wtorek, 28 maja 2013

Opowiadanie cz. 47, Smile.

Życie Patricii, nigdy nie było przesadnie kolorowe. Wielokrotnie miała dość swoich ciągłych kłótni z Eddie'm, nieustającego szumu wokół Sibuny i paru innych rzeczy, o których nawet nie warto mówić. Kiedy doszła sprawa tajemniczych wiadomości, prawda wydawała się oczywista. Eddie ją zdradza. Znów. Przecież dobrze wiedziała, że jest do tego zdolny. Kochała go, fakt, ale odbudować zaufanie sztuką jest niełatwą. Williamson przyłożyła policzek do zimnej szyby. A wszystko zmierzało w dobrym kierunku... Była z nim, bez zbędnych nieporozumień... Jeszcze tak niedawno, miała słabość do Jerome'a. Wiedziała, że był to skutek jej wielkiej samotności. Dosyć często odczuwała pustkę w sercu. Lubiła rozmawiać z Audrey, choć szczerze mówiąc była wykończona tekstami w stylu 'świat jest piękny' nanana. Nie potrzebowała tego... Sama potrafiła o siebie zadbać. Nie była osobą, która wzruszała się na widok byle kwiatka. Nie każdego koi widok zachodzącego słońca, czy widok szczerbatych bachorów.
-Nie zimno Ci?
-Spadaj!
Jerome. Stał obok niej z nieodłącznym uśmiechem i tajemniczym błyskiem w oku. Nadal wstydziła się spojrzeć mu w oczy. Po tych akcjach, które odwaliła? W życiu.
-Coś Cię gryzie, Trixie?
-Spadaj!
-Powtarzasz się. - roześmiał się blondyn i dał jej lekkiego kuksańca w bok. - No co? Przyjacielowi nie powiesz?
-Noo...
-Aaa, tamto. Zapomnijmy. - chłopak machnął ręką lekceważąco, choć nie mógł pozbyć się zmieszania, które z sekundy na sekundę, stawało się coraz silniejsze. - Było, minęło. Nie ma co wspominać.
-Wiem, ale... Ej, czy ty się rumienisz? Clarke! - dziewczyna dostała nagłego napadu śmiechu. - Przestań!
-To było specjalnie. - burknął Jerome. - To co? Chodzi o ten list, czyż nie?
Williamson nagle spoważniała. Oderwała wzrok od okna i oparła się o krawędź łóżka. Złe myśli z powrotem do niej wróciły. Niektórych demonów umysłu, nie można okiełznać...
-Trixie?
-Jezu, tak no! Jakiś pacan napisał, że Eddie na pewno ma kogoś na boku. Jakby znał wszystkie moje obawy... Dasz wiarę? Już raz mnie zdradził, czemu miałby nie zrobić tego ponownie?
-Bo Cię kocha, rudzielcu. - Clarke pociągnął przyjaciółkę za kosmyk czerwonych włosów. - Serio tego nie widzisz?
-Od kiedy jesteś ekspertem w sprawach sercowych?
-Alfie udzielił mi kursu.
-Woow.
-Wieeem. - Jerome wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Myślę, że to cholerne W. to Trudy, która mści się za Twoje ciasto.
-Dobre wyszło! - obruszyła się Trixie.
-Amber dostała wysypki, Fabian się struł, nawet Alfie stwierdził, że chyba mózg rozpada mu się na pół. A Mick... nieee, w sumie nie widziałem żadnej różnicy.
-Weź się stul! Spróbuj zrobić lepsze.
-Ok. Alfie udzielił mi kursu...
Williamson cisnęła w chłopaka poduszką, i tym magicznym sposobem, obroniła się przed wyznaniami blondyna. Tymczasem Mick siedział pod łóżkiem, tajniacko nadsłuchując rozmowy. Udało się. Patt nigdy nie pozna prawdy, o zatrutym cieście.
-Gdzieś trzeba było wrzucić zawartość odkurzacza. - mruknął blondyn sam do siebie, po czym cicho wycofał się z fortecy Williamson.

Grace rozglądała się po ciemnych korytarzach. Z niewiadomych przyczyn, naszła ją wielką chęć wycieczki po piwnicy. Szybko pożałowała tej decyzji, bo od ponad dwóch godzin krążyła w kółko, usiłując znaleźć wyjście. Rozejrzała się wokoło. Po zakurzonych ścianach, chodziły pokaźnej wielkości pająki. Na suficie rozciągały się pajęczyny. Gdzieniegdzie prześwitywały elementy marmuru. Pomieszczenie wyglądało na opuszczone, jednak Grace nie mogła pozbyć się wrażenie, że ktoś niedawno je odwiedził. Nagle, usłyszała dziwne odgłosy, dochodzące z tyłu. Dziewczyna ruszyła przed siebie. Tajemnicze głosy były coraz bliżej. Otaczały ją ze wszystkich stron. Ktoś tu był... Czyhał właśnie na nią... Grace stanęła w miejscu. Nie da rady uciec. 'To' jest wszędzie. Poczuła woń wypalanego drewna. Wiedziała co oznacza... Zapach demona... Może to ona...? Co prawda, nie była nim w całości, gdyż wciąż nie użyła swojej, podobno potężnej, mocy, ale kto wie? Nagle poczuła dziwne drganie, pod stopami. Nim zdążyła się obejrzeć, posadzka pękła, a ona sama runęła w dół. Jedyne co zapamiętała to czyjeś czarne łapska i wściekle czerwone oczy. Potem był tylko ból...

Audrey spięła rozczochrane włosy w niesforny kok. Zdjęła przyciasne baleriny i rzuciła je w kąt. Przyjrzała się dziewczynie uwięzionej w lustrze. Lekko uniosła kąciki ust. Od jakiegoś czasu, czuła się coraz lepiej. Niewątpliwie, była to zasługa przyjazdu do Anubisa. Inaczej nigdy nie wyrwałaby się z łask swojego okropnego ojca. Teraz było lepiej... Dużo lepiej. Jej rozmyślenia przerwała Williamson, która właśnie wróciła z zebrania Sibuny.
-Widziałaś Grace? Nigdzie jej nie ma.
-Nie. - Audrey nie odrywała wzroku od lustra. - Ale pewnie zaraz wróci, prawda? Ta sprawa z W... Musi być wam bardzo ciężko.
-Jest. - westchnęła Patricia. - Nie wiem co o tym myśleć... Przecież Eddie... To bez sensu.
-Niekoniecznie. - Audrey odwróciła się w stronę przyjaciółki. - Znam kogoś interesującego... Może wiedzieć dużo więcej, na ten temat...
-Co? Chyba żartujesz!
-Dobrze wiesz, że ja zawsze mówię serio.
-Czemu nam nie mówiłaś?!
-Nie było okazji. Nie wiem jak toczą się wasze sprawy, ale mogę Ci pomóc. Tylko chodź ze mną...

Grace otworzyła oczy. Potarła obolałą głowę i spojrzała na dziurę w suficie. No tak... Pomieszczenie było stare, więc nie wolno się dziwić. Usiłowała wstać, jednak nie miała siły. Jej dłonie, cały czas drżały. Przed oczami miała te wściekle czerwone ślepia. Było w nich tyle żalu, nienawiści... Dziewczyna obeszła wzrokiem pokój. O dziwo, wszystkie meble stały na swoim miejscu. Pościel w bladoróżowe kwiaty, pokrywała warstwa kurzu. Grace powoli przesunęła się w stronę drewnianego regału. Na jednej z półek, stała stara pozytywka z baletnicą na szczycie. Figurka miała nieskazitelnie czystą, białą sukienkę i lśniące baletki. Dopiero teraz, blondynka uświadomiła sobie, że jest w pokoju dziecięcym. Jej uwagę przykuł dziwny napis na ścianie. Dziewczyna zmrużyła oczy, usiłując odczytać treść:

કેટલાક બચાવકર્તા શોધવા માટે, કે જ્યાં
કુમાર્ગે એક અને રસ્તાઓ લાંબા સમય સુધી તે શોધો.
તે શેતાન, ગુસ્સો, બહાર કરે છે.
પ્રેરવામાં એક સંપૂર્ણ જૂઠાણું.
તેમણે મધરાત વિશે એક વાર મને કહ્યું હતું કે, જેમ
આ જોડણી વિમૂઢ કરવું અને દુશ્મન રાહ અનુગ્રહ કરવો નથી.

Grace parsknęła śmiechem. Była zielona, jeśli chodziła o hieroglify. Wtem, w jej głowie zaświtał pomysł. Abby! Kiedyś wspominała, że interesuję się pismem starożytnym. Musi zaraz do niej iś... No tak. Jak stąd wyjdzie, to jest problem. Telefon nie miał zasięgu i możliwość powrotu na górę, była mało prawdopodobna.
-Grace! Tutaj!
Blondynka podniosła głowę. Uśmiechnęła się szeroko. Nad nią stała rozradowana Gina wraz z Mick'iem.
-Wyciągniemy Cię! - zakomunikowała brunetka. - Mick, daj odkurzacz!
-Jak się tu dostaliście? - zdziwiła się Foster. - Przecież nie wiecie o...
-O Sibunie? Dobry pisarz musi wiedzieć wszystko! - roześmiała się Gina. - Mickuś jedziesz!
-Ok. - spoważniał (prawie) Campbell. - Za ciasto. Kangury. I Bogusława!

Po około pół godzinie, Grace była cała i bezpieczna. Gina oraz Mick, dostali nagrodę w postaci zgniłych bananów (Jerome nie umiał robić zakupów). Campbell pobiegł wyczyścić odkurzacz, którego dotknęły drobne obrażenia. Abby siedziała przy stole, usiłując rozwiązać zadanie z matmy. Nerwowo przygryzała ołówek i bębniła nim o zeszyt. Foster usiadła koło niej i podsunęła jej komórkę pod nos.
-Patrz!
-Na co?
-No na zdjęcie!
-Czemu tu jest Fabian?
-... ooo.... hahaha... skąd to się tu wzięło... - blondynka szybko przejęła telefon i nerwowo postukała w ekranik. - Już. Nie ma już Fabian'a? Znaczy, nie że mam tego więcej, ale...
-Dobra, dobra. - roześmiała się Abby. - To hieroglify?
-Too.... Na projekt, do pani Andrews!
-Z historii? Mogę też się zapisać?
-Nieee....! Znaczy... hehe. Jasne, ale... ja muszę bo... mam problem i....
-Ok, nieważne. Sama się zapytam. Mhmmm.... Interesujący tekst.
-No?
-Posłuchaj - Abby wstała z krzesła i jeszcze raz spojrzała na wyświetlacz. -
Tam gdzie kilkoro wybawców się znajdzie,
jeden zbłądzi i drogi już nie odnajdzie.
Okaże się diabłem, wściekłym, płaczącym
Kuszącym o kłamstwie doskonałym.
Jak powiedział mi kiedyś ojciec o północy,
czar pryśnie, a wróg czekać nie raczy.
To jest bez sensu. Jakieś dziecko to pisało? - dziewczyna oddała blondynce telefon. - Hmmm?
Grace pokiwała głową i szybko zniknęła z kuchni. Zza kanapy wyłoniła się Mara z uśmiechniętym Jerome'm. Clarke upewnił się, czy Foster nie będzie słyszeć dalszego przebiegu rozmowy i ostrożnie przymknął drzwi.
-Myślę, że to jej dzieło!
-Cooo?
-Napisała wiersz! Dla Fabian'a.
-Dobre sobie. To Audrey lubi takie żałosne smętki.
-Nieprawda Jaffray! Znam się na tym.
-Niby skąd? Pięciominutowego kursu Alfie'go?
-... Niee.
-A widzisz?
-Nie pyskuj kochanie! Hershey chce mieć wychowaną matkę, a nie jakąś szuję spod kontenera?
-Coś ty powiedział?
-Ze Cię kocham skarbie.
-Nie będziemy mieć żadnej Hershey!
-Ta ta, jasne. Wolisz niebieski czy czerwony?
-Czerwony. A co to ma do rzeczy.
-A bo widzisz... - Clarke wyszczerzył zęby w uśmiechu.. - Jest taka sprawa... Znalazłem katalog z ubrankami dziecięcymi i tak jakoś wyszło... Gina!
Brunetka natychmiast poderwała się z blatu i wyjęła z szafki pękatą torbę z uśmiechniętą buźką na przodzie. Podsunęła ją Jaffray i z dumą oznajmiła.
-Dla Ciebie!
Mara spojrzała na nią zdziwiona i położyła pakunek na podłodze. Z torby wysypały się śpioszki, buciki i wzorzyste śliniaczki. Na samym dnie, dziewczyna znalazła smoczek.
-Były dwa. - Gina wychyliła się zza pleców Jerome'a. - Ale Mick ukradł.
Mara podniosła wzrok znad dziecięcych ubranek i posłała chłopakowi wściekłe spojrzenie.
-Clarke...
-No co? Kiedyś możemy mieć słabą sytuacje finansową, zapanowałem nad tym! Ale patrz: kupiliśmy sweterki, sukienki....
-Nawet pieluchy! - włączyła się Winchester. - Ale je też Mick zabrał.
-Czy wyście wszyscy powariowali! - uniosła się Mara. - Wiecie co to znaczy...
-Hershey?! Ooo ja wiem! - Gina klasnęła w ręce. - To wasza córeczka i moja chrześniaczka. Nie mogę się doczekać, kiedy razem pójdziemy karmić łabędzie.
Mara westchnęła ciężko i ze spuszczoną głową udała się do pokoju. W drzwiach minęła się z uśmiechniętą Amber.
-Słowo o tym czymś, a uduszę...
-Hershey? Ahh, uwielbiam ją! Na chrzciny kupię jej lakier do... Mara? Czemu tak dziwnie na mnie patrzysz? Mara? Zaczynam się bać... Mara...? MARA!

Skończyłam! Przepraszam, że tak późno, ale pięć godzin wpatrywałam się w pustą kartkę, zastanawiając się nad skutkami działalności auto przestrzeni. Mniejsza. 
Hieroglify, nie są hieroglifami, tylko jakimiś bzdetami po 'gundżarsku' xd 
Następny ukaże się bodajże w czwartek lub piątek. W związku, z tym, że nie mam za bardzo o czym pisać proszę was o wyrażenie pomysłów (na podstronie Sugestie) co do opowiadań, bo Sapphire ma kompletną pustkę we łbie ^ ^
Na 100% z jakiś skorzystam, bo sama nie mam weny za grosz xd
Aa i dziękuję wam mocno za 'tymczasowe' 1 miejsce w sądzie. Naprawdę, nie zasłużyłam, bo są o wiele wiele lepsze blogi (z ankietowanych liczyłam na The Jaffray Story i Sibuna Peddie <3). No nic... Fajnie, że się podoba, bardzo mnie to cieszy :) Nie wiem za co lubicie moje nieszczęsne wypociny, ale i tak dziękuję <3 TULIIIMY! xd
Jeroy jest wszęęęęędzie. Nawet jak na yt wpisuję jara w wyszukiwarkę, to mi morda Joy wyskakuję. Ehh. Trzeba iść po żelazko...
Noo.... To tyle ^ ^
Bye <3
Wasza Sapphire.



piątek, 24 maja 2013

Opowiadanie cz. 46, The climb.

