poniedziałek, 28 października 2013

Opowiadanie cz. 63, Lemon tree.

„Nie wiemy dokąd iść
Więc po prostu zgubimy się razem
Nigdy się nie rozpadniemy
Pasujemy do siebie dobrze   
Jak dwa kawałki złamanego serca”
(Two Pieces)
Pewność siebie jest dobrą cechą. Nie zważajmy na fałszywe wzorce wskazujące również na odłamki zadufania. To nie to samo. Wiara we własne możliwości nie ma nic wspólnego z egoizmem. Można łączyć te dwie wartości, ale to zależy już od samego człowieka. Prawa natury są zupełnie inne.
            Jaki był więc Jerome – jeszcze niedawno zgryźliwy i zapatrzony w siebie egoista? Nie bał się życia, beztrosko podchodził do wszelkich potknięć. Czy ma to coś wspólnego z egoizmem? Nie? No właśnie.
            Chociaż: parę lat temu daleko było mu do obecnego stanu.
            Ojciec porzucił rodzinę, kiedy Jerome miał pięć lat. Niedługo potem urodziła się Poppy. Trudno jest wychowywać się bez obojga rodziców. Matka starała się jak mogła, ale bez męskiej ręki do pomocy różnie jej to wychodziło. To właśnie ten okres w życiu, pozwolił mu nauczyć się samodzielności i ukrywania emocji. Nikt nie pokazał mu sensu bycia dobrym, szczęśliwym, zakochanym… Wszystko to ukrywał pod twardą kopułą, pozornie nie do zerwania. Był święcie przekonany, że los zabrał mu wszystko co miał, łącznie z ludzkimi uczuciami. Nie umiał kochać. Zwyczajnie nie wiedział jak. Matka nie obdarzyła go miłością, na jaką zasługiwał. Może nie była w stanie, jej serce również przeżyło atak cierpienia.
            Fałszywa gra codzienności trwała długo. Aż w końcu pojawia się ona.
            Nie, nie Audrey. Znali się od dziecka, nawet byli przyjaciółmi, ale nic poza tym. Być może chciała obdarzyć go uczuciem, którego on i tak by nie zauważył. Serce potrafi być wybredne i zimne. Dlatego tak trudno wpuścić do niego choć trochę ciepła. Krzywdził ją, doskonale zdając sobie z tego sprawę. Nie próbował wmusić w siebie miłości. Lubił ją, bardzo. Na tym koniec, ponieważ chłód wewnętrzny nie pozwalał mu na więcej.
            Niektórym nie jest dane kochać. Z nim miało być dokładnie tak samo. Oczywiście, gdyby nie poznał Mary.
            Jak to się stało? Jerome sam dokładnie nie wiedział. Po prostu pewnego dnia dostrzegł w tej kruchej, nieciekawej istotce, jakąś pozytywną iskierkę. Wysłuchała go i wcale nie próbowała pouczać. Wiedziała, że nawet by nie posłuchał. Od tego momentu każda ich rozmowa, wymiana spojrzeń stawała się rzeczą niezmiernie wyjątkową.
            Właśnie wtedy na powłoce jego serca, pojawiła się pierwsza rysa…


            Nigdy nie uciekaj przed problemami. Prędzej czy później, przeszłość i tak Cię dopadnie. Czemu masz siedzieć w kącie, czekając na dalszy bieg wydarzeń? Nie lepiej od razu działać, odważnie spoglądając w oczy porażce?
            Nie. Mało ludzi tak umie. Mówić możemy wszystko, jednak nasze czyny znacznie odbiegają od tych wszystkich cholernie pięknych słów, którymi karmi nas codzienność.
            Twierdzisz, że masz to gdzieś… W takim razie czemu cierpisz? Nie sprawiaj bólu swojemu sercu. Doskonale wiesz jaka jest prawda. Okłamujesz wszystkich i samego siebie.

-Synku… - Eric spojrzał na Eddiego spod szkieł okularów. – Tak bardzo się cieszę…
-Daruj sobie. – Miller zdawał się nie podzielać entuzjazmu ojca. – Nie chciałem tu przyjechać. Powinieneś zdychać, za to co zrobiłeś.
            Nie myślał tak, skądże. Chłopak życzył mężczyźnie najgorszego, jednak przy każdym złym odzewie, czuł dziwne ukłucie w sercu. Nie powinien się przejmować. Ten człowiek to zwykły śmieć, nie zasługuję na normalne życie.
-Pamiętasz synku… - ojciec zdawał się przemilczeć obelgi blondyna. – Jak wrzuciłeś na stronę naszej szkoły ten film o kowbojach…
-Wtedy kiedy miałeś sprawę z Marą. – chłodno burknął Miller, jednak w jego oczach pojawiły się małe iskierki. – Pamiętam. I co z tego?
-Właściwie to nic, ale… śmiesznie było. Pewnie dostało Ci się od Patricii, co?
-Może trochę. Nie powinno Cię to obchodzić.
-A ja myślę, że jest na odwrót. Nadal się spotykacie?
-Ehe. – chłopak spuścił wzrok. – Teraz Cię to interesuję? Wszystko było dobrze, a musiałeś to znowu zepsuć. Tego nie da się już naprawić. Chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego.
            Chciał mu wybaczyć? Nie bardzo, jednak przez chwilę pomyślał, że fajnie by było pogadać tak jak kiedyś… Ale chwila, czemu ma się martwić? To nie jego wina.
-Muszę już lecieć. – Eddie gwałtownie wstał z krzesła, kompletnie olawszy wymowne spojrzenia pozostałych gości. – Nie chciałem tu przychodzić. Podziękuj Jeromowi i Patricii. I Marze, jak znam życie też maczała w tym palce. Nie czekaj na mnie, bo raczej nie wpadnę ponownie. Tatusiu – dorzucił z ironią. – Muszę się zbierać. Tak, czas najwyższy.
            Eric spojrzał na niego ze smutkiem, lecz wcale nie zamierzał go zatrzymywać. To jeszcze nie ten moment. Mimo to, bolała go niechęć jedynego dziecka. A czyja to zasługa? Jego. Eddie został ofiarą koszmaru, który zafundował mu własny ojciec. Czyn pozornie niedorzeczny, a jednak.
-Synku, poczekaj! – zawołał, kiedy Edison był już przy drzwiach. – Możesz mnie nienawidzić, ale wiedz o jednym: nie zabiłem Niny.


