sobota, 28 września 2013

Opowiadanie cz. 60, Skinny love.

HORRORYSTYCZNY ROZDZIAŁ BĘDZIE DOPIERO W NASTĘPNYM RAZEM, GDYŻ OPOWIADANIE WYSZŁO MI ZA DŁUGIE I MUSIAŁAM JE ROZDZIELIĆ. ZAPRASZAM DO CZYTANIA :)

Z perspektywy Fabiana

-Nie za dużo? - spojrzałem na Grace, która właśnie wcinała piątego hamburgera.
-Za mało. Trzeba chronić się przed anoreksją! - zakomunikowała z pełną buzią, po czym zatrzymała się gwałtownie. -Ej... Czyli uważasz, że jestem gruba? Więcej z Tobą nie rozmawiam!
Uśmiechnąłem się lekko i objąłem ją ramieniem. To dziwne, ile szczęścia może dać ci jedna osoba. Już chyba zapomniałem jak to jest z czegokolwiek się cieszyć. Najważniejsze jest to, że mam dla kogo żyć. Wreszcie...
-Wracamy? - Grace wyprzedziła mnie o parę kroków. - Trudy powinna już coś upichcić.
-A ty nadal głodna? - dałem jej żartobliwego kuksańca.
-Nie obrażaj mnie, jestem niesamowicie... Hej, czy to nie Stella z Patricią?
Odwróciłem głowę. Faktycznie. Sąsiednią alejką leciała Patt wraz z już mniej aktywną fizycznie brunetką. Poczułem dziwny niepokój w sercu. A co jeśli wszystko widziały? Czeka mnie jeszcze przeprawa przez Amber... Z wielką gulą w gardle, wysiliłem się na słaby uśmiech. Mam nadzieję, że Trixie da się nabrać.
-Co się tak szczerzysz? - spytała mnie Stella na przywitanie. - Zęby Cię bolą?
-Możliwe, ale... - Patt usiłowała odzyskać wdech w piersiach. - Uf... Wreszcie was znalazłyśmy! Victor kazał nam oblecieć mu miasta żeby was złap... Ale się zmęczyłam. Jesteś mi winny parę nowych butów! - oświadczyła, spoglądając w moją stronę. - Kurczę, gadam jak Amber. Źle ze mną. Tak czy siak, nie powiedziałam wam najważniejszego. Ktoś był w Domu Anubisa. Wszystko jest porozwalane, ktoś grzebał w naszych rzeczach. Nie wiecie, bo wyfrunęliście z autokaru zaraz po przyjeździe.
-Czo? - Foster zachłysnęła się hamburgerem i Patricia musiała solidnie poklepać ją po plecach. - Tfo nedopfuszczalne! Zgibnęło czość?
-Parę rzeczy. - odpowiedziała Stella niezrażona. - A Braco razem z nimi.

***********

-A więc przeżywamy to wszystko jeszcze raz? - Amber złapała się za klatkę piersiową. - I ty nic nam nie mówiłaś?
-Wolałam załatwić to sama. - odparła Trixie, nieco urażona.
Po niespodziewanym włamaniu, Jerome zmusił ją by powiedziała prawdę reszcie Sibuny. Coś tu nie grało. Clarke podejrzewał, że tajemniczy prześladowca jest coraz bliżej swojego celu. 
-Ja chyba mdleję. Znaczy, że kiedyś... O nie!
Millington przyłożyła dłoń do czoła, po czym upadła na kamienną posadzkę. Alfie od razu rzucił się jej do pomocy, nie zważając na irytujące piski blondynki.
-A więc... - Fabian usiłował nie zwracać uwagi na kotłującą się dwójkę. - Po co to wszystko? Wydarzyło się coś... wtedy?
Patricia rozejrzawszy się dookoła, złapała Ruttera za ramię. Spojrzała na niego z powagą, usiłując przekazać mu wielką wartość sprawy.
-Obiecaj, że nikomu o tym nie powiesz. I wy też. - odwróciła się do reszty Sibuny. - Między innymi dlatego nie zabrałam ze sobą Mary. Jerome i ja byliśmy tutaj rano. - wskazała na drzwi prowadzące do nieznanego grupie pomieszczenia. - Za każdym razem mamy okazję zobaczyć momenty naszej zapomnianej przeszłości. Czy przyszłości, nie wiem jak to ująć. W każdym razie dzisiaj... Może zacznę od początku. Amber wyjechała na początku semestru. Na jej miejsce weszła Willow Jenks. - na te słowa, blondynka zadarła nos i udawała obrażoną. - I teraz się nie przeraźcie. Powiem to jednym tchem, ok? Alfie był z Willow, Fabian z Marą, a do Eddiego zarywała ta psychiczna laska. Jerome... został chłopakiem Joy.
Na te słowa siedzący w kącie Clarke, spojrzał na Ruttera ze złością. Wyglądało na to, że bardzo poważnie myśli o uszkodzeniu mu pewnych części ciała.
-Byłem z Marą... Ale jak? - Fabian odsunął się parę kroków do tyłu, szczególnie, iż Grace zaczęła niebezpiecznie mierzyć go wzrokiem.
-No właśnie! Też się nad tym zastanawiam! - Jerome poderwał się z podłogi. - Jestem przystojniejszy, seksowniejszy, mądrzejszy, nie oszukujmy się jestem praktycznie idealny! Jak ona mogła wybrać Ciebie? I co ja robię z Joy? Jestem pewien, że to przez Micka.
-Micka? - Foster oderwała wzrok od chłopaka. - Znowu przerabiał zdjęcia w paintcie?
Patricia oparła się o ścianę i westchnąwszy ciężko, usiłowała doczekać chwili spokoju. Kiedy Jerome znalazł się w bezpiecznej odległości od Ruttera kontynuowała monolog.
-To tak: znalazłam...
-Ale, że co co co? - oprzytomniała Amber. - Czy ja dobrze słyszałam, że Alfie był z Willow? Alfie! Natychmiast stąd wyjdź!
-Nic nie zrobiłem! Znaczy... - zająknął się Lewis. - Coś tam zrobiłem, ale to zostało cofnięte!
-Zejdź mi z oczu? Co za pulpet! - fuknęła blondynka, odwracając się do chłopaka plecami.
-Chyba tupet.
-To to samo! - Amber odrzuciła do tyłu piękne, jasne włosy. - A ty co Pattusiu milczysz? Nie rozumiem czemu nadal nie mówisz!
Williamson burknęła pod nosem coś, czego nie należy powtarzać, więc nie dociekajcie znaczenia tych niemiłych słów. Tak czy inaczej, Sibuna definitywnie wróciła do gry...