Rufus Zeno kierował się w stronę Domu Anubisa. Może wreszcie zbierze się na odwagę i wyzna córce całą prawdę... Mimo, że był jednym z głównych świadków ceremonii, nie mógł opędzić się od wyrzutów sumienia. Strasznie go to dziwiło, bo zwykle był zimny i bezlitosny. Nie istniało dla niego szczęście ani kompromis... Wszystko zmieniło się kiedy przyjechała ona... Jego córka. Dobrze pamiętał jej matkę. Potomek Ozyriona, a w dodatku demona, ma potężną moc... Niestety, Pauline okazała się nie być taka naiwna jak wcześniej sądził. Ulotniła się przy pierwszej możliwej okazji. Wiedział jednak, iż Grace jeszcze wróci. Tak głosiła przepowiednia, nie mogło być inaczej. Gdy po raz pierwszy ją zobaczył, pomyślał, że będzie łatwo. Mylił się. Grace nie dała wejść sobie na głowę. Była zupełnie taka jak on... W lepszej wersji. Mężczyzna zatrzymał się i westchnął. Mimo, że był jednym z najpodlejszych ludzi na świecie, brakowało mu jednego. Odwagi...

-Jakie listy? - zdziwił się Rutter. - Od tego samego nadawcy?
-Podpisuję się W. - Mara pociągnęła nosem. - Wie o nas to, co nie powinno ujrzeć światła dziennego.
-Czyli że co?
-To osobiste, nie mogę powiedzieć. - brunetka spuściła głowę. - Za nic w świecie...
Grace siedziała w kącie i nie powiedziała ani słowa. Była w swoim świecie. Widocznie to co wiedział W. stanowiło istotną dla niej sprawę. Jej przeszłość była bardziej mroczna, niż mogło się wydawać. Nie chciała, żeby jej sekret wyszedł na jaw. Wspomnienie z Toby'm, było niczym cios prosto w serce. Poczucie winy nadal wiło się w sercu i za nic nie chciało zniknąć. Nie mogło...
-On zna wszystkie sekrety? O nie! - przeraziła się Amber. - Dowie się, że moja torebka to tylko podróbka tej znanej francuskiej marki, nie może być! Alfie, będę mdlała! Przygotuj się.
Chłopak pokiwał głową i usiadł za wystraszoną blondynką, której w chwili obecnej groziło załamanie nerwowe. Fabian spojrzał na przyjaciół z troską. Miał nadzieję, że sam nie dostanie podobnej wiadomości..

-Stellciu, no weź. - Benny próbował przepraszać naburmuszoną dziewczynę. - To Joy, nie ja! Nooo proszę. Chodź, pójdziemy po te gazety chirurgiczne. Wiem, że lubisz wycinać ludzkie narządy. Mogę kupić ci nożyczki. Lubisz nożyczki, prawda?
-Wow...
-Ale sekunda! Zrobił Ci kakałko? Lubisz kakałko! Możemy wylać je na Mick'a, to też zawsze sprawiało Ci radość! A może chcesz kisiel?
Brunetka westchnęła ciężko i wstała z krzesła. W drzwiach minęła się z zdziwioną Grace.
-A wy ciągle w seperacji? - prychnęła pogardliwie. - Stary, gapisz się na nią jak łysy na grzebień!
-Czyli że co?
-Ja wytłumaczę! - Gina poderwała się z kanapy. - Bo łysy tak praaaagnie tego grzebienia. Ale nie może go mieć. Nawet jeśli to po co, skoro na głowie ma PUSTKĘ! - krzyknęła z ożywieniem. - Włosy są zaufaniem, a grzebień naszą Stellcią! Musisz poczekać aż włosy odrosną i wtedy BAM! - dziewczyna ściszyła głos i spojrzała na niego tajemniczo. - Czeka cię oaza bez krokodyli...
-Pięknie to ujęłaś. - roześmiała się Grace. - Benuś, rozumiesz już?
Walker spojrzał na nią z przerażeniem i odparł:
-Ja nie chcę być łysy...!


-Musimy znaleźć Osiriona! - Greg uderzył pięścią w stół. - Rufusie! Czemu jej nie przyprowadziłeś?
-Proszę wybaczyć. - Zeno spuścił głowę. - Naprawdę...
-Widzę, że coś Cię gryzie. Tylko nie mów, że chodzi o tą Twoją córeczkę. - prychnął. - To tylko głupie dziecko, nie możesz się tym zadręczać. Dobrze wiesz, że nie po to Cię tu zesłaliśmy.
Rufus w milczeniu pokiwał głową. Nie słuchał już kazań Greg'a. Wyrzuty sumienia zagłuszały wszystkie jego słowa. Nie znał tego uczucia...
-Rufusie! - twarz jego towarzysza przybrała kościół wściekłej czerwieni. - Stella Wright, dociera to do Ciebie? Jeśli unicestwimy ją, będziemy mieli Wybraną w garści. A potem wszystko pójdzie gładko. - potarł ręce z uśmiechem. - Na co czekasz? Leć!
-Dzisiaj nie mogę...
-Jak zwykle. Trudno, sam się tym zajmę. Osirion stanowi zbyt silne zagrożenie. Załatwiłbym ją od razu, niestety jest potrzebna do ceremonii i pożyję dłużej niż planowałem. Cóż, wszystko kiedyś się kończy, nieprawdaż?
-Owszem...
-Własnie. Pozwól, że przejdę do działania. Wrócę późno. - mężczyzna nałożył czarne rękawiczki. - A propo ceremonii... W. dobrze się spisuję. Niektóre osoby potrafią być strasznie wredne. A na naszego drogiego posłańca, nie padną żadne podejrzenia. Gwarantuję...

-Chce wiedzieć o co biega. - Jerome skrzyżował ręce na piersi. - Ukrywasz coś?
-To moja sprawa. Byłabym wdzięczna, gdybyś się nie wtrącał.
-Jestem Twoim chłopakiem, pamiętasz? Czy znowu masz jakieś czabadu w mózgu? Hershey chcę mieć normalną mamusię.
-Śmieszne. Zostaw mnie w spokoju.
-Ale...
-Nie, nie mam zamiaru Ci mówić.
Clarke usiadł koło niej i westchnął ciężko. Dziewczyna położyła głowę na jego ramieniu.
-Przepraszam... Naprawdę nie mogę. Może kiedyś... ale na pewno nie teraz. - wymamrotała potulnie. - Rozumiesz, prawda?
-Staram się. - Jerome odgarnął włosy z czoła. - To takie straszne?
-Żebyś wiedział. Mogę zostać sama?
-Ok. Alfie zeżarł już prawie całe pudełko 'marsjanek'. Może jeszcze coś zostało! - ożywił się blondyn i wyleciał na korytarz.
Mara została sama. Czuła się bezpiecznie. W swoich czterech przytulnych ścianach, gdzie nic ani nikt, nie może jej skrzywdzić. Przyłożyła głowę do wielgachnej poduszki w białe grochy i zamknęła powieki. Zasypiając, nawet nie zauważyła białej postaci stojącej przy jej łóżku. Nina pogłaskała ją po policzku.
-Już niedługo, Osirion zniknie. Będziesz musiała radzić sobie sama. Sprostaj wyzwaniu. Bardzo proszę...

Jeremy Winkler stanął przed Domem Anubisa. To tutaj, rozegrała się ostatnia,ważna bagatela, w życiu jego brata. Na wspomnienie o nieżyjącym krewnym, poczuł ukłucie w sercu. W sercu, które już dawno temu, wypełniła czarna pustka. Jeremy nie znał uczuć innych od bólu czy cierpienia. Jason był dla niego wszystkim. Już od najmłodszych lat, stanowił dla niego wzór. Planował iść na studia, dostać dobrą pracę... tak jak on. Tymczasem uczęszczał do odrapanego liceum z koszmarną reputacją, a jego jedynymi przyjaciółmi były wróble chodzące po parapecie. Mógł uchodzić za ofiarę losu, jednak nikt nie odważył mu się dogryzać. W jego stanowczych, brązowych oczach, było coś, co nieustannie go broniło. Nie miał pojęcia, czemu rodzice zdecydowali się tu przyjechać.
-Jason tam zginął, do cholery! - próbował uświadomić tacie parę istotnych faktów. - Nie możemy zamieszkać w Liverpool'u!
-Jeremy... - mówił wtedy jego ojciec. - Robimy to tylko i wyłącznie dla Ciebie. Pogódź się z tym. Niektórych rzeczy nie da się naprawić...
Chłopak nie reagował na jego słowa. Dobrze wiedział, że brat odszedł już dawno temu. Teraz, pragnął tylko jednego. Zniszczyć tego, kto mu to zrobił. Zdawał sobie sprawę, iż cała ceremonia była przygotowana przez mieszkańców Domu Anubisa. Niedawno natknął się na niejakiego Rufusa Zeno, który zaprowadził go pana Greg'a Sulivana. Mężczyzna obiecał mu pomoc, w zamian za wydobycie pewnych informacji. Z tego co wiedział, dla faceta pracuję jeszcze jedna osoba w jego wieku, ale nikt nie chciał zdradzić jej tożsamości. Zresztą, to nie było ważne. Wreszcie pomści śmierć brata. To było najważniejsze. Dom Anubisa, zapłaci za jego śmierć. Definitywnie...
-Nadal szukasz hydraulika?
Chłopak odwrócił wzrok. Uśmiechnął się lekko. Przed nim stała drobna blondynka o dziwnie znajomych, zimno-błękitnych oczach. Dziewczyna miała na sobie turkusowy płaszcz i szalik w czerwone kwiaty.
-No? Zakładam, że twoje mieszkanie już dawno zamieniło się w Pacyfik.
-Może. - wymigał się zręcznie. - Co ty tu robisz? Śledzisz mnie? Ok, wiem, że jestem taki super ekstra, ale nie lubię nachalnych blondasków. - pociągnął ją za kosmyk jasnych włosów. - Musisz się bardziej postarać.
-Nie myśl tyle bo się spocisz. Jestem tu przelotem. - mruknęła upijając łyk z plastikowego kubka kawy. - Zamierzasz tu tak stać?
-Nie można? A więc polityka i tego zabrania. Smutnoo. - roześmiał się, po czym przypomniał sobie słowa Greg'a. Miał sprowadzić wszystkich do ich siedziby, mieszczącej się nieopodal lasu. Zmarszczył brwi i zapytał. - Chcesz do mnie wbić? Pokaże Ci...
-Hola, hola, facet, nie zapędzaj się tak. Nie bierze się pierwszej lepszej idiotki z ulicy. Ale jak powiedział ktoś mądry: szukaj a znajdziesz. Tak więc...
-Grace?!
Dziewczyna odwróciła się za siebie i pomachała brunetowi idącego z naprzeciwka. Fabian podał blondynce siatki, po czym oznajmił z triumfem. - Jest! Mamy wszystko! Rozpracujemy całą ceremonię, jeszcze przed... Oo... - spostrzegł nieznanego mu osobnika. - Cześć...
-Bez obaw. Nie przeszkadzam. - Winkler uniósł dłonie i już miał zamiar się wycofać, kiedy Foster złapała go za ramię.
-Czekaj chwilę! Fabian, to jest właśnie Jeremy. Mówiłam Ci, pamiętasz?
-Aaa, brat Jason'a? Miło mi, jestem...
-Nie interesuję mnie to. - fuknął chłopak. - Mam gdzieś was i wasz zakichany... a zresztą, co będę się wysilał.
Jeremy wsadził dłonie do kieszeni granatowej bluzy i zniknął mieszkańcom Domu Anubisa z oczu. Fabian odprowadził go wzrokiem i zwrócił się do zdziwionej Grace:
-To moja wina? Wiem, tu jest dość sporo książek, podręczników, leksykonów, tomików, atlasów, słowników i encyklopedii... - uniósł siatkę. - Ale to wcale nie oznacza, że jestem kujonem!
-Skąd. - zaśmiała się blondynka i oddała chłopakowi torbę. - W życiu bym tak nie pomyślała.
Zanim Fabian zdążył zaprotestować, komórka w kieszeni Grace, zaczęła szalenie wibrować. Dziewczyna powyrzucała wszystkie zbędne paragony i spojrzała na wyświetlacz. Zamarła. Spojrzała na Rutter'a, drżącymi oczami. Bez słowa, podała mu telefon.

"On nigdy nie będzie Ci wdzięczny.
Nie pamiętasz już, co zrobiłaś?
Zawsze mogę to przypomnieć. Byłoby smutno, gdyby ktoś 'przypadkiem' się dowiedział, prawda?
Dostosuj się do instrukcji, inaczej wszyscy się dowiedzą...
Nie chciałabyś tego, nieprawdaż Grace?
Nic tak nie boli, jak spowodowanie cudzej śmierci...
W."

Blondynka schowała twarz w dłoniach. On o tym wie... Przecież nikomu nie mówiła... Nigdy. Chłopak nie powiedział ani słowa, choć wyraźnie było widać jego zaciekawienie. Nie wiedział, że niedługo sam dostanie identyczną wiadomość. Niebo zakryły szare chmury. Grace spojrzała w zachmurzone niebo i zupełnie zapomniała przekazać Fabian'owi wieść, że chyba znalazła sposób na uratowanie Mary. I Niny...


Wjemmm, kłooszmar, masakra itp. ^ ^ Miało być wczoraj, ale nie wyszło xd Obecnie jest baaaaardzo późna godzina, więc proszę nie dziwcie się, jeśli w opowiadaniu będą niezrozumiale dla was słowa. Jest środek nocy a śpiąca Sapphire podśpiewuję SZABADA SZABADA TY I JA! MYDEŁKO FAAAA!
Przed chwilą znalazłam sondę, na najlepszy blog z opowiadaniami. Mądra Sapphire się zczaiła ^ ^ Zaznaczam, że jest tam wiele cudooownych blogów (nie mówię tu o swoim, nawet nie wiem jak się tam znalazł xd). Noo... To jak możecie, zagłosujcie TU. Jestem na 4 miejscu, tyrytytyry! ^ ^ Czujem się spełniona.
Trzeba oszukać głupi internet i zagłosować na 2 blogi naraz... The Jaffray Story i Sibuna Peddie muszą być!
Moje dziadostwo komuś się podoba, fuck yeah! SZABADA!
Idę spać... Narażam się na koszmary o Jeroy, ale co tam. Ostatnia nadzieja w filmie. Chociaż... Po cholere to. Więcej sÓitaśnych scenek Jeroya i Mabiana. So sad...
Cudem byłby powrót Marome. Jak dobrze wiemy, cuda się zdarzają... Tylko nie wtedy, kiedy za kamera wojuję Waldzio z bamboszem w ręku. Takich to strach się bać.
Następny rozdział bodajże we wtorek. Jeśli zdołam, bo obecnie szkoła popada w szał poprawiania ocen. Kapucha (wdzięczna ksywa babki od matmy ^ ^) goni mnie po korytarzach, a gościu od informatyki (który podobno siedział 10 lat u czubków, bo pobiła go dziewczyna - ot co wyszło z wszystkich szkolnych plotek) od 4 miesięcy czeka na moją prezentację ^ ^ .
Oł gad, nie wiem co piszę... Podusia czeeeeka! <333
No... Dobranoc ^ ^
Sapphire.

poniedziałek, 20 maja 2013

Opowiadanie cz. 45, Little things.