            Dzisiejsze lekcje były okropne. Jak można pomylić nią, Joy, z jakąś kretyńską Merry Avlings z 3h? Rzecz zasadniczo oburzająca. Nauczyciele powinni dokładniej sprawdzać listę obecności. A jeszcze parę lat temu nie było osoby, która by jej nie znała…

            Kolejnym problemem w tym wyjątkowo zacofanym świecie był Fabian. Jak on może jej nie zauważać? Głupia Grace… Może mężczyźni rzeczywiście wolą blondynki? Nie, żadna platynowa piękność nie może równać się z Joy. Ona miała potencjał, a to o wiele ważniejsze. Szkoda tylko, że Rutter o tym nie wiedział. Oczywiście wcale jej na nim nie zależało, skądże znowu.
            Mercer gardziła wszystkimi typowymi związkami. Patrząc na niektóre pary, zdawało się, iż nie robią nic poza chichotaniem, całowaniem, ponownym chichotaniem, co było wyjątkowo żałosne. Miłość nie polega jedynie na wzajemnych uśmieszkach, ale co ona tam może wiedzieć. Dużo, owszem. Tylko po co ma mówić, skoro nikt jej nigdy nie słucha?
            Idąc tak w zamyśleniu, spostrzegła, że na gałęzi świerku spoczęła niewielka sikorka. Kiedy była małą dziewczynką, uwielbiała chodzić do parku. Zwykle towarzyszyła jej jedna z opiekunek, ponieważ tata za bardzo nie lubił poświęcać czas ich wspólnym zabawom. Z mamą było ciekawiej, lecz miała na głowie inne sprawy. Tak czy siak, kolorowy ptak przywołał jej jedno, szczególne wspomnienie z dzieciństwa. Było naprawdę fajnie, chodziło tu o…
-Ej laska, uważaj!
            Nim zdążyła się obejrzeć, siedziała na zimnej trawie, pokrytej lepką powierzchnią błota. Zaklęła pod nosem, szukając sprawy rozpaczliwego stanu. Koło niej stał wysoki młodzieniec o ciemnych oczach i trójkątnym podbródku. Uśmiechał się bezczelnie, spoglądając na nią z rozbawieniem. Jakby nie wiedział, że prawie ją zabił!
-Człowieku jak ty chodzisz! – zapiszczała Mercer, z rozpaczą patrząc na ubrudzone buciki. – Zobacz tylko, co zrobiłeś!
-Typowa baba. – westchnął chłopak, wyciągając do niej dłoń. – Dawaj łapkę marudo.
-Nie jestem żadną marudą, wypraszam sobie! – odparła wyniośle, łapiąc go za koniuszki palców. – Mam na imię Joy! Bezczelny jesteś!
-Jeremy, miło mi. – chłopak uśmiechnął się chytrze, po czym puścił dłoń Mercer, która, rzecz jasna, ponownie wylądowała w błocie. – Tak wygodniej?
Dziewczyna usiłowała go kopnąć, jednak gdy tylko ujrzała swój but, załkała żałośnie.
-Nóżka złamana?
-Zamknij się! – Joy walnęła pięścią w chłopczyce kolano. – Przez Ciebie złamałam obcas! Te butki było nowe, tak? Będziesz za nie płacił!
-Mogę Ci kupić kapcie z kiosku za 2.50. Cieszysz się?
-Nie jesteś zabawny! Jak ja teraz dojdę do domu?
-No nie wiem, może pofruniesz?
Mercer spojrzała na niego z czystą nienawiścią, co, wbrew jej nadziei, nie wyprowadziło go z równowagi, lecz zaledwie rozśmieszyło. Co za tupet! A myślała, że Fabian jest najgorszy… Bo to przez niego, musiała tutaj przyleźć i trafić na te zakichane sikorki!
-Masz lepszy pomysł… zaniesiesz mnie! – oświadczyła z dumą, a kiedy chłopak zaczął się śmiać, wydała cichy pomruk niezadowolenia. – Chyba nie oczekujesz, że przejdę cały ten las ze złamanym obcasem?!
-Złam drugi, będzie do pary.
-Idiota!
Kto jak kto, ale ona nie zamierzała wracać do domu w takim stanie. Jeszcze w życiu nie natrafiła na tak durną istotę ludzką, czy czym on tam był. Mercer potrafiła być bardzo natrętna: uświadomiło jej to kiedyś parę osób, łącznie z „przyjaciółką” Patricią.
-Bo będę krzyczeć!
-A krzycz sobie.
-No weź! To była twoja wina, musisz mi pomóc. Dom Anubisa jest tak daleko…
            Usłyszawszy ostatnie zdanie, Jeremy odwrócił się i spojrzał na nią z głębokim zastanowieniem. Jest, udało się. To zawsze działa. Dziwne było to, że zareagował dopiero na słowa o internacie, ale jakie to ma znaczenie?
            Winkler przeżegnał się szybko, po czym niedbale uniósł Mercer nad ziemię. Nie wyglądał na zbyt zadowolonego, jednak dziewczyny nic to nie obchodziło. Ważne, że będzie miała darmową podwózkę.
-Kobieto ile ty ważysz?
-Cicho, jestem chuda!
-Ehe. Masz taki brzuchol jak ta sikora na choince.
-Milcz! To najgorszy dzień w moim życiu!


            Ukrywał coś. Na pewno, przecież go znała. Jaka rzecz mogła trapić Jeroma Clarka: osobę wszechstronnie uzdolnioną z niesamowicie seksownymi włosami? Mara nie miała pojęcia, co było dla niej rzeczą niecodzienną, ponieważ uchodziła za najinteligentniejszą osobę w grupie (Fabian bardzo zazdrościł jej tego tytułu). Cóż, Jeroma nie jest łatwo rozgryźć. Nawet jej, chociaż chodzili ze sobą już ładny rok.
            Szczerze mówiąc, nigdy nie przewidziałaby, że kiedykolwiek zwiąże się z boską osobą Clarka. Byli dla siebie obcymi ludźmi, kompletnie odbiegającymi od wzorców, zapewniających udane relacje. Mało kto zwracał na nią uwagę, a już szczególnie ludzie podobni do chłopaka.
            Była cichą, szarą myszką nieśmiało poruszającą się pośród tłumu. Spojrzawszy w lustro, uświadomiła sobie jak wiele się zmieniło.

