niedziela, 30 czerwca 2013

Opowiadanie cz. 54, Friends Forever.

Tajemnicza ciemność spłowiła wszystkie zakamarki Domu Anubisa. Każdy kąt, był pod głuchą władzą mroku. Przestraszeni uczniowie, zebrali się w salonie. Niewyraźne kontury postaci, błądziły po pokoju szukając jakiegokolwiek dostępu do światła. Nadzorcą bagateli był rzecz jasna Victor, usiłujący uspokoić roztargnione towarzystwo.
-Wszyscy są? - dozorca zmrużył oko, próbując ustalić tożsamość właściciela drgających zarysów.
-Chyba tak. - głos należał do Fabiana. - Co tu się stało? Jerome znów bawił się korkami?
-To nie jest zwykła awaria. - tu odezwała się Grace. - Nikomu z nas nie działają nawet komórki. Padło zasilanie ogólnoświatowe. Poza tym, Jerome zawsze zostawiał na skrzynce bezpiecznikowej napis "Hershey rządzi!", więc tym razem, nie mógł to być on.
-Najważniejsze, że wszyscy są bezpieczni. - z mroku wyłonił się głos Trudy. - Nikomu nic złego się nie stało, nie widzę powodów do zmartwień.
Jaffray znieruchomiała. Do jej przemęczonego mózgu, dotarła straszna prawda. Błyskawicznie przecisnęła się przez wrzeszczący tłum (Mickuś dostał napadu padaczki) i odszukawszy Eddie'go, zaciągnęła go na korytarz.
-Jaffray, jeśli chcesz się miziać, to chyba pomyliłaś faceta!
-Eddie... - załkała cicho. - Nie ma go...
-Jerome'a? Niemożliwe. Zaraz pójdę po Patt i zapy... - odparł beztrosko, z gwałtownym nacięciem na końcu. Spojrzał na Marę przerażony. - Przecież jej też nie ma...

-Gdzie my, do jasnej cholery, jesteśmy?
Clarke i Williamson, znaleźli się w ogromnej, starej komnacie. Pajęczy powiły się na ścianach, z sufitu skapywała jakaś ohydna, czarna maź. Jerome postukał w latarkę, westchnąwszy z rezygnacją.
-Nie działa.
Patricia wzruszyła ramionami, usiłując zachować spokój. W głębi duszy, szalała z niepokoju. Poczucie bezpieczeństwo, niespodziewanie znikło, zostawiając po sobie, same obawy. Nie mogła się rozpłakać. Nie przy Clarke'u.
-Spokojnie. - Trixie poczuła czyjąś dłoń na ramieniu. - Jestem z Tobą debilko.
Williamson uśmiechnęła się słabo, rzucając blondynowi, pełne wdzięczności spojrzenie. Jej przyjaciel... Wtem, ich oczom ukazał się biały ekran. Jasne promienie, rozświetliły ciemne zaułki pomieszczenia. Komnatę wypełniło śnieżnobiałe światło.
-Co to jest? - Trixie wskazała na ogromną plamę przed nimi. - Jerome? Przestań się czesać! Wziąłeś grzebień, a nie pomyślałeś o głupiej latarce?
-No chyba nie będę chodził rozczochrany! - prychnął Clarke z oburzeniem. - I tak jest już jasno... Pożyczyłbym ci grzebień, ale Tobie już nic Patusiu nie pomoże.
-Jasne, Amber! - zakpiła Patricia, nie spuszczając wzroku z skupiska białych promieni. - Patrz, coś widać!
Biel zniknęła, ustępując miejsca bardziej pozytywnym barwom. Na ekranie, pojawił się obraz salonu. Przy drewnianym stole, siedzieli obecni uczniowie Domu Anubisa wraz z dwoma obcymi osobami.
-To chyba Willow... - mruknął Clarke, patrząc na skrzeczącego rudzielca. - Co tu robi ten chory psychicznie hipis?
-To ona... - rzekła Williamson chłodno, przyjrzawszy się ciemnoskórej dziewczynie z burzą ciemnych loków na głowie. Wszystko wskazywało na to, że jest ona jedną z dwóch nowicjuszek. - To z nią spotkałam się parę tygodni temu.
-Nie ma tu Amber. - trafnie zauważył blondyn. - Ani Niny. Może wtedy też...
-Może. - przerwała mu Patricia, usiłując wyrzucić z głowy tragiczne wspomnienie śmierci przyjaciółki.
Jerome przemilczał zły humor Trixie, gdyż wiedział, iż dziewczyna wciąż wini się za tragiczne odejście Martin. Nie lubiła o tym rozmawiać, wręcz nienawidziła. Czuła żal... Do samej siebie.
-Nie potrzebuję Twojej pomocy. Ja jestem wnuczką damy, a ty tylko synem złodzieja.
Clarke spojrzał na ekran i oniemiał. Nie, to niemożliwe! Mara nie mogła tak powiedzieć.
-Co ty wyprawiasz? Aż tak Ci odbiło? - wyimaginowana Joy wstała od stołu i pobiegła za urażonych chłopakiem.
Jaffray, niespecjalnie wzruszona, sięgnęła po kubek, wyraźnie dziwiąc się wrogą postawą innych. W końcu wzruszyła tylko ramionami, a na jej twarzy zagościł złośliwy uśmieszek.
-Ona nie mogła... - powiedział Jerome, naraz spoglądając na Williamson. - Nie mogła... no nie?
-Wiesz... teoretycznie tego nie zrobiła. - odparła Trixie beztrosko. - To trochę tak jak z kasowaniem plików w komputerze. Niby ich nie ma, ale jakiś ślad pozostaję. Mara zrobiłaby to tylko w razie nie cofania strefy czasowej. - tłumaczyła cierpliwie, uważnie wpatrując się w ekran. - O Mój Boże! Jezu!
-Co tam? - zapytał Clarke, z lekka przybity. - Eddie miał nową dziewczynę?
-Gorzej. - jęknęła Williamson, zakręcając na palcu kosmyk czerwonych włosów. - Zobacz tylko! Moje włosy, one... są kręcone! To straszne!

Dwie godziny później, mrok ustał i wrócił w ciemne zakamarki piwnicy. Uczniowie rozeszli się do pokoi, wzajemnie wymieniając się domysłami na temat dziwnego wydarzenia. Jedynie Mara i Eddie, czatowali pod piwnicą, czekając na swoje drugie połówki. Wtem, drzwi zaskrzypiały cicho, ukazując twarz zmęczonej Williamson.
-Gaduła! - Eddie ucałował dziewczynę w zimny policzek i delikatnie objął ją ramieniem. - Co tak długo? Taka straszna nie jesteś, nie musisz się ukrywać.
-Dzięki. - jęknęła Trixie, niespokojnie gładząc się po włosach. - Już nigdy więcej tam nie pójdę!
-Jerome!
Na buzi Mary, rozkwitł promienny uśmiech. Dziewczyna przylgnęła do zasapanego chłopaka, jednak o dziwo, Clarke wcale nie odwzajemnił uścisku. Mara poczuła dziwne ukłucie w sercu. Czyżby dziwne zachowanie blondyna, miało związek z Patricią?
-Coś się stało?
-Nie, ale... - Clarke odwrócił wzrok od Jaffray. - Co do pobytu mojego ojca w więzieniu, to...
-Jerome! - Mara wyraźnie posmutniała. - Tyle razy mówiłam Ci, że nie możesz się tego wstydzić! Twój tata jest bardzo dobrym człowiekiem i choć miał trudną przeszłość, potrafił wszystko naprawić. To godne podziwu. Nie zwracaj uwagi na tych przygłupów, którzy próbują go obrażać. Ty wiesz jaki jest naprawdę. I to wystarczy. Oni nic nie wiedzą... Serio.
Chłopak spojrzał na Williamson, próbując dyskretnie dowiedzieć się, jak powinien teraz postąpić. Trixie skinęła głową z uśmiechem, zapewniając o szczerych intencjach Jaffray.
-Kocham Cię. - powiedział Clarke cicho, przyciskając dziewczynę do siebie. - Przepraszam...
Eddie westchnął ciężko i przeniósł wzrok na zmizerniałą Trixie. Tak bardzo chciał jej to wyznać, jednak ciągle brakowało mu odwagi.

-To po prostu nie do wiary! - zirytowana Gina, uważnie przyglądała się czułej scence. - W. chce wszystko zniszczyć! O nie, nie! Misja musi zostać wykonana. Nie mogę zanieść pana Frobishera. Nie po to, dawał im drugą szansę.

1 maj 1936r.
Deyrua znów groziła Sarah. Nie mam pojęcia, co robić. Pan Frobisher nie mógł zakazać nam wspólnych poszukiwań. Widział, iż to tylko pogorszy sprawę. Deyrua chce zdobyć "Piętno Setha", gdyż uchroni ją to przed śmiercią. Znalazła już eliksir życia. Pan Robert powiedział mi dzisiaj, że wystarczy jej on na długie lata, lecz nie zagwarantuję nieśmiertelności. Kiedy tak się stanie, świat już nigdy nie będzie taki sam. Ojciec Sarah wyznał mi, że odbiera ona ludziom miłość i niszczy uczucia w człowieku. Prócz tego, robi o wiele gorsze rzeczy, o których nie wolno mi wspominać przy Sarah. Pan Smythe, kazał Angi nas pilnować. Angi jest jego, i pani Lousy, dobrą przyjaciółką. Obiecała nas chronić. Nie spocznie, póki Deyrua nie odejdzie. Obie, wzajemnie się nienawidzą. Jestem teraz w pokoju Sarah. Właśnie zasnęła. Jej złote włosy, tworzą piękną aureolę wokół głowy. Wygląda zupełnie jak anioł. Jest taka śliczna... Gdyby tylko wiedziała, ile dla mnie znaczy. Wyznała mi niedawno, iż bardzo chciałaby założyć kiedyś rodzinę. Chciałbym powiązać jej plany z moimi, ale przecież tego nie powiem. Żeby nie zapeszyć... Postanowiłem jedynie, że jeśli w przyszłości będę miał córkę, nazwę ją Grace...

Foster przerwała czytanie, by otrzeć swoje zapłakane powieki. Jednak darzył ją jakimś minimalnym uczuciem... Jednak nie była ofiarą fatalnego zbiegu okoliczności... Rufus, którego właśnie poznawała, ani trochę nie przypominał złego Zeno. Był tylko zwyczajnym nastolatkiem, ślepo zakochanym w swojej pięknej przyjaciółce. Nie za bardzo umiał wyrażać uczucia, jednak bardzo pragnął zdobyć uznanie w oczach jej najbliższych. Nie wiedział tylko, jak się do tego zabrać... Grace dobrze znała ten stan emocjonalny. Obecność Fabiana dawała poczucie bezpieczeństwo, jednocześnie trochę ją pesząc. Foster niesamowicie bała się porażki, więc postanowiła milczeć jak grób. To wszystko było dobijające... Strach przed spełnieniem marzeń.

Braco delikatnie uchylił drzwi, uważnie przyglądając się wyraźnie zmartwionej Grace. Znał ją. Doskonale. Jednak ta Grace, bardzo różniła się od dziewczyny z jego wspomnień. Tamta Foster była pewna siebie, arogancka z tajemniczymi iskierkami w oczach. Chodziła na wszelkie możliwe prywatki, wraz z wymalowanym dziobem i... Charlesem. Coleman nigdy nie rozumiał zadufanego w sobie chłopaka, gdyż sam posiadał wesołe uosobienie i nie zależało mu na opinii innych, a tym bardziej wypacykowanych lalek. Wyjątek stanowiła Grace, która pozornie wcale nie różniła się od pustych panienek. Braco wiedział, że w głębi duszy to bardzo inteligenta dziewczyna. Z początku jego stosunek do niej był raczej krytyczny, jednak starał się o tym nie myśleć, gdyż sam miał parę grzechów na sumieniu. Wykonywał naprawdę niewdzięczną robotę, lecz robił to tylko i wyłącznie dla pieniędzy. Chciał wreszcie wyrwać się z domu, uciec od rodziców i złośliwego brata. Z dala od tej całej patologii... Grace pracowała razem z nim, choć teraz nie miała o tym zielonego pojęcia. Jej demoniczny instynkt mógł sprowadzić na K.T i W. spore kłopoty, więc sekta postanowiła go unieaktywnić. Tylko na parę dni, rzecz jasna.
-Cześć Grace! - Braco wtargnął do pokoju, zupełnie zapominając o ponurym nastroju dziewczyny. - Mick, Mara i Eddie oglądają "Violettę"!
-I przyszedłeś mi to zakomunikować? - Grace uniosła brew, odgarniając włosy z czoła. - Super.
imageBlondynka nie miała szczególnej ochoty na zbędne dyskusje. Obecnie walczyła z silnym pragnieniem bliskości, które od paru dni, nie dawało jej żyć. Jeszcze trochę, a poleci do Fabiana, padnie przed nim na kolana i każe siebie nie zostawiać. Coraz bardziej przerażały ją własne myśli. Nie chciała się zakochać, broń Boże. Musiała przyznać rację Amber: uczucie dopada nas w najmniej spodziewanym momencie. Zaczęła poważnie zastanawiać się nad swym zamiarem. Chce ożywić dziewczynę chłopaka, na którym jej zależy. Nie zwróci to jego uwagi, wręcz przeciwnie. Nie miała pojęcia czemu to robi, ale nie zamierzała zrezygnować. Wizja kolejnej nieszczęśliwej miłości, nie bardzo jej pasowała, jednak nie miała innego wyjścia. Myślami, była przy Charlesie, który spowodował wypadek Toby'ego. Teraz nie mogła uwierzyć, że potrafiła obdarzyć uczuciem takiego obleśnego typa.
-To nie koniec świata. - Braco poklepał ją po plecach. - Dlaczego mu nie powiesz?
-Fabian, lubię Cię, bądźmy razem, ty, ja i biblioteka! Tak, to dość kiepski pomysł. - stwierdziła z niesmakiem. - Zaraz, zaraz skąd ty...
-Amber.
-Zamorduję. - mruknęła pod nosem, wracając do niefortunnego wypadku sprzed lat. I wtedy nawiedziło ją dziwne przeczucie, że już wkrótce, będzie z powrotem musiała zmierzyć się z prześladującym ją koszmarem.

Stella stała przy zlewozmywaku, i namiętnie szorowała brudne naczynia, nie zwróciwszy nawet uwagi na stojącego obok Benny'ego. Chłopak przyglądał się jej ze skruchą, niestarannie polerując ulubione szklanki Trudy. Na szkle pozostawały ciemne smugi, lecz Walker zupełnie nie zwracał na nie uwagi. Jego jedynym zmartwieniem było to, jak udobruchać Stellę (dziewczynę, na której kupno świata nie zrobiłoby nawet najmniejszego wrażenia). Głowił się nad tym dniami i nocami, nie zyskując żadnego dobrego pomysłu.
-Jesteś dla mnie ważna. - powiedział nagle, odkładając szklankę.
-Ważniejsza niż Twoja gitara? Cóż za zaszczyt. - zakpiła, nie przerywając szorowania talerzy. - Daj se spokój.
-Ale...
-Nie.
-A pieprz się idiotko!
-Wzajemnie.
-Nie masz serca.
-Nie masz mózgu.
-Przepraszam! - z salonu dobiegł cichy, pogodny głos. - Nie chciałabym przerywać tej niezwykle interesującej dyskusji, ale potrzebuję pomocy. Gdzie znajdę Jerome'a Clarke'a?
-W dolinie paproci. - prychnęła Stella, wcisnąwszy Benny'emu wypucowany spodek. - Czego?
Na progu stała śliczna, niewysoka dziewczyna o cienkich blond włosach, zebranych w niesforny koński ogon. Miała na sobie czerwona sukienkę w białe róże, serducha i jakieś tęczowe bazgroły. Uwagę Stelli, przykuły jej oczy. Tlił się w nich znajomy, szelmowski błysk, zupełnie jak u...
-Jerome!
-Nie obrażaj mnie. - burknęła blondynka, posyłając Stelli pełne wyrzutu spojrzenie. - Nie jestem ani trochę podobna do tego zadufanego farfocla.
Wright uniosła brwi, usiłując przypomnieć sobie coś, o młodszych koleżankach Jerome'a. Uśmiechnęła się ponuro, uważnie przyglądając się dziewczynie.
-Czego szukasz?
-Mówiłam już, Jerome'a. A właściwie to Stelli, obiecał mi ją przedstawić, ale teraz dureń nie chce.
-Znasz go?
-Niestety. - mruknęła niewzruszona. - To mój śmierdzący, starszy brat.
Brunetka odwróciła wzrok, roześmiawszy się w duchu. Już wiedziała, kim jest ta mała, blond włosa maruda.
-Poppy?
-No Poppy, Poppy. - przytaknęła dziewczyna, patrząc na nią wzrokiem zbitego szczeniaka. - Proszę, zaprowadź mnie do brata! Tak bardzo chcę poznać Stellę.
Wright uśmiechnęła się pod nosem. Dobrze znała takie bajery. W końcu, też kiedyś była dzieckiem.
-Przestań, na mnie to nie działa. A jeśli tak bardzo chcesz poznać Stellę, to proszę. Dzień dobry. - odparła spokojnie, po czym dodała z przekąsem. - Siostrzyczko.
Poppy ostrożnie spojrzała jej w ciemnoniebieskie oczy, po czym odsunęła się dwa kroki do tyłu. Kiedy już dokładnie przyjrzała się starszej siostrze, krzyknęła na cały dom:
-ALE CZAD!