Z perspektywy Abby

Miałam już dość. Tak bardzo chciałabym znaleźć sposób na przetrwanie całego roku szkolnego. Nie mogę dłużej tu być. Nie mogę być przy nich... Każdego dnia wymyślano dla mnie nowe wyzwiska i chociaż niektórych z nich jeszcze nie słyszałam, dobrze wiedziałam o ich istnieniu. Od kiedy zostałam wypisana z Domu Anubisa wszystko się posypało. Nie miałam już żadnych przyjaciół, otaczały mnie jedyne mniej miłe osoby. Dla niektórych sprawa wydaję się być prosta, lecz to wcale nie takie zwyczajne. Trudno jest żyć, kiedy ktoś ciągle cię poniża. Mimo, że nie zrobiłaś mu nic złego.
Zawsze byłam niewidzialna. Raniono mnie różnymi, przykrymi słowami. I nikogo nie obchodziło to jak mogę się teraz czuć. A było strasznie.
Oglądałam różne filmy o prześladowaniu ludzi, jednak każdy kończył się wzruszającą przemową głównego bohatera i nagle wszyscy wrogowie zdawali sobie sprawę z fatalnych błędów. Naprawdę tak nie jest. Bo co mi da to, że zacznę krzyczeć czy płakać? Kolejną okazję do poniżenia? Tego bym nie chciała.
A może problem tkwi we mnie. W tym, że nie jestem przerażająco chuda i nie noszę ciuchów za całą górę kasy? I pomyśleć, że jedna, mała metka na ubraniu, może tyle zdziałać na ocenie człowieka.
Można to olać, oczywiście.
Nie umiem. Nie jestem typem osoby, która potrafi mieć wszystko gdzieś i nie dać zbić się z tropu. Jestem śmieciem. A nim się pomiata. On nie ma uczuć.
-Abby? Ty płaczesz?
Stella. Nie może mnie zobaczyć. Będzie się śmiała.
Kiedy usiłowałam znaleźć jakiś dobry punkt ucieczki, złapała mnie za ramię i pociągnęła w stronę ławki.
-Co się stało? - zapytała z nietypową dla niej troską. - Źle się czujesz?
-Można tak powiedzieć. - pociągnęłam nosem, wciąż uciekając od jej spojrzenia. - Nic wielkiego.
-To ci z Domu Ozyrysa? Znowu pieprzyli ci jakieś głupoty?
Pokiwałam głową, już licząc się z konsekwencjami. Stella potrafi dokopać, jednak potem wszystko obróci się przeciwko mnie. Jak zwykle...
-Tak nie może być. Powinnaś...
-Zgłosić to komuś? Ignorować? To nic nie da, Stella. Z każdym takim krokiem coraz bardziej staczam się na dno. Z tego nie można się wyleczyć. Pozostanie Ci tylko wielka rana na sercu. Cokolwiek zrobię, będzie gorzej. To nigdy nie odejdzie...
Stella gwałtownie wstała z ławki i mocno ścisnęła mój nadgarstek. Spojrzałam na nią z lekkim niepokojem. Nie miałam pojęcia, co zamierza zrobić.
-Idziemy. - oświadczyła krótko. - Dłużej tam nie zostaniesz. Nie wiem jak to odbierzesz, ale od dzisiaj obie zapominamy o tym co bolało i nadal boli. Bo są ważniejsze rzeczy. Prawda?
Prawda...


-Przepraszam... - odparła Williamson ze skruchą. - Nie powinnam.
Jerome Clarke podniósł wzrok i obróciwszy się w stronę Patt, pokręcił głową.
-Musiałaś im powiedzieć. O Marze i... Joy też. - dwa ostatnie słowa nie chciały przejść mu przez gardło. - Nie wierzę w to Trixie. Jakim cudem?
-Bo wiem. - rudowłosa wywróciła oczami. - Tak bywa w życiu.
-Ale to nie o to chodzi... To nie mogło się stać, za bardzo ją kocham. Marę. - powiedział cicho, prawie niedosłyszalnie.
Dziewczyna usiadła koło niego i delikatnie ujęła jego dłoń. Zraniła go, choć bardzo tego nie chciała. Ktoś inny pomyślałby, że chodzi tu o wielkie upokorzenie ze strony innych. Jednak Jerome'a nie obchodziło zdanie współlokatorów. Mara. Kiedyś obiecał sobie, że jeśli kiedykolwiek będą razem to nigdy jej nie straci. Chciał iść z nią przez życie, spełniać wspólne marzenia, realizować się... Wszystko zniknęło jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
-Wiesz co? - w oczach Trixie pojawił się entuzjastyczny błysk. - To wszystko ma sens! Może jest w tym jakieś głębsze podejście? Cofnięto czas, byśmy mogli uniknąć wszystkich błędów, które popełniliśmy. Nie zostawiaj Mary. Masz drugą szansę, nie zmarnuj jej.
-Nie zostawiaj... To zabawne, bo widzisz - blondyn wzniósł oczy ku niebu. - Całkiem niedawno usłyszałem to od takiej dziewczyny... Kazała mi zawsze być przy niej, chociaż na początku palnęła coś o mnie i Joy... - jego błękitne oczy przybrały kształt spodków kosmicznych. - Skąd ona mogła to wiedzieć? Myślisz, że...
-Jest jedną z nielicznych, która pamięta naszą przyszłość? - Williamson szybko załapała temat. - To K.T?
-Nie, ale mają podobne rysy... Gdzie ją spotkałaś?
-K.T? Obok takiego rozwalonego budynku...
-Dobrze. - Clarke wstał z murku i oznajmił stanowczo. - Pójdziemy tam jutro. Nie mogę tak tego zostawić. Naprawimy wszystko. Musimy, Patt. Musimy.



