sobota, 27 kwietnia 2013

Opowiadanie cz. 38

Mara:
Bywają takie dni, kiedy naszym jedynym marzeniem jest przytulić się do poduszki i płakać. Zapomnieć o wszystkim i wszystkich. Przenieść się do innego świata. Najgorsze jest to, że taki będzie scenariusz mojego życia. Jestem Skazańcem. Od początku nim byłam. Wybraną, wcieleniem Izydy i Skazańcem. Dopiero wczoraj odkryliśmy jakie ważne powiązanie mają ze sobą. Mój los jest już przesądzony. Nikt mnie nie uratuje. Ozyrion też nic nie zdziała. Zdaje sobie sprawę, że to ostatnie chwile mojego życia. Już niedługo przyjdzie czas, w którym będę musiała wypełnić przeznaczenie. Doświadczę losu, którego cudem udało uniknąć się Izydzie. Jako jej wcielenie zrobię to za nią. Nie ma innej opcji. Jerome… kiedy usłyszał o tej całej ceremonii wyszedł i do tej pory się nie pokazał. Czułam, że cierpi jeszcze bardziej niż ja. Nie mogę go tak zostawić… Nie mam zamiaru spędzić ostatnich dni na ryczeniu w poduszkę. Chce być z nim… I kiedy przyjdzie właściwy czas, będę mogła spokojnie pomyśleć, że warto było… Warto było być z nim… Potem też będę… Ale inaczej.

Fabian:
-Grace, proszę nie płacz.
Nie chciała się uspokoić. Siedziała na moim łóżku z zapłakaną buzią. Od czasu do czasu rzuciła jakieś przekleństwo, poza tym krztusiła się łzami.
-Cholera, to moja wina… Gdybym wtedy nie spotkała Rufusa i nie naprowadziła na nasz ślad sektę… Wszystko byłoby inaczej! Najpierw nie zdołałam uratować Niny… A teraz Mary! Czemu tak jest?! – wrzasnęła płaczliwie. – One nic złego nie zrobiły, a los kazał zapłacić im najwyższą cenę!
-Nie możesz się za to obwiniać.
-A kogo?! – rzuciła się na poduszkę. – Jestem żałosna… Wszystko co złego się przydarzyło, jest tylko i wyłącznie moją winą! Rozumiesz?!
Znowu zamilkła. Słychać było tylko ciche pochlipywanie. Wtem, do pokoju weszła wyraźnie zdenerwowana Patricia. Miała rozczochrane włosy i poplamioną bluzę. W trzęsącej się dłoni trzymała telefon.
-To Rufus. – powiedziała drżącym głosem. – Chce się spotkać.
-Niech spie*dala. – wymamrotała Grace. – Zachciało mu się odwiedzin. Powiedz żeby spadał.
-Ale… on czeka przed domem. – wyjaśniła zmieszana Williamson.
Grace natychmiast poderwała się z łóżka, wzięła z wieszaka kraciastą bluzę Eddie’go i wybiegła z domu. Ja i Patricia polecieliśmy za nią. Niestety, Rufus naprawdę tam czekał. Miał dziwny wyraz twarzy… Tak jakby… łagodniejszy, ale nie jestem pewien.
-Grace… - wyciągnął dłoń w jej stronę. – Chciałem tylko…
-Odwal się! – warknęła. – Masz czelność jeszcze się tu pokazywać?! Najpierw robisz ze mnie jakiegoś potwora, teraz… teraz pomagasz sekcie w tej całej ceremonii!
Rufus spuścił głowę. Jeszcze nigdy go takiego nie widziałem. Wyglądał na zmartwionego, ale kto wie czy to nie jedna z jego starych sztuczek.
-Nie pomagam… Oni tak myślą, ale… odszedłem Grace. Chciałem tylko dowiedzieć się… zresztą to już nieważne. Naprawdę nie chce żeby Marze stała się krzywda, ale jak powiedział kiedyś Anubis: tak musi być. Nie masz na to wpływu. Możesz jednak obronić pozostałych. Jesteś demonem. To czyni Cię dużo razy silniejszą od pozostałych. Wykorzystaj swoją moc przeciwko nim. Zrozumiałem, że… że to świństwo posługiwać się tobą jak służącą czy bronią… Jestem Twoim ojcem i naprawdę nie mam zamiaru Cię skrzywdzić.
-Za późno! – załkała. – Mnie możesz ranić, ale nie ich! One cierpiały! Najpierw Nina, teraz Mara… Nie interesuję mnie co czujesz, mam to szczerze gdzieś! Tak, jak ty miałeś mnie przez te wszystkie lata… Wiesz jak trudno jest dorastać bez prawdziwego ojca, ze świadomością, że nigdy Cię nie chciał?! Zniszczyłeś mnie, ja niszczę pozostałych… Nie chcę Cię znać.
Odwróciła się napięcie i wróciła do Domu. Patricia spojrzała na Zeno wściekle, po czym ruszyła za nią. Szedłem na końcu. I kiedy ostatni raz się odwróciłem, mógłbym przysiąc, że z bladego policzka Rufus’a spłynęła prawdziwa łza…