Gina:
Grace zawsze mnie intrygowała. Jej osobowość wciąż stanowiła dla mnie tajemnicę. Wiedziałam o niej tylko to, że ma dziwnego ojca i podkochuję się w Fabian'ie. Czasami kiedy przychodzę do Domu Anubisa, widzę jak płaczę. Może z bezsilności... Nie wiem. Myślę, że woli nie odsłaniać swojego prawdziwego oblicza. Na pierwszy rzut oka jest słodka i nieśmiała, przy bliższej rozmowie twarda, a potem... Grace jest jedną wielką zagadką, którą trudno rozszyfrować. Lubię patrzeć na nią i jej przyjaciół. To niesamowici ludzie...

Mara wpatrywała się w śnieżnobiałą twarz Niny. Stała tu... Naprawdę. Jerome oniemiał. Jaffray podeszła bliżej i wyciągnęła do niej dłoń. Martin uśmiechnęła się ciepło.
-Jak się czujesz?
-W roli Wybranej? Ty byłabyś znacznie lepsza. - przyznała brunetka, wciąż z lekka zaniepokojona.
-Naprawdę? Więcej wiary w siebie! - roześmiała się Nina. - Poradzisz sobie... 
-Na jakiej podstawie miałabym dać radę?
-Na jakiej podstawie miałabyś jej nie dać... - niebieskie oczy blondynki zalśniły. - Kiedy upadasz, zawsze się podniesiesz. Musisz to poczuć... Wierzę w Ciebie. - posłała Jaffray uśmiech, po czym zrobiła parę kroków w tył.
-Zaczekaj! - uniosła się Mara. - Wrócisz? Do Fabian'a? Do nas...?
Martin uniosła kąciki ust i odrzuciła złociste włosy.
-Niektórych rzeczy nie można cofnąć... Ale nadzieja, nigdy nie będzie tą złą. - to powiedziawszy, zniknęła w gęstej mgle, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu.

Na Fabian'ie ciążyło wielkie poczucie winy. To przez niego Joy rozbiła związek Stelli i Benny'ego. Że też zawsze musiał wszystko popsuć. Na korytarzu natknął się na Grace, która usiłowała przenieść kupę starych książek do salonu. Chłopak rzucił się do pomocy.
-Dzięki, poradzę sobie. - wychrypiała. - Nie musisz tego brać, serio.
-Aaa... - Rutter uśmiechnął się lekko. - Wpadniesz do mnie dzisiaj? Chciałbym...
-A ostatnio nie kazałeś mi spadać? - blondynka uniosła brwi. 
-Przepraszałem.
-Niby tak. - pokiwała głową. - Ale wolałabym nie przebywać w twoim towarzystwie, bo jeszcze udzieli mi się charakterek Joy. Stella jest załamana. Cud, że nie zdemolowała domu. 
-To moja wina, wiem. - westchnął chłopak. - Narobiłem jej niepotrzebnych nadziei, a teraz się mści... To do niej podobne, ale nigdy nie pomyślałbym, że posunie się tak daleko.
-Niespodzianka. - mruknęła z przekąsem. - Dzisiaj nie mogę. Mam coś do załatwienia. Ale może Audrey jest wolna!
Po tych słowach, przejęła od Rutter'a książki i dzielnie pomaszerowała do salonu. Chłopak odprowadził ją wzrokiem. I wtedy zrozumiał, że chyba nigdy nie uda mu się do niej dotrzeć...

Olała go. Znowu. W sumie nie było w tym nic złego. On robił jej to przez dłuższy okres czasu. Grace westchnęła ciężko. Wyjrzała przez okno. Wieczór zanosił się na dość chłodny. Narzuciła na siebie bluzę i wyszła przed dom. Zwróciła oczy ku niebu. Było całe zachmurzone, a szkoda... Miała nadzieję, że trafi na jakąś spadającą gwiazdę, która raczy spełnić jej życzenie. Zamknęła powieki i pomyślała o ojcu. Od dłuższego czasu ani myślał się odezwać. A przez chwilę wierzyła, że naprawdę się zmienił. Myliła się. Jak zwykle... Jej rozmyślenia, przerwał dziwny szmer. Otworzyła oczy i rozejrzała się dookoła. Kiedy już miała zawracać, zauważyła leżącą przy niej kartkę. Podniosła świstek papieru z ziemi i odczytała treść.

"Jak to dobrze zapomnieć, prawda?
Ciekawe co Toby o tym myśli..."
W.

Grace zadrżała. Do tego wspomnienia, wolałaby już nigdy więcej nie wracać. Pośpiesznie schowała kartkę do kieszeni. Po jej policzkach spłynęły łzy. Bo o niektórych rzeczach, lepiej zapomnieć...

Jak na osobę twardą i apatyczną, Stella nie mogła powstrzymać się od łez. Przed oczami miała ich... Nigdy nie przepadała za Joy, ale w życiu by nie pomyślała, że mogłaby dopuścić się do czegoś takiego? Przecież Benny jej nie lubił... Pociągnęła nosem. To żałosne. Obiecała sobie, że już nigdy nie będzie płakać... Uwaga sensacja! Stella Wight, a właściwie Clarke, ryczy z powodu faceta! Nie była jedną z tych pustych lali, które załamują się już na sam widok chłopaka. Tymczasem siedziała w kącie i ryczała w poduszkę. Mara była tak dobra i pożyczyła jej swoją, bo starą wyraźnie dotknął nadmiar łez.
-Stella?
Podniosła wzrok i otarła policzki. W drzwiach stała Gina. Uśmiechała się niepewnie.
-Czego tu chcesz? - burknęła. - Mick siedzi w szafie i wcina placki, jeśli to jego szukasz. Błagam, idź stąd.
Brunetka ani drgnęła. Zamknęła drzwi i usiadła koło zapłakanej Stelli.
-Masz zamiar mnie pocieszać? - prychnęła Wright. - Daruj sobie. Z tego co wiem, nie jesteś doświadczona w tym temacie.
-Nie. Po prostu nie jestem gotowa by przyporządkować komuś swoje życie. Jestem sama, ale nie samotna. Mam was. - oznajmiła z uśmiechem. - To jest najważniejsze.
Stella spojrzała na nią ze zdziwieniem. W jej oczach budziła bardziej litość, niż sympatię. Ale Jerome twierdził, iż można z nią normalnie porozmawiać. Widocznie odkryła drugie 'ja' Giny. Kto wie, jaka jest naprawdę...
-I co w związku z tym?
-Kiedy jesteśmy sami, najwięcej zawdzięczamy sobie! Nie ma w tym nic złego. Życie nie jest liczbą wdechów, tylko chwilami kiedy zapiera nam wdech w piersiach! Trzeba być szczęśliwym! - oznjamiła z ożywieniem. - Nawet jak chce Ci się płakać. Szczęście to dużo przyjemniejsze uczucie. Uśmiech jest piękniejszy od łez. Dlatego staram się nigdy nie smucić. Szukam wszelkich powodów do radości. Nawet waszych min, kiedy patrzycie na 'tę głupią Ginę'! To zabawne. Dlatego musisz pokazać, że umiesz być szczęśliwa, żeby ich wszystkich w kosmos wywiało!
Stellę zamurowało. Wpatrywała się w Winchester z rozdziawionymi ustami. Ta westchnęła ciężko i podniosła się z podłogi.
-Nie rozumiem was... Najpierw Fabian, teraz ty! Przecież to co mówię jest zupełnie normalne! Czemu was to dziwi?

Eddie bawił się włosami Patricii, podczas gdy ta usiłowała czytać lekturę.
-Eddie! - odsunęła jego rękę. - Obiecałam, że to przeczytam! Mara nie chce mi streścić, wyobrażasz sobie? A Andrews patrzy na mnie jak wilk na Kapturka.
-Stara truła mnie tą bajką całe dzieciństwo.
-A potem ryczałeś po nocach, wspominając małą czerwoną dziewczynkę.
-Nie, ale ostatnio nakręcili film pełnometrażowy. Aktorka od kapturka, była niczego sobie. - stwierdził z uśmiechem, natykając się na zimne spojrzenie Patricii. - No co?
-JAJCO! - Mick wyskoczył zza kanapy. - Chcecie sadzone czy na twardo?
-Na twardo, lepsze.
-Ok. TWARDE JAJCO!
Williamson prychnęła pogardliwie i pociągnęła chłopaka za koszulkę. Chwilę później, znaleźli się w pokoju Eddie'go.
-Fabian'a nie ma? - zdziwiła się Trixie.
-Gdzieś wybył. - blondyn wzruszył ramionami. - Zapewne zaszył się w bibliotece.
-Czyli nic nowego. - roześmiała się dziewczyna. - Mógłby zmienić tryb monotonnego, kujońskiego życia.
-Czemu tu przyszliśmy? Ooo... - Miller rozejrzał się dookoła i puścił do dziewczyny oko. - Chyba rozumiem.
Patricia postukała się w czoło i usiadła na dywanie. Wtem, z kieszeni wypadł jej świstek papieru. Spojrzała na Eddie'go, zdziwiona.
-Skąd to?
-Ja mam wiedzieć. Było w twojej kieszeni. - Chłopak wbił zęby w kanapkę. - Co to?
Dziewczyna rozłożyła kartkę i przeanalizowała jej treść. W jej oczach pojawiło się przerażenie. W jednej chwili ogarnął ją strach. Blondyn usiadł koło niej i delikatnie objął ramieniem. Patricia podała mu białą kartkę, unikając jego wzroku.

"Wybaczyłaś mu? Myślisz, że Nina to jedyne co miał na sumieniu? Przejrzyj na oczy, to Eddie!
Na jednej nie poprzestanie...
Naiwna.
W."

Williamson spojrzała na niego smutnymi, zielonymi oczami. Wyglądała tak, jakby za chwile miała się rozpłakać. Eddie szybko zgniótł świstek i rzucił w kąt pokoju. Chciał objąć dziewczynę, lecz ta szybko go odepchnęła. Podparła się o szafkę. Spuściła głowę, zadręczając się różnymi, strasznymi myślami. Miller nie wiedział co robić. Czuł, że traci do niego zaufanie. Znów... Podszedł do niej i ujął jej dłoń. Była zimna, jak u porcelanowej lalki. Bez uczuć i emocji...

Jerome gładził Marę po ramieniu. Nie mogła się uspokoić, serce biło jej jak oszalałe. A wszystko to z powodu jednej, niewinnej wiadomości. Clarke jeszcze raz zerknął na kartkę.

"Twoje obawy związane są z przeszłością...
Nie powiesz tego Jerome'owi? Lepiej się pospiesz.
Ktoś może Cię uprzedzić...
W."

Dziewczyna skuliła się na kanapie. Była otulona błękitnym kocykiem, w ręku trzymała kubek herbaty. Przymknęła powieki. Gdyby tylko wiedział, co przeżyła... Jerome nie może poznać prawdy. Znienawidziłby ją, a strata jego uczucia, byłaby zbyt bolesna. Jaffray położyła głowę na poduszce. Ktoś znał jej sekret... Nie mógł wyjść na jaw. Nikt nie może się dowiedzieć. Z takim postanowieniem zasnęła, nie reagując na żadne pytania chłopaka. Chciała przez chwilę poczuć się bezpiecznie.
Nikt nie wiedział, że ich życie już niedługo zamieni się w piekło.


Nie udało się, wiem. Wybaczcie, Sapphire jest bez jakichkolwiek zdolności (wina Tuska). Pomysł z W. wzięłam z Pretty Little Liars, moim drugim ukochanym serialu po Anubisie (który niestety zszedł na psy, jak wiadomo). Tożsamość nadawcy pozostanie nieznana, mwahahaha! ^ ^ 
Co do Fabian'a i jego życia towarzyskiego, jeszcze decyzji nie podjęłam. Opowiadanie musiałam rozbić na dwie części, inaczej wyszłoby za długie. 
Następna część ukaże się bodajże w czwartek lub piątek. I za 10 komentarzy :)



Do napisania <3
Sapphire.







piątek, 17 maja 2013

Opowiadanie cz. 44, Feel.

-Grace?
Blondynka podniosła głowę znad książki. W drzwiach pokoju stała Audrey. Ściskała krańce pastelowej sukienki w kwiaty.
-Co tu robisz?
-Chciałabym z Tobą porozmawiać.
-Aaa... No to wejdź. - Foster podniosła się z łóżka.
Dream weszła do pomieszczenia i ostrożnie zamknęła drzwi. Spojrzała na Grace smutno.
-Nie jestem z Fabian'em.
-Ciekawe.
-Naprawdę. - spuściła głowę. - Bardzo go lubię, ale na tym koniec.
Grace odgarnęła blond kosmyki z twarzy. Szukała odpowiednich słów.
-Czemu mi to mówisz?
-Jesteście przyjaciółmi, a właściwie...
-Nie interesuję mnie to. Nie jestem jego matką. - odparła stanowczo, jednak jej głos dziwnie drżał.
Audrey starała się uśmiechnąć, jednak w porę pohamowała emocje. Grace nie była w nastroju.
-Możesz mi zaufać. Przecież widzę, że...
-Daj mi święty spokój! - uniosła się blondynka. - Nie znudziło Ci się to jeszcze? Wchodzenie wszystkim na głowę i głoszenie 'piękna świata'? Nie jestem dzieckiem, umiem sobie poradzić. Nie potrzebuję twoich instrukcji.
-Przepraszam Grace, chciałam tylko...
-Mam gdzieś, co ty chciałaś. Wychodzę, a kiedy wrócę, ma Cię tu nie być, jasne? Pociesz kogoś innego. - rzuciła złośliwie i trzasnęła drzwiami.
Audrey została sama. Z błyszczących oczu, spłynęły jej łzy. Nie chciała zrobić nic złego... Nie powinna tak długo przebywać z Rutter'em. Mogła przewidzieć, jak to się skończy. Niestety. Zamiast kontynuować rozmowę, stała w pustym pokoju, gdzie panowała głucha cisza. Otarła zapłakane policzki i wyszła z pomieszczenia, zostawiając smutek za drzwiami. Zawsze mógł uciec, przez dziurkę od klucza...

Grace szła przed siebie. Zaliczyła już parę kałuży, ale nie o tym myślała. Wiedziała, że zrobiła źle. Nie miała zamiaru urazić Dream. Chodziło tylko o to, że to Audrey pokochał Fabian. Audrey, nie . Czarny tusz, spływał jej po białych, niczym mleko, policzkach. Była blada jak trup, to też wyraźnie widać było ciągle zmiany (również te nastrojowe) na jej twarzy. Kiedy człowiek jest samotny, przywiązuje się do każdego miłego słowa... A on powiedział ich najwięcej.
-Nadzieja matką głupich. - mruknęła. - Za często dawałaś mu oparcie... Co ty sobie myślałaś idiotko? Że będziecie razem? Pewnie.
-Jak to fajnie pogadać z samym sobą!
Grace podniosła wzrok. W jej kierunku zmierzał chłopak, z burą torbą na ramieniu.
-Nie masz przyjaciół i gadasz do siebie. Urocze. - roześmiał się.
-Haha. Tak się uśmiałam, że zapomniałam się zaśmiać. Zjeżdżaj. - chciała go ominąć, ale chłopak złapał ją za ramię i uśmiechnął się szeroko. - Czego zęby suszysz? Porąbało Cię coś? Puść mnie! - usiłowała się wyrwać.
Brunet puścił ją, ale nadal blokował przejście. Dziewczyna westchnęła zniecierpliwiona.
-Nudzi Ci się?
-Brawo! - klasnął w dłonie. - Mam do Ciebie taki mały romans.
-Noo?
-Umiesz naprawiać kran?
-Wtf? Hydraulik Ci uciekł, nie mój interes. Trzeba go było pilnować.
-Za szybko biegł. - zaśmiał się chłopak. - Mieszkam niedaleko i szukam jakiegoś fachowca. Nazywam się Jeremy Winkler. Mój brat kiedyś uczył w tej szkole.
-Aaa słyszałam. Jestem tu niecałe dwa lata, nie miałam okazji poznać. Ale, czekaj... Czy on...
-Nie żyje, tak. - powieki Winkler'a zadrżały. - Ale to przeszłość. Mój dom jest 20 minut stąd. Stara wysłała mnie w poszukiwania cywilizacji. Czyli nie naprawisz mi kranu?
-Nie, wybacz. - blondynka uniosła brwi i uśmiechnęła się lekko. - Sorry, ale muszę iść. Tracę cenne sekundy mojego zrytego życia.
-Żegnaj Niuna.
-Coś ty powiedział?
-Niunia. Jesteś taka słodziutka. - uszczypnął ją w policzek.
Grace uniosła brwi pytającą i zawróciła do Domu Anubisa. Kiedy była już wystarczającą daleko, chłopak rozejrzał się wokoło i wyjął z kieszeni komórkę.
-Chyba ją mam. To jak się umawiamy?