-Ale tak nie może być. - Panna Andrews westchnęła zza biurka. - Przenosin nie da zorganizować się ot tak.
-A spędzać czas w towarzystwie chorych psychicznie plastików to można?
Stella potrafiła być natrętna, czasami aż za bardzo. O dziwo wstawiło się za nią większość uczniów Domu Anubisa. Mick nawet zechciał towarzyszyć jej w gabinecie dyrektorki. Oczywiście z nieodłącznym Bogusławem.
-Abby to moja smerfastyczna kumpelka! Chcemy ją z powrotem! - oświadczył Campbell, tuląc urządzenie do piersi. - Na krowie kopytko, pani musi nas wysłuchać!
Dyrektorka złączyła koniuszki palców i podumała chwilę. Po paru minutach, wyrwała się z zamyślenia i zwróciła wzrok w stronę dziewczyn (i istoty człekopodobnej).
-Obawiam się, że to nie możliwe. Przykro mi.
Kiedy Abby była gotowa zawrócić, Stella chwyciła ją za bluzę i pociągnęła do tyłu. Widząc niepokojący smutek w jej oczach, postanowiła spróbować jeszcze raz.
-Przepraszam, ale to pani powinna się tym zająć. Nie rusza to pani? W takim razie wybrano nam złą dyrektorkę. Ona cierpi, naprawdę to nic dla pani nie znaczy? Ze mnie też się śmiano. Wiele razy. Ale nie w tym domu. Tutaj ludzie są tolerancyjni i nawet jeśli na pozór trudno ich czasem zrozumieć, można im zaufać. Stoimy za sobą murem, zawsze. Abby powinna być z nami, bo tylko u nas znajdzie to, czego potrzebuje każda osoba. I mówię to ja. Mogłaby zwrócić na to pani uwagę.
Andrews pokiwała głową, upiwszy łyk kawy z pistacjowej filiżanki. Stojąca obok Valentine uznała, iż musi wtrącić swoje trzy grosze.
-To może sprawić dużo problemów. Może da radę się z nimi dogadać. Osobiście jestem za tym, żeby Abby została w Domu Ozyrysa.
Policzki Stelli zajęły się ostrym odcieniem czerwieni. Mick, widząc zmartwienie na twarzach koleżanek, chwycił rurę od odkurzacza i skierował nią w stronę Valentine.
-W takim razie nie mamy wyboru. - rzekł blondyn ze złością. - Bogusławie! Żryj tą dziewkę!
Nauczycielka spojrzała na chłopca z lekkim przerażeniem i szybko wycofała się o parę kroków do tyłu. Campbell roześmiał się złowieszczo. Zaczął skakać po pokoju, podśpiewując coś o niebieskich żyrafach.
-Możemy na słówko? - Stella wychyliła się zza pleców Valentine.
Kobieta skinęła głową, gdyż Mick właśnie planował strategię ataku i pozostanie w bliskiej odległości mogło mieć poważne konsekwencje zdrowotne.
-Pani jest ciocią Maxa, no nie? - Wright uśmiechnęła się słodko. Niepokojąco słodko.
-Taak... A co? Znowu coś zepsuł? Mam dosyć. - przyłożyła dłoń do czoła. - Wysiądę zaraz. Mój brat wierzył, że dam radę się nim zająć, a on mnie tylko z kasy okrada. Zachłanny chłopak.
-Tak, tak. Wyznał mi ostatnio... że jeśli nigdy nie znajdzie dziewczyny... to zamieszka razem z panią... w końcu rodzina zawsze pomoże. A pani nie potrafi odmawiać. - w wypowiedzi brunetki przewinęła się niewidoczna stanowczość. - Jeżeli Abby z nami zamieszka jest szansa, że Max wreszcie się ustatkuję a pani będzie mogła wieść spokojne życie ze swoimi kotami. Jego przeniesiono do Izydy, lecz w Anubisie jest sporo miejsca... Ale oczywiście jest to niemożliwe, bo macie swoje kaprysy. Uszanujemy to.
Wargi Valentine zaczęły drżeć. Jej przyszłość stała pod wielkim znakiem zapytania. A co jeśli... przyjdzie spędzić jej resztę życia w towarzystwie tego niedorobionego syna swojego jeszcze gorszego brata? Nie tak zaplanowała sobie wszystkie swoje lata.
-To co? Rozumiemy się? - Stella wciąż miała ten irytujący uśmiech na ustach. - Tak?
-Daphne! - Nauczycielka walnęła dłonią o blat. - Nie zostawisz Abby w Domu Ozyrysa do cholery! Nie zachowuj się jak kretynka, nie widzisz, że to dziecko cierpi! Jesteś nienormalna, przenoś ją natychmiast! NATYCHMIAST!
Andrews pospiesznie zbierała wszystkie papiery z biurka, usiłując dokopać się do właściwego dokumentu. Kiedy wydobyła kartę ucznia, zrobiła parę poprawek w miejscu zamieszkania i wręczyła Abby kopertę.
-Proszę. Idźcie już. Muszę poważnie porozmawiać z moją koleżanką. - spojrzała na Valentine chłodno. - Niedopuszczalne... Jak można...
Nie dokończyła, bo do sali wpadła zasapana Gina. Wskoczyła na biurko nauczycielki i zaczęła wrzeszczeć.
-Mnie też przenieście! Nie zostanę w Domu Izydy ani chwili dłużej! Weźcie mnie stamtąd! W tej chwili! Oni jedzą swoje organy i płatki z dywanu! Ratujcie kochani!
Pani Daphne popatrzyła na nią z troską, po czym wraz z rozemocjonowaną Valentine, wyszła z gabinetu. Abby rzuciła się Stelli na szyję i uśmiechnęła się z promienną wdzięcznością.
-Dziękuję Ci bardzo! Nie wiem jak to zrobiłaś, ale jesteś niesamowita.
-No wiem. - Wright wzruszyła ramionami. - Komplementuj mnie dalej.
-Skromna. - roześmiała się Roye, kątem oka spoglądając na zrozpaczoną Ginę, która tarzała się po biurku. - Aa... Co powiedziałaś Valentine? Zmieniła zdanie tak szybko...
-Wiesz... Takie tam. - Stella szybko odwróciła wzrok. - Ale jest duża szansa na to, że zostaniecie rodziną...



Wyprowadzkę z Domu Anubisa można było uznać za jedną z szczęśliwszych chwil w życiu Abby. To było magiczne, bo wszystkie złe słowa nagle przestały mieć znaczenie. W jednej chwili cały niepokój opuścił jej zmartwione serce i rozpłynął się w powietrzu.
-To już wszystkie? - Max położył walizkę na łóżku.
-Brakuję jednej, Jerome ją tacha. Zaraz powin... - umilkła, bo wyjrzawszy za barierkę, ujrzała leżącego na podłodze Clarke'a, przygniecionego ciężarem jaskrawozielonej walizki.
Brunetka szybko zbiegła po schodach (taranując przy tym zziajaną Marę, która w zamian za porady miłosne, zgodziła się przenieść kilka toreb) i zdjęła z chłopaka torbę. Blondyn wstał z podłogi, po czym otrzepawszy się z kurzu (te zarazki), wysapał:
-Kiedy ja i Marusia będziemy kupować dom... To ona zajmie się przenoszeniem tych wszystkich gratów!
-W ciąży to raczej nie wypada. - odparła Roye, puściwszy oko do kolegi. - Nieprawdaż?
-W ciąży?! Czyli wierzysz, że będziemy mieli Hershey? - zapytał wyraźnie uszczęśliwiony chłopak. - Słyszysz Marusiu? To przeznaczenie!
-Ta. - mruknęła Jaffray, odstawiając beżowy karton. - Na pewno.
-Marusiu, czuję sarkazm w twym pięknym głosie!
-To bardzo dobrze czujesz, kochanie. Bo żadnej Hershey nie będzie.
-Ranisz me serce!
-Ranisz mój rozum!
Abby uśmiechnęła się pod nosem i pozbierała porozwalane rzeczy. Mara wciąż darła koty ze swoim niezwykle przystojnym (nadużywanie epitetów dla boskiej osoby dżerusia) chłopakiem.
-Daj z tym wreszcie spokój! Nie będziemy mieli dzieci! Prawda, Max? - zwróciła się do przechodzącego chłopaka. - Powiedz mu!
-Nie planujecie więcej dzieci po jego junior Marusi? - tu wskazał na wyszczerzonego Clarke'a. - Hershey będzie jedynaczką? No trudno, tak też bywa.


-Co to za nowa? - Amber wychyliła głowę zza drzwi szafki. - Nie znam jej.
-Valerie, czy jakoś tak. - oburknęła Jaffray. - Mieszka w Domu Izydy. Dzisiaj pytała Jerome'a o godzinę. Zdzira.
Obiektem rozmów uczennic Anubisa była nowa mieszkanka sąsiadującego domu. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie to, że dziewczyna wyglądała naprawdę super, co nie podobało się naszym ukochanym bohaterkom.
-Eddie się na nią gapił. - mruknęła Patricia z odrazą. - Kretyn pieprzony. Jakby nie wiedział, że patrzę.
-Fabian pożyczył jej podręcznik do matmy. - Grace nerwowo przeżuwała kanapkę. - Zdrajca.
-Alfie przytrzymał jej drzwi! No nie mogę! Najpierw Willow a teraz to babsko? - Millington zmarszczyła brwi. - Nie mogę na to patrzeć! A stres źle działa na cerę? Co mam robić? Dziewczyny!
-Max z nią mieszka. A teraz do niej podszedł! Rozmawiają! - przeraziła się Roye.
-A nie zapraszał Cię gdzieś ostatnio? - zauważyła Amber, zaczesując włosy. - Przecież ty ciągle go olewasz.
-To nie upoważnia go do rozmawiania z innymi dziewczynami. - Abby zacisnęła wargi, nie spuszczając wzroku z chłopaka. - Uśmiecha się! A powinien płakać!
Podczas gdy inne dziewczyny ubolewały nad losem swoim związków, Stella popukała się w czoło i usiłowała ogarnąć załamane towarzyszki.
-Pogrzało was coś? Ona nic nie robi. Ja na waszym miejscu nie byłabym zła. Rozstałam się z pewnym idiotą już dobre parę miesięcy temu i nie jestem ani trochę zazdrosna. Powinnyście wreszcie się ogarnąć i... - tu urwała, bo właśnie zobaczyła jak rzekoma Valerie kładzie dłoń na ramieniu Benny'iego. - Zaraz ją stłucze.
Amber westchnęła teatralnie, po czym wręczyła Marze różową szczotkę do włosów.
-Proszę, przyda ci się. - oświadczyła uroczyście. - Dziewczyny! Widzimy się jutro, punkt ósma. Przynieście wałki, suszarkę, toporek, ewentualnie patelnię. Wojnę czas zacząć!