            Pozbyła się tych nieznośnych kłaczków, nieustannie wchodzących jej w oczy (co, zdaniem Jeroma, było na swój sposób urocze). Ciemne fale delikatnie spływały po opalonych ramionach, co dawało efekt (tym razem zdaniem Amber) bajeczny. Oprócz tego, na głowie zawsze sterczała jakaś kolorowa kokarda, która w krótkim czasie stała się jej znakiem rozpoznawczym. Zaczęła też (ku wielkiej radości Millington) nosić sukienki. Jerome natychmiast oświadczył, iż wygląda jak Barbie, ale ostatecznie ją zaakceptuję.
-A ty co taka przygnębiona? – do pokoju wpadł jej nieoceniony chłopak. – Znowu błyszczyk Ci się skończył. Maaaraaa proszę, zamieniasz się w Amber! Może Cię na jakiś odwyk wyślę…
-Chcesz się mnie pozbyć? – Jaffray na chwilę odwróciła się od lustra. – A kto Ci będzie lekcję odrabiał?
-Zmieniłem zdanie. – odparł Clarke, obejmując ją ramieniem. – Po co ustawili to lustro w salonie? Przecież przeglądają się w nim tylko te wymalowane, zapatrzone w siebie laleczki, które… ty, patrz jak mi się włoski ładnie ułożyły! – zachwycił się blondyn, spoglądając na szklane odbicie. – Moja odżywka była dzisiaj przeceniona!
-Tyle wygrać. – roześmiała się Mara, odsuwając jego rękę. – Powiedz mi, o co chodzi? Wydaje mi się, że wiesz o czymś, a…
Jerome odwrócił wzrok, próbując nie złamać obietnicy dochowanej Patricii. Z tym, że Mara potrafi być nieugięta, a znając życie na pewno się obrazi. Przecież zawsze wie, kiedy problem ma poważniejsze podłoże. Taki Alfie to ma łatwo: Amber nie załapie niczego, nawet po milionie tłumaczeń.            
Dziewczyna spojrzała na niego ze smutkiem. O nie… Nie może robić smutnych oczek, to wcale na niego nie działa! No… może trochę. Tak czy siak, ten chwyt był niedozwolony! Nie może jej powiedzieć. Niech stanie się cud… Będzie lepszym człowiekiem, zacznie sam odrabiać lekcję (niektóre), od czasu do czasu przestanie spierać się z Amber… Wal się losie, ty nic nie rozumiesz.
-A więc? – Mara nerwowo zamrugała oczami. – Co jest nie tak?
-Bo widzisz ja…
-Ale o co ci chodzi? – z korytarza dobiegł rozpaczliwy krzyk Ruttera. – Przecież kupiłem Ci tego batona!
-Batona? To jest śmieć, a nie baton! – rozwścieczona Grace, wparowała do salonu. – Czytaj ulotkę!
-Czekoladowy baton z karmelem i rodzynkami… Jakiś problem?
-RODZYNKI, mój drogi, RODZYNKI! Jeśli cholera myślisz, że będę jadła tego cholernego batona z cholernymi RODZYNKAMI, to jesteś w błędzie! Tak mnie przepraszasz? Chcesz mi wcisnąć to trujące badziewie? Nafaszerować mnie tym toksycznym środkiem?
-Rodzynki są dobre…
-NIE! Nie są! – wrzasnęła Foster i rzuciła w niego batonem. – Ja tego jeść nie będę! Sam se wcinaj te RODZYNKI! Z nami koniec!
-Ale to tylko baton…
-Nie podważaj mojego autorytetu!
Kiedy Mara miała przerwać tę interesującą wymianę zdań, w pokoju pojawiła się Joy, niesiona przez jakiś nieprzeciętnie ładny obiekt. Dziewczyna zapomniała o złym samopoczuciu i uśmiechnęła się do chłopaka.
-Przystojny jest.
-Cooo? – przeraził się Clarke. – Wcale, że nie! Ja jestem ładniejszy!
-Odżywka z przeceny.
-Ale tylko 10%, firmowa jest!
Jeremy Winkler rozejrzał się po salonie, po czym zatrzymał wzrok na Grace. Foster spostrzegła chłopaka i uśmiechnęła się radośnie.
-Cześć!
-To wy się znacie? – jęknęła Joy, z niepokojem kontrolując stan drugiego, sprawnego jeszcze, buta. – Czemu wszyscy znają Grace?
-Bo ja jestem fejmem. – oświadczyła Foster, z wyższością patrząc na bruneta. – Który nie lubi RODZYNEK!
-Rodzynki? – Mercer na chwilę oderwała się od obcasów. – Ja je lubię.
-Szatany. – mruknęła Grace, odwracając się plecami.
            Jeremy spojrzał na zegarek, z ulgą uświadamiając sobie, iż właśnie o godzinie 18.54 nadszedł koniec jego udręki. Wzruszając ramionami, upuścił Joy na ziemię i olewając wszystkie jej przekleństwa, wyszedł z domu.
-To najgorszy człowiek na ziemi. – Mercer ze złością turlała się po dywanie. – Nie chcę już nigdy więcej go spotkać?
            Nie miała pojęcia, iż całe zajście obserwował Mickuś, który poczuł dziwne ukłucie zazdrości w serduszku. Jakiś Gargamel chce wyrwać jego piękność! Nie może sobie na to pozwolić.

-Spokojnie Bogusławie… - czule poklepał odkurzacz. – Wojna właśnie się zaczęła!



****************


Elo Sapphirer! :D
Zanim zacznę rozpaczać nad marnym rozdziałem, pomarudzę na temat Dżerusia, jego włosów i innych kompletnie bezsensownych rzeczy, które nikogo nie obchodzą.
Zaczniemy od hejtów, które wyłapałam dzisiaj na polskiej wikii.


JERUSIU NIE!
Nasze społeczeństwo jest podłe. Pisali również, iż powinien ograniczyć ilość lakieru na włosach. Znowu powracamy do odcinka, w którym zapraszał boską Dżoj na randkę i miał przetłuszczone kłaczki. Dżeruś stoczyłeś się.

No. Dzisiaj nie będę tyle gadać, idę myć swoje piękne włoski (Samara Morgan stajl). Dziękuję ładnie za wszystkie komentarze, a jeśli mielibyście jakieś życzenia, napiszcie. Nie pogardzę żadnym pomysłem (wystrzelmy boską Dżoj na księżyc). Następny rozdział będzie uczuciowy (na walentynki: już "niedługo" luty) refleksyjny, czyli anegdotki życiowe, które tak bardzo kocha Sapphire. Tak Peddie też będzie ^^. 
Z którejśtam strony macie zdjęcie naszej idolki: miałam ustawić sobie na avka, ale nie zasłużyłam na tak piękne profilowe.
Muszę zrobić coś z Amfie, zawsze o nich zapominam. 
Co do następnego rozdziału: strefa czasowa powinna obejmować tydzień lub dwa, obecnie piszę one parta na jednego z moich wielu wielu blogów. Sapphire jest pracowita (powinna odrabiać matmę, ale cóż).
Kocham was całym serduchem <3
PS: Hejtujcie tych z góry.

wtorek, 22 października 2013

Opowiadanie cz. 62. When you're gone.