Koniec Anubisa.
Koniec łez.
Koniec radości.
Koniec przekleństw na temat Jeroy.
Koniec przekleństw na temat Mabiana.
Koniec waldzia.
Koniec.
Dziękuję wszystkim, którzy nadal wierzą w stare HoA i czytają moje marne wypociny.
Dzięki serialowi, poznałam wielu niesamowitych ludzi na czele z MClarke, Joylitte, Beansy Boo, Savanną, Natalie i Stevie. 
Kooocham was <3
Dziękuje za to, że jesteście <3
PS: Następny rozdział we wtorek C:

środa, 26 czerwca 2013

Opowiadanie cz. 53, Everytime.

-Czemu chcesz to zrobić? - Mel podała siostrze kubek gorącej herbaty i usiadła koło niej. - Jeśli Grace odzyska kontrolę, twój plan legnie w gruzach.
-Wiem. Dlatego zostawiłam to Greg'owi. - odparła K.T, upiwszy łyk napoju. - Mamy ważną sprawę do załatwienia. W. chce nas widzieć.
Melanie pokiwała głową i westchnęła cicho. Wtuliwszy się w biało-beżowy koc, pomyślała o mieszkańcach Domu Anubisa. K.T nie miała wobec nich, dobrych zamiarów. Chciała wszystkich zniszczyć. Mel nie mogła pojąć, podłych planów siostry. K.T była sympatyczną, normalną dziewczyną, ale nie potworem! Mimo to, ich bliźniacza więź, znacznie osłabła. Melanie czuła, że straciła połowę siebie.
-Kiedy wychodzisz?
-Za 10 minut. - stwierdziła Rush, patrząc na zegarek. - Albo szybciej. Nie wiem. Ale raczej nie powinnam się spóźnić.
-Mhmmm... - mruknęła Mel, wystawiając głowę spod koca. - Długo tam będziesz?
-Wrócę wieczorem. Uważaj na siebie. - ostrzegła ją K.T, będąc już przy drzwiach. - Tamci głupi nie są i prędzej czy później, Cię zauważą. Miej się na baczności.

-Cześć naleśniku! Wyglądasz jak moja mama.
Braco uważnie przypatrywał się talerzowi z deserem. Trudy pokręciła głową i westchnęła ciężko. W sumie, nie było tak źle. Dziesięć minut temu, porównywał schabowego do Victora... Rehman przyzwyczaiła się już do nietypowych dziwactw swoich podopiecznych, więc powstrzymała się od komentarza.
-Boli mnie głowa. - jęknęła Grace, padając na kanapę. - Dziwnie się czuję...
-Rozmawiałaś już z K.T?
-Kto to?
-Wiesz, w sprawie cofania czasu
-Trudy, o czym on mówi? - Foster uniosła brwi.
-Też chciałabym wiedzieć. - westchnęła gospodyni, czule wpatrując się w stos brudnych talerzy. - Nienawidzę tej pracy...
Braco podrapał się po głowie i usiadł koło z lekka przerażonej Grace.
-Rozumiem, to tajemnica.
-Bez urazy, ale trochę mnie przerażasz. - blondynka odsunęła się od uśmiechniętego chłopaka. - Przypominasz mi moją mamę. Wyglądasz dokładnie tak jak...
W tej samej chwili, z kuchni dobiegł dźwięk tłuczonego szkła. Trudy rzuciła fartuchem o ziemię i kierując się w stronę drzwi, burknęła cicho:
-Oni wszyscy, są tacy sami...

Grace usiadła na krawędzi łóżka, wyciągając bordowy notes spod różanej poduszki. Przewracając pożółkłe kartki, uświadomiła sobie, że tak naprawdę nie pamięta nic z ostatnich dni. Szybko pozbyła się wątpliwości, uznawszy je za skutek uboczny demonizmu. Ostatnimi czasy, sprawy Sibuny poszły w zapomnienie, gdyż Grace miała inne problemy na głowie. Szczególnie przygnębiające, było niechciane uczucie do Fabiana, które z dnia na dzień, nie ubłagalnie rosło. Dziewczyna wolała się z tym nie zdradzać: Rutter wiele przecierpiał, a takie krępujące wyznanie z pewnością pogorszyło by jego, wystarczającą już dobity, nastrój. Foster naprawdę nie chciała, by chłopak poczuł do niej jakikolwiek żal. Blondynce nie uśmiechała się myśl, wzajemnych uników na szklonym korytarzu. Trudno cokolwiek ukryć, kiedy mieszka się pod jednym dachem z bandą wścibskich rówieśników. Skoro już o tym mowa, Foster interesował ten dziwny Braco, który zdawał się mieć do niej jakiś nietypowy interes. Szczerze mówiąc, nie była to rzecz, która wzbudziła jej czujność. Twarz chłopaka wydawała się jej dziwnie znajoma... Z głębokim westchnieniem, przewróciła kolejną kartkę zeszytu. Dziennik należał do Rufusa Zeno. Dostała go od Jaspera, który swojego czasu, pracował dla mężczyzny. Grace miała okazję poznać prawdę o dzieciństwie ojca, a przede wszystkim odkryć jego zamiary, w stosunku co do niej.

23 kwietnia 1936r.
Sarah powiedziała mi, że jej ojciec nie toleruję naszych spotkań. Muszę za wszelką cenę, odwieść go od tej decyzji. Ona i ja, mamy wspólną tajemnicę. Musimy znaleźć Piętno Setha! Deyrua mówiła, że jest ono bardzo cenne i nie może wpaść w niepowołane ręce. Jeśli nie wypełnimy naszej misji, zabije rodziców Sarah. Dodała też, iż zawsze nas znajdzie. Nieważne kiedy i nieważne gdzie. Pan Frobisher chyba coś wie, ale...


-Grace?
Blondynka szybko wrzuciła dziennik pod łóżko. Nie chciała, by ktokolwiek odczytał jego treść. Nawet Fabian, który właśnie stał pod drzwiami wraz z nieodłącznym uśmiechem.
-Cześć. - odparła blondynka, dyskretnie zasłaniając nogami miejsce kryjówki. - Chciałeś coś?
-Właściwie to... - Rutter spuścił głowę, zupełnie tak, jakby informacja była czymś niezwykle osobistym. - Chciałem Cię przeprosić.
-Przeprosić? Ale za co? - szczerze zdziwiła się Foster.
Chyba nie chodziło mu o gumę, którą znalazł jakiś czas temu, pod swoją ławką w sali od algebry. Rutter urządził wielką awanturę, oskarżając ją o niszczenie szkolnego mienia, przez co tydzień siedziała w kozie, dotrzymując towarzystwa najpopularniejszym szkolnym dryblasom. Przy okazji, zapoznała się z monotonnym trybem życia Patricii, Stelli i Eddie'go - Wright trafiła za próbę skręcenia Campbell'owi karku, Miller zbił szybę w gabinecie dyrektorki, a Williamson... cóż, Trixie siedziała tam codziennie, bez żadnego konkretnego powodu. Niestety, był tam też Avan, który chwalił się siekierą zakupioną na Allegro. Foster stwierdziła z przykrością, że nie powinna już tak często go odrzucać, bo skończy z łbem rozłupanym na pół.
Nie możesz uratować Niny. -stwierdził Fabian, z trudem łapiąc wdech. - Przecież to niemożliwe...
-Co? Nie, przestań! Mogę...
-Jak? - Rutter posłał jej pełne bezradności spojrzenie. - Słucham?
Na to Grace już nie umiała odpowiedzieć. Mimo szczerych chęci, musiała przyznać mu rację. Fakt. Nie miała bladego pojęcia o wskrzeszaniu ludzi. Wiedziała jedynie to, że demony posiadają wielką moc o rozległych możliwościach. Blondynka nie umiała się nią posługiwać, a co dopiero zagłębiać jej zaawansowane stadium.
-Nie powinienem Cię o to prosić. - wyznał brunet ze skruchą. - Jak chcesz, możesz spróbować coś wymyślić, ale wątpię, że Ci się uda. Najlepiej o tym zapomnij... tak będzie najlepiej.
Kiedy Fabian kierował się ku wyjściu, Grace złapała go za ramię i gwałtownie szarpnęła. Chłopak jęknął z bólu, patrząc na nią z przerażeniem.
-Nie. - jej ton był stanowczy, jak nigdy dotąd. - Nauczę się, zobaczysz. I dam radę. Naprawdę!
Rutter posłusznie skinął głową, choć w jego oczach widać było cień wątpliwości. Doceniał starania Foster, jednak nie wierzył w sukces jej demonicznej działalności.
-Nie wierzysz mi... - zauważyła. - Czemu?
-Grace... To nie jest takie proste. Chodzi o przywrócenie komuś życia, nie zawiązanie sznurówek! Gdyby wszystko było tak niesamowicie banalne, ludzie w ogóle by nie umierali. Czemu miałoby się udać?
obrazGrace zamilkła. Fabian wiedział, że przyjaciółka nie ma już argumentów. Dziewczyna zacisnęła wargi i skierowała się w stronę okna. Oparła się o zimnych parapet, wciąż uparcie milcząc. Z jej intensywnie błękitnych oczu, spłynęły łzy. Łzy bezradności. Fabian podszedł do niej i ścisnął jej siną dłoń.
-Jeśli chcesz pogadać...
-Nie chcę. Proszę Cię, wyjdź. - otarła mokre powieki, po czym, już głośniej i wyraźniej, powtórzyła rozkaz. - Wyjdź.
Chłopak puścił rękę dziewczyny i rzuciwszy jej ostatnie przepraszające spojrzenie, zniknął za drzwiami. Kiedy kroki Rutter'a ucichły, Grace wybuchnęła płaczem. Tak bardzo pragnęła jego bliskości, a nie mogła jej przyjąć.

-To tutaj. - Patricia otworzyła starą, zardzewiałą klapę. - Możesz włazić.
Jerome wsunął głowę do środka, coraz bardziej zastanawiając się nad sensem poszukiwań "czegoś" w piwnicy.
-Jak to znalazłaś? - spojrzał na wyraźnie zadowoloną Williamson. - O ile mi wiadomo, komnata z maską zamykała wszelkie korytarze.
-Jak widzisz, nie. - oznajmiła Trixie z dumą. - Byłam tu ostatnio, no i ba. Będziesz tak marudził, czy raczysz ruszyć cztery litery i pomożesz mi zejść?
-Mam iść pierwszy? Alee...
-Cykor. - prychnęła Williamson, odsunąwszy blaszaną tarczę. - Patrz i ucz się.
Jerome wzruszył ramionami, oczekując na dalszy bieg wydarzeń. Pięć minut później, z niepokojem stwierdził, że Trixie nie wydaję żadnych oznak życia. Być może, leży tam teraz martwa na jakiejś brudnej posadzce (zarazki), a on siedzi jak gdyby nigdy nic i czeka na Zbawienie Boże. Nabrawszy powietrza w płuca, odsunął klapę i wszedł prosto do przerażająco pustej otchłani ciemności. Kiedy już poczuł grunt pod nogami, otworzył jedno oko, z zadowoleniem stwierdzając, iż jego twarz nie uległa nawet najmniejszemu uszkodzeniu.
-Patt! Żyjesz?
-Nie, umarłam! A to co słyszysz to jedynie wytwór twej popapranej wyobraźni.
Clarke odwrócił się na pięcie, ujrzawszy twarz zniesmaczonej Williamson, która chyba poznała jego plany, samotnej ucieczki z piwnicy.
-Bardzo śmieszne, Trixie. - naburmuszył się blondyn. - Czemu nic nie mówiłaś idiotko?
-Inaczej za nic w świecie, nie ruszyłbyś tu tyłka. - roześmiała się Patricia, wyciągając latarkę z kieszeni czarnej bluzy (zapewne należącej do Eddie'go). - A teraz przestań się mazać i chodź. To nie przedszkole.
-Ja się wcale nie boję. - oznajmił Clarke z wyższością, za chwilę wydawszy, histeryczny jęk. - Co to za dźwięk?
-Nietoperz dziewczynko. - stwierdziła Williamson, szydząc z przyjaciela. - Uważaj, bo wybierze sobie Twoje boskie kudły, na nowe mieszkanko.
Jerome przybrał poważny wyraz twarzy, po czym przejąwszy od Patricii latarkę, wysunął się na prowadzenie.
-Zaufajmy mojemu instynktowi. W końcu jestem mężczyzną. - to rzekłszy, uśmiechnął się do swojego odbicia w tafli kałuży. - Bardzo przystojnym mężczyzną, jak widać.

-Mam dosyć. - jęknęła Jaffray, rzucając zielony brulion na stół. - Czemu to właśnie ja, mam się z Tobą uczyć?
-Bo jesteś mądra. - westchnął Eddie, na chwilę oderwawszy się od telewizora. - Podobno.
-Eddie, wyłącz to pudło! "Violettę" obejrzysz później! - krzyknęła Mara, mocując się z Millerem o pilota.
-Zostaw Zbyszka! - zawył Mick zza blatu. - On nie jest niczemu winien!
Jak zdążyła się przekonać, każdy przedmiot w domu miał swą własną, oryginalną nazwę. Pralka była Panią Bilbordową VIII, dywan Cichym Lucjanem, a żyrandol Żanetą. Mara przywykła już do barwnego stylu życia Mick'a i jego, nie do końca normalnych, pomysłów. Obecnie, głowiła się nad marnymi umiejętnościami Eddiego, któremu groziła pała, a aż siedmiu przedmiotów. Jaffray wzięła to na siebie, spodziewając się dozgonnej wdzięczności kolegi. Niestety, chłopak nie wyrażał najmniejszego entuzjazmu w stosunku do wspólnej nauki, zapału nie miał za grosz, a o "dziękuję" Mara mogła najwyżej pomarzyć. Sprawę komplikował fakt, iż Jerome wraz z Patricią, krążyli po pustej piwnicy, szukając wszelkich wskazówek, związanych z zmianą strefy czasowej. Mara i Eddie mieli iść z nimi, jednak zaległości Milliera, musiały zostać nadrobione w ekspresowym tempie. Chcąc nie chcąc, brunetka siedziała przy stole wraz z stertą książek i nieogarniętym blondynem.
-Eddie, daj tego pilota!
-Zbyszka! - wtrącił Mick z namaszczeniem. - Proszę pamiętać!
-Zbyszka. - odparła Mara z zniecierpliwieniem. - Słyszałeś co mówiła Andrews! Mamy się uczyć!
-Zaraz! Nie widzisz, że Violetta jest na randce z Tomasem? Ten idiota Leon, na pewno wkróce im przerwie!
Mara pokręciła głową i skierowała się w stronę kontaktu. Kiedy wszelkie źródła elektryczności zgasły (wzbudzając dziwne reakcje u Mickusia), Jaffray wróciła na miejsce, podawszy Eddie'mu pokaźnej wielkości podręcznik.
-Poszli tam sami... - mruknął blondyn chłodno. - Pewnie już się do niej podwala...
-Jerome? - policzki Jaffray, oblały się pąsową czerwienią. - Raczej odwrotnie! Z tego co pamiętam, to Patt łaziła za nim krok w krok.
-Może. - odparł chłopak beznamiętnie. - Tak czy siak, nie podoba mi się to. Trzeba coś zrobić. Ej, a może ty i ja, będziemy udawać, że jes...
-No chyba Ci na mózg padło! - Jaffray postukała się w czoło.
-Racja. Głupieję. Sorry. - Miller usiłował stłumić ziewnięcie. - To co, pani profesor? Może jakaś przerwa? Coś ty taka przymulona? Tylko żartowałem!
Mara pokiwała głową ze zrozumieniem i wróciła do czytania zadania. Wiedziała, że Clarke ją kocha i na pewno nie zrobi jej żadnej krzywdy, jednak wciąż czuła jakieś zagrożenie ze strony Patt. Kiedyś przyjaciółki... Jaffray w życiu by się do tego nie przyznała, ale brakowała jej ich wspólnych rozmów i spotkań... Gdyby mogła cofnąć czas...
-Nie łam się. - Eddie uśmiechnął się zachęcająco. - Znam Patricię, nie zrobiłaby Ci żadnego świństwa. Już wszystko obgadaliśmy. Nie masz się czego bać. Serio.
Dziewczyna zmusiła się do uśmiechu, po czym szybko spuściła głowę, usiłując ukryć zmieszanie. Bardzo chciała uwierzyć w jego słowa...