Stella wpatrywała się w swoją szafkę już od dobrych pięciu minut. Nie wiadomo z jakich przyczyn znalazło się w niej zdjęcie roześmianej Poppy. Dziewczyna westchnęła ciężko, po czym jednym szybkich ruchem zdarła fotografię. Dobrze wiedziała, że Poppy ma na jej punkcie bzika, jednak w życiu nie posądziłaby jej o włam do cudzej szafki. Widocznie jej nie doceniała. Młoda szybko się uczy.
-Hej Stellciu. - za drzwiami szafki rozległ się znajomy, niezwykle denerwujący głos. - Słyszałem co zrobiłaś dla Abby. Ładnie postąpiłaś.
-Zamknij się. - odburknęła brunetka gwałtownie zamykając szafkę. - Nara.
Kiedy Wright miała odmaszerować do punktu wyjścia, chłopak zagrodził jej drogę i chwycił za nadgarstki.
-Puszczaj do cholery! - wysyczała, usiłując nie patrzeć w jego oczy. - Jeśli chcesz się pochwalić swym powalającym oddechem to coś ci nie wyszło.
Chłopak pokręcił głową z uśmiechem. Brunetka westchnęła cicho i zaczęła błądzić wzrokiem po suficie. Będzie musiała znieść kolejne wyżalenie tego idioty. Znowu.
-Zrobiłem Ci kanapkę, ale byłem głodny i zjadłem.
-Ahmm.
-Rozmawiałem dzisiaj z Abby i uznała, że powinniśmy porozmawiać.
Co? Widocznie to jest jej forma odwdzięczenia się za przeprowadzkę. Coś nie wyszło, bo Stella cały czas walczyła z odruchem wymiotnym, a Benny opisywał wszystkie składniki jego boskiej kanapki. Kiedy skończył historię o swoim największym dziele życiowym, spojrzał na nią z dziwnym lękiem. Bał się, sam do końca nie wiedząc czego.
-A więc Stellciu... Przyszedłem pogadać.
-No a co robimy? - dziewczyna wywróciła oczami. - Dalej, streszczaj się bo mam jeszcze coś do roboty.
Chłopak puścił jej dłonie i rozejrzał się dookoła. Korytarz świecił pustkami, co było mu bardzo na rękę.
-To co stało się...
-Ta, ta wiem. Założyłeś się, było fajnie i w ogóle, ale jakiś idiota w pelerynie cię rozszyfrował. Wiem jak było. Bardzo dobrze. - dodała z naciskiem. - Jak chcesz urządzać sobie jakieś flirty to leć do Giny. Jest wolna i do wzięcia. Jeszcze przez długi, dłuuuugi czas.
Stella nie dała zbić się z tropu. Była twarda, poświęciła dużo czasu na zbudowanie osłony dla serca. Tym razem nie pęknie. Mimo tego, że nadal naiwnie patrzy na ich relacje.
-Daj mi dokończyć. Wcale Cię nie znałem i nie byłem wobec Ciebie fair, ale to nie zmienia jednej ważnej rzeczy. Wszyscy mnie już ochrzanili, nawet moja własna babcia! Przestała przesyłać mi słodycze! - oświadczył z urazą. - Zacząłem kiepsko. Skończyłem w sumie też. Nie jest jeszcze za późno, żeby coś zmienić. Szczerze to wątpię, że ktokolwiek będzie chciał hajtnąć się z taką jedzą jak ty...
-I nawzajem. - burknęła urażona. - Przystojniaku.
-Bez ironii, Stellciu. Jestem niezwykle urodziwy, ot co. Wiele kobiet mi to mówi!
-Przyjaciółki babci z ławeczki się nie liczą. - rzuciła z złośliwym uśmiechem. - Mama też nie.
-Pff. To też dziewczyny... - oparł nieco przygaszony. - Tak czy inaczej: Zraniłem Cię. Obiecuję, że postaram się już nigdy w życiu nie popełnić tego błędu. Patrz jakie mam rozwinięto słownictwo, spisałem z Google! Nic nie trwa wiecznie, jednak możemy to zmienić. Szczerze mówiąc... pozwoliłbym Ci nawet dotknąć gitary!
-Wow. - brunetka spojrzała na niego obojętnie - To się wzruszyłam.
-Cichutko Stellciu, ja ci tu przekazuje ważną informacją. Kurczę, ale jestem głodny. Ta kanapka to była jednak za mała.
Stella westchnęła z pobłażaniem i kiedy chciała opuścić arenę nieudanego podrywu, Benny nadal nie dawał jej przejść.
-Tak szczerze: Nie wiem jak Ci to powiedzieć, ale wiedz, że naprawdę nie chciałem zrobić Ci nic złego. Jesteś jedyną osobą, która zna mnie do podszewki, dlatego powinnaś mi uwierzyć. Jeszcze nigdy w życiu nikt nie był ważny dla mnie tak jak ty teraz. Tęsknie za Tobą. Za Twoim marudzeniem, za wiecznie nieobecnym uśmieszkiem. Wolałbym tego uniknąć, ale dobrze, że W. powiedziało Ci prawdę. Nie znałem Cię wtedy. Nie wiedziałem, że za tą straszną, irytującą, zrzędliwą, marudną, złośliwą, agresywną, egocentrycz... - tu przerwał, bo Stella zaczęła świdrować go wzrokiem bazyliszka. - No co, prawda miała być!
-Za dużo mówisz.
- Tak czy siak: nie będę kłamać, nie chciałem się zakochać. Ale wyszło jak wyszło i teraz wiem, że to jedna z najlepszych rzeczy jakie mnie w życiu spotkały. Jesteś tuż obok Nutelli i gia kanapki. Gitary nie dościgłaś, trudno. Jesteś wspaniałą, piękną dziewczyną, z którą można pogadać o wszystkim. Widocznie los chciał żebyśmy się spotkali, bo nie wyobrażam sobie żebym mógł być z kimkolwiek innym. - widząc zadowolenie malujące się na twarzy dziewczyny, uśmiechnął się i powiedział - Kocham Cię, Stella.