"Nazywałeś mnie swoją marzycielką 
A teraz spełniam moje marzenia 
Tak bardzo chciałabym cię zobaczyć 
Wszystko, co mi się przytrafia 
Sprawia, że wracam myślami do przeszłości"
(I miss you)

Wyobraź sobie, że płaczesz… Robisz to bardzo często, prawda?
Często płaczesz.
Czemu?
Ktoś zranił Twoją duszę? A może ty sam to robisz?
Zawiodłeś się? Jasne, jak zawsze.
Możesz tęsknić.
Spokojnie, jeszcze kiedyś się zobaczycie.
Chyba, że tej osoby już nie ma… I nie masz pojęcia, gdzie w tej chwili może być.
                                      
Pustą ulicą szła mała osóbka o dużych, ciemnych oczach i burzy loków na głowie. W kruchutkiej rączce ściskała niewielki plecak ze Scooby-Doo. Torba obijała się o ziemie, jednak nie to było problemem dziewczynki. Oni znowu się śmiali.
Oni.
Oh, jak bardzo Ich nienawidziła. Mama mówiła, że nie warto płakać, ale co ona może wiedzieć. To nie ją krzywdzą.
Spuszczając główkę, delikatnie otworzyła drzwi do żółtego domu, otoczonego bajecznym ogrodem. Babcia zawsze sadzała ją na huśtawce i mówiła, że może spotkać tu wróżki, spełniające życzenia. Musiały być bardzo zapracowane, bo Abby wiele razy prosiła o jakich życzliwych przyjaciół, jednak nigdy nikogo takiego nie spotkała. Trudno. Może kiedyś?
Umocowawszy się z różowymi sznurowadłami, rzuciła buciki w kąt i cichaczem podreptała w stronę swojego pokoju. Mama jeszcze nie wróciła z pracy. Ostatnio bardzo dużo pracuję, bo nie ma nawet czasu się z nią bawić. Ale jest jeszcze Rachel.
Uszczęśliwiona dziewczyna z uśmiechem skierowała się do twierdzy ukochanej, starszej siostry. Może znajdzie dla niej chwilkę? Chciałaby się pobawić.
-Rachel. – Abby ostrożnie nastąpiła na próg. – Mogę wejść?
-Co? Ty chyba sobie żartujesz! – zza drzwi dochodziły niepokojące odgłosy. – Nie ma mowy o pomyłce, musiało Ci się coś przewidzieć! Tak John, wiem, że jesteś starszy, ale… Dobrze wiem co robię! Ceremonia jest już niedługo, więc lepiej będzie jeśli… - zauważywszy Abby, gwałtownie ściszyła ton. – Muszę kończyć. Wiem, że to ważne, jednak mam inne problemy. Zdzwonimy się później, dobra? – odłożywszy telefon, podniosła dziewczynę z podłogi i usadziła ją na jej ulubionym, bujanym fotelu. – Co takiego skarbie?
-Znowu się ze mnie śmiali… - dziecko nieśmiało spuściło głowę. – Mówili, że tatuś nas nie chce, ale przecież wyjechał tylko na miesiąc… I jeszcze żartowali o jego babie nowej… Wiesz co to znaczy?
-Nie słuchaj ich. – odparła szybko dziewczyna. – Nie mają zielonego pojęcia co tu się dzieję. A o ojcu masz nie myśleć. Wbrew temu co wciska Ci matka, on wcale nie jest taki święty. Boże, czemu cały ten świat Cię oszukuję? Spokojnie myszko, jestem przy Tobie. – wyszeptała cicho, przysuwając dziewczynkę do piersi. – I nigdy, przenigdy nie pozwolę cię skrzywdzić.
-Naprawdę? – w oczach Abby pojawiły się małe iskierki nadziei. – I spotkam kogoś miłego?
-Obiecuję. – siostra lekko pogłaskała ją po policzku. – Przeczytać Ci coś?
-Poproszę.
Rachel puściła rączkę dziewczynki, wolnym krokiem zbliżając się do regału. Książki były posegregowane kolorami, każda miała również własną zakładkę. Wpatrując się w malownicze rzędy pism, Abby dostrzegła świstek papieru wystający z jednej z gazet. Podleciała do Rachel i jednym susem wdrapała się na mebel.
-A co to jest? – zapytała, próbując złapać róg kartki. – Sięgniesz to?
-Tam nie ma nic ciekawego. – dziewczyna szybko schowała papier za plecy. – Bazgroły i tyle. Siadaj mi na kolana, przeczytamy to. – spojrzała na roześmianą buzię siostrzyczki. – No już, posłuchaj:

*„Pewien młodzieniec chwalił się że ma najpiękniejsze serce w dolinie. Chwalił się nim na rynku i zebrał się ogromny tłum by je podziwiać bowiem było w swym kształcie perfekcyjne. Nie miało żadnej skazy, było przepiękne, gładkie i błyszczące. Biło bardzo żywo. Chłopak krzyczał na cały głos że nikt nie ma piękniejszego serca od niego i wszyscy mu potakiwali bowiem jego serce było idealne. Jednak w pewnym momencie jakiś starzec z tłumu krzyknął:
- Dlaczego twierdzisz że twoje serce jest najpiękniejsze, skoro moje jest o wiele piękniejsze od twojego?
Młodzieniec bardzo się zdziwił słysząc te słowa, a potem spojrzał na serce starca i się zaśmiał. Serce starca biło bardzo żywo, być może nawet żywiej od serca młodzieńca, ale było to serce poorane rozlicznymi bruzdami, serce w którym było wiele brakujących kawałków. Wiele też w nim było kawałków, które do tegoż serca nie pasowały. Było to serce brzydkie które w żaden sposób nie mogło się równać z nieskazitelnym sercem młodzieńca. Chłopak zapytał się, dlaczego starzec uważa, że jego serce jest piękniejsze, skoro wszyscy widzą, że nie jest ono nawet w części tak piękne, jak jego własne serce. Wtedy starzec rzekł, że w życiu nie zamieniłby tego serca na serce młodzieńca. Powiedział też, aby młodzieniec spojrzał na jego serce i wskazując na blizny rzekł.
- Widzisz te blizny i brakujące kawałki? Nie ma ich tu dlatego, że ofiarowałem je z miłości dla wielu osób, a niesie to ryzyko, bo często się zdarza, że sami ofiarowujemy uczucie dla innych, ale oni nie dają nam nic w zamian. Stąd te blizny, bo choć dałem im cześć swojego serca, oni nie dali mi nic. Jeśli natomiast spojrzysz uważnie dostrzeżesz, że wiele kawałków do mojego serca niezupełnie pasuje. Są to kawałki serca innych, które oni mi ofiarowali i które znalazły stałe miejsce w moim sercu. Dlatego moje serce jest piękniejsze od twojego. Natomiast te bruzdy, które widzisz zrobili ludzie nieczuli, ludzie, którzy mnie zranili.
Wtedy młodzieniec spojrzał na starca, zrozumiał i zapłakał. Potem wziął kawałek swojego przepięknego serca i ofiarował go starcowi, a starzec zrobił to samo. Padli sobie w ramiona i rozpłakali się po czym odeszli razem w wielkiej przyjaźni. Młodzieniec włożył część serca starca do swojego serca, w miejsce brakującego kawałka, który dał starcowi. Ten nowy kawałek pasował tam, choć nie idealnie, co zmąciło doskonałą harmonię serca młodzieńca. Nigdy jednak wcześniej serce młodzieńca nie było tak piękne, jak w tym momencie i młodzieniec dopiero teraz to zrozumiał. Pracuj tak, jakbyś nigdy nie potrzebował pieniędzy, tańcz tak, jakby nikt na ciebie nie patrzył i zawsze kochaj tak, jakbyś nigdy wcześniej nie kochał.”