-Mam wiadomość! - Patricia wkroczyła do salonu, wymachując telefonem w dłoni. - Dzisiaj przyjeżdża Joy!
Jerome zachłysnął się kanapką, Eddie spadł z krzesła a Stella stwierdziła zwięźle:
-Trzeba się wyprowadzić.
Williamson pokręciła głową i westchnęła.
-Zostaje tylko na jeden dzień, nie wraca jeszcze na stałe.
-Trzeba się przygotować! - Clarke zerwał się na równe nogi. - Eddie! Szykuj amunicję!
-Robi się! - zasalutował Miller i razem z przyjacielem, pognali do kuchni. Jedynie Audrey wydawała się ucieszona.
-Wreszcie ją zobaczę! - uśmiechnęła się. - Szkoda, że nie może zostać już do końca roku...
-Wtedy musiałabyś wynieść się do Izydy. - Trixie usiadła koło niej. - Fajnie, że z nami jesteś.
-Powiedz to Grace... - westchnęła. - Wiem, to moja wina. Bardzo chciałabym się z nią zaprzyjaźnić. Tymczasem wyszło jak wyszło i strasznie mi z tym głupio.
-Jakie to prawdziwe!
-Gina? - odwróciła się Williamson.
Brunetka, od dobrych paru godzin, siedziała za kanapą i notowała coś w swoim notesiku.
-Piszę książkę. - wyjaśniła, po czym zwróciła się do Audrey. - Myślę, że widzowie pokochają wasz trójkąt miłosny! Oczywiście nie może równać się to z Hershey, której zostanę chrzestną! - zapiszczała radośnie. - Będę zawsze ją wspierać. Nawet dom jej wybuduję! Ooo, i kupię jej cukierniczkę! Ależ jestem wspaniałą ciotką!
-Gina, nie jesteś żadną pisarką. - Williamson wywróciła oczami. - Skończ już.
-Ja... Pff! - prychnęła. - Ty jesteś czarnym charakterem! Zmieniasz się pod wpływem miłości do Edisona Sweet'a: chłopaka z dużą ilością majonezu na ustach.
-Wiesz, że Fabian ma na drugie Susan?
-Nie przerywaj, rozmawiamy o Ped... Susan? Muszę to opisać! - poderwała się z podłogi i pobiegła na górę. - To będzie hit!
Audrey roześmiała się ciepło. Patricia spojrzała na nią pytająco.
-Lubię ją. - przyznała z uśmiechem. - Jest strasznie śmieszna. Też chciałabym być taka beztroska... - westchnęła.
-Ktoś chce być Giną, coś nowego. - odparła Williamson.
Nagle z holu dobiegł znajomy głos. Patricia nadstawiła uszów.
-Zaraz... Joy!
-Hejka! - Mercer wbiegła do pokoju. - Wróci...
-Ognia!
Nim Mercer zdążyła zareagować, zza blatu wyskoczył Jerome z Eddie'm uzbrojeni w ketchup, majonez i musztardę. Chwilę później, amunicja została wytoczona. Joy była umazana różnymi produktami spożywczymi. Gina zbiegła ze schodów i cyknęła wkurzonej dziewczynie fotkę. Kiedy spojrzała na wyświetlacz, podskoczyła radośnie.
-Nazwę to 'Majonezowy szał'! Będzie idealną okładką mojej powieści... Być w majonezie, czy nie być w majonezie... Oto jest pytanie! To takie żywe!
Akurat w tym momencie, do kuchni wszedł Benny z słuchawkami w uszach. Na widok Joy, wyszczerzył zęby w uśmiechu.
-Mercer! Powiedziałbym, że wypiękniałaś, ale babcia uczyła mnie nie kłamać. Sorry. - wzruszył ramionami i przejechał palcem po jej policzku. - Ooo, majonez. Ktoś ma smaka?
Tymczasem w holu siedziała Grace. Rzuciła płaszcz na fotel i z skrzywioną miną, wparowała do salonu.
-Od niuni mnie będzie wyzywał. Jeszcze cze... MATKO BOSKA CZĘSTOCHOWSKA ŚWIĘTA JEZUSIE MARYJO JASNA CHOLERA PIERNIK JASNY NA MICKA MORDĘ ŁYSĄ JAK BABCIĘ KOCHAM NA KROWIE KOPYTKO TĘCZOWĄ LODÓWKĘ MOTYLA NOGA KUCHNIA FELEK NA PANA ARKADIUSZA SPOD TESCO, co to jest?!
-Bodajże Joy. - roześmiał się Clarke.
-Przecież to... Ooo, majonez. - Grace oblizała palec. - Fabian siedzi w bibliotece i medytuję nad encyklopedią. Nie czeka na Ciebie.
Mercer prychnęła złośliwie i odwróciła się do uśmiechniętej Audrey.
-Joy! Chętnie podałabym Tobie rękę, niestety, wolę nie ryzykować.
-Półgłówki. - Mercer posłała ryczącym ze śmiechu chłopakom wściekłe spojrzenie. - Szkoda, że nie mogę zostać tu na dłużej...
-Bogu dzięki. - mruknęła Stella zza blatu.
Mercer zmarszczyła brwi, ale nic nie powiedziała. Wiedziała, że Stella i tak zwycięsko wyjdzie z każdej sprzeczki, więc wolała nie ryzykować.
-Jestem Gina! - przedstawiła się brunetka. - Chcę się tu wprowadzić! Lubię łabędzie! I piszę książkę o tym! - zatoczyła palcem kółko. - Wiesz, że Fabian'a lubią i Grace i Audrey? Ty też go lubisz, nieee? - mrugnęła porozumiewawczo. - Ale to faaajne! Na jego miejscu, kupiłabym sobie snickersa i poszła nakarmić łabędzie. Są takie białe!
-Jak to? - zdenerwowała się Mercer. - Audrey?
-To nie jest tak... - jęknęła dziewczyna.
-A własnie, że dokładnie tak! - uniósł się Clarke. - Są w związku!
-Co?! - Mara wychyliła się zza drzwi. - Fabian jest z Grace, idioto niedorobiony! Świetnie się dogadują, są razem, mają podobne zainteresowania i są fantastyczni, tak w ogóle to cześć Joy, jesteś trochę brudna.
-Audrey!
-Grace!
-Audrey!
-Grace!
-Co Grace? - jęknęła Foster. - Zostawcie mnie... Jestem niewinna.

Fabian tkwił w pokoju, usiłując ustalić szczegóły przebiegu ceremonii. Grace beztrosko siedziała na dywanie, bawiąc się swoim telefonem.
-Nigdy nie mogę przejść wężyka! Głupi murek. - burknęła. - Zrobiłeś już coś?
-Niewiele. - Rutter pokręcił głową. - Poza tym, że trzeba stworzyć krąg i wybrać pięć osób, to właściwie nic nie mamy. Jak na razie, trzeba skupić się na ratowaniu Mary. Marnie mi idzie... Ninie zawsze się udawało. Tęsknie za nią... Bardzo. Nie mam jej przy sobie, ale ciągle tkwi w mojej głowie.
Grace lekko uniosła kąciki ust. Podniosła się z podłogi i usiadła koło niego.
-Prawdziwa miłość nie wyczerpuje się nigdy. Im więcej dałeś, tym więcej ci jej zostanie. - powiedziała, po czym zaśmiała się cicho. - Jak widać nie tylko Audrey, ma swoje filozoficzne monologi.
-No... - zarumienił się chłopak. - Wiesz, ona chyba nie jest mną zainteresowana... Gadamy dosyć często, ale...
-Nie kłama... ups, sorry. Wyrwało mi się. - na chwilę spuściła wzrok.
Nie umiała się wysłowić. Co miała powiedzieć? Cześć, jeśli chcesz to ja jestem? Niee...
-Kojarzysz Jasona Winler'a?
-Pewnie. - odparł Rutter bez zastanowienia. - Należał do stowarzyszenia Victor'a i prowadził zajęcia teatralne. Czemu pytasz?
-Aaa tak sobie... Spotkałam dzisiaj jego brata.
-Miał rodzeństwo? - zdziwił się chłopak. - Nic mi o tym nie wiadomo.
-Jeremy jest chyba w naszym wieku... Mieszka blisko internatu. Przystojny. - dodała niby żartobliwie.
-Ooo... - Fabian odwrócił wzrok. - Wy... rozmawialiście?
-No. Nazwał mnie 'Niunią'. - wyznała roześmiana. - Aleee z niego jajcarz...
Fabian nie wytrzymał. Wstał i wskazał palcem na drzwi.
-Jeśli chcesz nawijać o jakiś zboczonych idiotach, to idź do Amber. Ja tego słuchać nie będę!
-Proszę? - Grace uniosła brew. - Dobrze się...
-Wspaniale, jak zawsze, proszę wyjdź.
-Rozumiem, że przed drzwiami czeka Audrey?
-Może nie.
-Może na pewno tak. Co Ci odbiło?
-Ty jesteś szczęśliwa, Audrey jest szczęśliwa, wszyscy są szczęśliwi! Nie musiałaś mi o tym mówić, choćby dlatego, że wiesz co myślę na...
Grace pokręciła głową i wbiła wzrok w sufit.
-Znowu to robisz... Wiesz co? Mam to gdzieś. Zapomniałeś jak jeszcze rok temu, płakałeś mi na ramieniu?
-Sorry! - do pokoju weszła Stella i wskazała na telefon komórkowy. - Dzwonili z Zoo do Mick'a. Przepraszają za numer z bananem i chcą żeby wrócił. Nie widzieliście go może... Chyba jestem nie w porę.
-Nie, skąd. Właśnie wychodziłam. - blondynka zimno spojrzała na Rutter'a i zbliżyła się w kierunku drzwi. - Niektórzy nie umieją zaakceptować szczęścia innych...

Była 6.30. Większość uczniów jeszcze spało, nie przejmując się myślą o nadchodzącym poranku. I podczas kiedy cały Anubis był pogrążony w błogim śnie, Fabian siedział w pustej klasie i gapił się na pustą kartkę papieru. Źle zrobił... Po prosty nie mógł znieść jej głosu... Przepełnionego radością i beztroską... Już tyle razy obiecywał sobie, że nie będzie tak postępował. Zawiódł, jak zwykle...
-Fabian?
Chłopak podniósł wzrok znad kartki. Naprzeciw ławki stała Gina. Zanim Fabian zdążył się przywitać, dziewczyna już zaczęła mówić.
-Fabian... Starasz się opanować kilka wspomnień, ale to jest trudniejsze niż myślałeś. Żałujesz kilku gestów, kilkunastu słów a co najważniejsze żałujesz jednego wydarzenia. Starasz się to wszystko opanować ale nie potrafisz z tym wszystkim normalnie funkcjonować. Życie rani nas jak ludzie, którzy obiecywali, że zawsze będą z nami a nie są. Niny z Tobą nie ma... Ale wciąż jest tutaj. - położyła dłoń na jego klatce piersiowej. - I musisz powstrzymać się z tymi wybuchami złości, bo dziewczynom pękną serca. Zdecyduj się. Teraz, później. Ale ty musisz nad ty myśleć! Za darmo otrzymaliśmy tylko te najważniejsze wartości. A ty musisz dobrze nimi sterować, bo inaczej zupełnie stracisz kontrolę.
Rutter osłupiał. Patrzył na nią jak wryty. Gina Winchester. Zakręcona mieszkanka Domu Izydy z masą dziwnych myśli, komicznych pomysłów i zabawnych anegdot, właśnie wygłosiła inteligenty monolog na temat jego postępowania.
-Gina... Mogę Cię o coś spytać?
-Jas... O nie! - złapała się za głowę. - Zostawiłam parówki na ogniu! Biedny dozorca! Znowu będzie musiał reperować palce! Muszę biec! - oznajmiła zdenerwowana i wyleciała z klasy.
Fabian ze śmiechem pokręcił głową. Stara Gina wróciła... Nie miał pojęcia co dzieje się wokół niego, ale z pewnością niedługo zrobi użytek z tych jej 'wartości życiowych'. Był o tym przekonany...

-Jak to nie?! - przeraziła się Amber. - To Fabian! Czemu nie chcesz...
-Daj spokój. - westchnęła Grace. - Nie mam pojęcia czy...
Wtem, do pokoju wypoczynkowego wparował Rutter z szerokim uśmiechem na twarzy. Pomachał Ambs i zwrócił się do Grace.
-Gina uświadomiła mi jedną ważną rzecz. Grace, jesteś dla mnie bardzo ważna i nie chciałbym stracić...
Blondynka poczerwieniała. Zaraz to powie, powie to...
-... twojej przyjaźni. Bo wiesz, nas jako parę zupełnie sobie nie wyobrażam. To byłoby głupie. - dodał z przekąsem.
Czar prysł.
-Taa... - zachichotała nerwowo. - Bardzo głupie...
-Właśnie! Muszę lecieć, obiecałem pomóc Andrews. To na razie!
Chłopak pożegnał się z przyjaciółkami i wyszedł z pomieszczenia. Grace spuściła głowę.
-Ooo złamał Ci serce? Biedaczka. - Gina usiadła na sąsiedniej kanapie i potarła podbródek. - Nie to chciałam mu powiedzieć... Mój dziadek, kiedy chciał poderwać moją babcie, walnął ją toporem! Zdziczała i się w nim zakochała! Uważam to za bardzo romantyczne.
-Wcale nie złamał mi serca. - bąknęła Grace płaczliwie.
-O... Fakt, mógł przecież je pokroić albo rozwalić... - zauważyła Gina. - Młotem pneumatycznym o nazwie "Sorry nie będziemy razem". To takie...
Blondynka spojrzała na nią smutno i wyszła z pokoju. Amber pokręciła głową.
-Zrobiłam coś nie tak? - zdziwiła się Winchester. - Aaa no tak. Niektórzy nie lubią młotków, można się pokaleczyć.

