Cię znać! - warknęła i wyleciała ze szkoły.
Eddie spojrzał na mnie z przygnębieniem.
-Spaprałem? - spytał, choć oboje znaliśmy odpowiedź.
-Do reszty. - pokiwałam głową i wywlokłam rozżalonego Avana z byłego pola bitwy...

Avan:
A tak fajnie się zapowiadało... W Domu Izydy mieliśmy tak na co dzień. Zawsze lubiłem patrzeć na takie konfrontacje. Znaczy... od kiedy poznałem moich kumpli, Skałę i Plujkę, czyli Dave'a. Musiałem przejść lekką metamorfozę, gdyż... inaczej bym tam nie przetrwał. Trudno wywalczyć akceptację w tym wieku. Tylko prawdziwi przyjaciele, wiedzieli, że jestem wielkim maniakiem fotografii i wszędzie nosze ze sobą aparat. Szkoda, że zostaliśmy rozdzieleni... Patt, Joy, Audrey i Jerome byli moimi przyjaciółmi. Taka paczka z piaskownicy. Wiedzieliśmy o sobie wszystko. Tak było aż do momentu kiedy zamieszkałem w Domu Izydy... A teraz znów trafiłem do nich i odkryłem, że zaszło tam wiele poważnych zmian. Co prawda fajnie było wrócić na stare śmieci, ale... czułem się niepotrzebny i odtrącany. Choć może to ja tak robię... gardzę wszystkim i wszystkimi. Wyciągnąłem aparat i zacząłem pykać fotki. Wychodziły nieźle... Po tylu latach, miałem już jakąś wprawę. Nagle dostrzegłem ją... Ją, co ja gadam, przecież znam... Grace. Szła przede mną, machając swoim grubym warkoczem, uplecionym z jasnych włosów. Oczy miała mocno błękitne... jak niebo. Niewiele myśląc, cyknąłem fotkę. Ta natychmiast się obróciła i zaczęła się śmiać.
-Śledzisz mnie?
-Nie, ja tylko... Zdjęcie. - pokazałem jej aparat.
-Prawa autorskie! - pogroziła mi palcem, po czym zaczęła się śmiać jeszcze głośniej.
Poczułem narastające ciepło w sercu. Sposób w jaki się śmiała, poruszała, mówiła... to wszystko było takie... cudne, niezwykłe. Jak on mógł tego nie zauważać? ON, czyli Fabian. Często razem siedzą, rozmawiają, a on zdaję się nie zauważać jej ślicznej osoby...  Niewiele myśląc, spojrzałem jej w oczy i powiedziałem.
-Jesteś piękna...
Spojrzała na mnie dziwnie. Klepnąłem się w czoło. Najpierw mówię, potem myślę. Pogratulować inteligencji!
-Zaczynam się bać... - uniosła brwi. - Jeśli to jakaś propozycja, to nie, dzięki. Nie jestem zainteresowana. - odparła zwięźle, po czym zawróciła do Domu Anubisa.
A ja coraz bardziej uświadamiałem sobie, jak bardzo się wygłupiłem...

Mara:
Victor, wraz z panią Andrews , siedzieli w salonie i rozmawiali z chłopakami. Jakieś takie mądre bzdety o nieodpowiedzialnym zachowaniu... Rozległo się pukanie do drzwi.
-Proszę! - wstałam z łóżka.
Do pokoju weszła Patricia. Miała poważny wyraz twarzy.
-Hej. - odłożyłam książkę. "Cienie" mogą poczekać. - Coś się stało?
-Mogę Cię o coś zapytać? - chciała przejść do konkretu.
-No... tak.
-Odpowiesz szczerze?
-No... - uniosłam brwi ze zdziwieniem.
-Przysięgasz?
-Słowo harcerza. - uniosłam rękę do góry. - Słucham?
-Ty... Czy ty kochasz Jerome'a? - wypaliła w końcu.
Zamurowało mnie. Nerwowo zacisnęłam dłonie. Przyrzekłam...
-Odpowiesz? - niecierpliwa się Williamson.
-No... ja... te wspomnienia wszystkie... to... no tak, jakby tak... - zająknęłam.
Spojrzała na mnie poważnymi oczami. Nabrała powietrza w płuca i oznajmiła:
-Bo widzisz, ja też.


Ufff xd Koniec! Teraz jeszcze tylko odpowiedzieć na pytanka i mogę iść spać ^ ^ Czekam na drugi zamówiony szablon. Pierwszy jest zrobiony. Potem wybiorę spośród tych dwóch i będzie gicior ^ ^ Jak na razie zostaję Lucy Hale <3 No więc: pytanka możecie zadawać. Nie ma jakiegoś limitu. Może to robić każdy w dowolnej ilości (no może nie: granica do setki xd), o każdej porze dnia i nocy ^ ^ Nie martwcie się o Peddie: trochę namieszać muszę, żeby były emocje ^ ^ Nie zrobię z tego jednak mody na sukces, tak jak kochani scenarzyści HoA - łby wam odrąbię za tego Jeroy'a -,-. Kocham Peddie i będą razem, bo nie może być tak wszystko idealnie. Potem fabuła byłaby nudna a ja nie miałabym o czym pisać ^ ^. I pytanie do was?

Z kim powinien być Fabian (oprócz Niny ^ ^)?

Proszę, żeby wszyscy komentujący odpowiedzieli na to pytanie. Jest ona dla mnie dość ważne, no naprawdę nie mam pojęcia do kogo czujecie największą sympatię i kto by wam odpowiadał. Możecie nawet dawać odpowiedzi typu forever alone ^ ^. A jeśli wybierzecie jakąś konkretną dziewczynę (lub chłopaka O_O) to... możecie podać też pomysł na ich wątek, sytuację, scenki, w których mogą się... zbliżyć ^ ^ Kto wie, może skorzystam z jakieś propozycji, bo niektórzy mają naprawdę świetne pomysły. Ok, lecę odpowiadać na pytanka. Do napisania <3

Sapphire.












4 komentarze:

  1. haha ,ale fajnie napisałas ten moment jak się bili.Się uśmiałam.A do czego mu były te łyżeczki?chyba nie do wydrapania eddiemu oczu ,co?

    OdpowiedzUsuń
  2. Super scenariusz :-) zreszta jak zwykle :-) czekam na kolejny :-)

    OdpowiedzUsuń