-Jakie ładne! – dziewczynka zaklaskała w ręce. – Czy ten starzec i młodzieniec jeszcze się przyjaźnili?
-Myślę, że tak. – odparła Rachel z uśmiechem.
-Naprawdę? Ale się cieszę! Bo widzisz… moje serduszko chyba też jest trochę dziurawe. I tu, i tu, i tu… - wyliczała Abby, wskazując palcem różne miejsca na klatce piersiowej. – Czy ktoś mnie kiedyś pokocha? Mam Ciebie, mamusię, chyba tatusia, ale czy będzie jeszcze ktoś, kto naprawi moje serduszko?
-Pewnie, że tak kochanie! – przytaknęła kobieta, bawiąc się niesfornymi loczkami siostry. – Każdy z nas dostanie tyle miłości, ile na nią zasługuję. Musisz o tym pamiętać. Kocham Cię malutka.
-Ja Ciebie też kocham, najmocniej! – Abby wtuliła się w ciepłe ramiona Rachel. – I nigdy mnie nie zostawisz.
-Tego nie mogę Ci obiecać.
-Jak to? – przestraszyło się dziecko. – Gdzie Cię wtedy znajdę?
-Tutaj. – Rachel przesunęła palec na bijące serce dziewczynki. – Stąd nikt nie odchodzi. Nigdy.

Abby spojrzała przez szybę, poczuwszy nieprzyjemny dreszcz na ciele. Noc była taka straszna. Wszystkie kolory uciekały, pewnie pobiegły za słoneczkiem. Pani w przedszkolu mówiła, że barwy są zawsze, chociaż czasem mniej je widać. Niebo było okropne, bure i nieprzyjemne. A co jeśli…
-Jak to dzisiaj? – zza ściany dobiegł przerażony głos Rachel. – Niemożliwe! Przecież wszystko ustaliliśmy, nie może… Dobrze. Już biegnę, postarajcie się nic nie robić. Nie może was skrzywdzić!
Dziewczynka wstrzymała oddech, jednak nie powiedziała ani słowa. Czy Rachel się czegoś boi? Jeśli tak, to czemu jej nic zdradziła. Przecież się tak bardzo lubią!
Chwilę później, siostra pobiegła do głównego holu. Narzuciła na siebie jedynie cienką bluzę, nie ubrała nawet szalika. Zachoruję i znowu mama będzie na nią krzyczeć. Usłyszawszy kroki dziewczyny, dziecko szybko wskoczyło do łóżka. Abby czuła na sobie ciepły oddech siostry, lecz postanowiła milczeć. Uznała, iż nie powinna.
-Kocham cię moja malutka. – pochyliła się nad dziewczyną, mocno ucałowawszy ją w oba, zimne policzki. – Przebacz mi, proszę.
To powiedziawszy, zamknęła za sobą drzwi i za moment już jej nie było. Nie myśląc ani chwili dłużej, Abby odwinęła się z kołdry, wsadzając stopy do zielonych bucików. Cichutko pobiegła za siostrą licząc, iż ucieszy się niespodzianką. Pewnie nie spodziewa się, że za nią pójdzie. Będzie kochać ją jeszcze bardziej!

Dwie godziny później, obie znalazły się w opuszczonej piwnicy pewnego starego domu. Abby nie znała tego miejsca, chociaż niewykluczone, iż kiedyś mogła widzieć je w jednej z książek Rachel. Geografia, historia… Coś z tych dwóch gatunków.
            Dziewczynka leciutko przebiegła po zakurzonych schodach, usiłując powstrzymać się przed kichnięciem. Czy naprawdę nikt tu nie sprząta? Mama zawsze mówiła, że trzeba utrzymywać porządek… krzyczała na nią, kiedy zapomniała odłożyć misia na półkę, ale on musiał leżeć w łóżeczku. Musiał: kiedyś, ponieważ został zniszczony. Dzieci z jej grupy go wyrzuciły. Mamusia była bardzo zła, bo maskotka była droga i nie zamierzała kupić jej nowej. Teraz nie miała już misia, tylko Rachel. Poza nimi nikt nie poznał jej sekretów.
            -Zostaw nas!
            Dziecko otworzyło najbliższe drzwi i z ciekawością zajrzało do środka. Na środku ogromnej sali stała Rachel wraz z gromadką nieznanych jej osób. Nikt z wymienionych nie wyglądał na szczęśliwego. Może, tak jak ona, boją się nocy i Rachel ich pociesza? W takim razie musi jej pomóc!
            Uszczęśliwiona dziewczynka przekroczyła próg komnaty, od razu kierując się w stronę ulubionej siostry. Pewien mężczyzna zaczął krzyczeć, co zwróciło uwagę najdziwniejszej z grupy kobiety. Dziecko spojrzało na jej oczy z przestrachem a jednocześnie ogromnym smutkiem.
-Co tu robisz? – warknęła smukła postać w czerwonej szacie. – Jak śmiesz przeszkadzać mi, Deyrui, w przeprowadzeniu ceremonii?!
-Ktoś Cię kiedyś bardzo skrzywdził. – odparła Abby, wciąż nie spuszczając z niej wzroku.
-Milcz!
-To musi boleć, prawda? Jesteś tu, bo nie chcesz się bać?
W zimnych oczach kobiety pojawił się nieznany jej dotąd błysk. Rachel wpatrywała się w całą tą scenkę z przerażeniem. A przecież ta dziwna osoba tylko cierpiała… Czemu mieli takie złe miny? Nie chcieli jej pomóc? A może ona tej pomocy nie chciała…
Wszystko znikło, kiedy tajemnicza postać wykonała dziwny ruch palcem i wyśpiewała parę, niezrozumiałych słów. Rachel krzyknęła żałośnie, gwałtownie odpychając siostrę na ziemię. Po chwili upadła, nie wydawszy z siebie najmniejszego odgłosu.
-Nie! – krzyknęła Deyrua, uderzając pięścią o ścianę. – Goniec poległ! Klątwa nie została zdjęta, a ja wciąż… Dość! Za karę, powinność przejdzie na waszych potomków i krewnych! Niech cierpienie nigdy nie ustanie. Za parę lat zjawie się tutaj ponownie, o wiele, wiele silniejsza. I nikt mnie nie pozna. Jedynie na końcu, kiedy wykończę ich wszystkich… Zapłacą mi za to! Wszyscy! – wrzasnęła, po czym zniknęła w gęstej kłębie dymu.
-Odrodzi się na nowo. – jęknęła jedna z zebranych postaci. – Boże, co z Rachel? Rachel!
Wpółprzytomna kobieta leżała na zimnej posadzce, delikatnie głaszcząc Abby po włosach. Musiała uspokoić ją przed tym, co spotka już za kilka lat. Szkoda tylko, że sama będzie musiała się wszystkiego nauczyć.
-Goniec przekazuję treść do jednego z Wybawców.. – wychrypiała, patrząc na siostrę z nadzieją. – Kocham Cię i obiecuję, że trafisz na właściwych ludzi. Teraz muszę odejść, ale zawsze będę mieszkać w Twoim serduszku. Zostaniesz z mamą… Będziesz musiała wytrzymać, jednak nie jest to odpowiednia dla Ciebie osoba. Dzieje się dużo rzeczy, o których nie masz pojęcia. Zostawiam Cię, jednak trzeba wierzyć w to, iż jeszcze kiedyś się spotkamy. Przebacz mi, proszę. – w jej głosie pojawiła się nutka desperacji. – I cokolwiek by się stało, pamiętaj o tym: „Gdzie gwiazdy święcą blaskiem księżyca, noc równa porankom się stanie. Wybaczy Ci wszystkie grzechy największe, wspomoże tam gdzie rozstaje”. Bez tego Wam się nie uda. Pamiętaj, że są osoby, które potrafią załatać wszystkie dziury w serduszku. Kocham Cię maleńka… - wyszeptała, po czym zamknęła oczy.
I już nigdy ich nie otworzyła.