Jerome:
Chyba każdy zna uczucie tęsknoty i  straty… Przeżywałem to kilka razy, lecz teraz to zaboli najmocniej. Ona odchodzi… tym razem już na zawsze. Jak na największego bez uczuciowca w szkole, nie mogłem powstrzymać łez. Po cholerę przejmować się tamtymi ludźmi… Liczyła się tylko ona. Miałem głęboko gdzieś wszystkich pozostałych. Pamiętam jeszcze jak pierwszy raz ze mną rozmawiała, tak szczerze… Wtedy poczułem, że coś we mnie pękło. Coś, co zawsze było szczelnie zamknięte. Nie umiałem obdarzać ludzi uczuciem. Fakt, byłem z Audrey, ale to ona bardziej się angażowała, a ja raczej sprawiałem wrażenie nieobecnego. Inaczej było z Marą… Alfie ciągle się śmiał, że to niemożliwe…
„-To przecież Mara Jaffray! – mówił zawsze. – Nudna, nieprzystępna kujonica!”
„-Eee tam. – machałem na to ręką. – Nie znasz się. Ja swoje wiem.”
Wiedziałem… I nawet kiedy pojawił się Mick nie traciłem nadziei. Wszystkim wydawało się, że nas znają… Właśnie, wydawało się. Tylko my potrafiliśmy zrozumieć siebie nawzajem. Była dla mnie całym światem… który za chwilę miał się skończyć. Nikt nie może nic zrobić… Nawet Stella, mimo że była jej Ozyrionem nie mogła nic zrobić. Cierpiała razem z nią, głównie przez to, że ciągle czuła emocje Jaffray. Teraz siedziała przy stole w czarnej, rozciągniętej bluzie. Mieszała herbatę, dobrą godzinę. Makijaż spłynął wraz ze łzami, jedynie na jej białych policzkach pozostały czarne smugi.
-Mam ją bronić… A nawet nie wiem jak. Wszystko dzieje się tak szybko i… Jezu. – otarła łzę z oka. – Też to czujesz, nie? Tą… pustkę.
Usiadłem przy niej i objąłem ją ramieniem. Była moją siostrą… i chyba jedyną osobą, do której mogę się zwrócić. Odsunąłem od niej kubek, już dawno wystygłej herbaty.
-I to wszystko było… żeby tak po prostu… się skończyć? – nie mogła złapać słów.
-Widocznie… - przytaknąłem cicho. – Stella… Kocham ją jak nikogo na świecie, dałbym się za nią pokroić. I gdybym mógł, to sam byłbym tym cholernym Skazańcem i odszedł zamiast niej. Bo on na to nie zasługuję. To ja byłem tym zawsze złym. Nie ona… Ona była moim aniołem stróżem, którego kocham jak nigdy i nie mogę stracić… To tak, jakbym sam zginął.
Jej oczy napełniły się łzami. Moje zresztą też. Stella wstała z krzesła, wyjęła z kieszeni ozdobną kopertę i podarła na drobne strzępy. Wyrzuciła je do kosza.
-Nigdzie nie jadę. Mam ważniejsze rzeczy, niż jakiś zakichany Mediolan. – oznajmiła zdecydowanie. – Mam ją bronić… I zrobię to, zobaczysz.