Z perspektywy Abby

Wspominałam już, że nigdy nie miałam chłopaka? Wszystkie moje rówieśniczki zaczęły podboje już w podstawówce a ja właśnie kończyłam 18 lat i nie mogłam pochwalić się niczym szczególnym. Najpierw trzeba być chudym, potem fantazjować o romansidłach, które i tak nigdy się nie spełnią. Naprawdę chciałabym znaleźć osobę o dobrym sercu, patrzącą w głąb. Bo nie trzeba być perfekcyjną od zewnątrz żeby wzbudzić czyjeś uczucie. Miłość nie powinna tak wyglądać. Kiedy kocha się prawdziwie, nie liczy się nic prócz wspólnego szczęścia.
-Co ty trzymasz w tych walizkach? - Max ledwo trzymał się na nogach.
-Ciuchy.
-I mówi to dziewczyna, która wiecznie narzeka na inne lalusie? - mrugnął do mnie porozumiewawczo. - Interesujące.
Możliwe, że zaraz przechrzci mnie za niebywale ciężkie walizki. Ma ładne oczy... Nie, nie patrz się tak na niego, ucieknie a ty będziesz ryczeć przez tydzień. Czemu tak się tym przejmujesz? Ou. Nie. Nie możesz. Nie rób mi tego idioto, nie patrz się tak na mnie!
-Stało się coś?
Poza tym, że masz ładne oczy to chyba nic. Cicho Abby, pod żadnym pozorem nie myśl o rzeczach, które podsuwa ci twoja chora wyobraźnia.
-Dobrze się czujesz?
Głos też ma ładny, taki ciepły... Myśl o Hershey, myśl o Hershey... Jerome miał rację, to faktycznie pomaga!
-Jakbyś czegoś potrzebowała, jestem tu obok.
Hershey, Hershey, Hershey.
-Zawsze możesz na mnie liczyć.
Hershey, Hershey, Hersh... Zaraz, czemu myślę o cudzym dziecku, które (swoją drogą) jeszcze nawet się nie urodziło?
-Stella obiecała mi, że się Tobą zajmie - Stella? Maxiemu? Prosił ją o to? - Nie zostawiłbym cię samej. - Jak słodko. Nie, nie wyobrażaj sobie czegoś co i tak się nie wydarzy. - Poradzisz sobie słoneczko. - Nie, nie, nie. - Zaczniesz się uśmiechać. Tego chciałaś, oboje chcieliśmy. - Teraz chcę czegoś czego nie powinnam chcieć. - Trzeba wreszcie zacząć żyć, tym razem z dobrymi ludźmi. Będzie dobrze, naprawdę. - Muszę zamknąć oczy, nie mogę na niego patrzeć. - Nie martw się, dasz radę. - To za trudne. - Zawsze byłaś, jesteś - Teraz to powie, powie to. - Jesteś dla mnie jak młodsza siostrzyczka.
Bum. To ja tu dochodzę do pewnych ważnych wniosków, a on wyskakuję mi z więzami rodzinnymi? I co mam teraz zrobić! Walnąć go w ramię i rzucić "daj miśka bracie"? Siostra... Mam siostrę i to określenie raczej nie kojarzy mi się z niczym miłym. Uśmiecha się, bezczelny. Jakby nie wiedział, że właśnie mnie obraził.
-Coś nie tak? - powtórzył, patrząc na mnie z niepokojem. - Abby?
-Nie, nie, wszystko spoko. - rzuciłam się w stronę drzwi, po czym rzuciłam na odchodne, tak żeby go pogrzało do reszty - Braciszku.


Drodzy rodacy!
Na początku chciałam was bardzo przeprosić za ciągłe odwlekanie publikacji rozdziału. Naprawdę nie mam za dużo czasu, jedynie wbiję na 10-20 minut poczytać opowiadania moich koleżanek blodżerkowych.
A jak mam już ten czas, to nie mam weny. I na tym polega mój problem, bardzo nie chce wypuszczać na światło dzienne nieudanych treści. HoA się skończyło, nie mam z czego czerpać inszpiraczji ani innych czynników twórczych. Przepraszam was mocno, ale nic nie poradzę. Dociągnę to do końca, obiecałam sobie kiedyś, że na pewno dokończę pisać HoA Story. Nie mogłabym go zostawić. I chociaż nie wiem w jakich okresach dodawane będą rozdziały, cała historia zostanie opisana. Obiecuję :) 
Miałam zabrać się za to w piątek wieczorem, jednak rozumiecie shrek, żarcie i te sprawy (weekendy Sapphire). Wena wypłynęła z mikusiowej euforii, mianowicie mój paring ma za sobą pierwszego kissa (epically). Dziękuję <3 !
I tak Marome było lepsze... Trudno, stało się. Giń dżoj.
Przeglądałam sobie właśnie wszystkie komentarze i chcę wam z całego serca podziękować. Jesteście cudowni <3
Za trzy miesiące HoA Story kończy roczek ^ ^
Wszystko zaczęło się od jednego bloga informacyjnego (kiedy do wysłałam autorkom swą urozmaiconą biografię, lizus na sto pro). Potem powstało HoA Cioly, poznałam Emcie Clarke, potem resztę ferajny, przeżywałam zawały oglądając 3 sezon a dalej to dzeroje sroje itp.
Dziękuję wszystkim, którzy czytają ten chłam i mimo wielu błędów, wciąż czekają na nowe rozdziały. 
Kocham was bardzo <3 

niedziela, 8 września 2013

Opowiadanie cz. 59, Born to make you happy.