image-Ja też Cię kocham. – Abby ze smutkiem popatrzyła na starą fotografię.
            Tydzień po śmierci Rachel, ona i mama wyprowadziły się z Liverpoolu. Wróciły do rodzinnej Hiszpanii, gdzie było znacznie gorzej. Rodzicielka nie chciała z nią rozmawiać, a ona sama nie mogła znaleźć żadnych znajomych.
            O tragicznym dniu zawsze przypominał jej TEN dom. Wygląda na to, że już tu kiedyś była, ale nie chciała dopuszczać do siebie najbardziej prawdopodobnego stwierdzenia. Nikomu o tym nie mówiła. Nawet osobom, z którymi zdawała się mieć najlepszy kontakt.
            Spoglądając na zdjęcie, z dumą stwierdziła, iż jej serce powoli się goiło. Rachel miała rację. Na samo wspomnienie o zmarłej siostrze, po policzkach dziewczyny spłynęły słone łzy. Nie miała nikogo poza nią. Wciąż zastanawiała się nad jej ostatnimi słowami, które do dzisiaj pozostały jej w pamięci.
            Podobnie jak te straszne oczy Deyrui. Pełne złości, trwogi i cierpienia…


            Joy Mercer przemierzała korytarze szkoły z miną godną samej bogini. Czuła na sobie spojrzenia wielu osób z zewnątrz: zapewne było to zasługą 10 centymetrowych szpilek, których nie powstydziłaby się nawet Amber. Tak. Lubiła popularność, nawet tę nie do końca dobrą.
            Jeszcze parę lat temu uznawano ją za miłą i kochaną dziewczynę, zawsze gotową do pomocy kolegom. Aż w końcu pojawiła się Ona i obrazek grzecznego aniołka zniknął jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Ona, czyli Nina, bo któż by inny?
            Szczerze mówiąc, nie miała pojęcia co Fabian w niej widział. Była taka przeciętna, zupełnie nijaka… A mimo to zabrała jej wszystko i nie chciała tego oddać. To przez nią musiała się ukrywać.
            Wbrew pozorom, Joy wcale nie uległa zniechęceniu. Przeciwnie wręcz. Robiła wszystko, by odzyskać dawną pozycję. Ciężko jest walczyć, kiedy nie masz żadnych sprzymierzeńców. Nawet Patricia – podobno najlepsza przyjaciółka – powiedziała jej mnóstwo przykrych słów i stanęła za Niną. Mercer sama odgrodziła sobie drogę. Nie potrzebowała nikogo. Całe życie spędziła w samotności, dlaczego miałoby być inaczej?
            Teraz, kiedy Niny już nie ma, Fabian wciąż nie jest wolny. Znalazł sobie nową dziewczynę, z którą wcześniej bardzo chciała się zaprzyjaźnić. Wykorzystała ją. Te wszystkie wieczorne żarty, rozmowy… Były tylko po to, aby uśpić jej czujność i zyskać wdzięczność Fabiana. Co nie zmienia faktu, iż Nina nadal była gorsza od Grace. W końcu to przez „Wybraną” zaczął się ten cały cyrk.
            Nienawidziła jej. Z całego serca.
            Nie wróciła tu po to, by naprawić błędy (których oczywiście nie popełniła). Chciała jedynie pokazać tym frajerom, że poradziła sobie sama. Bez ich dennej pomocy. Wszystko co zyskała, zawdzięczała sobie. Była to niemała satysfakcja, jednak brakowało jej czasem rozmowy z jakimś innym osobnikiem. A miała dużo do opowiedzenia. Między innymi to, że w starej szkole wygrała około dziesięć konkursów, dzięki czemu na pewno dostanie się na dobre studia. Lubiła dzielić się swoimi sukcesami ze znajomymi. Niech jej zazdroszczą, a co tam!
            Kiedy skończyła myśleć nad przeprowadzką, kątem oka dostrzegła niską dziewczynę z burzą czarnych loków na głowie. Kojarzyła ją skądś. A no tak: przecież razem mieszkały. Joy nie speszyła się pomyłką, ponieważ Ally poruszała się w sposób nienaturalnie cichy i łatwo było ją ominąć. Może chociaż ona nadaję się do rozmowy.
-Cześć. – Mercer weszła jej w drogę, uśmiechając się słodko. – Co słychać Ally?
-Abby. – poprawiła ją dziewczyna. – Ty jesteś… Joy?
Mercer skinęła głową, usiłując powstrzymać się przed zbesztaniem nieinteligentnej koleżanki. Nie znała jej imienia. Co prawda była nowa, ale powinna takie rzeczy powinno się wiedzieć. Czyżby nikt nie opowiedział tej Ally, czy tam Abby, o Joy? Nie do pomyślenia.
-Musi być Ci strasznie ciężko. – Mercer westchnęła teatralnie. – Mieszkałam w Domu Anubisa o wiele dłużej niż ty… Ludzie są okropni.
-Raczej wątpię. – Roye spojrzała na nią  z pobłażaniem. – Słyszałam to i owo na temat twoich upodobań, tak więc zachowaj to zdanie dla siebie.
-Słyszałaś? – zaciekawiła się Joy. – A co takiego?
-Szczerze?
-Oczywiście!
-Że jesteś stuknięta. – oznajmiła Abby z uśmiechem, po czym podreptała w stronę głównego holu.
            Twarz Joy przybrała barwę piwonii, jednak zaraz przypomniało sobie, iż stoi na szkolnym korytarzu, więc powinna zachowywać się jak na damę przystało. Starannie wygładziła kołnierz marynarki i ruszyła przed siebie, oczekując zachwytów nad jej zgrabnym chodem w błyszczących szpilkach. Kto jak kto, ale Abby nie może mieć o niej złego zdania. Potrzebny jej poplecznik i to od zaraz. A ona doskonale się na niego nadaję…