Mara siedziała na ławce przed szkołą. Lekcje właśnie się skończyły, a ona mogła spokojnie poczytać. Od kiedy do domu zawitała Joy, chłopcy nieustannie szukali uzbrojenia. Mercer spała w domu Izydy, dzień spędzała w Anubisie. Niedługo z powrotem musiała wyjechać, więc... chciała pobyć z przyjaciółmi. Mara przewróciła kartkę książki. Rozejrzała się dookoła. Czuła czyjś wzrok na sobie. Coraz wyraźniej odczuwała niepokój.
-Spokojnie. - tłumaczyła sobie. - To tylko wiatr... Nic się nie dzieje.
Wiedziała, że siebie okłamuję. Wczoraj oglądała horror razem z Jerome'm. Podczas kiedy ona siedziała schowana pod łóżkiem, Clarke śmiał się z odrąbanych głów. Jaffray wzdrygnęła się na samo wspomnienie. Chłopacy mają jednak stalowe nerwy... Wtem, poczuła dziwny ścisk na ramieniu. Czyjaś brudna dłoń, mocno ją trzymała. Jej oczom, ukazał się wysoki mężczyzna w długim czarnym płaszczu. Uśmiechał się przebiegle. Dziewczyna zamarła. Usta zaczęły drżeć. W pobliżu nie było żywego ducha... Tylko ona i... członek sekty. Znalazł ją. Mężczyzna pociągnął ją za rękę. Była bezsilna, nie była w stanie nawet mówić. Nagle, poczuła ból. Ktoś odepchnął ja gwałtownie. Upadła na ziemie i potarła się o obolałe ramię. Otworzyła powieki. Przed nią stała Stella. Ozirion...
-Ona naprawdę to czuje... - pomyślała z ulgą.
Mężczyzna tylko zmarszczył brwi i odszedł w stronę lasu. Stella pomogła Jaffray wstać. Otrzepała zabrudzone kolana.
-No, fajny typek. - mruknęła ponuro. - Jerome nie jest zazdrosny?
-Śmieszne. On chciał mnie... W sumie to sama nie wiem.
-Może to i lepiej. Kto wie, co odbija emerytom.
Mara obróciła się za siebie. Mężczyzna zniknął, zostawiając po sobie jedynie głuchą ciszę. Dziewczyna kurczowo ujęła ramię torby i wraz ze Stellą, pomaszerowała do Domu Anubisa. I mimo, że po drodze nie spotkało jej nic złego, cały czas czuła czyjś wzrok na plecach...

Joy stała w kącie, podparta o zimną ścianę. Zapomniał o niej... Po tym wszystkim co przeszli. Myślała, że Fabian'owi zależało. Jak się okazało, nie miał zamiaru pogłębiać ich znajomości. Mercer to bolało... Chłopak, z którym wiązała całe swoje życie, nagle nie chce jej znać. Postanowiła, że jeszcze mu pokaże. I właśnie nadarzyła się ku temu świetna okazja.
Dziewczyna spojrzała na zegarek. Dochodziła dwudziesta, a ona nadal tkwiła w pustej szkole. Może nie zupełnie pustej, bo Fabian siedział w sąsiedniej sali i porządkował jakieś papiery. Teraz się uda... Jeszcze zobaczy, jak to jest czuć się porzuconym... Niech cierpi, tak jak ona. Korytarzem właśnie zmierzał Benny. On również został zaangażowany do ogarnięcia bałaganu. Mercer przyszedł do głowie szatański plan... Może za to sporo zapłacić, ale co tam. Liczy się tylko ból w oczach Rutter'a.
-Benny? - dziewczyna wychyliła się z kąta. - Co słychać?
-Ciebie. Możesz się zamknąć, choć na chwilę?
-Zabawny jesteś. - Mercer nie dawała zbić się z tropu. - Cieszę się, że mogę tu być. Stęskniłam się...
-Mhmm taa. - chłopak przeglądał listę utworów w mp3. - Super...
Joy już miała się poddać, kiedy zobaczyła wychodzącego z sali Fabian'a. Niewiele myśląc, uwiesiła się Walker'owi na szyi i go... pocałowała. Pech chciał, że do szkoły wkroczyła Stella. Zamurowała ją. Podobnie jak Rutter'a zresztą. Oboje mieli głupie miny i nie mogli wydusić z siebie ani jednego słowa. Benny odepchnął od siebie dziewczynę i podniósł głos:
-Co ty... Stella? Ja wszystko...
Brunetka już go nie słuchała. Trzasnęła drzwiami prowadzącymi na korytarz. Fabian spojrzał na Joy ze złością.
-I co? Uświadomiłeś coś sobie? - uśmiechnęła się z triumfem.
-A wiesz, że tak. - Rutter skrzyżował ramiona. - Mianowicie to, że jesteś żałosna. Jak można tak postąpić? Lubisz tak wszystko niszczyć? Bo świetnie Ci wychodzi! - syknął. - Lepiej będzie jak stąd odjedziesz... Natychmiast. Dość szkód narobiłaś.

-Jak to chciał Cię schwytać? - Jerome odsunął się od biurka. - Znowu?
-Tak. - przytaknęła Jaffray. - Ja już nie mam siły...
Clarke podszedł do dziewczyny i objął ją w pasie. Zaczęła płakać. Ze smutku i bezsilności...
-Niedługo koniec...
-Nie... Jeszcze nie. - zaprotestował stanowczo. - Kiedy Patricia i Eddie wrócą z randki, zbierzemy całą Sibunę i im opowiemy.
-Już wiedzą. - Mara otarła zapłakane oczy. - Mówiłam godzinę temu... Stella miała przekazać Fabian'owi i Benny'emu, ale chyba się pożarli bo zamknęła się na cztery spusty i nie chcę z nikim rozmawiać.
Nagle, pokój wypełniła srebrzysta mgła. Jaffray zmrużyła oczy. Chłopak ścisnął jej zlodowaciałą dłoń. Na białym tle, widać było niewyraźny kontur. Oniemieli.
-Nina?

Wiem, wyszło tragicznie ^ ^ Kiedy przejrzałam sobie ostatnie rozdziały, załamałam się psychicznie xd Alę ja nakręciłam! Gorzej niż Waldzio, kurde no. Teraz musi się coś dziać, ale spokojnie, wszystko dobrze się skończy. Może... Znając moją zrytą banie, kto wie co wasz czeka ^ ^ Co do Jeremy'ego zdradzę tylko, iż będzie on czarnym charakterem czyli zuooo wcielone. Ale długaaaśny! Marnie to wyszło, przepraszam. Obiecuję, że następny będzie lepszy (lub nie) i dodam scenki z Amfie i Peddie, bo ciągle o tym zapominam ^ ^. Jak ktoś ma jakąś propozycję to zapraszam na podstronę Sugestie. Można też pogawędzić z postacią, na wszystkie zaległe pytania odpowiedziałam. Tak w ogóle, Beansy Boo to u nas Fasoleczka! Wiedziałam, że będzie coś z tym 'bean'. Hłehłe. Ale z czego tu się cieszyć, jak zaraz będzie Willome i Jeroy -,- Puff.
Jeszcze raz przepraszam za zryty rozdział i do napisania <3

NASTĘPNY ZA 13 KOMENTARZY!

Sapphire.












wtorek, 14 maja 2013

Opowiadanie cz. 43

Czasem błądzimy w poszukiwaniu naszego świata... Naszego małego miejsca, w którym stłumimy wszystkie troski. Droga jest zawiła, co krok czyha na nas jakaś przeszkoda. A kiedy już dojdziemy do celu, okazuję się, że powinnyśmy szukać dalej. Każdy z mieszkańców Domu Anubisa uczestniczył we własnej, indywidualnej wyprawie. Tylko on wiedział o wszystkich rzeczach, które mogą go zatrzymać. I tylko on, mógł je ominąć...

-Muszę pogodzić się z tym, czego nie mogę zmienić. - westchnęła Grace, patrząc w okno. - W końcu mogę być szczęśliwa. W pewnym stopniu, przynajmniej...
-Nie rozumiem tych twoich filozoficznych gadek. - odezwała się Millington. - Chodzi o Fabian'a?
-A weź, nie przypominaj...
-Czyli o niego. - przytaknęła Amber z uśmiechem. - Powiedz mu.
-Przepraszam, nie chciałam się w Tobie zakochać? Taa pewnie. Już lecę.
-Zawsze jesteś taka złośliwa?
-To ja już nawet miła być nie potrafię? Ooo... - jęknęła. - Albo udzieliło mi się podczas mieszkania ze Stellą, albo już do reszty zwariowałam. Obstawiam to drugie.
-Paznokcie do góry! Zobaczysz, będzie ok, a teraz pomóż mi wybrać buty!
-Po głębszym zastanowieniu dochodzę do wniosku, iż wolę dalej się zamartwiać.
Millington chwyciła różowego balerina i cisnęła nim w Foster. Blondynka akurat mocowała się z szybą, toteż kiedy zrobiła szybki unik, but wyleciał przez otwarte okno.
-AUU!
Przerażona Amber szybko podbiegła na miejsce zbrodni. Wychyliła głowę i spojrzała w dół. Na ziemi stał obolały Max, który właśnie trzymał się za czoło.
-Za co to?!
-Za Fabian'a! - odkrzyknęła Grace z góry. - Możesz iść go tym walnąć!
-Daj mi tego buta! To najnowszy model, nie mogę go stracić! - piszczała Amber.
Chłopak podniósł balerina i wszedł z nim do Domu Anubisa. Pech chciał, że Abby właśnie wychodziła z kuchni.
-O, cześć Max! - uśmiechnęła się. - Idziesz ze mną do szkoły?
-Abby... he... znacz... dzien... ja... masz tego buta! - wręczył jej przedmiot, po czym czmychnął na dwór.
Dziewczyna osłupiałym wzrokiem wpatrywała się w różową część obuwia. W tej samej chwili, Amber z Grace zbiegły po schodach. Roye spojrzała na nie kwaśno.
-Dał mi buta... - oznajmiła cierpko, po czym zwróciła się do Millington. - To coś znaczy?
-Tak, tak kocha Cię, a teraz to daj! - blondynka usiłowała odzyskać swoją własność. - Nooo!
-Znalezione nie kradzione! - roześmiała się Grace. - Masz inne buty.
-Inne... inne... INNE BUTY?! - Amber była w stanie ciężkiego szoku. - Teraz mam tylko 5347 par! Chyba mi słabo...
-Ouu trzeba dzwonić pod 112. Abby, idziesz? Amberek musi się ogarnąć.
-Jasne. - brunetka skinęła głową. - A propo, czy Fabian...
-Dobra, dosyć! Idę sama! Grace Foster wychodzi! - oznajmiła i zatkała sobie uszy.
Amber spojrzała na zdziwioną Abby i wyjaśniła:
-U nas to normalne.

-Patrz, oni są szczęśliwi. - Grace wskazała na Fabian'a i Audrey. - Wydaję mi się, że powinnam zejść im z...
-Nie ma niczego głupszego niż odchodzenie dla czyjegoś dobra. - westchnęła Stella.
-Ale...
-Bo potem się oddalą, a ty będziesz idiotko żałować.
-Enfermé! - obraziła się blondynka. - Skąd niby jesteś taka doświadczona?
-Chodzę z Benny'm. Już nic mnie w życiu nie zdziwi. - brunetka poprawiła mankiet koszuli. - Czemu nosimy te cholerne mundurki? Samo mieszkanie z spoconym wyrzutkiem społecznym nie wystarcza? Żenua.
Grace już jej nie słuchała. Zamiast tego, wgapiała się w Fabian'a i Audrey. Stella pokręciła głową.
-Bido zrób coś z sobą!
-Ale że co?
-W jego oczach wydajesz się być dziewczynką... Taki typ urody, cóż poradzić.
-Mam się farbnąć na rudo?!
-Wystopuj trochę. Chodzi mi o zmianę... ej, tylko mi się tu nie rozrycz!
Grace wymusiła z siebie uśmiech. Kątem oka, spojrzała na Rutter'a:
-Widzisz.... Inni mają swoje drugie połówki przy sobie, a ja udaję, że nie potrzebuję niczego oprócz świętego spokoju. Taaak, udaję... Jestem głuuuupia.
-Zawsze mogło być gorzej. - roześmiała się Stella.
-Niemożliwe. Co z tego, że go lubię jak nie mogę z nim być. Zresztą... to nie ma teraz większego znaczenia.
-Jak na takiego zawziętego wredzielca, coś za szybko się poddajesz.
-Nie jestem wredna. - jęknęła blondynka.
-Jasne. Tak w ogóle nie rozumiem jak można zadurzyć się w takim kujonowatym czymś.
-Ja się wcale nie...
-Wmawiaj sobie.
-Ale serio... Ja nic już nie wiem! Skończę tak jak mój ojciec... Menel ze stoma numerami Playboya w zanadrzu.

Jerome, już od ponad godziny, walczył z geografią. Mara odmówiła pomocy, usprawiedliwiając się popołudniowym wypadem z Amber. Clarke został sam, modląc się na lekko podniszczonym podręcznikiem.
-Twoje towarzystwo mnie nie porywa. Jak Mara może to lubić?!
-Gadasz do książki? - usłyszał zza pleców.
Odwrócił się. Audrey. Chłopak uśmiechnął się ciepło. Dream zamknęła za sobą drzwi i usiadła na łóżku. Spojrzała na niego smutno.
-Chyba zrobiłam coś złego...
-Grace przecierpi.
-Aż tak to widać? - zaśmiała się nerwowo. - Chciałam tylko powiedzieć, że nie jestem w nim zakochana. Jeszcze nie. Szkoda tylko, że on myśli inaczej... - westchnęła. - Nie zrozum mnie źle, naprawdę bardzo go lubię, ale... na tym koniec.
-Jakbym słyszał Grace sprzed tygodnia.
-Naprawdę... Tym bardziej czuję się winna. Fabian ciągle przesiaduję ze mną, a ja nawet...
Clarke podarł podbródek i uśmiechnął się bezradnie. Lubił ją. Mimo, że jej życie nie było usłane różami, to i tak starała się wszystkim dogodzić. Kochała ludzi. I pragnęła ich szczęścia, jeszcze bardziej niż swojego.
-Myślę, że prawdziwa miłość rodzi się wtedy, kiedy zobaczymy w drugiej osobie coś czego widzieć nie powinniśmy. - powiedziała, po czym ciepło spojrzała na Clarke'a. - I to zaakceptujemy. Tak jak Ciebie Mara.
Znowu to robi. Bardzo ją lubił, choć czasami nie mógł zrozumieć. Jak można cieszyć się z związku byłego chłopaka? No tak, trzeba być Audrey...
-Niby tak, ale... co Ci się nie podoba w Fabian'ie?
-Jak tak Ci zależy to sam się z nim umów. Tak serio to... on nie jest osobą, z którą mogłabym spędzić resztę życia. Czekam na kogoś kto wreszcie otrze łzy z moich oczu i będzie tylko dla mnie. Nie szkodzi, że na razie jestem sama. Wierzę, że ktoś kto stworzył ten świat, wystawił mnie na liczne próby, bym mogła spotkać kogoś wyjątkowego.
-Nie jest Tobie smutno?
-Czasem jest, jak każdemu człowiekowi. - wyjaśniła spokojnie. - Sama postawiłam przed sobą mur, teraz muszę go zburzyć. Ktoś mądry, niedawno powiedział mi, że jestem silna i jeśli się postaram wyrwę się z krainy niepowodzeń.
-Nadzieja jest pierwszym krokiem do rozczarowania.
-Ale to dzięki niej udaje się nam zachować pogodę ducha. Wiara czyni cuda.
Na twarzy chłopaka pojawił się uśmiech. Od Audrey kipiała radość. Każdy kto na nią spojrzał, natychmiast się uśmiechał. Skrzywdzone osoby są pozbawione chęci do życia i ludzie zwykle ich unikają. Ona była inna. Nieważne jakie zło ją spotykało. Oczy nie traciły blasku, biła od nich empatia i optymizm. Takie osoby są prawdziwym cudem...