W. uśmiechnęło się pod nosem, spisując coś w małym notesiku.
-Oni nic nie wiedzą. - uśmiechnęło się pod nosem. - Nie wiedzą, że wciąż tu jestem...
Mara i Eddie, nie mieli zielonego pojęcia o tajemniczym osobniku, czyhającym pod drzwiami. Postać znała ich wszelkie obawy. Żywiła się ludzkim cierpieniem.
-Niedługo wszyscy zginą. Zanim to jednak nastąpi, połkną haczyk i wezmą udział w mej ceremonii! Odzyskam Piętno Setha... Ktoś z nich je ma... Czuje to. Czeka mnie życie wieczne.
W. narzuciło czerwoną szatę na gołe, posiniaczone ramiona i weszło do piwnicy. Wiedziało, że prędzej czy później, los mieszkańców Domu Anubisa, znajdzie się w jego rękach.

Stella ostrożnie rozejrzała się dookoła i upewniwszy się, że w pobliżu nie ma żywego ducha, zdjęła z szafy srebrną szkatułkę. Ostrożnie postawiła ją na biurku, ponownie spoglądając w stronę drzwi. Otworzyła cudne, błyszczące wieko i odetchnęła z ulgą. Klucz nadal leżał na swoim miejscu. To dziwne, ale przez ostanie zawirowania, zupełnie o nim zapomniała. Była ciekawa, skąd Rosie wytrzasnęła 'to coś'. Oczywiście mogła ją o to zapytać (skoro już raczyła powstać z grobu), gdyby tylko umiały ze sobą normalnie rozmawiać. Ale nie. Stella wciąż pałała złością do kobiety. Przestała mówić na nią "mamo" i ignorowała wszelkie, dobre sygnały. Uznała Rosie za zupełnie obcą jej sercu osobę (to samo zrobiła z Benny'm, jednak cwany, wciąż siedział jej w głowie). Czuła do niej żal, gdyż zostawiła ją wtedy, kiedy najbardziej potrzebowała czyjejś bliskości. Nie przyjmowała żadnych tłumaczeń. Do dzisiaj. Zaczęła bowiem zastanawiać się, nad prawdziwą przyczyną odrażającego wyczynu Rosie. Co prawda, mówiła coś o jakiejś obronie, ale jeszcze wtedy, Stella nie wierzyła w podobne brednie. Zamierzała spotkać się z matką, by wyjaśnić sobie wszelkie niedomówienia. Bez gniewu, bez płaczu, ale jeszcze nie teraz. Tłumaczyła to zwyczajnym lenistwem lecz tak naprawdę, brakowało jej odwagi,

Patricia w milczeniu rozglądała się po krętych korytarzach. Szczerze mówiąc, spodziewała się mniej zawiłej drogi. Ponadto, dodatkową kulę u nogi, stanowił jęczący Jerome i jego boska blond grzywa, przykryta warstwą pajęczyny.
-Gdzie my jesteśmy...? - marudził chłopak, strzepując kurz z rękawów marynarki. - No?
-Stul gębę. - Williamson miała jeszcze coś dodać, ale do jej głowy, dotarła właśnie pewna przerażająca myśl.
Chyba zgubiła siebie i Clarke'a. Chłopak spojrzał na nią kwaśno, po czym krzyknął, klaszcząc powoli w dłonie.
-Brawo Trixie! Brawo! Powinnaś wiedzieć, że moje plany na przyszłość nie dotyczą mieszkania pod ziemią. I to jeszcze z Tobą. - żachnął się blondyn. - Zamierzam ożenić się z Marusią i wychować Hershey. Chcesz, to se tu siedź. Ja wychodzę.
-A widzisz tu gdzieś wyjście?
-Idiotka.
-Pacan.
-Wiedźma.
-Głąb.


Tę niezwykle interesującą wymianę zdań, przerwało echo dochodzące z sąsiedniego tunelu. A nie był to zwyczajny dźwięk. Ciemne pomieszczenie, wypełniły dziwne odgłosy. Niezrozumiałe słowa, odbijały się od ścian, usiłując znaleźć punkt wyjścia. Z lekka przestraszona Patricia, zbliżyła się nieco do Jerome'a, który zdawał się nie zauważać ogromnej powagi sprawy i nadal myślał o biednej, przepracowanej Jaffray. Wtem, światło latarki zgasło. Oboje nie widzieli nic, poza pogłębiającą się czarną otchłanią. Trixie kurczowo trzymała się czegoś wystającego z ściany, usiłując znaleźć jakiekolwiek źródło światła. Może Eddie zauważy jej brak i choć raz się do czegoś przyda? Williamson nie czuła z nim żadnych typowo romantycznych więzi, jednak potrafiła wyczuć, kiedy coś było nie tak. Miała nadzieję, że on też tak ma. Chociaż trochę... Największy strach wzbudzał ten tajemniczy, zimny głos, tliwszy się w niezrozumiałych dla nich zwrotach. Nagle, dostrzegli skrawek intensywnie czerwonego materiału. Jedynie co zdołali zapamiętać, to zimne spojrzenie rzucone spod szkarłatnego kaptura. Spojrzenie pełno smutku, złości i bezgranicznego cierpienia... Chwilę później, znaleźli się pod osłoną ostrego wiatru. Wokół nich, krążyły pewne kolorowe plamy. Łączyły się w niezdane im dotąd fotografie, przedstawiające Dom Anubisa, a dokładniej jego mieszkańców.Nie wiedzieli dokąd idą, ani w jakim celu. Wiatr ustał, zostawiwszy po sobie jedynie głuchą pustkę. W. czekało na następne ofiary przeszłości.

No i wreszcie skończyłam to dziadostwo! <3
Co do rozdziału mam mieszane uczucia (więcej jest tych negatywnych), ale nie mam ochoty go poprawiać.
Przepraszam, że trwało to trochę więcej czasu niż zazwyczaj miałam problem z pewną uciekinierką czyt. moją weną. Szukałam jej wszędzie: w lodówce, Trudnych Sprawach, koszu na śmieci (okazało się, że wypoczywa na Hawajach w towarzystwie nijakiego Pana Kokosa).
Teraz ma siedzieć na tyłku i się nie ruszać. Nawet do łazienki, gdyż ucieknie przez kanalizację.
Kiedy oglądałam 3 sezon, uznałam wszystkie odcinki z Jarą,  za przereklamowane i fałszywe: nie wiem jak wy, ale fajtłapowaty Jeruś i namiętnie flirtująca z nim Marusia, to nie jest to czego oczekiwałam (w sumie, lepsze to od wzajemnej nienawiści). I tylko w jednym odcinku, miałam okazję zobaczyć prawdziwą Jarę. Chodzi mi o ten z tronem i prezentacją. Oprócz tego, była sÓitaśna scenka jak Dżeruś podniósł Marze jakiś świstek. Ahh ten spojrzenie ^ ^
Okazało się, że odcinek napisała Diane.
Z początku nie mogłam tego ogarnąć, no bo dobra, była Jara, ale potem pojawiło się błyskawiczne hajtanie Jillow, dlaczego?
Podejrzewam, że wątek podwójnego życia, zaplanowała cała ekipa (ile ich tam było, z 10?). 
Diane miała zrobić wprowadzenie, jednak przedtem, dała nam szansę ostatni raz, zobaczyć prawdziwe Marome.
Podczas prezentacji Jerome powiedział Marze, cytuję:
"Jesteś najwspanialszą dziewczyną na świecie."
"Bez Ciebie nie potrafię nic zrobić."
"Chce być u Twojego boku, kiedy będziesz tworzyć historię"
Dorzućmy jeszcze, że na ekranie widniało zdjęcie z 2 sezonu, te zrobione z zaskoczenia c:
Oglądając odcinek, czułam gdzieś tam w moim masakrycznie zmasakrowanym sercu, starą magię Jary.
Myślę, że Diane dobrze wiedziała co robi.
Uświadomiła nam, że prawdziwa Jara nigdy nie zgaśnie. To nie był przypadek.
Po co przejmować się jakimś pieprzonym Willome, jak ma się dowód, że Jerome kiedyś i tak wróci do Marusi. Dowód od PRAWDZIWEGO twórcy HoA. I nie reszty przygłupów, uważających się za ludzi sukcesu.
Jerome i Mara będą razem. Na pewno. Jak powiedziała mi wczoraj moja rodzicielka, "Kiedy Bóg zamyka drzwi, to otwiera okno" ^ ^. Nadzieję trzeba mieć zawsze. Ja zwyczajnie wiem, że będą razem. Tak samo jak Amfie czy Fabina. 

czwartek, 20 czerwca 2013

Opowiadanie cz. 52, You found me.

Stella trzasnęła drzwiami, zagradzając drogę wszystkim demonom umysłu. Rzuciła skórzaną torbę na łóżko, zastanawiając się nad aktualnym położeniem słuchawek. Znając Amber, schowała odtwarzacz w jakiś swoich święcących bibelotach. Myślała bowiem, iż wybawi to Stellę z pokoju, wprost przed oblicze skruszonego Benny'ego. Wright uśmiechnęła się pod nosem. Życie nie było przecież pieprzoną komedią romantyczną. To dziwne, ale żadne typowo filmowe gesty, nie robiły na niej najmniejszego wrażenia. Te całe kwiaty, kolacje przy świecach... Podczas gdy znaczna większość dziewcząt marzyło o podobnych bzdetach, ona pukała się w czoło i kpiła z sympatycznych zwyczajów. Odtwarzacz znalazła w toaletce Amber: blondynka wciąż typowała tą samą kryjówkę, więc drobne kradzieże (w celach dobroczynnych, rzecz jasna) nie stanowiły dla Stelli problemu. Wright usadowiła się na wielkiej, czerwonej poduchie i włożyła słuchawki do uszu. Wbrew temu, co sądzili inni, na jej playliście nie królowały heavy-metalowce (krwawi idole Patricii) lecz melancholijne piosenki o życiu. Lubiła też rap, wszystko co głosiło prawdę o trudach codzienności. Kiedy już wczuła się w ponury nastrój piosenki, drzwi otworzyły się na oścież i ukazały zakłopotanego Walker'a z gębą zapchaną pączkiem. Stella westchnęła zniecierpliwiona, cisnąwszy mp3 w kąt pokoju. Przeżyje.
-Czego chcesz? - burknęła, nie odrywając wzroku od sufitu. - No?
-Pogadać. - westchnął Benny, nerwowo przystępując z nogi na nogę.
-To bardzo mi przykro, ale spadłeś pod niewłaściwy adres. Chcesz się zwierzać, leć do Audrey. Tej co tak kocha cały świat. Na pewno cię pocieszy. Pa.
Chłopak pokiwał głową, jednak nie ruszył się z miejsca. Zaimponowanie Stelli graniczyło z cudem, więc byle co, nie zrobi na niej najmniejszego wrażenia.
-Wiesz co Stellciu? Przeprosiłbym, ale z ciebie to taka wredna baba, że się nie da. Jesteś walnięta jak kilo gwoździ bez łebków! Pisałam nawet piosenkę, ale trudno znaleźć rym do zołzy!
Brunetka oderwała wzrok od ściany i spojrzała na Walker'a. Chłopak cofnął się o parę kroków, by w razie czego, szybciej się ewakuować.
-Miałem przynieść Ci pizzę, ale nie! Jest moja, słyszysz? Moja!
-Jeśli chcesz mi dowalić, to coś nie wychodzi. - mruknęła Stella, odwracając wzrok. - A teraz nara. Idź do parku sufit malować.
-Stellciu! Raczyłabyś ruszyć swoje cztery litery i wszystko ze mną wyjaśnić? Widzisz? Znam takie skomplikowane słowa, wczoraj ukradłem słownik pierwszoklasistom! Wiedziałaś, że istnieje coś takiego jak apatia?
-Serio? Kosmos. - dziewczyna wywróciła oczami. - Benuś, weź stąd wyjdź, bo jak na ciebie patrzę to mi węgiel w piwnicy kiełkuje.
Chłopak chciał jeszcze coś dodać, lecz umilkł widząc chłodny wyraz twarzy Wright. Spuścił głowę i powłóczył nogami w stronę drzwi. Kiedy Stella miała zamiar pójść mu pomóc (wychodzenie szło dość opornie), Benny złapał ją za ramiona i spojrzał prosto w ciemnoniebieskie oczy dziewczyny.
-Nienawidzę cię. Tak w ogóle, to się wypchaj babsztylu bez serca. Ale wiesz co? - jego głos stwardniał. - Myślę, że taka zołza i taki idiota, nie znajdą dla siebie nikogo lepszego.

Jeremy usiadł na szarym murku, tuż obok opuszczonego dworku. Lubił tu przychodzić. Izolacja od ludzi, pomagała mu zmierzyć się z lękami codzienności. Chłopak nie mógł pozbyć się narastającego przygnębienia. Dzisiejszy dzień, był trzecią rocznicą śmierci Jason'a. Trudno uwierzyć, że tak długo go nie ma... Jeremy znał plany starszego brata, dlatego tym bardziej, dołował się jego odejściem. Zmarł, nie realizując najskrytszych marzeń. Winkler zacisnął pięści, czule spoglądając w niebo.
-Czemu Cię ze mną nie ma...?
Znajomi dawno się od niego odwrócili. Śmierć brata, miała ogromny wpływ na jego dotychczasowe życie i relacje z bliskimi. Stracił przyjaciół, opuścił się w nauce... Słowem, wszystko było na 'nie'. Nie wiedział, czy to co robi, ma jakiś głębszy sens, jednak K.T i Greg, zapewniali mu lepsze samopoczucie. O dziwo, czuł się znacznie gorzej. Każdy dzień, przynosił mu coraz więcej wątpliwości.
-Jeremy! Hej!
Chłopak podniósł wzrok. Ujrzał pędzącą Ginę z jakimś papierem pod pachą. Dziewczyna klapnęła obok niego i uśmiechnęła się promiennie.
-Dzień dobry! Żeby nie było Ci już tak smutno, przyniosłam to! - brunetka podłożyła mu różowy świstek pod nos. - Zrobiłam Ci laurkę! Żebyś nie był taki smutny! - powtórzyła.
-Oj Gina, Gina. - Winkler uśmiechnął się blado. - To miłe, ale dziękuję. Nie zrozumiesz. To wszystko... rozpieprza Cię od środka.
Winchester spojrzała na niego pytająco, po czym włożyła laurkę do kieszeni jego szarej kurtki.
-To, to zostaw.
-Gina, nie wszystko jest takie proste.
-Ja nigdy nie patrzę w dół. Wiesz, jakiej dostałabym depresji, przez tą ciągłe rozpamiętywanie smutków z przeszłości? Najważniejsze, to iść dalej. Wiesz dlaczego? Bo nawet jeśli ktoś rzuca Ci kłodę pod nogi, możesz ją zatrzymać. Nieważne są porażki. Grunt to wierzyć w siebie i zakopać smutki głęboko pod ziemią.
-Taaa...
Jeremy westchnąć ciężko i zawiesił wzrok na koleżance. Gina była zakręcona i nieprzewidywalna, jednak miała rację. Przez bezsensowne wracanie do śmierci brata, coraz bardziej się pogrąża... Z dnia na dzień, jest coraz bliżej dna.
-Gina? - bąknął cicho, spuszczając głowę. - Czemu ze mą rozmawiasz? Wcale mnie nie znasz, poza tym, nie jestem idealny do zawierania znajomości. Odkąd nie ma Jasona, wszyscy mają mnie za... ułomnego.
-Proszę? Jeremy, to bez sensu! Każdy jest trochę dziwny, ale nie ułomny! Nie ma człowieka, który nie potrzebuję miłości. Widzisz... W tym wszystkim jest jakaś dobra magia. Trafia do serc, wszystkich żyjących istot, a jak już złapię, to nie chce puścić.
Winkler pokręcił głową z uśmiechem. To wszystko wydawało się takie banalne, jednak pierwszy raz czuł, że te bzdety, którymi katowały go różne, psychologiczne źródła, są prawdziwe.
-Nadejdzie czas, kiedy wreszcie ruszysz się z miejsca. A wtedy będziesz dumny: ze swojej siły i mobilizacji. Z siebie.
To oznajmiwszy, Gina wstała z słupka i w podskokach skierowała się w stronę internatu.
Jeremy odprowadził ja wzrokiem, zagłębiając się w sensie jej słów. Nagle, uświadomił sobie jedną, ważną rzecz. Po raz pierwszy od bardzo dawna, uśmiech wreszcie zagościł na jego twarzy.
Duży krok naprzód.