Fabian:
-Eddie zostaw te chipsy!
-Ale się stresuję, kurde noo!
Wszyscy wychodziliśmy z siebie żeby tylko znaleźć sposób na uratowanie Mary. Grace biegała z pokoju do pokoju, szukając wszelkich potrzebnych środków. W końcu padła na łóżko i wyjęła zielony notes z szuflady.
-Napisałeś już kim są nasze egipskie wcielenia? – zapytała zdumiona. – Brawo.
-To było proste. – uśmiechnąłem się skromnie. – Jechałem po cechach charakteru.
-O! – poderwał się Alfie. – Chce być Zeusem!
-Zeus jest hiszpańskim bogiem, idioto! – Amber pokręciła głową.
-Greckim. – spojrzałem na nią pobłażliwie.
Grace uważnie przerzucała kartki. Podniosła wzrok znad zeszytu.
-Czyli tak. – przejechała palcem po stronie. – Nasi nowicjusze nie są potrzebni?
-Tylko jeden. – wyjaśniłem. – Przeczytaj.
-Dobra. Mara jest wcieleniem Izydy, to wiemy. Bogini była czystą dobrocią. Cała Mara. – uśmiechnęła się, po czym nagle posmutniała i wróciła do czytania. – Ok. Hathor – Audrey?
-Pieśni Hathor. Obie są mocno związane z muzyką. Audrey jest jedyną z nowych osób, którą potrzebujemy do ceremonii.
-Ok. Jadę dalej. Jerome jest Sethem?
-Był złym bogiem. Panował nad ciemnością i chaosem. Nic wam to nie mówi?
-Fakt. – przytaknęła Patt. – Kto teraz?
-Eddie. – usiadłem koło Grace. – Ozyrys. Od Ozyriona, był opiekunem Niny.
-Nawet nie wiem kto to jest. – Eddie wzruszył ramionami. – To jest do bani.
Chciał dodać coś jeszcze, ale Patricia wysypała na niego całą zawartość paczki chipsów i postanowił się zamknąć.
-O, Fabian teraz ty! – zakomunikowała Grace. – Thot? To bóg mądrości!
-Kujon. – krótko skwitował Alfie.
Zaczerwieniłem się. Odebrałem Grace zeszyt i kontynuowałem rozprawkę.
-Stella jest wcieleniem Tawaret. Była ona uznawana za opiekunkę, podobnie jak Ozyrys. Czyli którko mówiąc: bóstwo opiekuńcze. Ok., dalej mamy… Neftyda. Patricia, to ty.
-Czemu niby ja? – zdziwiła się Trixie. – To była pani śmierci, wzbudzała strach i… Ej!
-Wszystko się zgadza. – roześmiałem się, patrząc na nadal zmartwioną Grace. – Alfie, jesteś Betiou’em.
-Co to?! – przeraził się Lewis. – Jakiś super waleczny wojownik?!
-Niezupełnie… - podrapałem się po głowie. – Betiou był przedstawiany w postaci małp i…
Nie dokończyłem. Alfie rzucił we mnie butem i święcie oburzony odwrócił się do mnie plecami.
-Benny. Tutaj jest trochę inaczej bo nie musi brać udziału w ceremonii, a jedynie strzec jej przebiegu. Horus. Był bogiem Nieba, czyli jakby logicznie pomyśleć miał widok na wszystkich i wszystko. Taka będzie jego rola…
-To już się robi nudne. – jęknęła Amber. – A ja? Kim ja jestem?
-Chepri. – oznajmiłem z uśmiechem. – Był uważany za stwórcę bóstw. A ty byłaś założycielką Sibuny.
-Nie rozumiem porównania, ale ok. Jestem ważna!
-Bardzo. – starałem się stłumić śmiech. – Grace?
-Co? – spojrzała na mnie spode łba.
-Teraz ty…
-Cudownie. – westchnęła lekceważąco. – No?
-Neith. Odważna, wojownicza bogini. Przedstawiana z… Dobrze się czujesz?
-Fantastycznie! – wybuchła nagle. – A jak mam się czuć?! Nie rozumiem tylko, jak możesz się śmiać?! Kiedy Nina zmarła oczekiwałeś, że wszyscy będą ci współczuć i nie mają prawa się cieszyć, a teraz?! Mara zginie, a ty szczerzysz gębę! To nie jest w porządku zwłaszcza, że wszyscy skakali wokół Ciebie! Pomyśl czasem o innych, a nie o sobie! – syknęła i wyszła z pokoju.
-Woo… - rozejrzałem się niepewnie, po czym spróbowałem rozładować atmosferę. – Prawdziwa Zeno, nie?
Amber pokręciła tylko głową i uwieszona na ramieniu Alfie’go wyszła z pokoju. Nawet Eddie wydawał się być urażony. Patricia natomiast spojrzała na mnie jak na największego w świecie durnia. Miała rację… Jestem idiotą. Podczas gdy wszyscy się nade mną litowali, ja zdawałem się nie przejmować losem Mary. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że Jerome czuję się dokładnie tak jak ja, kiedy straciłem Ninę. Poczułem się jak ostatni dureń… Trzeba wszystko naprawić. 