-Eddie?
-Coo? - spytał Miller ospale. - Wiem, że nie możesz wytrzymać długo bez mojej boskiej osoby, ale cóż. Zajmij się czymś, albo... o! Powyobrażaj sobie coś!
-Niby co? - Trixie uniosła brwi.
-Hmmm wiesz... W mojej wyobraźni na przykład, świetnie się bawimy. - zaśmiał się chłopak złośliwie.
-Nie chcę wiedzieć w co przygłupie. - usiadła koło niego.
Eddie zignorował dziewczynę i wstał z kanapy. Poczłapał w kierunku lodówki, która po 5 minutach, całkiem opustoszała. W końcu policzył wszystkie zebrane produkty i krzyknął:
-Benny! Robimy giga kanapkę!
Walker natychmiast zjawił się w kuchni. Chłopacy, z podejrzanymi minami, zabrali się za swoje dzieło. Chwilę później, do salonu wkroczyła Stella z nożyczkami w ręku.
-Gdzie jest ten idiota?! Miał...
-Chwila Stellciu! - odparł Benny, nie przerywając krojenia. - Pracujemy nad projektem "Lepszy świat"!
-To badziewie, które zadała Andrews w zeszłym tygodniu? - Patricia wygramoliła się z kanapy. - I... robicie kanapkę?
-Dokładnie! Giga kanapka jest połączeniem 10 kanapek, 20 bułek, 3 bagietek i...
-Zdradzasz im szczegóły naszego planu! - stłumił go Eddie. - Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów, będę miał zrobione zadanie domowe! Wy też powinnyście się zabrać. Termin jest za tydzień.
-Ooo już się boję. Zła Andrews wyślę mnie na Marsa i udusi na oczach zielonych krewnych Alfie'go. Straszne. - ironizowała Patricia.
-Ja mogę. - Stella wzruszyła ramionami. - Zabijmy Mick'a, świat od razu będzie mniej badziewny.
Kiedy uczniowie wymieniali się pomysłami, do pokoju cichaczem wkroczył Campbell. Zwinął nożyczki ze stołu i uciekł na korytarz.
-Można też powybijać kaczki.
-Czemu? - zdziwił się Eddie.
-Są żółte. I takie radosne. - skrzywiła się Stella. - I mają dzioby...
-Nie lubię żółtego. - Williamson skinęła głową. - I dziobów...
-Nie ogarniam was. - odparł Benny, oblizując łyżkę. - Poda ktoś nożyczki, nie mogę otworzyć tej torby.
Brunetka podeszła do stołu, po czym rozejrzała się po pokoju.
-Nie brałeś ich wcześniej?
-Mistrz Benny skupia się tylko Artystycznej Giga Mega Kanapce.
-Ja je wziąłem!
-Mick pacanie, co mówiłam Ci o... - Stella odwróciła się w stronę korytarza i niespodziewanie zamilkła.
Przed nią stał Campbell z nożyczkami w dłoni. Był uśmiechnięty, przepocony i... kompletnie łysy. Eddie z rozdziawionym dziobem przyglądał się blon... byłemu blondynowi.
-Oglądałem dzisiaj program 'Zrób to z Zdzisławem'! I tam mówili, że zmiana wizerunku, dobrze wpływa na dziewczyny. To pomyślałem, że jak zrobię takie bum cyk cyk to Gina mnie zechce. Smerfastyczny ze mnie spryciol, co?
Benny nie wytrzymał i wybuchnął śmiechem. Patricia wyjęła z kieszeni czerwonych rurek komórkę i podeszła do Mick'a.
-Taka okazja dwa razy się nie zdarza. Uśmiechnij się ładnie!
Campbell wyszczerzył zęby. Migawka błysnęła. Williamson podziękowała i postanowiła podzielić się z pozostałymi nowym wizerunkiem kolegi. Parę sekund później, ze schodów zbiegła Grace z telefonem w dłoni.
-Patt, co to ma być? Jakaś durna przeróbka czy... MATKO BOSKA CZĘSTOCHOWSKA ŚWIĘTA JEZUSIE MARYJO JASNA CHOLERA JAK BABCIĘ KOCHAM NA KROWIE KOPYTKO MOTYLA NOGA NA PANA ARKADIUSZA SPOD TESCO, CO TO JEST?!
-Ja! - Campbell udzielił najprostszej z możliwych odpowiedzi.
W kuchni pojawił się Jerome z zaciekawioną Marą. Dziewczyna pierwsza zobaczyła cudne zjawisko.
-Dostałam sms i... O Jezu. - przystanęła. - Jak ja mogłam z tym być...
Jerome, zamiast wygłaszać zbędne monologi, zaczął tarzać się po ziemi i śmiać jak głupi. Nie on jeden, Eddie zaczął czynność jeszcze długo przed nim.
-Wróciłam! - z korytarza dobiegł dobrze znany głos. - Ciesze się, że... MICK?!
-Ginuś! - ucieszył się Campbell. - Wróciłaś kapustko ty moja! Patrz jak się odstawiłem! Dla Ciebie!
Gina chwilę wpatrywała się w twarz adoratora. Po chwili, powoli przeniosła się na wolne krzesło, zręcznie omijając Eddie'go i Jerome'a.
-Chyba nie powinnam tu mieszkać. - powiedziała w końcu.
-Zgadza się! - przytaknęła Mara, po czym przygryzła wargi. - Znaczy... jeśli chcesz.
-Spoko, i tak będę do was przychodzić. Jesteście moimi idolami! Spisałam dzieje każdego z was w oddzielnym zeszycie! Mam ambicję... Sorry, że jestem taka roztrzepana i w ogóle, ale ja was tak uwielbiam! Jak skończycie szkołę, to wam je przyniosę! Muszę uwiecznić również projekt Giga Kanapki. - przeniosła wzrok na projekt Eddie'go i Walker'a. - To będzie nieziemskie... Oprócz tego czekam na narodziny Hershey. Uważam, że to bardzo intrygujące imię. Mogę zostać matką chrzestną?
-Oczywiście. - zgodził się Clarke, unikając wzroku rozzłoszczonej Jaffray. - Witamy w rodzinie!
-Serio? Jestem taka szczęśliwa! Od zawsze wielbię Jarę. A teraz mamy wspólne więzy krwi. Jakie to autentyczne! - Winchester zaklaskała w ręce. - Już kocham moją chrześniaczkę! Na drugie urodziny kupię jej neonowe kalosze!
-Ginuś, zostań z nami! - Mick skakał po pokoju. - Jesteś moją narzeczoną wiesz?
-Ooo... - szatynka dziwnie pobladła. - Chyba już pójdę. Odwiedzę was jutro. Ciao moi ulubieńcy. Oprócz Ciebie. - wskazała na Mick'a i zniknęła za drzwiami. - Nie gustuję w łysych!

MICK JEST ŁYSY, ALLELUJA! Gina i Jerome planują przyszłość Hershey, Benny z Edziem tworzą kanapusię, a Grace ma TROUBLE TROUBLE TROUBLE XD Obiecałam sobie, że dobiję minimum do setki ^ ^ Bydzie się działo. Ceremonia będzie dopiero w jednej z ostatnich części. Nie wiem z kim hajtnąć Ruttera, koncepcja zmienia mi się co 5 minut (komentarze są pomocne, ale wasza redaktorka ma burdel we łbie). Może Joy wró... NOŁ! 
Tak w ogóle jtr (środa) nie idę do szkółki, bo mam rozdanie nagród za konkurs poetycki. Stresuję się jak cholera, zapewne zaliczemm jakiś przykry wypadek, jak to ja ^ ^ Trzymajcie kciuki, żebym się tam nie skompromitowała. Będę dzielna: dla Hershey!
Następna cześć ukaże się bodajże w piątek lub sobotę. To samo tyczy się Teugene Story. No... To tyle c:

Żegnam. <3

Sapphire.






piątek, 10 maja 2013

Opowiadanie cz. 42

-Wszystko dobrze?
Fabian spojrzał w tył. Audrey. Usiadła koło niego z zamyślonym wyrazem twarzy.
-Zastanawiałam się... - rzekła spokojnie. - Czy kiedykolwiek jest mi pisane coś dobrego. Nie jestem zła. Ale... chciałabym tego. Tak po prostu.
Rutter spuścił wzrok. Zawsze czuł się przy niej głupio. Jego problemy traciły znaczenie... To jej życie budziło strach i zmuszało do zastanowienia się nad sobą. Wiedział, że ją zranił. Jeszcze tydzień temu, nie mógł spojrzeć jej w oczy. Grace spławiła go w paru zdaniach: może nie spławiła, tylko przemówiła do rozsądku. Lubiła go, nic więcej. Nigdy nie byli w specjalnie zażyłych kontaktach, jednak bardzo ją lubił i zawsze wspierał. Oboje nie chcieli psuć swojej przyjaźni. Uznali, że tak będzie lepiej. Tymczasem Audrey siedziała koło niego i... i znów pojawiło się to miłe uczucie, które towarzyszyło mu za każdym razem, kiedy widział Ninę. Coś w tym było... Jej obecność była czymś wyjątkowym... Odganiała wszystkie złe myśli. W jednej chwili troski znikały gdzieś głęboko na dnie i jedynym problemem było to, jak jej pomóc.
-Przepraszam... - usłyszał jej ciepły głos. - Nie chciałam wtedy... sam wiesz. Myślałam, że... Chyba nie powinnam tego mówić. - dodała cichutko. - Jeszcze raz przepraszam.

-Dobrze się czujesz? - Abby spojrzała na Grace spode łba. - Nie wyglądasz najlepiej.
-Tak. - odparła blondynka cicho.
Oczywiście było to kłamstwem. Grace spojrzała na kalendarz. Już tydzień minął od jej poważnej rozmowy z Rutter'em. W krótkich słowach kazała mu spadać i nie kręcić z dwoma naraz. Miało wyjść inaczej, ale prowadzenie dyskusji nie było jej mocną stroną. Teraz czuła się strasznie. Okazało się, że jej głupia podświadomość pominęła jeden istotny szczegół... To, przed czym się tak usilnie broniła, nawet o tym nie wiedząc. I kiedy odeszła od chłopaka oczekiwała całkowitego wyzbycia się trosk. Zamiast tego dotarło do niej jakie straszne głupstwo popełniła. Wbiła wzrok w szybę, tak jakby czekała na przylot jakiegoś dobrego anioła, który palnie ją w ten głupi łeb i poradzi... Zakręciła na palcu kosmyk blond włosów. Siedział tam... z nią. Audrey była osobą tajemniczą i to właśnie go przyciągało...
-Grace? - Abby wstała z łóżka i podeszła do koleżanki. - Co się stało?
-Poza tym, że wszystko spieprzyłam to nic. - posłała jej fałszywy uśmiech. - Nie zaprzątaj sobie tym głowy.
-Chodzi o Fa...
-Nie! - Grace zatkała sobie uszy. - Nic nie słyszę, la la la!
Abby uśmiechnęła się lekko. Wiedziała w czym tkwi problem.
-Lubisz go?
-Nie wiem.
-Serio?
-Mówię, że nie wiem. - jęknęła i padła na łóżko. - Lubić lubię. Nic więcej.
-Czemu sobie zaprzeczasz?
-Nie zaprzeczam. - odburknęła.
Z wyniosłą miną wyszła z pokoju, zapominając o wszystkich niechcianych myślach. Postanowiła zrobić wszystko, by już nigdy nie wróciły.

-Jezu, nie rycz już. - westchnęła Stella. - Palnęłaś głupstwo i tyle. Przeżyjesz.
-Nie żyję. - jęknęła Foster. - Przecież mi nie wolno.... Ja nie mogłam! Jestem naidiotyczniejszą idiotyczną idiotką jaką kiedykolwiek widziała ta ludzkość.
Brunetka pokręciła głową i obróciła się w stronę drzwi.
-Oho, ktoś się dobija. - mruknęła, po czym wyjrzała przez szparkę. - Smutasie, weź się jakość ogarnij. Fabian przyszedł. A mówiłaś, że już nic nie da się zrobić.
Niestety nie miała racji, bo Rutter z zadowoleniem oznajmił:
-Grace! Miałaś rację! Postanowiłem spotkać się z Audrey.
-To straszn... strasznie fajne! - poprawiła się szybko.
-No... tego się nie spodziewałem. - chłopak zaśmiał się cicho. - Dziękuję.
-Ehe... - uniosła kciuk do góry. - Super.
Fabian uśmiechnął się ciepło i wymigując się myciem naczyń, wyszedł z pokoju. Obie dziewczyny wiedziały jednak, że zapewne poszedł do Audrey.
-Nie super. - załkała Foster i wbiła głowę w poduszkę. - Jest tragicznie. Może pół-demony tak mają... Wszystko chrzanią i są głupsze od Mick'a.
-Doskonale Cię rozumiem.
Stella ze zdziwieniem uniosła brwi. Podeszła do okna i odsłoniła zasłony. Przy kaloryferze siedział Mick, czule obejmując odkurzacz.
-Odbudowałem go. - oznajmił Stelli z dumą, po czym wstał i zwrócił się do Grace. - Fabian jest moim smerfastycznym kumplem. Pomogę Ci!
-To ja już wolę być sama. - jęknęła zmartwiona.
-Spokojnie koleżanko. Zajmę się Tobą. Fabian lubi mądre dziewczyny. Czytałaś "Muminki"?
-11 lat temu...?
-To świetnie. - blondyn klasnął w dłonie. - Jesteś bardzo mądrzejewska! A liczyć umiesz? 2 razy 2?
-Cztery?
-CO?! I ty chcesz zarywać do Fabian'a? - Mick złapał się za klatkę piersiową. - Każdy głupi wie, że to 5! Boguś idziemy! Nie będziemy zadawać się z tymi nieukowymi babciami. ODCHODZIMY! - chłopak chwycił rurę sprzętu i w poskokach opuścił pokój, wołając przy tym - A teraz robimy to co tygryski lubią najbardziej!