Jerome Clarke, co chwila spoglądał na zegarek. Czekanie na koniec zajęć pozalekcyjnych Mary, okazało się złym pomysłem. Wiedział, że Jaffray wprost uwielbia siedzieć w szkole, jednak on raczej nie podzielał tej pasji.
-Jerome?
Chłopak rozejrzał się dookoła. Głos nie należał do Mary, miał bowiem nieco wyższy ton.
-Jestem tutaj!
Clarke spojrzał za siebie, ujrzawszy drobną dziewczynę z czarnymi włosami. Uniósł brwi, oczekując wyjaśnienia nawoływania jego boskiej osoby.
-Mam na imię Melanie. - przedstawiła się nieznajoma. - Czekasz na kogoś?
-Taa... - odparł Jerome, z lekka nieswojo. - Na dziewczynę, zaraz skończy zajęcia.
-Aha... Joy Mercer, tak? - Mel uśmiechnęła się lekko, zadowolona z dotychczasowego przebiegu rozmowy.
Zamiast miłej odpowiedzi na pytanie, Rush została świadkiem, gwałtownego napadu śmiechu blondyna. Kiedy zdążył trochę ochłonąć, spojrzał na dziewczynę z rozbawieniem.
-Z tym upośledzanym czymś? Za nic w świecie!
Mel odwróciła głowę, uświadamiając sobie, jaką gafę popełniła. Zupełnie zapomniała o fakcie, iż Jerome chodził wcześniej z Marą. Jak widać, zmiana biegu czasowego, zaprzestała niektórym wydarzeniom. Mel wiedziała o wszystkich miłostkach Clarke'a.  K.T zdradziła jej wszystkie szczegóły, trójkąta miłosnego. Szczerze mówiąc, chłopak wydawał się być w porządku. Zupełnie nie pasował do krytycznego opisu, którym obdarzyła go jej siostra bliźniaczka. Mel wciąż nie mogła pojąć tego, że dawne wspomnienia, tak po prostu zniknęły. Nie było ich. Wcale...
-Coś Ci powiem. - Rush stanęła na palcach, by dorównać chłopakowi wzrostu. - Cokolwiek by się nie stało, nie zostawiaj Mary. Nie pozwól, by ktokolwiek was rozdzielił. Rozstanie nie mogą być wynikiem problemów osób trzecich. Nawet jeśli dowiesz się o tym, jaki mógłbyś teraz być, nie rezygnuj. Proszę...
To powiedziawszy, uśmiechnęła się smutno i zginęła w tłumie innych uczniów. Clarke stał na środku placu, usiłując poskładać jakoś, usłyszane słowa. Po chwili uznał, że dziewczyny posługują się obcym dla niego szyfrem i za nic świecie, nie znajdzie sensu w wypowiedzi tej dziwnej osóbki.
-Jerome!
Blondyn podniósł głowę, posyłając uśmiech swojej spóźnialskiej dziewczynie. Jaffray była objuczona stertą  najróżniejszych książek, także tempo chodu, nie należało do szczególnie szybkich.
-Już jestem! - wysapała, chowając papiery do purpurowej torby. - Przepraszam, że tak długo.
Jerome spojrzał na nią z troską, naraz przypominając sobie słowa tajemniczej Melanie. On i Joy? Niemożliwe! Nie chodziło nawet o tożsamość dziewczyny, lecz fakt, iż mógł zostawić Marę samą.
-Muszę Ci coś powiedzieć. To ważne. - westchnął, łapiąc Jaffray za rękę. - Posłuchaj: Musisz wiedzieć o tym, że jesteś jedyną dziewczyną w moim życiu. Cokolwiek by się wydarzyło, masz o tym pamiętać. Ok? - spytał, patrząc w jej ciemnoczekoladowe oczy.
Mara wyglądała na nieco zaskoczoną, jednak posłusznie skinęła głową. Chłopak nabrał powietrza w płuca i kontynuował.
-Nigdy Ci tego nie mówiłem, ale jesteś dla mnie najważniejsza na świecie. Zabiłbym się, gdybym wyrządził Ci jakąkolwiek krzywdę. Nawet gdyby nasze drogi, jakimś cudem, się rozeszły, zawsze będę Cię kochał. Zawsze.
Dziewczynie chwilowo odebrało mowę, więc Clarke musiał zadowolić się jedynie jej głuchą obecnością. Wtem, wypuściła torbę z rąk i mocno przytuliła się do chłopaka.
-Jerome... Ja naprawdę... Naprawdę nie wiem... Jak mogłabym... - usilnie próbowała się wysłowić, jednak łzy zakłócały wszelkie podejścia. - Naprawdę... jestem... jedyn...aa...?
-Jesteś. - uśmiechnął się Clarke, mocniej ściskając jej dłoń. - Chociaż nie, jest jeszcze Hershey.
-Naprawdę? - Mara uśmiechnęła się przez łzy. - Będę musiała to zaakceptować.
Jerome odwzajemnił uśmiech i ujął jej twarz w dłonie. Pocałował ją lekko, zrozumiawszy już wszystko, co powiedziała mu Mel.


Eddie siedział obok Patricii, usiłując wydobyć z niej, jakiekolwiek szczegóły na temat dawnej przeszłości. Szczerze mówiąc, najbardziej intrygowała go dziewczyna, która ponoć była w nim zakochana. Wolał wiedzieć, kto ma do niego jakiekolwiek wąty. Nie prosił się o kłótnie, wbrew temu, jak uważali inni.
-Spadaj Miller! - warknęła Trixie odsuwając się na drugi koniec kanapy. - Nic Ci nie powiem! Mówiłam już, że nie wiem!
-Mhmm. A ładna była?
-Eddie!
Blondyn uśmiechnął się słodko i objął swoją rudą marudę ramieniem. Bez względu na to, co kiedyś miało miejsce, strasznie ją kochał. Nie śmiał jej tego wyznać, jednak miał nadzieję, że dziewczyna wie, jak bardzo mu na niej zależy. Patt różniła się od wszystkich pustych lali, które można było spotkać dosłownie wszędzie. Była dziewczyną, która nie obawiała się wyzwań i potrafiła dowalić bardziej, niż niejeden facet. I właśnie to, lubił w niej najbardziej...
-Gaduło?
-Taaa?
Kiedy Trixie odwróciła się by kazać mu zamknąć gębę, chłopak złączył ich usta w pocałunku. Williamson uniosła brwi, stwierdzając zwięźle:
-A zęby to domestosem myłeś?
Miller prychnął pogardliwie, ciągnąc dziewczynę za kosmyk rudawych włosów. Całe zajście, obserwował Campbell, siedzący za blatem. Po chwili, oznajmił głośno:
-Myślę, że miłość jest naprawdę fajowska! Postanowiłem, iż ożenię się z Joy. Jeśli tylko dowie się, że nie jestem Fabianem...

Umarłam. Cały tydzień haruję przy ocenkach. Siedzę nad matmą dobre parę godzin i co wleci jednym uchem, tu wylatuje drugim. Padam. Do szkoły wrócę za najbliższe 10 lat, mam dosyć. Jutro ostatnia poprawka i mam w miarę zadowalającą ocenkę. Trzymajcie kciuki, żebym jakoś dała radę. Marne szanse ^ ^
Na podstronie Postacie doszło do paru zmian. Resztę opisów bohaterów, zaaktualizuję jutro: dzisiaj nie mam już siły.
really? jeszcze tydzień? ohh...
Co do rozdziału... Jakiś taki ckliwy wyszedł (U Sapphire wszyscy się kochają). Potraktujcie to jako zaległy prezent na walentynki ^ ^
Tak w ogóle: oglądałam dzisiaj kiss Jeroy pl! Jestem jednak zdolna do poświęceń... Nie ryczałam... Może jedynie ze śmiechu, ale... mniejsza.
Naprawdę lubiłam Joy. Nie było osoby, której nie darzyłam sympatią (nawet do głupiego Micka w dresiku mam sentyment, taka prawda). A teraz... To tak sobie z siebie wychodzi: zwyczajnie zniechęciłam się do postaci, jednak w 2 sezonie, podobał mi się jej charakter.
Stwierdzam zgon, bo waldzio. Sibuners, od dziś piszemy to niegodziwe imię, z małej litery! Niech ma szuja.
PS: Chciałam bardzo podziękować za wszystkie komentarze! Przy ostatnim poście, każdy miał tak cudną treść, że aż się wzruszyłam ^ ^. Przepraszam, jeśli czasem nie odpowiem, ale jestem wdzięczna za absolutnie każdy wpis. Dziękuję wam, że nie straciliście wiary i cały czas podtrzymujecie pamięć o starym HoA. To dla mnie bardzo ważne. Jesteście niesamowici.

Kocham was ♥

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Opowiadanie cz. 51, Safe and sound.

-Nie rozumiem. - Mara zeskoczyła z blatu. - Jak to możliwe?
Patrząc na minę Patricii, można było śmiało stwierdzić, że dziewczyna nie chce kontynuować historii, jednak poczucie obowiązku zwyciężyło. Williamson nabrała powietrza w płuca i usiadła na parapecie, układając scenariusz przebiegu wydarzeń w głowie.
-Dostaliśmy drugą szansę, tyle wiem. Kiedyś było zupełnie inaczej… To tak jakby… ktoś cofnął czas, by naprawić błędy z przeszłości, ogarniacie?
Eddie nie wyglądał na ostatecznie przekonanego, jednak dla świętego spokoju, skinął głową. Wiedział jaka Patt potrafi być niecierpliwa, więc protest zupełnie nie wchodził w grę.
-Ok. Kiedyś doszło do fatalnej pomyłki. Całe to zajście jest zasługą Roberta Smythe.
-Trixie, czy ty aby na pewno dobrze się czujesz? – Jerome objął Jaffray ramieniem. – Gościu zginął dawno temu. Chyba, że był wampirem i umiał funkcjonować pod ziemią.
-Za dużo Zmierzchu. – Patricia popukała się w czoło. – Nie. Chciał odnaleźć swoją prawdziwą prawnuczkę.
Mara uniosła głowę, wnioskując, że ona również zamieszana jest w ten niecodzienny incydent. Szczerze mówiąc, tęskniła za pierwszą klasą. Podczas gdy Sibuna rozwiązywała wszystkie zagadki, ona toczyła beztroski żywot i odrabiała za Mick’a lekcję. To ostatnie, może nie było za miłym wspomnieniem, ale przynajmniej nie stanowiło zagrożenia dla życia.
-Wtedy… Z okresu czasu, który przeżyliśmy, ale guzik z niego pamiętamy… Matko, ale to głupio brzmi. – Williamson zmarszczyła brwi. – Były tu dwie, nowe uczennice. Wśród nich Willow…
-Ten hipis z rudymi włosami? Nie dołuj. – Miller oderwał wzrok od okna. – Co tu robiła?
-Mieszkała, głupku. Oprócz niej była jeszcze jedna, ale nie mogę sobie przypomnieć… No mniejsza. Ważne jest to, że to właśnie ona została uznana za prawdziwą wnuczkę Frobishera. Doszło do fatalnej pomyłki, którą odkrył sam Frobisher. Żeby wszystko odkręcić, znalazł sposób na cofnięcie czasu. Jakimś cudem, uniknęliśmy pojawienia się tamtych nowicjuszek. Dziewczyna, z którą rozmawiałam znała nas bardzo dobrze. Nie może pogodzić się z tym, że straciła… Ciebie. – tu wskazała na zdezorientowanego Eddie’go, który właśnie dobierał się do lodówki. -  Babka wkurzyła się do tego stopnia, że nagadała Audrey coś zdradzie. Ta przyleciała do mnie i zaprowadziła przed jej zacne oblicze. Ma tu swoich szpiegów. Obawiam się, iż jednym z nich jest jakiś członek Sibuny, ale pod żadnych pozorem, nie wolno im tego powtarzać. To co stało się kiedyś, ma zostać tylko i wyłącznie między nami.
-Skoro już o tym wspomniałaś. – Mara wysunęła się z objęć Jerome’a. – Co się wtedy wydarzyło? Możemy do niej iść?
-Wolelibyście nie wiedzieć. – Williamson pokręciła głową. – Nie chcę was narażać.
-Dajesz. – Clarke skrzyżował ramiona. – Nie będzie tak strasznie.
-Nie chcę… To może wszystko zmienić… Wierzcie mi, tak będzie lepiej. Dla was. W końcu i tak nadejdzie moment ostateczny i wszystkie wspomnienia wrócą. Nie mam pojęcia co się wydarzyło, ale jak mówiła ta babka, to odbiegało od obecnej rzeczywistości.
Mara spuściła głowę. Zaczęła się bać… Po jej głowie błądziła się pewna niesympatyczna myśl: co jeśli jej i Jerome’owi coś się stało? Wszystko na to wskazywało.
-Aaa… ta druga uczennica?
-Nie wiem. – Patt wzruszyła ramionami. – O niej nic nie mówiła. Tylko tyle, że była tą fałszywą prawnuczką Frobisherów. Tak czy siak, nadal nie znam tożsamości osoby, z którą miałam przyjemność rozmawiać. Wyglądała na zbiegłą z psychiatryka, czy coś…
-No więc… Mamy dowiedzieć się, jakie wydarzenia miały miejsce… no, właściwie dawniej teraz? – Clarke schował ręce do kieszeni. – Super.
-To bardzo niebezpieczne. Nie chcę tego wiedzieć, ale tylko to może uchronić nas przed tym durnym W. Musimy go ubiec. Jest jedyną osobą, która przetrwała zmianę czasu. Wchodzicie w to?
Mara spojrzała na chłopaków, którzy co prawda nie wyrażali żadnego entuzjazmu, ale byli gotowi do pomocy. Brunetka spojrzała na Patricię i skinęła głową.
-Wchodzimy.