Z perspektywy Patricii

Czasami zastanawiam się jaka właściwie jestem? Nie chodzi tu o kwestie charakteru, dobrze wiem, iż wszyscy mają mnie za zołzę (nie bez powodu). Bardziej interesuje mnie mój sposób bycia przy znajomych. Wiadomo, inna jestem przy Marze, Amber czy Jeromie, ale która "ja" jest mi tą najbliższą? Najbanalniejszą odpowiedzią byłoby to, że przy Eddiem, ale nie...
-Gaduło? Znowu odpływasz?
Tak. Ostatnimi czasy trudno jest do mnie dotrzeć, więc powinnam być przyzwyczajona do takich reakcji. Nie zrozumcie mnie źle, bardzo go kocham, ale w pewnym sensie nadal jest dla mnie trochę obcy. Był z Niną. Dotykał ją, całował, i kto wie co by się stało, gdyby nie jego ojciec. Żeby było jasne, nie widziałam momentu jej śmierci. Początek owszem, jednak jestem pewna, że wtedy jeszcze żyła. Musiała odejść trochę czasu później. Nie lubię o tym myśleć. Mam wyrzuty sumienia. Tęsknie za nią, ale jednocześnie czuję żal. Przyjaciółka nie powinna robić takich rzeczy. Jasne, też ciąży mi ta sprawa z Jerrym z tym, że on nie był wtedy z Marą. W przeciwnym wypadku, na krok bym się do niego nie zbliżyła.
-Patt? - Eddie lekko szturchnął mnie w ramię. - Wszystko ok?
-Tak jasne. Zastanawiałeś się czasem... Co słychać u Twojego ojca?
Nie wiem co przyszło mi do głowy. Eddie tylko spojrzał na mnie z pogardą i odwrócił się plecami. No fakt. Trudno pogodzić się z prawdą, iż twój rodzic zabił człowieka. Nikt nie wiedział jak było naprawdę. Rozmawiałam o tym z Grace, jednak porządnie jej nazmyślałam. Kupiła bajeczkę o krwi i nożach. Psychofanki horrorów uwierzą we wszystko.
-Nie mówmy o tym. - burknął chłopak, nadal na mnie nie patrząc. - Mieliśmy do tego nie wracać. Przeszłość zostawiamy za sobą.
-Spotkaj się z nim. - odparłam, nie do końca świadoma swoich słów. - Powinieneś to zrobić. Tak czuję.
-Telepatyczność Gaduły? Nie, dziękuję. - powiedział już udobruchany. - Wracamy już? Za niecałą godzinę mamy autobus.
-Pewnie blondynko. - odparłam i chwyciłam jego zimną dłoń.
Lubiłam trzymać go za rękę. Taki mały gest, a tyle dla mnie znaczy. Wierzcie mi, nie jestem ckliwa czy coś w w tym stylu, ale naprawdę mi na nim zależy. Mimo tego całego bagna, które miało miejsce kiedyś. Kocham go, bardzo. Wkrótce mu to powiem, obiecuję.
Właśnie zbierałam siły na to niecodzienne wyznanie, kiedy poczułam, że ktoś mocno ciągnie mnie do tyłu. Zaczęłam wrzeszczeć, próbując się obronić. Napastnikiem okazała się być tajemnicza postać w błyszczącej, czerwonej pelerynie. Chwilowo straciłam dech w piersiach. Eddiego nigdzie nie było. Zupełnie tak jakby rozpłynął się w powietrzu.
-Jestem przy Tobie cały czas, nawet nie wiesz jak blisko... Przekaż pozostałym, że mogą już zacząć się bać.
Wtem, czyjaś dłoń chwyciła mnie za łokieć i mocno przygarnęła do siebie. Eddie. Napastnik widocznie uznał, że nie ma szans bo szybko uciekł w stronę lasu. Zsunęłam się na ziemie, usiłując złapać wdech.
-Co to było do cholery?
-Nie wiem, ale...
Nie mogłam mówić. Za bardzo się bałam. Tak, ja. Nawet zołzy czasem odczuwają strach, nie można być wiecznie twardym. A już na pewno kiedy naskakuję na ciebie szaleniec w dziwnej pelerynie. Szata miała na sobie charakterystyczny symbol. Byłam pewna, że już go gdzieś kiedyś widziałam.
-Dobrze się czujesz?
Zdobyłam się jedynie na słabe skinięcie głową. Spojrzałam na nadgarstek. Wściekle czerwona strużka krwi spływała po mojej ręce. Zaklnęłam cicho i zaczęłam płakać. Kolejna rzecz, której nigdy bym się po sobie nie spodziewała. Eddie usiadł koło mnie, kładąc dłoń na moje posiniaczone plecy. Byłam jak sparaliżowana. W życiu się tak nie czułam.
-Tu nie jest normalnie. Idziemy stąd, jak najszybciej.
Ehe, ciekawe jak. Leżałam na ulicy, zaryczana i okrwawiona. Gorzej już być nie mogło. Chyba, że pan/pani 'czerwony' wróci i zatłucze mnie siekierą. Taka sugestia.
-Idź sam...
-Ty to naprawdę durna jesteś. - chłopak pokręcił głową, po czym lekko pogłaskał moje obolałe ramię. - Są inne środki transportu.
Spojrzałam na niego pytająco. Zamierzał ciągnąc mnie po ziemi? Znając Eddiego, należy wziąć to pod uwagę.
-Wykrwawię się na śmierć. Zróbże coś niedorobie!
Zrobił. Zrobił coś, co mogę dodać do niedawno założonej listy życiowych niespodzianek. Eddie wyśmiał wszelkie moje żale i jęki, zarzuciwszy moje okrwawione ramię na plecy. Chwilę później, spadł na mnie zaszczyt bycia niesioną przez samego Edisona Juniora. Nie ruszyło mnie to ani trochę. W ogóle. Wcale. Ani odrobinę.
No dobra. Cieszyłam się jak dziecko, ale mniejsza. Było miło. Ktoś inny uznałby to za przesłodzone, lecz co mnie obchodzi czyjeś zdanie? Najważniejszy był fakt, iż miałam jego. I niczego bardziej nie pragnęłam.


Z perspektywy Grace

Wspominałam już, że jestem mistrzynią w kształtowaniu relacji związkowych? Foster ma to do siebie, że wszystko musi spieprzyć. Fabian wyraźnie unika mojego wzroku (co wcale nie oznacza, że nostalgicznie wpatruję się w jego piękne, ciemne... brr). W sumie mu się nie dziwię, jednak mógłby się raz uśmiechnąć... Ewentualnie dwa. Generalnie wszystko jest winą Pani Andrews bo to ona załatwiła niedoświadczonego kierowcę i "podróż do przeszłości". Tak czy siak, Fabian nie odzywa się do mnie, ja nie odzywam się do niego, a Amber nie odzywa się do żadnego z nas, gdyż uraziło ją moje niecodzienne zagranie. Bywa. Blondynki tak mają.
-Grace?
Ou. Jest źle, wręcz tragicznie. Fabian chce ze mną rozmawiać. Nie ma czasu na rozważanie, trzeba działać. Niewiele myśląc, zapchałam sobie buzię podejrzanymi cukierkami z torebki Marusi (nie zauważyła: kieszonkowcy mieliby radochę).
-Widzisz... Myślałem o tym co mi powiedziałaś i...
-Asz je czy nfym nfe pofedilam.
-Możesz powtórzyć?
-Nfe. - zatkałam usta dłonią, przeżuwanie wymknęło się spod kontroli. - Tro pfa!
Zwiałam. Znowu. To dziwne, ale ja naprawdę nie potrafię z nim rozmawiać. Nie o tym. Najgorsze jest to, że mój amant nadal siedzi mi na ogonie i nie ma zamiaru odpuścić. Dobrze. Czas sięgnąć po zaawansowane środki.
-Abbyyy! - zmusiłam się do promiennego uśmiechu. - Wiesz, że jesteś moją naj naj naj naj...
-Tak... To co mam zrobić? - Roye odłożyła książkę i spojrzała na mnie z pobłażaniem.
-Wiedziałam, że się zgodzisz, vous êtes grand. Porozmawiaj z Fabianem, każ mu się ode mnie odczepić...
-Czekaj... Ty go lubisz. Ale tak lubisz lubisz. - znaczącą poruszyła brwiami.
-Ehe.
-I chcesz żeby Cię zostawił?
-Ehe.
-Nie rozumiem.
-Ja też nie, ale trudno. - machnęłam ręką, po czym pociągnęłam ją w stronę Ruttera. - Proooooszę!
Roye westchnęła z rezygnacją i wygramoliła się z kąta. Wygrałam. Pozostaje tylko czekać na rezultaty.