-Dzień dobry klaso! - Rosie otworzyła brudnozielony dziennik. - Jak samopoczucie?
-Gorzej być nie mogło. - mruknęła Grace pod nosem.
-Będzie dobrze. - pocieszyła ją Abby. - Myślę, że...
-Nic mnie nie uratuję.
Rosie poprawiła krańce popielatej sukienki. Kątem oka spojrzała na Stellę. Unikała jej wzroku. Kobieta westchnęła ciężko. To było dla niej trudne... Nie mogła porozumieć się z własną córką. Mimo to, niewskazane jest rozpamiętywać sprawy rodzinne na lekcji. Wyrwała się z zamyślenia i zwróciła do klasy:
-Wie ktoś może co znaczy 'Bel canto'?
Podczas gdy reszta klasy głowiła się nad zadanym pytaniem, Audrey już dawno miała rękę w górze. Grace zmarszczyła brwi.
-Tak Audrey?
-To styl w muzyce włoskiej. Chodziło to o uznanie warstwy muzycznej za element równoważny wobec warstwy tekstowej. Ważne było też zróżnicowanie arii, recytatywu i arioso.
-Bardzo dobrze. Zakładam, iż większość z was nie ma bladego pojęcia o co chodzi.
-Skąd, to grzech nie wiedzieć cóż to arioso. - odparła Stella ponuro. - Przykre.
Rosie spuściła wzrok, ale nic nie powiedziała. Benny szturchnął dziewczynę w ramię, próbując zmusić ją do lepszego zachowania w stosunku do matki. Kobieta wyciągnęła plik kartek spod fotela.
-Chodzi o rozbudzenie emocji w sercu słuchacza. Nie możecie śpiewać o smutnych rzeczach przy wesołej muzyce. Melodia jest tłem historii, którą chcecie przekazać słuchaczowi. Jeśli opowiadacie o pozytywnych rzeczach, wszystkie elementy muszą być ze sobą zgrane.
-Inaczej skończymy jak Selena Gomez. - podsumowałą Grace obojętnie. - Bez przesłania.
-Brawo! - pochwyciła Rosie. - Żeby wzruszyć serce słuchacza, piosenka musi mieć przesłanie. Oczywiście zależy to też od przeżyć tej osoby. Piosenka smutna wyjdzie nam o wiele bardziej realistycznie, jeżeli sami doświadczyliśmy wiele przykrych wydarzeń. Na przykład piosenki o miłości. Jest ich bardzo wiele, ale tylko nieliczne z nich są prawdziwe. Najtrudniej napisać piosenkę o uczuciu, jeśli się je zna.Wtedy autorem jest głównie wasze serce.  Inaczej wyjdą wam badziewia, jakich teraz jest milion. Nasz rynek muzyczny nie może pochwalić się wyśmienitą muzyką. Ludzie z prawdziwym talentem są niezauważani.
-Fakt, to strasznie irytujące. - przyznała Abby. - Nie słucham praktycznie żadnego z popularnych zespołów. Owszem, czasem jakaś piosenka wpadnie mi w ucho, ale sezon na nią zawsze przeminie.
-Masz rację. - nauczycielka skinęła głową. - Kiedyś muzyka była inna... Ludzie śpiewali sercem, a nie z playbacku. Na drodze sławy błądzą głównie młodzi wokaliści. Popularność staję się ważniejsza od talentu. Pasja zamienia się w formalność.
-Jak Bieber? - wychylił się Max. - Ludzie bardziej niż piosenkami, fascynują się tym, że zjadł kanapkę.
-Bieber poszedł do sklepu!
-Bieber oddycha!
-Właśnie. - roześmiała się Rosie. - Cieszę się, że rozumiecie. Czy pan Alonso mówił wam o planowanej sztuce?
-Ja zagram główną rolę! - zgłosiła się Millington. - Jestem najlepsza!
-Nie doceniasz talentu Bogusława! - Mick wytknął jej język.
-Spokojnie Amber, daj mi powiedzieć. - uspokoiła ich nauczycielka. - Pani Andrews postanowiła rozbudzić w was talent artystyczny. Słyszałam, że mieliście parę występów pod dowodzeniem pana Winkler'a. Powinno pójść gładko.
W tej samej chwili, to klasy wszedł Pablo, taszcząc tabun potrzebnych rzeczy. Audrey poderwała się z białej kanapy i rzuciła w stronę nauczyciela:
-Poniosę panu teczkę!
-A ja marynarkę! - Grace wyrosła przed nim, niczym Dżin z lampy. - Daj pan to!
-Ja biorę książki! - oznajmiła Mara, przejmując książki od mężczyzny. - Ale to... leciuteńkie! Proszę się nie martwić!
-Dziewczynki ja...
-Wezmę ten długopis! - Amber dorwała się do jego kieszeni. - Pewnie jest bardzo ciężki.
Rosie zanosiła się od śmiechu. Miała ładny, dźwięczny głos. Stella wywróciła oczami, a Eddie schował się za kanapą. Żeby go znowu wściekłe babsztyle nie napadły.
-Dziękuję. - mruknął nauczyciel rozbawiony. - Nie było to konieczne, ale miło mieć tak pomocnych uczniów.
-Mogę panu pomagać dzień i noc. - zaoferowała się Abby. - Przestanę jeść.
-Gdyby mnie pan poprosił nie odrobiłabym lekcji... - oznajmiła Mara rozmarzona, na co Jerome parsknął śmiechem.
-Na twoim miejscu zacząłbym się martwić. - szepnął do niego Alfie. - Mara lekcji? Serio?
-Przestań to tylko... o kurczę, racja. - Clarke niespokojnie potarł podbródek. - Hershey nie może wiedzieć o miłostkach jej mamy.
-Jeśli w ogóle...
-Się zdziwisz, już wkrótce zaistnieję!
Podczas gdy chłopacy kłócili się namiętnie, nauczyciele demonstrowali swój pomysł.
-Sztuka opowiada o dwójce ludzi, którzy muszą zmierzyć się z przeciwnościami losu.
-Wzruszające. - ziewnęła Stella.
-Historia niby banalna, ale to od was zależy czy będzie w stanie wzruszyć publikę. Jak już wspominaliśmy, najważniejsze są emocje. Wraz z Pablem, wybraliśmy już naszych faworytów do danej roli.
-Przepraszam! - Abby podniosła rękę do góry. - Może opowiedzieć nam pani coś więcej o fabule?
-Oczywiście. Główne role odrywa dwójka ludzi, z różnych warstw społecznych.
-On bogaty, ona biedna. Banał. - prychnęła Stella.
-Tak to wygląda, ale postacie mają barwne osobowości i wszystko zależy od waszych emocji. Dziewczyna ma na imię Valerie, chłopak Leon. Valerie, już od najmłodszych lat, ma podawane wszystko na tacy. Jest pewna siebie, opryskliwa i uważa się za lepszą od innych. Chłopak pochodzi z biednej rodziny, jednak jest strasznie dobrym człowiekiem. Cechuję go ogromna nieśmiałość. W sztuce chodzi o prawdziwy, realistyczny sposób pokazania rozwinięcia ich relacji. Musice to zagrać, całym ciałem. Nie zakochują się w sobie w ciągu godziny, to byłoby naciągane. Najpierw są wobec siebie neutralni, można by rzec, że ledwo się tolerują. Potem stopniowo przekonują się do siebie. Każdy przekazuje drugiej osobie część siebie. Historia niby pospolita, jednak możecie uczynić z niej coś fantastycznego. Dobrze - wyciągnęła białą kartkę z dziennika. - Teraz parę słów na temat obsady... Wierzę, że osoby, które wytypowałam świetnie sobie poradzą. Fabian, będziesz Leonem.
-Ja? - zdziwił się Rutter. - Przecież... - kątem oka spojrzał na Audrey.
Dziewczyna ma talent, na pewno ją wybiorą. W końcu jest niezła w tym kierunku.
-No dobrze, zgadzam się.
-To wspaniale! - ucieszyła się Rosie. - Wpisz się na listę.
Chwilę później, obsadzono też parę ról drugoplanowych. W końcu spojrzenie nauczycielki padło na nieobecną Grace.
-Grace?
-Tak? - ocknęła się blondynka. - Przepraszam, ja...
-W porządku. Chciałabyś być...
-Pokojówką? Spoko, matka kazała mi kiedyś harować całą noc. Czyściłam kuchnie, bo zepsułam mikrofalę.  Okazuję się, że podgrzewanie masła nie było najlepszych pomysłem...
-...Valerie.
-Eee?
Nie mogła. Jeszcze czego, nie będzie grać z Fabian'em. Żeby jeszcze bardziej się pogrążyć?
-Niee... A Benny nie może?
-Niewątpliwie byłbym atrakcyjną kobietą. - roześmiał się Walker. - Ale myślę, że będziesz świetna, więc...
-Nie! - jęknęła Foster. - Ja nie umiem... Audrey nie może?
-Sądziłam, że Audrey zajmie się dźwiękiem, ale jeśli...
-Spokojnie. - przerwała jej rudowłosa. - Grace będzie idealna. Bez dwóch zdań. - oznajmiła i posłała blondynce ciepły uśmiech.
Taki szczery i bezinteresowny... To właśnie było najgorsze. Bo jak można nie lubić kogoś, kto jest istnym wcieleniem anioła?

-Lubię kolację! - oznajmił Mick wesoło. - Jest taka kolacyjna!
Trudy właśnie wyszła. Przed chwilą ogłosiła strajk: miała już dość brudnych garów w zlewie. Jak na złość, Victor nie zamierzał inwestować w zmywarkę. Zamiast tego wszystkie fundusze poszły na środki oczyszczające (biedny Corbierre nadal był różowy). Mieszkańcy nie pilnowali swoich dyżurów, a Max i Stella większość talerzy zbili, więc... kuchnia zbyt wyposażona nie była.
-Stella, masz super mamę! - oznajmiła Abby.
-Yhy.
-Serio. - wtrąciła Amber. - Jedyna lekcja, na której słucham.
-A zajęcia z Pablo? - zainteresował się Rutter.
-Aaa... - rozmarzyła się blondynka. - Wtedy pracują tylko moje oczy...
-Oczy? Ktoś powiedział coś o oczach? - poderwał się Avan. - Widziałem taki horror, gdzie...
-Nie musisz opowiadać. - wtrąciła Foster. - Naprawdę. Nie musisz... - spojrzała na niego błagalnie.
-Ale był czadowy! - ożywił się chłopak. - Tylko znajdę łyżeczki!
-Ooo... - jęknęła Grace. - Czeka nas pięciogodzinna trauma. Ja spadam. - wstała z krzesła, po czym spojrzała na Stellę. - Nie rób takiej kwaśnej miny, Rosie jest naprawdę genialną nauczycielką. Wow, nigdy tak nie mówiłam. Znaczy, że musi coś w sobie mieć. Można z nią pogadać.
-Chyba, że znów zachce jej się umierać. - skomentowała brunetka zwięźle. - Dajcie już spokój.
Audrey milczała. No tak, temat rodziców, pomyślała Grace. Wzięła talerz i podeszła do zlewu.
-BUU!
-MATKO JEDYNA!
Naczynie z hukiem uderzyło o podłogę. Grace, która dziwnym trafem leżała na ziemi, próbowała złapać wdech. Przed nią stał Avan z plastikowym nożykiem.
-Mam nóż! - oznajmił podekscytowany. - Właśnie demonstrowałem wam scenę z horroru. Babka wracała z KFC, a tu jej taka menda wyskoczyła. Fajne, nie?
-To niebooo? Ooo... - majaczyła Grace. - Chyba widziałam anioła.... Ooo jaka ładna harfa!
Max wstał od stołu i pomógł dziewczynie wstać. Blondynka chwiejnym krokiem zbliżyła się do wejścia.
-To ja żegnam.... Czy żagluję? Ooo stateczek... - spojrzała w sufit. - Hehe. Ależ to milutkie... Takie słodkie... łódeczki. He. He. Łódeczki... - powiedziała rozmarzonym głosem i wyszła na korytarz, z którego chwilę później dobiegły niepokojące dźwięki. - Nic mi nie jest! Ooo to Jack Sparrow... Depp jest ze mną w niebie! Hehe!
Max spojrzał na resztki talerza. Beztrosko kopnął je pod lodówkę.
-Myślicie, że Trudy wierzy w gadające lodówki?
-Czemu?
-Bo miałbym na kogo zrzucić. - zamyślił się chłopak. - Trudno, co się będę wysilać. Mick! Czemu zbiłeś talerz?
-Może lubię!
-No. - uśmiechnął się sprytnie. - I po sprawie.
-Ej... - zaczęła Amber. - Jakbyście nazwali swoje dzieci?
-Ambrozja! - zakomunikował Alfie. - Ewentualnie Kaszanka lub Pani Naleśnikowa.
-Hershey! - odparł Jerome z uśmiechem, natrafiając na oschły wzrok Mary.
-Nie. Będzie. Hershey!
-Yhyy taa. Każdy tak mówi.
-Ja nazwę dziecko Toster lub Magnetofon! - oznajmił Mick. - To takie fajowskie i smerfastyczne!

Napisałam! Dla Hershey i jej domku na drzewie! ^ ^ Tak wgl gustuję w hiszpańskich piosenkach (jak słyszycie zresztą). Si niepodoba, trudno. Piątek bywa męczący... Miej tu zboczoną klasę alkoholików i bądź szczęśliwy! Jadę do Anubisa, tam skojarzeń nie mieli. Chyba, że kamera tego nie uwieczniła... Oł gad.
Jeroy niestety cały czas istnieję. So sad...
Obalmy Tuska/Waldzia! LEGIONY TOOOO ŻÓŁNIERSKA NUTAAAAA! 
Nie mam po co żyć... Tkwię wśród chorych psychicznie zboków, ni ma Jary... Załammy się.
No... to tyle :3
Sapphire.

+Pomysłyyyy? ^ ^




wtorek, 7 maja 2013

Opowiadanie cz. 41

Fabian był w bardzo dobrym nastroju. Po raz pierwszy czuł, że robi coś dla siebie. Może właśnie tego mu trzeba? Od śmierci Niny nie zwracał uwagi na żadną inną dziewczynę, dlatego też wiązał spore nadzieje z planowanym spotkaniem z Grace. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie pojawienie się Audrey, która wzięła sobie do serca niedawne słowa Foster. Uznała, iż musi przejąć inicjatywę w swojej relacji z Rutter'em. Kiedy chłopak urzędował w kuchni, podeszła do niego i powiedziała:
-Przepraszam za wczoraj, ale Amber... sam rozumiesz. - ucięła na chwilę i się roześmiała. - Dlatego żebyś nie musiał już powtarzać: chętnie się z Tobą spotkam. - na te słowa Fabian zakrztusił się sokiem i stojący obok Benny musiał solidnie walnąć go w plecy. - Zaskoczyłam Cię? Spokojnie, nie musisz odpowiadać. To jutro, dobrze? Będę czekać. Pa! - pomachała mu czubkami palców i znikła w korytarzu.
Rutter zbladł. Błagalnie spojrzał na Benny'ego, który zdawał się nie wyczuwać nadchodzącego rozgardiaszu.
-Widzisz? Sama podeszła! - cieszył się jak dziecko. - To moja zasługa!
Fabian, biały niczym mleko, podreptał do swojego pokoju. Zza kanapy wyłonił się Jerome wraz z rozemocjonowaną Marą.
-A mówiłem Ci? - oznajmił chłopak z triumfem. - Wiedziałem, że wybierze Audrey!
-Wcale nie! - obruszyła się Jaffray. - Ona sama się narzuciła. Chyba widziałeś jaki był zmartwiony, tak?
-No, ale... - kontynuował Clarke. - Było mu smutno bo nie stało się to wcześniej i boi się reakcji Audrey na wieść, że pod wpływem jakiś dziwnych emocji, umówił się z Grace. Idę o zakład, że poszedł to odwołać!
-A ja ci mówię, że...
Można by jeszcze długo opisywać przebieg tej dyskusji, ale skończyło się na obustronnym parsknięciu i fochu. Benny wyglądał na zachwyconego niespodziewanym przebiegiem wydarzeń. Podparł się łokciami o blat i rzekł z rozmarzeniem:
-Jestem genialny...