Miasto zaszyła ciemność. Wieczór zanosił się na deszczowy, dlatego wszyscy pouciekali już do bezpiecznych domów. Na ulicach nie było żywej duszy. Jedynie przy jednym z starych sklepów, stała wysoka dziewczyna z zimnym wyrazem twarzy. W przeciwieństwie do większości mieszkańców, nie obawiała się ulewy. Rzucała chłodne spojrzenia każdemu przedmiotowi, który zetknął się z jej wzrokiem.
-Chodź do domu… - zza zaplecza wyszła drobna dziewczyna z włosami spiętymi w kok. – Zaraz będzie padać.
-Jeszcze chwila, Melanie. – odparła beztrosko, rozkoszując się widokiem pustych ulic. – Niedługo przyjdzie…
-Jak chcesz… - westchnęła jej towarzyszka, zamykając za sobą drzwi. – Tylko uważaj.
Kiedy tylko przekroczyła próg, od razu rzuciła się do okna. Z nosem przyklejonym do szyby, oczekiwała na przyjście Grace. Wiedziała, że siostra jest zdolna zrobić jej krzywdę. Po tym jak zawiązała pakt z Gregiem, zmieniła się nie do poznania. Mel odczuwała głęboką tęsknotę za przeszłością. Ją i K.T łączyła szczególna więź. Wszystko runęło z odkryciem tajemnicy ich… właściwie już nie, pradziadka. Rush bardzo przeżywała zmianę. Dlatego kiedy Robert przesunął wskazówki zegara, znalazła się poza jego kontrolą. Jako jedyna mieszkanka na Ziemi, pamiętała zniszczony okres czasu. Melanie znała plany siostry, co nie oznaczało, że była ich sprzymierzeńcem. Przeciwnie. Kiedy K.T mieszkała w Domu Anubisa, zmagała się z żałobą po dziadku. Ciotka nie chciała puścić jej do internatu, więc musiała dotrzymywać jej towarzystwa. Co dziwne, nikt już tego nie pamięta… Tylko K.T… I ona.
Kątem oka dostrzegła, niewyraźny zarys sylwetki. Grace. Przyszła… Mel przyłożyła ucho do dziurki od klucza, usiłując wyłonić parę słów z rozmowy.
-Wreszcie jesteś. – K.T odsunęła się od szarego muru. – Ktoś coś podejrzewa?
-Jestem profesjonalistką, zapomniałaś? – Foster uchyliła rąbek czerwonego płaszcza. – Fabian myśli, że wszystko jest ok. Reszta też. To co? Gdzie ta Twoja niespodzianka?
-Opowiadałam Ci wczoraj o Momencie Ostatecznym. Zrobię wszystko, by wrócili… Frobisher zniszczył mi życie, ale nie odpuszczę. Znasz mnie.
-Jasne, jasne. – blondynka rozejrzała się dookoła. – Zaraz muszę lecieć. No? Streszczaj się.
Rush rozciągnęła usta w uśmiechu. Złapała Foster za dłoń i przyciągnąwszy ją do siebie, szepnęła cicho:
-Jak dobrze wiesz, mam kontakty. W. wszystko dla mnie załatwiło. Wczoraj obczaiłam takiego idiotę… Avan’a, chyba. Zgodził się na zmianę. W każdym razie, jutro zjawi się u was Braco Coleman. Pracuję dla mnie i W. Zajmij się nim.
-Mhmm. O której przyjdzie?
-Rano. Mel go przyprowadzi. – Rush odsunęła się Grace. – Masz czekać, pamiętaj. Williamson już zaczęła węszyć.
Blondynka przytaknęła spokojnie i podniosła z ziemi krwistoczerwoną pelerynę. Nie minęła minuta, a już zniknęła w gęstej mgle.
-Źle robisz, K.T. Źle. – Mel wysunęła głowę zza drzwi. – Dobrze wiesz, że demony nie mają uczuć i łatwo nimi manipulować. A Grace prędzej czy później, otrząśnie się z otaczającej ją ciemności. Zobaczysz!
Rush spojrzała na bliźniaczkę, zanosząc się gromkim śmiechem.
-Nie byłabym tego taka pewna.


Mel nie znosiła poranków. Przysparzały jej jeszcze więcej obaw i trosk o nadchodzący dzień. Jej największą zmorą była K.T, niegdyś ukochana siostra bliźniaczka. A wszystko to przez pewnego chłopaka... Eddie bardzo podobał się Rush. Już po pierwszym tygodniu pobytu w Domu Anubisa, Melanie dostała długi email o nowym, rzekomo wspaniałym środowisku. Z czasem, wiadomości od siostry zaczęły ją z lekka niepokoić. Zawierały bowiem elementy, które można było zobaczyć jedynie w własnej wyobraźni. Ostatecznie dowiedziała się o tej całej Sibunie i mrocznej aurze otaczającej internat. Dotychczasową sielankę, zburzył pomysł Roberta, usiłującego odnaleźć swą prawdziwą wnuczkę. A wszystko to z powodu fatalnej w skutkach pomyłki. Mieszkańcy Anubisa popełnili poważny błąd... Mel znała dalszy ciąg, nietypowej dość historii lecz dla własnego spokoju, wolała o niej nie myśleć. Za dużo wspomnień.
-Melanie Rush?
To on. Kolejna ofiara K.T... Dziewczyna podniosła głowę, ujrzawszy przygarbionego blondyna z kryształowo niebieskimi oczami. Miał na sobie ciemną bluzę z kapturem i sprane jeansy. W dłoni ściskał ramię od brudnozielonego plecaka. Wyglądał na dość przygnębionego, jednak szybko przybrał beztroski wyraz twarzy.
-K.T mówiła, że Cię tu znajdę.
-Taaa. - odparł ponuro, rozglądając się po okolicy. - Idziesz? Chyba, że wolisz tu stać i gapić się jak ciele na malowane wrota.
Rush uśmiechnęła się lekko i ze spuszczoną głową, ruszyła naprzód. Nie podobał jej się ten typek. Był pazerny na pieniądze, tyle. W końcu, któż by inny przystał na chore pomysły K.T?
-Twoja siostra mówiła, że W. pozbyło się nowicjuszy. - przemówił dryblas ozięble. - Musi skupić się tylko na starych mieszkańcach.
-Fajnie...
-Co ty taka nadęta? Jesteś zupełnie inna niż...
-K.T? Tak. Wiem. I jestem z tego dumna. - oznajmiła twardo, po czym przeniosła wzrok na mosiężny budynek. - To już tutaj. Jesteśmy. Wiesz co masz zrobić. - dodała cierpko, kierując się w stronę miasta.
Za nic nie chciała wiedzieć, jakie nieszczęścia spotkają byłych 'przyjaciół' K.T...

-Wie ktoś gdzie jest Abby? - zapytała Stella, wchodząc do kuchni. - Nie ma jej od wczorajszego wieczoru.
-Mhmm. - przytaknął Benny, zajadając babeczkę. - Max też gdzieś wsiąknął. Zabrał moje 2.50! Co za szuja. Jak ja będę teraz funkcjonował?
-Ciebie nikt nie pytał, przymknij się idioto. To jak? Ktoś coś czai?
-Skoro już o tym mowa... - Fabian sięgnął po szklany dzbanek. - Avana również nie ma.
Zaostrzającą się dyskusję, przerwało wejście Trudy z nową dostawą ciastek. Alfie poderwał się z miejsca i szybko przechwytując talerz, poleciał do swojego pokoju.
-Ej! - Eddie wstał z krzesła, oblewając się przy tym mlekiem. - Oddaj to!
Trudy pokręciła głową i ruszyła do kuchni, szukać jakiejś czystej ściereczki. Amber oderwała wzrok od podręcznego lusterka i przeniosła spojrzenie na korytarz, obecnie miejsce gonitwy Eddie'go i Alfie'go. Skutek tego był taki, że Lewis zaliczył glebę na świeżo wypucowanej posadzce a talerz rozbił się w drobny mak.
-Przypomni mi ktoś, czemu ja z nim chodzę? - Millington odwróciła się od holu i westchnąwszy teatralnie, sięgnęła po kolejnego pączka. - Do diabła z dietą, piękne i mądre też muszą jeść!
Patricia zignorowała problem przyjaciółki. Miała swoje własne sprawy, o wiele poważniejsze niż komiczne troski blondynki. Prez całe śniadanie, spoglądała czujnym okiem na Jerome'a i Marę. Bała się, że której z nich puści farbę. W sumie to ufała Clarke'owi, natomiast zachowanie Jaffray postawiła pod znakiem zapytania. Dziewczyna była dość bojaźliwa, dlatego w razie jakiś poważnych zahamowań, od razu poleciałaby do Sibuny. A tego Williamson najbardziej się obawiała. Między innymi dlatego, że po pierwszym roku wyczerpała ich kredyt zaufania. Teraz chciała udowodnić, iż da sobie radę sama. Kto jak kto, ale ona zawsze dotrzymywała, danych sobie, obietnic.
-Trudy? - ciepły głos Audrey, wyrwał ją z zamyślenia. - Gdzie jest reszta?
-No własnie, zapomniałam wam powiedzieć. - gospodyni zamknęła drzwi od szafki. - Wieczorem przyszła po nich pani dyrektor. Tymczasowo zamieszkają w domu Setha.
-Ale czemu? - Dream wyraźnie posmutniała. - Czy coś się stało? Abby nic nie mówiła...
-Kochanie, naprawdę nie wiem. - Trudy rozłożyła bezradnie ręce. - Musicie porozmawiać z panią Andrews.
Fabian spojrzał na Patricię, lecz ta wzruszyła tylko ramionami. Nie ulegało jednak wątpliwości, że w tajemniczych przenosinach, maczał palce ich ukochany W. Jedynie Grace nie przejawiała żadnych zbędnych emocji. Jako pełnoprawny demon, ludzki los był jej zupełnie obojętny. Wtem, ze schodów dobiegły podejrzane odgłosy łupania. W holu pojawił się Victor. Towarzyszył mu niebieskooki chłopak z dość pokaźnym bagażem.
-To jest Braco. Coleman. - dorzucił z kwaśną miną. - Jeszcze jeden gamoń... Róbcie to... co tam sobie zwykle idziecie, ja idę do Corbierre. A, Stella. - woźny spojrzał na brunetkę z goryczą. - Rozpuszczalnik nadal nie działa!
Amber zmierzyła blondyna wzrokiem, po czym oznajmiła z pełnią zachwytu.
-Nie ma tu Abby, więc ja to powiem: Chyba się zakochałam!

-Patt?
Williamson zamknęła szkolną szafkę i uśmiechnęła się cierpko. Avan. Nie miała zbyt wielkiej ochoty z nim rozmawiać. Chciała iść do przyjaciół, poinformować ich o postępach w śledztwie, jednak zamiast tego, grzecznie stała w miejscu, oczekując na dalszy bieg wydarzeń.
-Coś taka naburmuszona, iskierko?
-Weź! - roześmiała się dziewczyna, tym razem już szczerze.
Avan'a znała od dziecka. Tą ksywką obdarzył ją już w piaskownicy. Mimo, że wyśmiewała jego manie ma punkcie zombie, horrorów i pił łańcuchowych, był dla niej jak brat. Ciągle pamiętała, jak wraz z Jerome'm kłócili się o tytuł "Pięknowłosego". Joy zawsze wtedy ryczała, bo odpadała na samym początku. Trixie często wracała do wspomnień z dzieciństwa. Wtedy wszystko było takie proste...
-Wszystko spoko?
-Ujdzie. Miałam Cię zapytać...
-Wiem. - przerwał chłopak i zaciągnął ją do kąta. - Chodzi o te nagłe przenosiny, mam świadomość. Wierz mi, sam nie wiem co się tu wyprawia. Andrews była strasznie dziwna, zupełnie tak jakby... ktoś ją zaczarował. Abby i Max też nie mają zielonego pojęcia, o co mogło pójść.
-Serio...? - Williamson poczuła wielką gulę w gardle. - Wow...
-To nie wszystko. Myślę, że coś wam grozi. Naprawdę... - rzekł poważnych tonem. -  Wiem, często przesadzam, ale nie teraz. Stanowiliśmy dla kogoś przeszkodę.
-A w tej bajce były smoki?
-Patt...
Trixie wierzyła Avan'owi, jednak za nic nie mogła się do tego przyznać. Jeszcze zacząłby węszyć, co stanowiłoby dodatkową komplikacje dla sprawy.
-Cóż... - chłopak cofnął się o dwa kroki. - Jak chcesz. Ale uważaj. Tylko o to Cię proszę.

Drogi waldziu (wybacz, nie napiszę z dużej z litery)!
Dziękuję bardzo za to, że spieprzyłeś całe TdA i pokazałeś mi jak psuć seriale. Ta wiedza nie będzie mi potrzebna, ale cóż. 
Dziękuje bardzo, że pokazałeś mi jak dobrze można poznać się przy wspólnym myciu psa. 
Dziękuję bardzo, że stworzyłeś takie coś jak Mabian, Jeroy i Walfie. Niemożliwe staję się możliwe!
Dziękuję bardzo, że raczysz wpaść pod tira, którym mają zamiar rozjechać Cię osoby o zdrowych zmysłach.
Mabian jest, Jeroy jest, Walfie jest.
Fajnie skończyli HoA, nie ma co.
Pary, które pokochaliśmy, zginęły. Tak po prostu. A Mabian ustanowił nowy rekord czasowy! Zróbcie 4 sezon, może Jerome będzie se z Trudy? Jeroy zginie i na nowo rozpocznie się paringowy szał.
A skoro już o tym mowa: wczoraj oglądałam odcinek z epicką kwestią Mary i Fabiana:
"- Maro, widziałaś gdzieś Ninę?
-Nie, a ty moją torebkę?
-Nie. <*le potrąca Jaffray i zapieprza szukać Martin>"
To była jedyna kwestia, którą zamienili w wszystkich sezonach. Nie przypominam sobie jakiejś innej konwersacji. Ale cóż: widocznie tak teraz powstają związki. Ehh...
Z góry przepraszam za dupny rozdział, ale jestem w fazie rozpaczy, a moja wena gdzieś spieprzyła i nie chce wrócić. 
No... To tyle.

środa, 12 czerwca 2013

Opowiadanie cz. 50, Without you.

Wszystko ma swój początek jak i koniec. Niektóre rzeczy jednak, powinny trwać wiecznie. Kończą się jedynie przez ludzką głupotę czy zachłanność. Fabian wybaczył Ninie, lecz nadal trwonił żal do Sweet'a. Zabił ją. Fakt, martwił się o syna, ale nic nie mogło go usprawiedliwić. Dlatego kiedy Grace zaproponowała swoją pomoc, chłopak był w siódmym niebie. Odzyska Ninę! Czekał na to tak długo... Już nie mógł doczekać się chwili, w której ujrzy jej postać... Zaczął zastanawiać się, co wtedy zrobi, co okazało się być, bardzo poważnym problemem.

Mara odpoczywała w salonie, usiłując ogarnąć jakoś ostatnie wydarzenia. Jerome zawsze miał nietypowe pomysły, jednak...
-Maro?
No tak. Gina miała kolejny, niekoniecznie normalny, plan. Jaffray podniosła głowę z kanapy i niechętnie spojrzała na koleżankę.
-Bo wiesz... Trochę mi głupio. - wyznała skruszona. - To takie żarty, ale przynajmniej masz już kołyskę!
Mara pokręciła głową, przypomniawszy sobie wczorajsze wydarzenie. Kiedy Grace wróciła z nocnej wycieczki (ostatnio dość często wychodziła) już od progu zawiesiła wzrok na łóżeczku dziecięcym. Chwilę później, chwyciła Marę za ręce, tłumacząc jej trudy utrzymania rodziny w wieku lat osiemnastu.
-I kiedy tak myślałam... - kontynuowała Gina, bawiąc się czekoladowymi kosmykami włosów. - Postanowiłam dać Ci prezent!  - oświadczyła z dumą, po czym poprosiła Marę o przejście do jej pokoju.
Jaffray uśmiechnęła się pod nosem. Cóż, może dziewczyna nie jest taka głupia jak sądziła. Wstawszy z kanapy, spodziewała się jakiegoś dziewczyńskiego bibelotu: kartki, wisiorka, coś tego typu. Jednak to co zobaczyła, przeszło jej najśmielsze oczekiwania. Kiedy otworzyła drzwi wejściowe, jej oczom ukazało się rudawe, włochate stworzenie, w najlepsze skaczące po dywanie. Zamarła, także Gina musiała szybko podjąć się asekuracji.
-Co... to? - jęknęła Jaffray, podtrzymując się framugi drzwi. - Co...?
-To jest Bobo! - oznajmiła rozradowana Winchester, biorąc małpkę na ręce. - Go też zamówiłam na Allegro! To naprawdę świetna strona, wiesz? Chciałam wziąć lamę, ale przegrałam licytację. - tu zrobiła smutną minę. - Teraz targuję się o żyrafę! To byłoby fascynujące! Zawsze chciałam objechać Meksyk na żyrafie!
Mara odgarnęła włosy z twarzy i przyjrzała się bliżej nowemu lokatorowi.
-Weź... to coś... do siebie!
-Nie! W Domu Izydy mieszkają sami kanibale, cyganie, emosi i eskimosi! Zjedzą Bobo! Ale spokojnie, pomogę Tobie i Grace w jego wychowaniu. To będzie nasze pokojowe zwierzątko! Będzie super!
-Nie chcesz dać go Stelli? Proszę...?
-Po co, skoro mam was!
Mara oparła się o ścianę i spojrzała na zdziwionego Bobo. Nie ma rady, musi zostać.
-Ok, ale jestem bardzo ciekawa, jak Grace na to zareaguję.