Z perspektywy Abby

-Fabian, ale ona wcale Cię nie kocha.
-Nie wierzę Ci!
Słowo daję, kiedyś z nimi zwariuję. Muszę jednak stwierdzić, że pod względem inteligencji dobrali się znakomicie. Jak głupi i głupszy.
-No przecież wiem co mówię. - nie wiedziałam, guzik. - Wyznała mi niedawno, że...
-Że jestem niesamowicie mądry, przystojny i utalentowany. - oczy Ruttera zaczęły entuzjastycznie błyszczeć. - To cały ja.
-Zamieniasz się w Jerome'a. - skwitowałam krótko, patrząc w stronę przerażonej Grace.
Do niego nic nie dociera, jak słowo daję. Nie mam pojęcia jak to jest, bo nigdy nie byłam zakochane, ale to już jest chore. Jeśli tak to ma wyglądać, wolę zostać starą panną.
-Abby, przecież często z nią rozmawiasz, musiała coś o mnie mówić. Tak? - rzucił mi pełne nadziei spojrzenie.
Szczerze mówiąc, zrobiło mi się go szkoda. Podobno kiedyś spotykał się z jakąś Niną, ale zmarła rok temu. Nie znam całej tej historii, Amber coś wspomniała parę miesięcy temu. Wiem jak to jest zaledwie trzy lata wstecz zmarła moja babcia. Strata osoby bliskiej bardzo boli. Mijają lata zanim oswoisz się z faktem, że jej już naprawdę nie ma. I nie wróci. Jedynie w zagubionych snach...
-Nieee. - mimowolnie spełniałam wolę stukniętej Foster. - Wiesz... Jesteś dla niej za dziecinny. Niedojrzały. A ona potrzebuję... - przerwałam na chwilę, myśląc nad jakimś efektownym zakończeniem. - Seksownego mężczyznę z jajami!
To powiedziawszy, poderwałam się z ławki i pognałam w stronę autokaru. Fabian był zdezorientowany, ale trudno. Myślę, że zgłębia znaczenie kwestii końcowej. Krótko mówiąc, załatwiłam Grace kolejną porcję wymijania i ucieczek. Tak to bywa w życiu.
Kiedy dochodziłam do wniosku, iż żadna dyskusja nie zburzy już mojego spokoju zza zaułka wyłonił się Jerome z Marą.
-Nie będzie Hershey!
-Będzie!
-Masz jakiś dowód?
-Jeszcze nie...
-Zboczeniec!
-Ale Marusiu!
-Nie!
-Wiem jak to rozwiążemy!
-ABBYYY!
Ratunku...

***************

Kiedy beztroscy uczniowie wymieniali się najnowszymi plotkami, W. wyciągnęło niewielki zwój papieru z plecaka. Obrzuciło znajomych lodowatym spojrzeniem, po czym zwróciło wzrok na pożółkły papier. Przedstawiała ona zdjęcia i dane wszystkich mieszkańców Domu Anubisa. Na pierwszym miejscu znajdowała się Trixie. 
-Patricia została naznaczona. - prześladowca odkreślił nazwisko Williamson na liście. - Teraz czas na Marę...


Z perspektywy Fabiana

Zastanawialiście się czasem jak to jest właściwie kochać? Nie, nie chodzi o miłość rodem z podstawówki. Chodzi o prawdziwe, bezinteresowne uczucie do drugiej osoby. Tego nie da się opisać. Wiesz tylko tyle, że twoja druga połówka należy do Ciebie i nic ani nikt tego nie zmieni.
Spędziłem mnóstwo czasu na wylewaniu łez. Z każdą chwilą robiłem się coraz słabszy i nie miał mi kto pomóc. Odrzucałem wszystkie dobre gesty. Źle zrobiłem, wiem. Dlatego teraz chce to wszystko naprawić. Docenić to co dostałem od losu. Bo dostałem bardzo dużo, każdy z nas dostaje. Tylko nikt tego nie zauważa.

***************

Spojrzał przed siebie. Znał to miejsce, tą ławkę, ten zapach... Nie wierzył, że wciąż go pamięta. To właśnie tutaj on i Nina spotkali się po raz pierwszy. Na randce. Właśnie wtedy wyznał jej swoje uczucia... Niby dwa banalne słowa, a aż tyle znaczą. Po jego bladym policzku spłynęła przejrzysta łza. Wspomnienia kuły go w w środku, jednak nie bolały już tak mocno. Znalazł kogoś kto potrafił załatać jego serce.
Zaraz po przyjeździe, Grace gdzieś wyfrunęła. Podobno miała coś do załatwienia. Rutter szczerze wątpił w te słowa. Dobrze wiedział, że nie chce się z nim spotkać. Może ona też się bała. Jeszcze bardziej niż on.
-Fabian?
A jednak. Przyszła. Chłopak spojrzał w górę i uniósł kąciki spierzchniętych ust. Lubił na nią patrzeć. Jej błękitne oczy iskrzyły się od nadmiaru optymizmu. Zawsze taka była. Trudy bardzo często używała wobec niej określenia "żywe srebro". Wszyscy ją lubili, nawet Patricia.
-Czekałeś na mnie. - bardziej stwierdziła, niż spytała.
Natychmiast wyczuł, że coś nie gra. Grace błądziła wzrokiem po parku, zupełnie tak jakby czegoś szukała. Jej długie blond włosy smętnie spływały po ramionach, a iskierki w oczach zgasły.
-Co się stało?
-Nieważne.
Nie pytał. Dobrze wiedział, że nie dostanie odpowiedzi. Grace potrafi być bardzo uparta. Przez całe dziesięć minut wpatrywała się w niebo. Czekała. Rutter milczał, lecz nie wiedział jak długo będzie mógł znieść tą trapiącą ciszę. Blondynka zerknęła na niego z niepokojem, po czym usadowiła się u metalowych nóg ławki. Nie usiadła obok niego.
-Miejsce Niny. No tak. - pomyślał Rutter usiłując ukryć narastające wzruszenie.
Była ostrożna. Powinien coś powiedzieć, czy może jeszcze poczekać? Kolejne miesiące...
-Naprawdę chcesz ze mną być?
Fabian poczuł znane ciepło w sercu. Po raz pierwszy od śmierci Niny. Szczęście mieszało się wraz ulgą jak i pozostałymi uczuciami. Teraz powoli. Tak by niczego nie zepsuć. Nie tym razem.
-Bardzo. - odparł spokojnie, choć jego serce wciąż biło tysiąc razy na minutę. - A ty?
Skinęła głową, lekko się czerwieniąc. Wszystko wokół przestało istnieć. Liczyła się tylko ta chwila, ten moment.
-Fabian... Bardzo Cię kocham, ale nie chciałabym Cię skrzywdzić. - powiedziała cicho, patrząc w jego ciemnoniebieskie oczy. - To Twoja decyzja. Przemyśl to.
-Już to zrobiłem. - oświadczył, chwytając ją za dłoń. - Bez względu na wszystko.
-To "wszystko" może nam bardzo przeszkodzić. Rozmawiałam dzisiaj z Niną...
Nie był to dobry moment na wspominanie Martin, ale Grace bardzo chciała mu coś powiedzieć. Nie mógł jej przeszkodzić.
-Mara nie będzie skazańcem...
-To świetnie!
-Nie do końca. - głos ugrzązł jej w gardle. - Znaczy... Dobrze, że nie ona tylko... Według przepowiedni, o której później ci powiem... Nadal jest to ktoś z nas. Z tego domu.
Nagle wszystko prysło. Przyszłość każdego z nas stanęła pod znakiem zapytania. Chłopak puścił jej dłoń i oparł głowę o ławkę.
-Skąd wiesz, że to nie Mara?
-Wybrana to wybrana. Nie może być skazańcem. - wymamrotała płaczliwie. - Ktoś z nas zginie. Już niedługo. Musimy porozmawiać z Sibuną. Nina czekała na mnie kiedy wracałam od... nieważne.
Rutter zdał sobie sprawę, iż tak naprawdę nie wiedzą nic o planowanej ceremonii. Jedynym źródłem informacji były dzienniki z biblioteki.
-Może pójdziemy do Jaspera? W końcu to dzięki niemu dowiedzieliśmy się najwięcej.
-Widzisz... To jest kolejna sprawa, o której muszę ci powiedzieć. - Foster spuściła wzrok. - W. nie działa same. Ma kilku pomocników i... myślę, że Jasper może nie być tego świadomy, ale pamiętniki do fałszywki. Zwróć uwagę na daty, sposób wykonania zeszytu. Wujek Abby pracuję w jakiejś archeologicznej branży czy czymś tam... Tydzień temu wysłałyśmy mu dziennik. Stwierdził, że to podróbka. Nasz kochany prześladowca musiał wysłać mu jakieś śmiecie.
-Co? - Fabian poderwał się z miejsca. - Spędziliśmy tyle czasu na niczym? Ustaliliśmy masę rzeczy! To nie może być prawda.
-W ceremonii jest ważny każdy szczegół. Nawet najmniejsza literówka w słowie może wpłynąć na naszą niekorzyść. Podejrzewam, że W. posiada prawdziwe dzienniki a nam przysłało sfałszowane kopie. Mogło podmienić treść.
Chłopak bezradnie rozłożył ręce. Za dużo wrażeń jak na jeden wieczór. To wszystko było zbyt skomplikowane. Jak naprawdę miała wyglądać ceremonia? Wszystko wskazywało na to, że W. ma coś do ukrycia.
-Obgadamy to później. Grace... Co miałaś na myśli mówiąc, że nie chcesz mnie skrzywdzić?
Dziewczyna pobladła. Problem ceremonii spadł na drugi plan. W oku blondynki zakręciła się pojedyncza łza.
-Powiem Ci... Ale nie teraz. Chciałabym wykorzystać to, że jesteśmy tu oboje i możemy być ze sobą. Przynajmniej na razie. - wyszeptała bezgłośnie. - Nie zostawisz mnie, prawda?
Chłopak ujął jej gładką twarz w dłonie i delikatnie ucałował ją w czoło. Policzki Grace zajęły się pąsowym rumieńcem, jednak oczy nadal były dziwnie puste. Trudno jest być szczęśliwym, kiedy na sercu ciąży Ci pewien człowieczy los...