Mara:
-Jerome? 
Stał w kuchni, podparty o blat. Podniósł wzrok. Spojrzał na mnie pięknymi, błękitnymi oczami. Zaczęłam płakać. Jeszcze chwila i go stracę... Już nigdy nie zobaczę tego bezczelnego uśmiechu, nie usłyszę żadnych docinek... Nigdy. Podeszłam bliżej. Odwrócił głowę. Nie chciał na mnie patrzeć. Nie mógł znieść myśli, że to jeden z ostatnich jej widoków.
-Ej. - Chwyciłam go za dłoń. - Kocham Cię...
Odwrócił się. Pokręcił przeczącą głową, jednak nie wyszedł. Popatrzył na mnie smutno.
-Znajdę sposób...
-Nie da się.
-Da...
Nie chciałam dawać mu zbędnych nadziei. Przycisnęłam swoje usta do jego. Tego też będzie mi brakowało. Nagle oczy Jerome'a zalśniły tajemniczym blaskiem. Znam to spojrzenie... Wpadł na pomysł. Pytanie, czy dobry...

Fabian:
Leciałem za nią, jak głupi. Przedtem uprzedziłem jeszcze Benny'ego i Audrey. O dziwo, wcale ich to nie zdziwiło. Audrey podejrzewała już wcześniej, a Benny dowiedział się od Stelli. Grace była na mnie zła... Nie dziwie się. W końcu dzieliło nas już tylko kilka centymetrów. Wyciągnąłem dłoń i złapałem ją za ramię.
-Spadaj! - wyrwała rękę. - Już sobie wyjaśniliśmy.
-Przepraszam! - spojrzałem na nią błagalnie. - Naprawdę nie chciałem! Uświadomiłem sobie, że... ty cały czas miałaś rację, a ja zachowywałem się jak ostatni dureń.
-Oj tam. - odparła udobruchana. - Nie było tak tragicznie. Nieważne, zapomnijmy. Mamy poważniejsze problemy nie powinniśmy się teraz kłócić.
-Racja. - przytaknąłem, po czym wyciągnąłem do niej ręce. - To co? Misiek na zgodę.
Uśmiechnęła się lekko i podeszła bliżej. Mocno ja przytuliłem. Żeby wiedziała jaka jest dla mnie ważna...