Dziwnym trafem, blondynka właśnie próbowała dostać się do pomieszczenia. Kiedy przestała walczyć z klamką, powitała dziewczyny uśmiechem.
-Hej, co rob... MATKO BOSKA CZĘSTOCHOWSKA ŚWIĘTA RANY JULEK KUCHNIA FELEK MOTYLA NOGA NA KROWIE KOPYTKO HYDRAULIKA HENRYKA I PANA ARKADIUSZA SPOD TESCO, CO TO JEST?!

-Bo widzisz, do cery najlepsza jest maseczka z ananasa. Nawilża sto razy bardziej, od tej z głupich, trujących, pysznych malin. Polecam też awokado i mango.
-Mhmmm super.
Abby wylegiwała się na łóżku, czytając najnowszy tom "Pamiętników Wampirów". Zawsze wolała książki od filmów, wzbudzały o wiele więcej emocji. Przy okazji, przysłuchiwała się też paplaninie Amber, która postanowiła zdradzić jej sekret swojej doskonałości.
-Abby! Ty mnie ignorujesz!
-... Co? Nie, nie skąd. - dziewczyna w popłochu wsunęła książkę pod czerwoną poduchę w białe grochy. - Ja tylko...
W tym samym momencie, do pokoju wpadł zziajany Benny.
-Stellcia... - wysapał. - Goni mnie... z takim... dziwnym czymś...
-Masz na myśli nożyczki? - odgadła Abby, ześlizgując się z łóżka.
-Benny. - Amber posadziła chłopaka obok siebie. - Stella jest zła, przez co ja nie mogę cieszyć się z kolejnej anubisowej pary. Gdzie Stenny, gdzie...
-Nie jesteśmy w teatrze. - przypomniał jej Walker, który właśnie skupił wzrok na misce z popcornem.
-To do mojej upiększającej mieszanki!
-Eee? Popcorn służy do jedzenia, ewentualnie rzucania w ochroniarzy w kinie.
-Ani waż się tego zżerać!
Wtem, rozległy się podejrzane odgłosy mlaskania i chrupania. Oczom Millington ukazał się jej ciemnowłosy chłopak, pałaszujący zawartość miseczki.
-Alfie, zostaw! Zostaw! - wyrwała mu z rąk naczynie. - Co ty wyprawiasz? Po coś w ogóle tu przylazł?
-Pogapić się na Ab... abgeluaucję twej urody skarbie!
Benny spojrzał na Roye pytająco. Dziewczyna wzruszyła ramionami, dając mu do zrozumienia, iż szczerze wątpi w istnienie słowa takiego jak 'abgeluaucja'.
-Zbłądziłam w drodze do doskonałości. - westchnęła blondynka dramatycznie i padła na łóżko. - Straszne.
-Zawsze zostało Ci awokado. - Abby wróciła do czytania lektury. - Chociaż nie... Ten mały orangutan Ci je zwinął. - do dziewczyny dotarło to co przed chwilą zobaczyła i wrzasnęła przerażona. - Tam była taka pomarańczowa małpa!
-Może i jestem blondynką, ale nie jestem blondynką idiotką. - Amber przeczesała palcami złociste kosmyki. - Mówiłam, żebyś tyle tego nie czytała? Masz halucynacje, a jak dobrze wiesz, jestem geniuszką i najlepiej się na tym znam. Filmy są o wiele lepsze...
-Przysięgam!
-Nie podważaj mojego autorytetu: więc co to jest! Grace mi wytłumaczyła i dlatego moja mądrość jest zaawansowana.
-Moja śliczna, mądra Amber! - ucieszył się Alfie, doskakując do dziewczyny. - Sorry Abby, już Cię nie kocham. Znaczy... nie, że tak kiedyś myślałem, tylko... o czy to statek kosmiczny? Wczoraj dostałem ulotkę z Marsjanków! Wiedziałem, że to coś znaczy...
-Tych cudaśnych tabletek dla dzieci? - zapytał Benny rozbawiony, po czym ściszył głos. - Nie przejmuj się, też biorę.
Tymczasem Millington powoli rozważała słowa swojego chłopaka, bawiąc się krańcami różowej spódniczki.
-Byłeś... w niej... Alfieeeee!
Kiedy Amber ganiała się z Alfie'm, do pokoju wparowała Grace.
-Hej, jest sprawa. - rozejrzała się dookoła. - Muszę pilnie usiąść na łóżku Abby.
-Po co? - zdziwił się Benny, wcinając resztki przecieru. - Swojego nie masz?
-No mam... ale... Haha... Bo ono... stwardniało... Haha... - oderwała wzrok od zdezorientowanego chłopaka i usiadła koło Abby. Ściszywszy głos, szepnęła - Jakby co, nic nie widziałaś.
To powiedziawszy, zerwała się z siedzenia, gdyż własnie dostrzegła rudy punkt, skaczący po korytarzach. O dziwo, nikt niczego nie zauważył. Abby spojrzała na książkę z rezygnacją i doszła do wniosku, że żadna powieść czy film, nie może równać się z otaczającą ją rzeczywistością.

-Łap tę małpę!
-To orangutan!
-To nie ma żadnego znaczenia!
-Ooo, a gdyby ktoś nazwał Cię mężczyzną, też byłabyś zadowolona?
-Widzę go! - krzyknęła Grace, wdrapawszy się na krzesło. - Siedzi na szafie!
-Bobo! - ucieszyła się Gina, po czym spojrzała na współlokatorki. - To... która tam wejdzie?
-Ja nie. Jestem najniższa. - stwierdziła Mara, po raz pierwszy ciesząc się z swej drobnej postury. - Gina?
-Grace jest najwyższa! - oznajmiła brunetka, zapisując coś w notesiku. - Prooooszę!
-Taaa... Haha. Chętnie bym po niego weszła, ale... - Foster usilnie szukała wymówki. - Byłam u lekarza... i mam... ten... nogofobię!
-Proszę? - Jaffray uniosła brwi. - Nie słyszałam.
-No... bo to bardzo rzadka choroba. Choruję na nią tylko 3% tego... ludzi... Dotyczy wyłącznie blondynek... o imieniu na literę G... Polega na... strachu... przed używaniem nóg... o godzinie... własnie tej, która teraz jest!
Kiedy Mara miała rozwiać wszelkie wątpliwości, sama wpadła na nietypowy pomysł.
-No tak... ja też nie mogę... mam szafofobię!
-Ooo biedne. Musi być wam bardzo ciężko. - Gina spojrzała na nie z litością. - Ale nie obawiajcie się! Bobo! Przyrzekłam chronić Hershey i wszystkiego co do niej należy lub należeć miało! Przynieście drabinę, ser i mydło. I ewakuujcie się jak najszybciej!

-Steeeeeeelcia! - wydarł się Mick, wychylając głowę zza drzwi. - Zobacz!
-Powiesz tak jeszcze raz a odrobię Ci głowę, wsadzę ją do armaty i wystrzelę do Twojej zakichanej Australii.
-Moja kumpelo! Siadaj! - Mick poklepał stojące obok krzesło. - Pokaże Ci coś!
Stella niechętnie usiadła koło Campbell'a, zabierając parę paluszków ze stołu. Przyjrzała się ekranowi mickusiowego komputera.
-No?
-Pacz!
Na ekranie wyświetliła się dzisiejsza konwersacja Mick'a i Joy.
-Co ja mam z tym zrobić?
-Tu! Tu! - Mick objął monitor, zaśmiawszy się głośno. - Moja smerfetka niedługo tu przyjeżdża!
-Joy? Trzeba kupić więcej majonezu. - mruknęła Wright, chrupiąc paluszka. - I?
-Jest duuuży problemuś! Moja smerfastyczna smerfetka Joy, myśli, że jestem Fabianem.

Grace siedziała obok Fabiana, usiłując ogarnąć zadanie z matematyki. Rutter zrobił wszystko w pięć minut i wrócił do pisania mowy, na cześć powrotu Niny.
-To nie jest normalne. - westchnęła dziewczyna. - Nawet nie wiem czy mi się uda, poza tym jak to sobie wyobrażasz? Kiedy Ninie przed tobą stanie, wyciągniesz zabazgrany świstek z kieszeni i zaczniesz plęśc jakieś głupoty? Może trochę zbastuj.
Chłopak spuścił głowę i odłożył notatnik na biurko.
-To ja nie wiem. A właśnie! - przypomniał sobie. - jak było wczoraj?
Dziewczyna przygryzła wargi. Widać wahała się, czy zrecenzować Rutter'owi niedawne wydarzenia.
-Grace?
-Było dziwnie... Jakiś gościu stwierdził, że mogę tracić nad sobą kontrolę, ale mniejsza.
-I tak do tego podchodzisz?
-Póki co żyję i jeszcze nikomu nie rozwaliłam łba, więc przestań się zamartwiać. W razie czego wzywaj ambulans. - oświadczyła, patrząc na przerażoną minę bruneta. - Ok, ok żartuję. Był taki moment, że... widziałam kogoś. Ale... zdaję mi się, przez tego Rufusa już nawet myśleć nie potrafię.
-Nic nowego. - roześmiał się chłopak trącając ja lekko.
Blondynka uśmiechnęła się przenikliwie, wnioskując, że chociaż Rutter raczej nie obdarzy ją jakimś szczególnym uczuciem, zawsze mogą być przyjaciółmi, a tego za nic nie chciałaby stracić.




-Nie wiem co mam robić... - Eddie usiadł na kanapie i schował twarz w dłoniach. - Gdybym wiedział za co jest zła to... byłoby inaczej.
Mara z Jerome'm przysłuchiwali się wywodów Eddie'go, na temat związku jego i Patricii. Jaffray szczerze współczuła chłopakowi. Dopiero co znaleźli wspólny język, a już zaczęły się kłopoty.
-To wszystko przez te pieprzone A...
-Nie martw się! - dziewczyna złapała chłopaka za ramię, nie reagując na znaczące chrząkniecie Jerome'a. - Porozmawiam z nią!
-A co to da? Unika Cię, od kiedy zaczęła kleić się do Jerry'ego. Bez urazy. - spojrzał w stronę kumpla.
Clarke przybrał urażoną minę i odwrócił głowę.
-Ona się nie kleiła. Ona wypłakiwała smutki związane z Tobą.
-A ty jej pozwalałeś?
-Co miałem robić? Za drzwi ją wypchnąć?
-Ja bym tak zrobił!
Mara westchnęła ciężko i już miała wyprowadzić Miller'a z pokoju, kiedy na progu stanęła Patt z założonymi rękami.
-Musimy porozmawiać.
-Tak! - Jerome poderwał się z kanapy. - Wytłumacz im, że wcale się do mnie nie kleiłaś!
-Potem. Jest coś ważniejszego. - Trixie oparła się o blat. - Wtedy... Osoba, która powiedziała mi niedawno o twoich zdradach... hmm, jakby to wytłumaczyć. Wie o nasz wszystko. Znam ją, ale nie pamiętam.
-Chyba nie ogarniam. - Clarke uniósł brwi. - Może jaśniej?
-To dziwne, ale taka jest prawda. Wiem tylko tyle, że ją widziałam, może nawet miałam z nią jakieś bliższe kontakty. Co cenniejsze: zna wszystkich mieszkańców Domu Anubisa.
-Czekaj... to dziewczyna? - zapytał Clarke, poprawiając włosy.
-A ładna? - zainteresował się Eddie, lecz Mara dała mu lekkiego kuksańca w bok. - No co?
Williamson westchnęła ciężko i podeszła do okna:
-Powiedziała mi parę interesujących rzeczy. To co powiem, ma zostać tylko i wyłącznie między nami. Nie możemy powiedzieć o tym nikomu: nawet sibunie. Rozumiecie?
Eddie już miał powiedzieć nie, kiedy Patricia obrzuciła go miażdżącym spojrzeniem. Sprawa była poważna, bez dwóch zdań.
-Dobra. - dziewczyna usiadła na parapecie. - Babka była nieźle wkurzona: jechała po Tobie, że aż strach. - spojrzała na Eddie'go. - Musiałeś nieźle jej namieszać, ale pomińmy. Wiem, że jej nie znacie, jednak ja nie mogę porzucić myśli, iż gdzieś już ją widziałam. Powiedziała mi coś, co na zawsze zmieni całe nasze życie. Teraz uwaga, bo nie będę powtarzać: wyobraźcie sobie, że przeżywamy to wszystko jeszcze raz.

Hershey <3

A więc... koniec.
Film był wyświetlany na portugalskim nicku i wiele osób potwierdza, że doszło do kiss Mabiana.
Umarłam. Padłam na zawał. Skaczę z mostu. Idę sama siebie pogrzebać.
Jak to się mogło stać?
2 sezony były cudowne a potem... zatrudniono jakiś tępych ciołków, którzy nie mieli bladego pojęcia, jakie to wszystko jest dla nas ważne. Zniszczyli coś, co tak bardzo kochaliśmy, coś co powinno trwać wieki. I przez ten głupi błąd, wszystko legło w gruzach.
Bo jakieś ciule mieli własne 'cudowne' pomysły.
imageTo dla Diane, twórczyni pierwszych sezonów, TdA było czymś ważnym.
Nigdy nie zrobiłaby czegoś tak okropnego (teraz zapewne szlag ją trafia, widząc na jaki poziom spadła nasz ukochany serial).
Ale cóż, jak pisać zaczynają amatorzy (jakiś debil wymyślił se Jeroya i teraz się cieszy), którzy nie widzieli wcześniej ani odcinka...
Nienawidzę ich. Wszelkie idee TdA zostały bezpowrotnie zniszczone i zachowają się tylko w nas.
Na zawsze...
Co do opowiadania: sorry, ale jestem chora (nie tylko z powodu Mabiana), załamana i nie wyszło. Na finał mam już pomysł, zagadkę też, ale takie poboczne wątki - klapa. Tylko jakaś szurnięta Gina goniąca orangutana kurde no -,- . Błaaaagam pomóżcie! Zagadki wszystkie mam (bydzie o dużo o 3 sezonie, ale tego nie zdradzam), ale jeśli chodzi o relacje bohaterów to pożal się Boże, nic mi nie wychodzi. No więc bardzo proszę, podzielcie się swoimi pragnieniami, bo ja nie mam żadnych (zapewne dlatego, że cały czas myślę nad prostym sposobem przedostania się do Liverpoolu i wybicia wszystkich jak leci).
Zapomniałabym: dziękuję, dziękuję za ponad 20 tysięcy wejść! O ludu, jeszcze tak niedawno ryczałam, że nikt tego nie czyta ^ ^. Moje anubisiorki <3
Następny rozdział bodajże na weekend. 
Dziekujjję  <33 !

sobota, 8 czerwca 2013

Opowiadanie cz. 49, Perfect.