KC ich <3
Boże, nie wracajcie przypadkiem do starych rozdziałów! Wstydzę się ich.
Tak czy siak, zamierzam dokończyć wszystkie wątki, które kiedyś zaczęłam a teraz guzik z tego pamiętam. Co tam robiła Denby? Sapphire, idioto.
Grace zboczeńcu. Tylko o playbojach gada. To czytają dzieci.
Nie załamujcie się patrząc na rozdział. Nauczę się ładnie pisać, obiecuję.
A teraz Fabiana potrącił samochód! Dramatycznie.
Przemowy też miałam piękne, aż zacytuję "Willow była xd i odjechała xd jestem głupia xd hehe xd xdxdxdxddxd" Boże.
POD ŻADNYM POZOREM NIE PRZYPOMINAJCIE SOBIE MOJEGO DRAMATU OBYCZAJOWEGO O ŁYSYM MICKU OD POCZĄTKU!
Co do Frace...
Oho, Sapphire szpanuję jogurcikiem. 
Uznałam bowiem, iż Grace i Fabian...
Nie no, ja nie mogę. - "Dobrze słyszałeś. Wszystko mi powiedziała. Kiedy dowiedziała się, że Eddie jest u Niny, oboje do nich pojechali. Eddie skłamał, że niby jest u ojca. No i zobaczyli... Zaraz po tym, jak Eddie pożegnał się z Niną, do domu weszła Patricia. Trochę się szarpały, ale nic takiego się nie stało. I wtedy Sweet... On po prostu nie chciał żeby Eddie z nią był... Wiedział jak bardzo kocha Patricię. Chciał żeby jego syn miał udaną przyszłość, a ta więź wszystko psuła... To wyciągnął nóż... Patt wszystko widziała. Ale nie mogła nic powiedzieć. Wyobrażasz to sobie? Powiedzieć chłopakowi, że jego ojciec jest mordercą? Bardzo ją skrzywdził, ale mimo to dalej go kochała. Sweet ją szantażował. Nawciskał jej jakiś bajeczek, ze jeśli komukolwiek o tym powie, to was zabiję."
Na krowie kopytko (przekleństwa po chrześcijańsku) co ja zrobiłam ze Sweetem?. Nauczyłam go obsługiwać nóż. Ja to odkręcę! Wszystko!
Frace czy Fabina? Zarządzam demokrację, niech wybiera lud! W ten sposób nikt mnie nie uszkodzi ^ ^
Pan Sweet zadźgał Ninę nożem. Nie skomentuję Sapphire, wstyd, hańba.
Tak z innej półki, to w tym miesiącu rozwalono mi aż dwie pary. No to już jest przesadne... Na pocieszenie została mi tylko jedna, chociaż pewnie i tak nie przetrwa BO SAPPHIRE POD ŻADNYM POZOREM NIE MOŻE BYĆ SZCZĘŚLIWA.
Uwzięli się na mnie, wszyscy. Wina Tuska.
A teraz Stella znokautowała Joy pomidorem.
Podzielcie się ze mną swoimi ulubionymi paringami... Może znajdę coś fajnego.
Chcę być pandą.
Bo najwyraźniej ja mam słaby gust. Jak inaczej wytłumaczyć to, że wszystkie moje couuples uległy zniszczeniu?
Fabian dostał butem w łeb.
MClarke tak pięknie piszę. Nie dołuj mnie.
Fabian żre naleśnika.
Teraz czytam rozdział Joylitte. Śliczny. Załamujecie mnie, naprawdę.
Następny rozdział mam już napisany i (co jest niepokojąco dziwne) w miarę mi się podoba. Coś nowego.
Przepraszam wszystkich fanów Peddie i Amfie bo bardzo ich zaniedbałam (jestem niewyżyta po Jarze, musice to zrozumieć). Poprawię się ^ ^
A więc... Życzę wam fajnego roku szkolnego (nie oszukujmy się, wszyscy wiemy, że fajnie nie będzie), wypełnionej lodówki i życzliwych sąsiadów (pozdro dla pana. B koszącego trawę o 5 rano).
No.
Mam wrażenie, że trochę to to krótkie, ale na więcej mnie nie stać (co poradzić, leniwa jestem). Zmieniłam szkółkę (narka frajerzy) toteż czasu mam mniej bo muszę dojeżdżać, ale nie bd zanudzać was moimi problemami (dżemuś mi się skończył, ratunku).
Do widzenia <3
PS: Następna część będzie długa i horrorystyczna huehue. Widzimy się za tydzień (lub dłużej) ^ ^


DRODZY SIBUNERS!
JEŚLI SIĘ WYROBIĘ, ROZDZIAŁ BĘDZIECIE MOGLI ZOBACZYĆ DZISIAJ. 
WSZYSTKO ZALEŻY OD MOJEJ SZUPEL KREJZI RODZINKI, KTÓRA NADUŻYWA MOJEGO LAPTOPA DO WŁASNYCH CELÓW (PRACA PRACA, WHY ;C)
W PRZECIWNYM RAZIE ZOBACZYMY SIĘ W PONIEDZIAŁEK/WTOREK.
PRZEPRASZAM, ŻE MUSICIE TYLE CZEKAĆ ALE MAM INNE, WAŻNIEJSZE ZAJĘCIA I TAK WYCHODZI.
PSIEPLASIAM :C