            Trudno jest być demonem, członkiem Sibuny i optymistą jednocześnie. Grace miała duże pojęcie w tym zakresie, albowiem ją los obdarzył właśnie tymi cechami. Najśmieszniejsze było pojęcie pierwsze, gdyż ona na demona wcale się nie nadawała. Coraz częściej, jednak prześladowały ją koszmarne wizje, a ciało wymykało się spod kontroli. Bywało, iż nie pamiętała pewnych momentów.
            Siedząc w zamknięciu, zastanawiała się nad obecnym stanem Sibuny. Jeden mieszkaniec Domu Anubisa był W (cokolwiek ten dziwny skrót oznacza). Zdecydowano (w liczbie mnogiej, mimo, że pomysł należał do jej genialnego chłopaka), iż w takim razie nie można ufać absolutnie nikomu i ich tajny klub w łeb wziął. Fabian to czasem naprawdę nie myśli.
            Kto mógłby być na tyle sprytny, żeby poznać sekrety wszystkich, nawet tych najbardziej niedostępnych osób? Sorry, Stelli do dzisiaj nie zdołał rozpracować. Nikt nie wiedział nawet kiedy obchodzi urodziny, włączając w to Jeroma i Benniego. Ma dziewczyna zdolności.
            Grace spojrzała na łóżko w kącie pokoju i zrobiło jej się dziwnie smutno. Być może to przez Joy, która właśnie zawitała do ich wspólnego – jej i Mary – pokoju. Od razu nawrzeszczała na niewinną Foster, gdyż okazało się, iż zajmuje ona byłe łóżko Mercer. Mara również nie była zadowolona. Joy słynęła z robienia wielkiego bałaganu, a Jaffray nienawidziła go całym sercem. Wszystko wskazywało na to, że ich współmieszkanie raczej nie zaowocuję w dobre skutki.
-Grace! Co słychać?
Do pokoju wparował uśmiechnięty od ucha do ucha Fabian. Dziewczyna wstała z łóżka, przyjrzawszy mu się uważnie.
-Gdzie byłeś?
-Pomagałem Joy przenosić walizki. - wyjaśnił Rutter spokojnie. - A co?
-Aa. Joy. - Grace usiłowała zachować neutralny wyraz twarzy. - I? Mówiła coś?
-Nic specjalnego. Tylko tyle, że tęskniła.
-Tęskniła... No proszę. Za Tobą, czy za wszystkimi?
-Nie sformułowała, ale... za wszystkimi raczej, bo...
-I TY MASZ CZELNOŚĆ POKAZYWAĆ MI SIĘ NA OCZY?! - Foster przestała kontrolować targające nią emocje. - IDŹŻE MI STĄD ZDRAJCO! KIEDY JA PRZYJECHAŁAM, SAMA NOSIŁAM SE WALIZKI, A TY NIE DOŚĆ, ŻE MI NIE POMOGŁEŚ TO JESZCZE ZNOKAUTOWAŁEŚ MNIE DRZWIAMI! GRATULACJĘ RUTTER, WŁAŚNIE ZOSTAŁEŚ NAJBARDZIEJ ROMANTYCZNYM FACETEM NA ZIEMI! NI MA! - kiedy skończyła krzyczeć, spojrzała na niego słodko. - Wybaczę Ci, jeśli kupisz mi batona, teraz jestem na Ciebie oficjalnie zła. Bydzie baton: bydzie przepraszam. A teraz WON DO SPOŻYWCZEGO!


-Clarke, gdzie ty mnie zabierasz? – zapytał Eddie, kopiąc w fotel jednego z pasażera autobusu. – Jedziemy na randkę?
-Porąbało Cię? – wzdrygnął się Jerome. – Nie rozmawiam o Twojej orientacji.
-Jasne. To gdzie jedziemy?
Jerome pomyślał chwilę, po czym ostatecznie przygotował się na wygłoszenie długiego i pouczającego monologu. Chociaż nie, takie teksty działają tylko na Marusię (podobnie jak rzadkie przyzwolenie dotknięcia jego włosów). Ten to ma problemy.
-Bo widzisz… yyy… Jedziemy… kupić… kieckę dla Mary! – oznajmił z triumfem. – Właśnie tak.
Miller spojrzał na niego ze zdziwieniem, dając ponieść się szalonemu obliczu euforii. Clarke wytknął tylko język i przed dobrą godzinę, nie odezwał się ani słowem.
-Jak ty chcesz to kupić? – Eddie na chwilę przestał się śmiać. – Znasz rozmiary, co?
-Może. – bąknął blondyn zawstydzony. – Mamy takie same.
-To co, będziesz mierzyć na sobie?
-Mi jest we wszystkim do twarzy.
Jechali tak przez następne kilkanaście minut, zapominając o najistotniejszych zasadach uprzejmości. Sam kierowca miał zamiar wyrzucić ich na następnym przystanku, jednak gdy do autobusu weszła pewna, atrakcyjna kobieta, pragnąca kupić bilet, szybko zapomniał o sprawie. W końcu pojazd stanął, a dwójka pajaców mogła spokojnie wysiąść, na co większość z pasażerów odetchnęła z ulgą.
-Jerome gdzie jesteśmy? – Eddie rozejrzał się dookoła. – Nie znam tego miejsca. Na pewno chcesz kupować tu sukienki? Od tych podejrzanych ziomów? Nie ufam obcokrajowcom!
-Kiedyś przyjeżdżałem tu z Poppy. – wyznał Clarke, zupełnie olewając wypowiedź przyjaciela. – Czasami zabieraliśmy też Marę. Tata zawsze cieszył się na jej widok. Oboje knuliśmy plany, które pozwolą mi ją poderw… nieważne. Tak czy siak, decyzję podjąłem razem z Patricią. Nie pytaliśmy Ciebie, bo być może nie jesteś gotowy. Wydaję mi się, że to kłamstwo, ty zwyczajnie nie masz na to ochoty. Słuchaj stary, na początku sam byłem przeciwny, ale Mara mnie przekonała. Trzeba wybaczać. Dlatego koniecznie musisz rozmówić się ze swoim ojcem.
-Czemu mi to mówisz?
-Ten budynek przed nami to więzienie. Przekonamy się, czy będziesz w stanie go wysłuchać. Chociaż spróbuj. Może okazać się, że nie wszystko było tak jak nam się to wydaję…