-Możesz ją uratować?
-Owszem. - przytaknęła Grace. - Demony mają nieograniczone możliwości, więc chyba mogłabym zrobić coś z Niną. 
-Tak po prostu?
-Raczej nie... Zawsze jest jakiś haczyk, ale dobre i to.
Fabian nie mógł uwierzyć w to co własnie usłyszał. Nina. Jego Nina, miała szansę wrócić. Dopiero teraz uświadomił sobie, jak długo czekał na te słowa. Mimo to, nie mógł pozbyć się wewnętrznego lęku, który z minuty na minutę, coraz bardziej obarczał jego duszę. Grace była demonem, co za sympatycznie nie brzmiało. Obawiał się konsekwencji, ale postanowił się tym teraz nie zamartwiać. Najważniejsza było to, że właśnie objawił się cień szansy. Jeden promyk słońca...
-Szczęśliwy?
-Ja...
-Spoko. - uśmiechnęła się lekko. - Niedługo będzie dobrze... Tym razem naprawdę. - zachichotała nerwowo, po czym przygryzła wargi. - No... To fajnie, że znów będziecie razem i w ogóle... takie tam.
Grace usiłowała ukryć zmieszanie czy raczej rozczarowanie... Zdążyła polubić Ninę, lecz chodziło jedynie o mały, istotny szczegół. Fabian. Strasznie chciała wyrzucić z głowy uprzykrzające, aczkolwiek sympatyczne myśli i dalej normalnie funkcjonować. Miała świadomość, że szło jej to beznadziejnie, ale trudno. Przejdzie jej. Może...

Abby ze znużeniem spojrzała w lustro. Przeczesała dłonią ciemne, niesforne loki i westchnęła. Tak bardzo chciałaby coś w sobie zmienić. Nie wyróżniała się niczym szczególnym. Irytowało ją to. Wiedziała, że wszyscy wokół uważają ją za nudziarę. Zwykle siedziała cicho, nie lubiła wyrażać własnych poglądów. I tak nikt by jej nie posłuchał. Myślała, że może chociaż jej ubiór będzie jakimś punktem zaczepienia, lecz jak zwykle spotkało ją rozczarowanie. Doszła do wniosku, iż styl jest tylko małym dopełnieniem osobowości, której nie posiadała, więc... Była człowiekiem skazanym na porażkę życiową. Do końca życia będzie oglądać słabe komedie romantyczne, obżerając się przy tym popcornem i płakać nad każdą błahą sprawą. Normalność jest straszna...
-A ty co? Zamierzasz wejść do tego cholernego lustra? - prychnęła Stella, wchodząc do pokoju. - Nie radzę, jeszcze się zbiję i będzie pech. Chociaż mojemu i tak nie dorównasz. - mruknęła i klapnęła na kanapę.
Abby spuściła wzrok. Jeszcze jej tu brakowało... Nie to, że jej nie lubiła, przeciwnie. Z tym, że bardzo zazdrościła brunetce... Stella była ładna, szczera do bólu i często złośliwa, jednak miała to coś, a mianowicie osobowość, czyli to co tak bardzo pragnęła posiąść Roye.
-Ty nie masz pecha! - uniosła się niespodziewanie. - Jesteś śliczna, mądra i nie dasz sobą pomiatać! Nie masz pojęcia, jak bardzo Ci zazdroszczę! Ja żadnej z tych rzeczy nie mam, a bardzo bym chciała! Nikt nie odważy Ci się dokuczyć! Ile bym dała, żeby wyglądać tak jak ty!
Spodziewała się miłej reakcji Wright, jednak ta zmarszczyła brwi i poderwała się z sofy.
-I myślisz, że coś Ci to da? To, że będziesz miała ładną buźkę, niczego nie zmieni! Chcesz spotykać ludzi mądrych czy fałszywych? Zastanów się, dziewczyno! Chcesz być czyjąś marną kopią? Nie lepiej być wyjątkowym?
-Przykro mi, ale taka nie jestem! Nie mam nic wyjątkowego!
-Masz rodzinę! Mnie matka zostawiła kiedy miałam niecałe 4 lata, ojca w ogóle nie znałam, a ty się jeszcze użalasz? Nawet nie wiesz, jak trudno jest dorastać bez prawdziwych rodziców. Zamiast tego miałam jakiś niezrównoważonych idiotów, dla których najważniejsze było wykształcenie i dobra materialne. Zastanów się, zanim coś powiesz. - powiedziała chłodno i szybko wyszła na korytarz.
Abby została sama. Chciało jej się płakać. Tylko głąb bez osobowości, może aż tak spaprać sprawę. Kiedy zamierzała wrócić do starych nawyków (smętnych filmu i fast foodów) zza rogu wyłonił się Max. Chłopak chwycił ją za dłoń i oznajmił:
-Chodź... Musimy porozmawiać.

-Co to ma być? - Mara otworzyła usta ze zdziwienia. - Jerome!
Mieszkańcy Anubisa szybko przyzwyczaili się do nagłych furii Jaffray, a wszystko to z powodu jej roztrzepanego chłopaka, który wywinął jej kolejny numer. Razem z Giną, taszczyli łóżeczko dziecięce, zamierzając dyskretnie przenieść je przez hol.
-Co to ma znaczyć? - powtórzyła, patrząc na Clarke pytająco. - Czy to...
-Przysłali łóżeczko! - oznajmiła Gina - Postawimy je u Ciebie w pokoju, masz dużo miejsca!
Mara zachwiała się lekko i była zmuszona usiąść. Podczas gdy próbowała złapać wdech, Jerome wciąż mocował się z kołyską.
-Clarke! Winchester! Co wy wyprawiacie?!
Clarke jęknął cicho i przeczesał palcem gęste, blond włosy. Gina dzielnie uniosła głowę, po czym puściła oko do chłopaka, informując, że załatwi całą sprawę.
-Oczekujemy narodzin dziecka, więc potrzebujemy łóżeczka. - oznajmiła poważnym tonem.
-To niedorzeczne!
-A gdzie ma spać kurde? Na śmietniku?! - obruszyła się. - Jako jej matka chrzestna, ponoszę odpowiedzialność!
Victor wytrzeszczył oczy i parsknął pogardliwie. Obszedł łóżeczko dookoła. Po dokładnym obejrzeniu przedmiotu, oświadczył:
-Jestem zmuszony to skonfiskować.
-Chyba pan se jaja robi! - Gina tupnęła nogą, niczym rozjuszony przedszkolak. - Nie będzie pan tu wkładał swojego śmierdzącego Corbierre, o nie! To je łóżeczko Hershey, tego nie zabierzesz! Zapłaciłam za nie z własnej skarbonki! Musiałam rozbić moją świnkę! Miała na imię Beatrycze i była taka słodka, ale pana to nie obchodzi! Ważniejsza jest ta tępa wrona!
-Corbierre nie jest wroną! - krzyknął Victor, aż zadudniło. - To kruk!
-Makietą pan mnie straszy?! W takim razie nie zaproszę pana na chrzciny, jeszcze czego! Pan sobie kupi własne! Kradzież jest zła, siódme przykazanie! Zobaczy pan, jeszcze pomszczę ten niegodziwy czyn! W poprzednim wcieleniu byłam elfem i kaskaderką, może być bardzo niebezpiecznie! Na pana miejscu już dawno wyemigrowałabym na jakieś wiejskie pole! Razem z tym swoim czarnym szczawiem!
-Dosyć! - ryknął dozorca. - Pani zachowanie jest karygodne! Corbierr'owi należą się przeprosiny!
-Wie pan gdzie ja mam pańskie przeprosiny? W wiosce smerfów, ha! Mick everywhere! - klasnęła w dłonie. - Won!
Victor powiedział parę niemiłych słów i ze złością wrócił do gabinetu. Słychać było jeszcze wrzaski typu 'zabiję ją'; 'Corbierre wybacz!'. Gina uśmiechnęła się z zadowoleniem i skierowała wzrok na ocucającego Marę, Jerome'a.
-Ale nerwowy. - dziewczyna pokręciła głową. - A mówią, że to ja mam nierówno pod sufitem! Pff.

-Tej nocy wszystko się zmieni. - Greg spojrzał na Rufusa z wyższością. - Nastąpi definitywny koniec i nikt ani nic nie zdoła go powstrzymać. Klątwa zostanie zdjęta. Czas najwyższy.
Zeno spuścił głowę. Nie mógł tego zrozumieć. Jeszcze tak niedawno, chciał zniszczyć wszystko co oddycha, a teraz... Było inaczej.
-Rufusie, idzie!
Sulivan schował się za rogiem budynku. Po głębszym namyśleniu, Zeno doszedł do wniosku, iż chodzi mu o Osiriona, czyli Stellę. Polował na nią od dłuższego czasu, jednak bez skutku. Spojrzał na towarzysza, spodziewając się najgorszego.
-Bierzemy ją. - oznajmił Greg. - Jest sama, nie da rady się obronić.
-Nie teraz. - zaprotestował Rufus. - Przyjdziemy tu jutro... Myślę, że na kogoś czeka, trzeba zrobić to dyskretnie.
-Nie poznaję cię. - westchnął wysoki mężczyzna. - Ten jeden raz Cię posłucham, ale potem taryfa ulgowa się kończy.

-Czasem nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale to wszystko jest naprawdę wyjątkowe. - Max zwrócił oczy ku niebu. - To nie jest tak, że stworzono człowieka by cierpiał psychiczne katusze. Żaden z nas nie jest pomyłką.
-Ale...
-Abby, jesteś jedyna na świecie. Drugiej takiej nie ma. - roześmiał się chłopak, patrząc w ciemne oczy dziewczyny. - Moi rodzice pracują w pewnej dużej korporacji, więc forsy nam nie brakuję, ale co to zmienia? Z nikim nie mogłem złapać kontaktu, bo uważali mnie za egoistę.
-Przecież to nieprawda! To, że jesteś bogaty nie znaczy, że...
-Powiedz to im. - chłopak spuścił głowę. - Kim być nie była i tak będą Cię oceniać. W przypadku odwrotnym, uznają człowieka za szmaciarza. To smutne.
-Ja taka nie jestem! - zaprotestowała dziewczyna, chwytając chłopaka za ramię.
-Widzisz? - twarz bruneta niespodziewanie się rozjaśniła. - To właśnie czyni Cię wyjątkową. Jesteś lepsza od nich, bo wolisz to co wewnątrz. Nawet nie wiesz, jakie to cenne.
Roye spojrzała na parę dziewczynek, idących z przeciwnej alejki. Jedna była śliczna, zadbana, miała jasne włosy związane w dwa kucyki. Jej towarzyszka stanowiła natomiast obraz nędzy i rozpaczy, jej piegowata buzia wyglądała dość mizernie. Blondynka złapała koleżankę za rankę i zaprowadziła na pobliski plac. Bawiły się w najlepsze, nie zwracając najmniejszej uwagi na ulicznych gapiów. Abby poczuła ciepło w środku. Zrozumiała. Uśmiechnęła się do Max'a i cmoknęła go w policzek.
-Dziękuję.
-Nie masz za co. - chłopak wstał z burej ławki. - Tylko pamiętaj... Niektórzy chcą czerpać z życia więcej, niż zdołają unieść.

Grace przeszła przez ogromne, drewniane wrota, prowadzące do opuszczonego magazynu. Na ścianach wyryte były hieroglify i różne stwory znane z mitów egipskich. Dziewczyna zamierzała odwiedzić ojca i dowiedzieć się parę istotnych rzeczy o swojej demonicznej mocy. Wiedziała, że to ryzykowne, ale bardzo chciała pomóc Fabian'owi. Nie, nie po to by odwzajemnił jej uczucie. Pragnęła jego szczęścia, bo ostatnimi czasy, bardzo rzadko się uśmiechał. Ona zresztą też... Toby z powrotem zagościł w jej myślach, tym razem już na dobre. Zabiła go... Zabiła...
-Grace! Miło, że przyszłaś.
Dziewczyna odwróciła wzrok. Spodziewała się zobaczyć ojca, jednak przed łukiem stał ktoś inny. Był to wysoki, już posiwiały mężczyzna ubrany w długi płaszcz. Ten sam, który więził ją podczas ostatniego roku.
-Szukam ojca. - powiedziała drżącym głosem. - Muszę z nim porozmawiać.
-Zawsze możesz pogadać ze mną. - starzec roześmiał się tajemniczo. - Chodzi o demony, tak?
-Noo, ale...
-Jeśli chcesz uratować Ninę. - Greg zrobił krok naprzód. - Powinnaś dać coś w zamian, mianowicie... siebie.
-Że co? - Grace uniosła brwi. - Pana chyba coś boli! Agencja towarzyska jest 20 km stąd, wiem bo Mick korzystał z usług! Jak się nudzi, można zadzwonić. Sam Mickuś polecał.
Mężczyzna pokręcił głową. Jak widać, jeszcze nie skończył swojego monologu. Blondynka westchnęła i zakręciła kosmyk blond włosów na palcu.
-Dobra... Może pan gadać.
-Dziękuję. Otóż: w dzisiejszych czasach, nic nie jest za darmo. Żeby uratować Ninę, musisz posiąść piętno demona.
-Eee?
-Zostać pełnoprawnym demonem. - wyjaśnił zniecierpliwiony. - Bez specjalnych umiejętności, nic nie zdziałasz dziewczynko. To jak?
-Ok... - przytaknęła Grace, wpatrując się w złowrogi poblask oczu mężczyzny. - To... co mam zrobić?
-Zostaw to mnie. - Sulivan podniósł głos i uniósł dłonie.
Pomieszczenie wypełniło się wściekle czerwonym dymem. Blondynka zbladła. Sceneria przypominała jej tylko piekło. Ślepia mężczyzny, przybrały ciemną barwę, Były puste... Dziewczyna zacisnęła powieki. Słyszała czyjeś wołania, rozpaczliwe krzyki... I 'ten' głos. Zobaczyła twarz, ich tajemniczego prześladowcy. Był tu... Nie mogła w to uwierzyć, ale było już za późno. W mgnieniu oka, znalazła się w czarnej otchłani. Zmieniło się. Wszystko...
Greg uśmiechnął się pod nosem. Stało się... Teraz będzie w stanie uratować Ninę. Jeśli tylko uda jej się odzyskać nad sobą kontrolę...

Taki jakiś nijaki. Ciągle ryczę za Jarą, czyli nic się nie zmieniło.
Bo kurde cholera Waldzio nic nie zmienił -,-
Wiąże sporo nadzieje z filmem, ale szanse na powrót naszych ukochanych par są marne. Przeglądałam dzisiaj wiki i okazało się, że praktycznie każdy odcinek pisał inny scenarzysta. No, to już wiemy czemu powstały wszelkie Jeroye -,- Cały 2 sezon, stworzyła Diane, a pozostałe jacyś amatorzy. Ktoś wymyślił se Jeroy i tak już zostało.
Wybic ich wszystkich po kolei.
Sapphire żegna.
Ave!


poniedziałek, 3 czerwca 2013

Opowiadanie cz. 48, Don't worry.