Benny:
-Czyli tak - podniosłem palec do góry. - Jestem jakimś wcieleniem, potrzebnym do ceremonii, a ty Ozyrionem Mary, która...
-Nie kończ. - poprosiła Stella. - Błagam.
-Przecież musi być jakiś sposób...
-Ale zrozum, że cholera nie ma! - powiedziała płaczliwie. - Nic! Jesteśmy bez wyjścia!
-Zawsze jest jakieś wyjście. - odparłem spokojnie. - Choćbyś nie wiem jak się natrudziła, zawsze znajdą się inne drogi. Nawet, jeśli widzisz tylko jedną.
Zamilkła. Zastanawiała się nad czymś. Pewnie chodziło jej o ten Mediolan.
-W sumie... - zacząłem. - Ty i tak wyjedziesz, więc...
-Daj spokój! - mruknęła ponuro. - Jakaś zakichana włoska szkoła, nie jest mi potrzebna do szczęścia. Pierwszy raz czuję się potrzebna. Nie zmienię tego dla jakiś głupich, stukniętych artystów. Jeszcze czego.
-Nie jedziesz?! - ożywiłem się. - Ale czemu?
-A co? - szturchnęła mnie lekko. - Rozczarowany?
-Przeciwnie. - roześmiałem się.
Uśmiechnęła się i pocałowała mnie w policzek. Uświadomiłem sobie, że i tak bym jej nigdzie nie puścił.

So sad... Spokojnie, Marusi nic nie grozi ^ ^ W życiu bym jej nie skywdziła c:
Inaczej może być w serialu... Brad opublikował wpis o filmie lub 4 sezonie... Wróci Nina, może Amber, będzie Mabian... I Mara ma umrzeć! Podobno. Czytałam na blogu ilovesibuna, posty z Twitter'a. Kude no, jeszcze uśmiercać ją chcą! Chociaż... Jerome, może wtedy oprzytomnisz! Wolę patrzeć jak ryczy nad Marą, niż szczerzy się do Joy (tfuu.). Czyli może być tak jak twierdziła kiedyś Beasny Boo... RYCZAJTA NAD MARUSIĄ!
Sama, chyba bym umarła na takiej scenie. Odejdę razem z Marusią do niebios (ALLELUJA!).
Kto wie co Waldzio wymyśli...

Sapphire.




4 komentarze:

  1. WTF?! Że niby Marusia umrze? Ja żartowałam!Nie chcę tak!Chociaż jak ma się męczyć z Jeroy...a w sumie wszystko mi jedno.Tego badziewia już nie obejrzę i kropka.
    Róbcie Jeroy'e i inne Mabiany.Ja mam swoją wersję i jestem happy forever xD
    Btw.na początku miałam Cię zjechać za los jaki czeka Marę,ale obroniłaś się dopiskiem ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. Ło jeny... Ja żem nie ogarniam. Świetnie piszesz. Ale poza tym twoja fabuła jest taka... Ja nie chcę się dołować! Ja chcieć happy endik, a Mara być z Jerome'm i być szczęśliwi. Koniec i kropka. Twoja notki są bardzo ciekawe, ale trochę ciężkie do strawienia. Chociaż... W porównaniu z tym co się wyprawia w realu... Oto Jara i Joy oraz Fabian. A teraz magiczna sztuczka!!! Mamy Jeroy i Marbian. Dzisiaj w szkole napisałam petycję o zabicie Waldzia i przywrócene Jary. Dużo osób podpisało^^ Może wyślemy do tych producentów?
    niech życie się kręci, bo 3 sezonu nie było
    Pozdrawiam,
    Mary

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No wybacz, nie mam talentu ^ ^
      Brak mi weny, czasami sama jestem przerażona tym co piszę xd Zdaję sobie sprawę, że sporo nakręciłam, ale potem wszystko zostanie logicznie wyjaśnione, aż się zdziwicie, że takie banalne ^ ^
      Łoczywiście, że wysyłamy! W innym wypadku siekiera, motyka i do Waldzia! Jeroy nie było i nie będzie. Rozstali się zaraz po finale (no niechcący jakaś psychiczna baba musiała wpieprzyć się na Joy z betoniarką... To nie ja...). W końcu potem już nie nakręcili i nie znamy dalszych losów par, więc... Koniec należy do nas ^ ^

      Usuń