Grace miała wyrzuty sumienia i to nie tylko z powodu Audrey. Tylko Niny. Tak naprawdę Fabian był dla niej tylko dobrym przyjacielem, nikim więcej. Przynajmniej takiej wersji się trzymała... Rzadko zastanawiała się nad ich relacją. Większość czasu spędzała harując jak wół dla Sibuny i chowając się przed Avan'em, także zbyt dużo czasu nie miała. A kiedy znajdywała już wolną chwilkę przeznaczała ją na wylewanie łez lub wypad z Alfie'm do jego ulubionej naleśnikarni. Zastanawiając się nad dotychczasowymi wydarzeniami, coś sobie uświadomiła... Nie może spotkać się z Fabian'em. Nie zrobi tego Ninie. Dobrze wiedziała co czuł kiedy dowiedział się, że jego ukochana nie wróci. Jego oczy stały się nagle wielkim oceanem tęsknoty. Kiedy przypomniała sobie swój pierwszy dzień w Domu Anubisa, poczuła dziwne ukucie w sercu. Wtedy wszystko się zaczęło... Nikt nie podejrzewał, że niepozorna blond dziewczynka, jest córką podłego Rufus'a Zeno. Taa... Dziwne wspomnienie. Tak czy siak, miała coś do zrobienia. Musiała odwołać spotkanie z Fabian'em, zanim całkiem zeżrą ją te cholerne wyrzuty sumienia. I zdawała się nie słyszeć rozpaczliwego krzyku ze środka...

Audrey siedziała na ławce, przed Domem Anubisa. Rysowała po ziemi, jakimś długim, cienkim patykiem. Była smutna. Grace powiedziała jej o Fabian'ie... W pewnym sensie to nie była jego wina, bo sama się narzuciła, ale... coś ją bolało. Bardzo chciała zając miejsce w czyimś sercu. Czuć się potrzebna i kochana. Dorastała bez miłości rodziców. Jedyne co zostało jej z dzieciństwa, to parę rys na twarzy, które nie do dziś nie chcą się zagoić. Co do Jerome'a, nie była pewna. Może tak naprawdę nigdy jej nie kochał? Nie wiedziała, ale bardzo cieszyła się, że ma Marę. On zasługiwał na szczęście... Ona nawet nie ośmielała się o nie prosić. Nie wprost. W uszach ciągle dźwięczały jej słowa matki, kiedy prawie wydała złe postępowanie ojca.
"-Masz pojęcie co zrobiłaś?
-Przepraszam mamo. - ciemnowłosa dziewczynka siedziała skulona w kącie, tuląc szmacianego misia. - Nie chciałam...
-Jesteś okropna! Nie widzisz ile ojciec dla Ciebie robi? Ty paskudna niewdzięcznico! - wbiła szpiczaste paznokcie w jej policzek. - I co? Boli?
-Mamo, przestań! - dziecko zaczęło płakać. - Proszę.
-Głupia. - warknęła kobieta, ale puściła córeczkę. - A, to zabieram. - wyrwała jej z rąk maskotkę. - Skoro nie umiesz okazać wdzięczności, nic już nie dostaniesz. Idź do pokoju.
-Mamo oddaj, proszę!
-Zamknij się! - wrzasnęła kobieta. - Jesteś nikim! Nie mam pojęcia czemu się tak źle zachowujesz. Ojciec nie zachowuję się źle, nie rób tragedii. - po tych słowach, wrzuciła misia w ogień.
Dziecko podbiegło do kominka i zaczęło płakać..."
Audrey zacisnęła powieki. Po policzkach spłynęły jej łzy. Przed oczami miała obraz płonącej w ogniu szmacianki. Pamięta jak wtedy cierpiała... Jako dziecko, nie miała żadnych przyjaciół, poza gromadką uczniów z Anubisa. Niestety, ojciec stale ograniczał ich kontakt, aż w końcu zażądał wyprowadzkę z osiedla. Potem już nie miała z kim rozmawiać. Teraz z bólem serca słuchała opowieści o tym wspaniałym okresie życia. W przeciwieństwie do innych nie miała żadnych miłych wspomnień. Patrzyła przez szybę na bawiące się dzieci. Było jej przykro, ale dopiero kiedy do zabawy dołączali się rodzice, rozpoczynało się prawdziwe piekło. Podobno miłość matki jest najsilniejsza na świecie... Była jedyną osobą, której to nie dotyczyło. Matka jej nienawidziła. Chyba jeszcze bardziej od ojca. Fakt, bił ją, ale... takie rany potrafią się zagoić. A słowa mamy , zapamięta już do końca życia...

-Jedź.
Stella rzuciła Benny'emu niezrozumiałe spojrzenie. Chłopak siedział obok niej z skrzyżowanymi ramionami.
-Dzisiaj sobie uświadomiłem, że nie mogę powstrzymać Cię przed spełnieniem marzeń. Jedź.
-Benny, już to przerabialiśmy. - westchnęła dziewczyna. - Nie jadę. Poza tym ceremonia i...
-Właśnie! - pochwycił Walker. - Bez Ciebie nic nie zdziałają, tak to będziemy mieli więcej czasu nad zastanowieniem się co do Mary. Mogą złapać nas w każdej chwili, ale kiedy Obrońca się nie pojawi: z ich szatańskiego planu nici. Nawet nie wiedzieliby gdzie Cię szukać. Nie mogą nam grozić: potrzebni są prawie wszyscy z Anubisa. Proszę...
-Aż tak Ci na tym zależy?
-Zależy mi na Tobie, zabiłbym się gdyby coś Ci się stało. - złapał ją za zimną dłoń. - Nie chcę żebyś wyjeżdżała, ale to jedyne wyjście. Rozmawiałem już z Sibuną. Zgadzają się.
-Ale ja nie... - powiedziała cicho, prawie niedosłyszalnie.
Wstała z łóżka i podeszła do okna. Zapatrzyła się w pochmurne niebo. Zacisnęła pięści.
-Muszę być z nią... Chronić ją, rozumiesz?!
-Ale...
-Jeśli ja wyjadę, stanie jej się coś złego.
-Przecież...
-Czuję to. Oni się mnie boją. Ozirion ma moc... - przyłożyła dłoń do zaparowanej szyby. - Nie wiem. Pomyślę, ale wątpię. Chcesz się mnie pozbyć, czy co? - prychnęła. - Sorry, nic z tego.
Chłopak roześmiał się bezgłośnie i pociągnął dziewczynę za kosmyk ciemnych włosów.
-Mówiłem, że nie. Tylko...
-Starałeś się być mądry? Nie wyszło, przykro.
-Jestem inteligenty! Kiedyś wymyślę 4 pizze w 1 pizzy. - rozmarzył się.
-What?
-A idź babo, nie znasz się! To będzie hicior. Większy niż "Garnki Mick'a"!
-Reklama dezodorantu jest bardziej pociągająca! Idiota. - skwitowała i pstryknęła go w ucho. - Nie rozumiem czemu...
-Bo jestem taki fajny i w ogóle, noo! - zamrugał rzęsami. - Zaprzeczysz?
Stella pokręciła głową i złapała go za ramię. Zostanie. Nie tylko ze względu na Marę: Benny, bez jej nadzoru, zdemoluję cały Dom Anubisa. Łącznie z Trudy, wazonami i odkurzaczem Mick'a.

Audrey już od ponad godziny krążyła po lesie. Nie mogła znaleźć sobie miejsca. Nie chciała wracać do Domu Anubisa... Było jej głupio. Nie chciała spojrzeć Fabian'owi w oczy. Najchętniej wczołgałaby się do jakiejś ciemnej dziury i już tam została. Kiedy była już blisko wyjścia, jej oczom ukazało się białe światło. Dziewczyna zatrzymała się gwałtownie. Na drodze pojawiła się wysoka kobieta o głębokim spojrzeniu. Patrzyła wprost na nią. Skinęła głową i gestem przywołała do siebie. Audrey stała jak wryta. A była pewna, że już nic ją w życiu nie zaskoczy. Ostrożnie podeszła do białej postaci. Kobieta uśmiechnęła się przyjaźnie. Dopiero teraz, Audrey zauważyła jej piękne, łagodne, brązowe oczy. Miała takie same...
-Witaj kochanie. - przywitała się.
-Ja...
-Powinnaś być w Domu. Powoli się ściemnia.
-Tak, ja... już idę.
-Zaczekaj.
Kobieta patrzyła na nią z troską. Przez chwilę wydała jej się bliższa niż własna matka. Co akurat nie było nowiną, nawet obcy ludzie z ulicy potrafili okazać więcej czułości niż właśnie rodzice.
-Przepraszam... Kim pani jest?
-Kochanie - roześmiała się kobieta. - Jestem Hathor.
Nagle wszystko ściemniało. Jedynie ona stała na środku, śmiejąc się perliście. Kiedy uniosła dłonie z nieba poleciało coś w rodzaju płatków śniegu. Akcja rozgrywała się w jakimś dziwnym miejscu... Była ona, Audrey i jej moc... Hathor... Bogini Hathor!
-Ty jesteś...
-Hathor. - powtórzyła z uśmiechem. - Jesteś moim wcieleniem, gwiazdko. Wiem o Tobie wszystko.
Audrey nie widziała w tym żadnych powodów do dumy, bo jest wiele rzeczy, które wolałaby wykreślić ze swojego żałosnego życiorysu.
-Kochanie, jesteś taka piękna! Jak anioł... - jej dźwięczny głos spoważniał. - Zobacz, jak daleko już zaszłaś.
-Naprawdę? A mi się wydaję, że stanęłam w miejscu... Jestem słaba.
-Nie widzisz, że sama pokonałaś wszystkie przeszkody? Nie daj się tak traktować. Jesteś dużo silniejsza od ojca. Wkrótce się o tym przekonasz...
Audrey patrzyła na nią z zachwytem. Mówiła prawdę. Mnóstwo ludzi mogło jej wmawiać takie bzdety, ale pewnie by nie uwierzyła. Natomiast ona... Napełniła jej smutne serce nadzieją.
-Czemu tu jesteś?
-Żebyś nie czuła się samotna. Zawsze jestem przy Tobie księżniczko. Jestem pewna, że Twoi przyjaciele też spotkają swoich opiekunów.
-Jak to?
-Jesteście naszymi potomkami. Czekaliśmy na wasze spotkanie. Tylko wy możecie nam pomóc. Dom Anubisa został wybrany do zjednoczenia następców. Sekta chce pozbyć się kary Anubisa i zrobi wszystko żeby wam przeszkodzić. Wiem o skazańcu... Jestem pewna, że Izyda już zmierza do Mary. Wiedz jedno: Nikt nie może ukraść magii Domu Anubisa. To nasze jedyne schronienie. Może nie wiesz, ale od tego zależy dalszy los... wszystkiego.

Mara właśnie wracała do pokoju. Jerome cały czas paplał coś o Hershey. Zaoferował się nawet, że zrobi jej domek na drzewie. Ma chłopak plany na przyszłość. Osobiście nie śpieszyło jej się z wychodzeniem za niego za mąż. To były tylko żarty, ale ciągle zadawała sobie pytania typu: co czeka ją za 10 lat? Jeśli w ogóle przeżyje, bo od ceremonii uciec się raczej nie da. Kiedy gwałtownie otworzyła drzwi, oślepiło ją białe światło. Szybko zasłoniła oczy.
-Maro... - usłyszała ciepły głos.
Już nie była w swoim pokoju. Znalazła się w jakiejś dziwnej czarnej strefie, z której nie ma ucieczki. Wytężyła wzrok. Wśród białych płatków, stała kobieta o śnieżnobiałej cerze. Jaffray, z niewiadomych przyczyn, nie bała się dziwnej towarzyski. Wręcz przeciwnie: czuła się jakby znały się od zawsze.
-Witaj... - uśmiechnęła się kobieta. - Przyszłam porozmawiać z Tobą o ceremonii.
-Skąd wiesz?
-Jesteś moim wcieleniem, jak mam nie wiedzieć? - oznajmiła z uśmiechem.
-Izyda...? Nie, to niemożliwe.
-Możliwe. - roześmiała się - Jesteś skazańcem...
-Nie ma odwrotu. - westchnęła Jaffray, zapominając o obawach. - Skoro tak musi być...
-Nie musi. - głos bogini stwardniał. - Masz Ozyriona.
-Co Stella może zdziałać? - spytała Mara płaczliwie. - Umrę. Już wiem.
Kobieta pogładziła ją po ciemnych włosach. Spojrzała na nią roześmianymi oczami.
-Będzie dobrze, zobaczysz. Jestem pewna.
-Co...? - spytała płaczliwie.
-Wierz mi, Stella jeszcze nie raz Cię zaskoczy. Wiem, że masz plany. Spokojnie, niedługo będzie po wszystkim. - nadal głaskała ją po głowie. - Musisz być silna... Nie możesz się załamywać... Myśl o tych, których kochasz. To oni dadzą Ci siłę.
Mara lekko skinęła głową. Jej nastawienie, lekko się poprawiło. Chociaż... może ma jakieś zwidy...
-To nie sen Wybrana. - roześmiała się jej opiekunka. - Widzę, że się boisz. Ale musisz bronić Domu Anubisa: to miejsce jest sercem wszelkiej... a zresztą wkrótce sama się dowiesz. - pogłaskała jej policzek i zniknęła w białym kłębie dymu. Mara z powrotem znalazła się w swoim pokoju. Rozejrzała się wokoło. Po tajemniczej bogini, nie zostało ani śladu. Szybko zbiegła na dół. Jerome przerwał randkę Patricii i Eddie'mu. Stwierdził, iż kuchnia nie jest zbyt intymnym miejscem i jeżeli chcą się miziać, to łazienka jest wolna. Jaffray zignorowała kłócącą się parę. Dopadła do chłopaka i oznajmiła:
-Muszę Ci coś powiedzieć!
-Uważasz, że Hershey nie powinna mieć domku na drzewie?
-Weź, nie będziemy mieć żadnej Hershey! Izyda mi się ukazała.
Na te słowa, wszyscy zebrani ryknęli śmiechem. Jaffray wywróciła oczami.
-Myślcie, co chcecie. Ja naprawdę ją widziałam.
-Jasne, jasne. - roześmiał się Sweet i cmoknął Williamson w policzek. - A myślałem, że to ty masz tu najbardziej nierówno pod sufitem. Myliłem się, wybacz.
-Idiota. - mruknęła Trixie, ale po chwili znów się uśmiechnęła.
-Jerome, mówię prawdę! - Mara odciągnęła chłopaka na bok. - Czemu mi nie wierzysz?
-Ooo... sam nie wiem, ale Izydy to... Weź, nawet nie wiemy czy ona żyła! - zawył chłopak.
-Ale...
-Przysięgnij.
-Na co?
-Na Hershey. - oznajmił Clarke poważnie. - Wtedy uwierzę.
-Odbiło Ci?
-No to nara.
-Nie, czekaj! No dobra... przysięgam na Hershey, że widziałam Izydę. Mówiła mi o ceremonii.
-Żartujesz?! - ożywił się jej chłopak. - I co?
-No i... w sumie nieważne, ale wiesz co? Mówiła, że mam szansę przeżyć, tylko...
Nie dokończyła bo chłopak już trzymał ją w swoich ramionach. Tylko na to czekał. Wiedział, że jest jakiś cień nadziei. Spojrzał na zaskoczoną Marę i powiedział:
-Wszystko zmierza ku Hershey!

Nom :3 To by było na tyle. Smutno mi się robi kiedy patrzę na ten 3 sezon... Brzyyyydka Joy ;c Kiedyś ją lubiłam... Wstyd Sapphire, wstyd! Idę jeść mozzarelkę i zastanawiać się nad życiem (czyt.  nieopisaną tragedią). 

"SPRAWIEDLIWOŚĆ ZWYCIĘŻY CHOĆBY ZIEMIA MIAŁA RUNĄĆ!" - Jonh Clarke (mój mentor życiowy)

Pieprzyć Jeroy'e. Bye.

Sapphire.