                Już od początku trzeciego roku w Domu Anubisa, Fabian wiedział, że Grace jest osobą pełną sprzeczności. Nie potrafił jej rozgryźć, choć bardzo się starał. Na co dzień była twarda i konkretna, jednak często znienacka wybuchała płaczem, Bóg wie dlaczego. Na przykład teraz: siedziała w kącie, nerwowo miętosząc krańce błękitnej sukienki. Co chwila pociągała nosem. Od paru dni, coś ją gryzło. Nie potrafiła wyrzucić z siebie dręczących ją emocji. Skoro tliła w sobie tajemnicę, przez dobry kawał czasu, mogła czuć się już zmęczona. Rutter podszedł do dziewczyny i lekko trącił ją w ramię. Blondynka jednak nie zareagowała i dalej patrzyła się w sufit. Kiedy chłopak rozważał rezygnację, dziewczyna znienacka przemówiła:
-Taak… Miałam dwóch braci. Jackson jest synem mojego ojczyma, ale wychowywaliśmy się razem. Toby urodził się trzy lata temu. Był takim małym aniołkiem, cała rodzina skakała wokół niego. Aż któregoś dnia… - tu na chwilę urwała, nerwowo przecierając oczy. – Rodzice mieli jakieś spotkanie w sprawach kredytu czy coś takiego… Mniejsza, to nie jest teraz ważne. Jackson był u kolegi, za nic nie chciał zająć się małym. No więc, padło na mnie.
-Zakładam, że zaraz powiesz coś o randce.
-Zachowanie wszystkich dziewczyn jest takie banalne? – usiłowała się uśmiechnąć, ale skończyło się na paru nieudanych próbach. – Byłam strasznie głupia… Najpierw działałam, potem żałowałam. Ten chłopak… Charles. Był parę lat starszy, poznałam go na jednej imprezie. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jaki z niego podły człowiek… Pił. Nie tylko okazjonalnie, chyba mogę stwierdzić, że był uzależniony. Kiedy zamierzałam odwołać nasze spotkanie, zaproponował mi pomoc. Zgodził się na zabranie Toby’ego ze sobą. Co miałam zrobić? Wszystko było super, ale małe dzieci bywają irytujące… Zdążyłam się przyzwyczaić, ale Charles nie… Oprócz picia, słynął również z bijatyk i takich tam… Parę razy przyłożył małemu, dość solidnie… A ja się z tego śmiałam, jak jakaś idiotka… Chciałam zamówić taksówkę, bo chłopak sporo wypił. Ale wystarczyło tyko jedno jego spojrzenie i już byłam kupiona. Teraz żałuję, że wsiadłam do tego cholernego auta… W czasie jazdy, Charles puścił kierownicę. Zaczął się popisywać, był kompletnie pijany… a potem… zza zakrętu wyjechał jakiś tir. Chłopak gwałtownie skręcił, i wtedy samochód z całą siłą uderzył w drzewo. Jakimś cudem, udało mi się wydostać na zewnątrz. Pojazd stanął w płomieniach. Nagle, przypomniało mi się o Toby’m… - zaczęła krztusić się własnymi łzami. – Ciągle był w środku… Zaczęłam krzyczeć, ale oprócz mnie, nie było tam nikogo… Charles gdzieś wsiąknął, zostałam zupełnie sama. Potem obraz się urwał… Obudziłam się parę dni później, w szpitalu… Stała nade mną mama… Razem z ojcem i Jackson’em. Pamiętam, że zaczęłam pytać o Toby’ego. Mam… Mama zaczęła płakać i… powie… działa, że… że nie żyję. – nie wytrzymała i wybuchła płaczem. – Jakaś wścibska pielęgniarka, palnęła coś o złych więzach krwi… Wtedy dowiedziałam się o Rufusie. Fajnie co? Wszystko spieprzyłam i już nie mogę tego naprawić.
-… To nie Twoja wina. – wymamrotał Fabian cicho, bo nic innego nie przychodziło mu do głowy.
-A czyja?! – uniosła się dziewczyna. – Zabiłam go, rozumiesz? Zabiłam własnego brata! Nie zasługuję na to wszystko… To ja jestem tą złą, nie Rufus. Powinnam smażyć się w piekle.
-Nie mów tak!
-Nie zasługuję…
Grace poderwała się z podłogi i chwyciła za klamkę. Czuła się z tym strasznie. Sekret ciążył jej na sercu od trzech lat. Dopiero teraz, ujrzał światło dzienne. Miała do siebie żal... Zabrała życie komuś, kto nawet nie zdążył zaznać jego radości…

Patricia obrzuciła Eddie’go pogardliwym spojrzeniem. Nienawidziła go. Cierń w jej sercu, kuł coraz mocniej. Po tym, czego właśnie zaznała, nie pragnęła niczego, poza zemstą… Miller opierał się o framugę drzwi. Wyraźnie ucieszył się na widok Williamson, jednak ta gwałtownie go odepchnęła.
-Co ci jest? – zdziwił się chłopak, biorąc łyk napoju z pomarańczowej puszki. – Pattuś, weź!
-Zamknij się. – warknęła. – Myślisz, że o niczym nie wiem?
-O czym miałabyś… - nim zdążył dokończyć, Trixie już zniknęła w korytarzu.  Jego wzrok przeniósł się na Audrey, która przez cały ten czas, towarzyszyła jego dziewczynie (czy raczej już byłej, bo obecnie nie wiedział na jakim etapie jest ich znajomość). – Ty… Co jej nagadałaś?!
-Nie miej do mnie pretensji, Eddie. Prawdy się nie wywiniesz. – Dream spojrzała na niego z politowaniem i szybko wyszła z kroku, nie siląc się nawet na wymówkę.
Blondyn nie miał wątpliwości: Ktoś musi go wrabiać… Ta sama osoba, która zbajerowała Patricię i być może Audrey. Postanowił dowiedzieć się, kto za tym wszystkim stoi. Inaczej tajemniczy osobnik, nadal będzie czynił z jego życia jedno, wielkie kłamstwo.

-Nie wiesz może, co stało się Patricii? – spytała Amber, zamykając drewniane drzwi. – Kiedy spytałam co jej dolega, powiedziała żebym spadała na drzewo i cytuję: Jak ci zaraz… To dalej było bardzo niegrzeczne.
Fabian wzruszył tylko ramionami. Martwiło go co innego, a mianowicie Grace. Zamknęła się w pokoju i póki co, nie zamierzała stamtąd wychodzić. Ktoś inny, na pewno by ją skrytykował i głowił się na tym nieodpowiedzialnym postępowaniem, ale nie on… Co prawda sam nie dopuścił się podobnego czynu, lecz przecież każdy mógł poszczycić się tymi lepszymi i gorszymi wspomnieniami. Amber spojrzała na niego litościwie.
-Zdecydowałbyś się.
-W jakim sensie?
-Wiesz. Ej, ja też mam dylemat, kiedy wybieram kolor błyszczyka, ale heloooł! Kaszmirowa czerwień i wiśniowe lato są poważniejsze od Twojego łubu dubu! Mam rację, w końcu jestem najmądrzejsza z Domu Anubisa! Alfie powiedział, że mogę być nawet naukowczynią!
-Posunął się aż do tego stopnia? W takim razie, musi Cię serio kochać. – roześmiał się brunet. – To nie jest takie proste Amber…
 Millington westchnęła ciężko i złapała zmieszanego chłopaka za dłonie.
-Musisz wydobyć z siebie uczucia! Gina mnie tego nauczyła. – wyjaśniła blondynka z nieukrywaną dumą, po czym spojrzała w oczy bruneta. – Wydobądź… Ammm!
-Co ty robisz?
-To część terapii. – odparła dziewczyna, poprawiając włosy. – Oczyszczenia duszy, jeśli musisz wiedzieć.
-Wolę nie… - Rutter pokręcił głową i odsunął się od przyjaciółki. – Gdzie ten twój Alfie?
-Piecze ciasto. Razem z Jerome’m. Chcą udobruchać Marę. Zupełnie nie rozumiem o co jej chodzi, a jestem taka mądra! Przecież Hershey jest taka słodka…
-Ale oni nie mają…
-Nie pozwalaj sobie!

-A to właśnie Joy! – Mick postukał palcem w ekran monitora. – Jest naprawdę smerfastyczna.
-Doprawdy! – Gina przytaknęła mu z ożywieniem. – Serio Ci się podoba?
-No! Bogusław potrzebuję matki. – Campbell czule poklepał odkurzacz. – To co? Pomożesz mi?
-Jasne! Już zakładam konto na tym portalu. Jak to się nazywało?
-Samotni i porzuceni.com – westchnął rozmarzony blondyn. – Wchodziła tam codziennie, odkąd Fabian zaczął ją olewać…
-Fascynujące!
Gina, jak na dobrą pisarkę przystało, postanowiła wejść w głąb Mick’a Campbella. Okazało się, iż chłopak żywi silne uczucie do Mercer.
-Nie rozumiem tylko… no bo jeśli kochałeś się w niej od pierwszej klasy, to czemu chodziłeś z Marą?
-Bo mi się dziewczyny pomyliły…
Winchester pokiwała głową z zrozumieniem, po czym rzuciła się na klawiaturę i zabrała za tworzenie profilu na portalu randkowym.
-Jak Cię nazwiemy?
-TenMickusiowaty!
-To cudowne, ale Joy się zorientuję. Trzeba to zrobić tajniacko jak… Różowa Pantera! Mam! – energicznie zabębniła w klawisze – Ooo… Zajęte.
Mick zastanowił się chwilę. Sekundę później, zepchnął Ginę z krzesła i przejął komputer.
-Seksiak z Biblioteki!
-To jest… niesamowite! – brunetka klasnęła w ręce. – Fabian kocha bibliotekę, a Joy jego! To takie realistyczne!
-Miewam smerfastyczne pomysły.
-Muszę opisać to w Twojej osobistej biografii! „Mick Campbell: pot, kangur i nadzieja”! Zobaczysz, zdobędę Nobla! Sienkiewicz może się schować!
-Twoja smerfastyczność przechodzi granice Mickusiowatości.
-Ekscytujące… Ok, chcesz być ognisto płomiennym osiemdziesięciolatkiem, czy niezwykle ponętnym ośmiolatkiem z zielonymi podkolanówkami?
-Wolę rzeczywisty wiek. Chociaż nawet go nie znam…
Godzinę później, profil był już gotowy. Na awatarze Campbella, widniała podobizna jego ukochanego odkurzacza. Mercer szybko przyjęła zaproszenie, bo jak twierdził chłopak, spędzała na portalu większą część swojego życia. Rozwój konwersacji, wyglądał następująco:
JoyRutter: Hej!
SzB: Siemaneczko!
JR: Po co mnie zaprosiłeś?
SzB: Jajco.
JR: Ciekawe… Jaki jesteś?
SzB: Jak Fabian Rutter, którego nawet nie znam.
JR: Co? A sorry, piszę o nim na swoim profilu.
SzB: Se… znaczy tak!
JR: Mhmm… Lubisz się uczyć?
SzB: <Gina, co to znaczy uczyć?> Ubóstwiam! Kocham książki!
JR: Och…
SzB: Jestem kochany…
JR: Mmm…
SzB: I noszę swetry robione na drutach przez siostrę kuzynki bratanicy synowej sąsiadki szwagierki siostry mojej babci!
JR: … LOVE! <3333
SzB: Hehe!

Jeremy Winkler zacisnął pięści. Zapłacą mu za to… Gdyby nie oni, Jason nadal by żył. Zamierzał ich wszystkich zniszczyć. Jedną osobę już mieli… Teraz czas na kolejną. Greg musi być z niego zadowolony. Tylko on może pomóc w zemście na nich… Wszyscy byli fałszywi. Swój prawdziwy charakter, kryli pod maską sztucznych uśmiechów. Nie z nim te numery… Rozpracował ich, ot co. Nienawidził ich z całego serca…
-Czemu się nie uśmiechasz?
Jeremy podniósł głowę i zmierzył wzrokiem przybyłą dziewczynę. Była to szczupła brunetka z błyszczącymi oczami i promiennym wyrazem twarzy. Wyglądała na miłą, ale Jeremy podejrzewał, iż trzyma się z uczniami Domu Anubisa… Uniósł brwi, oczekując na dalsze wyjaśnienia.
-Jestem Gina! Pomagam Mick’owi!
-Sorry, nie znam.
-Każdy zna Mick’a! – roześmiała się dziewczyna. – Szukasz czegoś? – zapytała, po czym sama udzieliła odpowiedzi. – Radości?
-Nie. – odburknął chłopak, poprawiając brudnozieloną bluzę. – Odwal się.
-Ooo… Nie wstydź się! Jest tyle rzeczy, które cieszą oczy! Słońce, przyroda…
-Mam się naćpać kwiatkami? Śmieszna jesteś.
Spodziewał się dość wrogiej reakcji, lecz dziewczyna roześmiała się perliście i spojrzała w niebo.
-To wszystko jest cudne… Plany, marzenia…
-Najlepszym marzeniem, jest nie mieć marzeń.
-Najpiękniejsze wartości masz za darmo i dlatego powinieneś się uśmiechnąć. Na świecie są ludzie bogaci i biedni. Zauważ, że najważniejsze wartości jak miłość czy przyjaźń otrzymujemy za darmo. To jest piękne…
-Matko… - westchnął chłopak i wyjął z kieszeni paczkę papierosów. Wetknął sobie jednego do ust, po czym spojrzał na zniesmaczoną Ginę. – Przeszkadza Ci coś?
-Trujesz się. – stwierdziła stanowczo. – Wiem, że bardzo cierpisz po śmierci Jason’a, jednak ciągle się tego wypierasz. Nie mów, że się z tym pogodziłeś, bo to nieprawda. Zrozum.
Jeremy spojrzał na nią z rozdziawionymi ustami. Widział ją pierwszy raz w życiu, a ta wiedziała o nim praktycznie wszystko! Przecież nie znała jego brata…
-Skąd ty…
-Dobra pisarka, musi wiedzieć wszystko! – zakomunikowała Gina, po czym wyrwała mu z rąk papierosa i żwawo ruszyła przed siebie, zostawiając chłopaka w towarzystwie własnych myśli.

-Będzie miała na imię Hershey!
-Nie!
-Tak!
-Nie!
-Tak!
-Jerome!
-Marusiu, księżniczko ty moja marudna, Clarke'owi się nie sprzeciwia. Chociaż... Niedługo ty też będziesz dumna posiadaczką tego nazwiska, więc...
'Księżniczka' cisnęła w blondyna poduszką i skrzyżowała ramiona. Chłopak wyszczerzył zęby w uśmiechu, przyciągając do siebie rozgniewaną dziewczynę.
-Wiesz...
-Tak?
-Bo jakby to powiedzieć... Na Allegro była promocja dziecięcej kołyski i...

Benny siedział w pokoju, bawiąc się piłeczką ping-pongową. Leczył rany, po kolejnej nieudanej próbie zaimponowania Stelli. Zaprzysiągł sobie, że kiedy tylko zobaczy Joy udusi ją gołymi rękoma. Wiedział, iż dziewczyna ma manię pakowania się w cudze związki, ale żeby aż taką? Normalnie by się tym nie przejął, bo osobiście wyznawał zasadę „Jak nie ta, to następna”. Kiedyś. Oświecenia dostał całkiem niedawno, bo 2 godziny temu. Dostał wiadomość od niejakiego W…

„Idzie nie za dobrze, nieprawdaż?
Ciekawe co Stella zrobi, kiedy dowie się o zakładzie…
W.”


W tym momencie, coś w nim pękło. Jeszcze w trzeciej klasie, założył się z Eddie’m i Alfie’m, że uda mu się poderwać Stellę. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, iż ‘zupełnie przypadkiem’ naprawdę się zakochał. To wszystko co jej mówił… Wymyślał to na poczekaniu, jednak dopiero teraz zrozumiał jak bardzo jest dla niego ważna. Nie traktował jej poważnie, co było jednym, wielkim błędem. Zamiast cieszyć się wygranym zakładem, myślał o niej... Jego Stellci. Otworzyła przed nim serce, a on to zwyczajnie olał. Czuł się jak ostatni kretyn.
-Bardzo mądrze Benny, bardzo.
Chłopak podniósł wzrok. Nad nim stała Stella z zabazgranym świstkiem w dłoni. Uśmiechała się smutno. Walker wyrwał jej z rąk kartkę i szybko przeszył ja wzrokiem. Schował twarz w dłoniach. W. dopiął swego... Stella znała całą prawdę i najwyraźniej próbowała ją przetrawić.
-Stella...
-Zajęta jestem.
-Czym?
-Oddychaniem. - prychnęła, po czym powoli podeszła do drzwi. - Fajne to było?
-Co?
-Robienie ze mnie idiotki. - odparła smutno. - No leć! Pochwal się wszystkim! Jestem fajny, bo zła Stellcia na mnie poleciała! Fajnie...
Benny nie wiedział co robić. Właśnie doznał objawienia Bożego, a ta chciała się kłócić! Szykuję się na ko... chwila, przecież nie są już razem. Zrozumiał, iż wszystkie jego słowa, które padły pod jej adresem były prawdziwe. Tylko nie zdawał sobie z tego świadomości. Babcia miała rację: jełop z niego.
-Stellcia...
-No?
-Kakałka Ci zrobić?

PRZEPRASZAM! Wiem, miało być w czwartek, ale mam postanowiła zabrać mi komputer xd Spokojnie Sapphire nadal wbija po tajniacku ^ ^. Widzieliście zwiastun filmu? Było tam dużo Marusi. Ta, nowa dziewczyna Fabian'a -,- Nie tak wyobrażałam sobie zakończenie Anubisa... Jestem strasznie rozczarowana.
Ostatnia nadzieja. Może coś jeszcze będzie, bo ciągle zastanawia mnie ten gif:
Me gusta spojrzenie Jerusia ^ ^ Ojoj... To takie sÓitaśne. Obok Fabian i Joy: ich superaśne nowe połówki -,-
I kill you Waldzio. JE JURE!