********************



*baśń autorstwa Bruno Ferrero

Szału nie ma, ale jest jak jest i to ma wystarczyć.
Będę wrzucać częściej, ale opowiadania trochę skrócę. Inaczej się nie wyrobię, a że moi nauczyciele mnie tak kochają i właśnie popadli w manie robienia sprawdzianów, trzeba być przygotowanym tak ^ ^
Co do tych wydarzeń dotyczących zagadki: wszystko się wyjaśni, także spokojnie. Jeśli ktoś uważnie czytał, wie, że coś tam było fałszywe, coś tam nie i takie tam sapphirowe bzdety. Szczerze mówiąc sama się w tym wszystkim pogubiłam i należą wam się przeprosiny, bo dałam plamę. Z góry przepraszam, jeśli nie było jakiś waszych paringów, ale teraz muszę to rozłożyć, gdyż iż ponieważ inaczej sobie nie poradzimy. No przynajmniej ja. 
Dziękuję wam za wszystkie pozytywne komentarze pod ostatnim postem <3
Jesteście wspaniali, nie wiedziałam, że chociaż trochę wam na tym szajsowatym czymś zależy. Kocham was mocno mocno <3
Uwaga do wszystkich fanów Joy (nie śmiejcie się tak): Nie chcę robić z niej złej osoby, po prostu ukazuję tę postać po metamorfozach jakie zafundował jej los (czyt. zua ja). Myślę, że jej wątek powinien wam się spodobać, będziemy sprowadzając ją na dobrą drogę. Żadnych dżerojów nie będzie (tak Dżoj, wiem, że byś chciała).
La la la.
Wgl oglądam zdjęcia Eugena. Mało ich. Muszę przejechać się do miejsca, w którym on tam akurat przebywa i strzelić sobie z nim samojebkę. Oczaruję go moim urokiem osobistym, zaśpiewam mu "A wszystko to bo ciebie kocham", okaże się, że lubi nasze polskie pierogi, to zrobię mu te pierogi (kupię w biedronce, ale on nie musi wiedzieć), uwiodę go tym pierogiem, on się zakocha (nie w pierogu, tylko we mnie), oświadczy mi się i będzie hepi. Przydałoby się znać język, ale spoko. Wiem jak jest kocham cię, to wystarczy!
Pierogi są fajne.
No. To buźka i spadam gdzieś tam sama jeszcze nie wiem gdzie.
Baju kochani, wiedzcie, iż was kocham całym moim głupim serduchem <3

niedziela, 20 października 2013

Odchodzenie, przychodzenie i inne komplikacje, czyli Sapphire przemawia


No więc jestem.
Z góry przepraszam, że tak rzadko dodaje, ale weny nie mam za grosz. I jak to na Acię przystało, miewam różne humorki, a wtedy zapewne bym kogoś skłóciła albo zabiła, a tego nie chcemy. Rzucę się na Dżoj.
Jest nas mało. Liczba komentarzy spadła, co mnie bardziej martwi niż dziwi. HoA się skończyło, dużo blogów zakończyło działalność.
Żeby nie było niejasności: dokończę to, chociaż nie wiem czy ktokolwiek wytrwa do końca xd
Bo kto tam u mnie został? Joylitte, Emklarka, Stevie, Marzycielka, ♥ℓσѕт♥ιи♥∂яєαмs♥... u Beansy Boo coś cicho, mam nadzieję, że jeszcze się objawi. Niedługo wszyscy se pójdziemy zapewne.
Szkoda. Pamiętam jeszcze początki panowania manii na zakładanie blogów o Anubisie. Teraz większość z nich już nie pracuję, autorki poodchodziły... Eh.
Kiedyś musiało się to skończyć. Mimo to mam nadzieję, iż wyżej wymienione osoby jeszcze długo zachwycać nas będą swoimi dziełami :)
Kolejny rozdział się piszę. W tygodniu powinnam skończyć.
Co do HoA... Nie można nikogo winić. Bez serialu trudno jest cokolwiek wymyślić. Naprawdę jestem pełna podziwu dla tych, którzy pozostali. To tak wiele dla mnie znaczy.
Niedawno na arenę wróciła MClarke, co mnie bardzo cieszy, bo znałyśmy się praktycznie od samego początku blogowania, poza tym miałyśmy tajniackie plany wobec hipisów i innych takich. Kocham Cię ziomie tak <3
Joylitte! Mój aniołek kochany, bierzemy podwójny ślub: Ona z Bradziem, ja z Eudżenkiem (oczywiście obaj o tym wiedzą). Ją też kocham <3
Jeżeli już jesteśmy w temacie blogowych miłości Agatki musimy przejść do Stevie, która ma genialny gust muzyczny ^ ^
Tyle miłości.

Nie wiem o czym pisać. Z tym całym W. i pijanym Braco to już mam zaplanowane, tyle, że potrzebuję wątków uczuciowych ^ ^ I tu prośba do was: dajcie mi jakieś pomysły, bo wysiądę psychiczne i nawet Mickuś mi nie pomoże. Swoją drogą na DC rusza ten serial o wilkołakach czy jakiś wólfbladach (poprawna pisownia okej). Będę oglądać. Mickuś to jedyna istota warta mego uczucia. Poza Eugene'm, rzecz jasna.
HoA Stroy skończy się bodajże około rozdziału 80, czyli jeszcze 20 opowiadań musicie ze mną wytrwać. Wytrzymacie? :)
Potem nie wiem co będę robić. Kiedyś planowałam jakąś historyjkę o Hershey i pozostałych, ale teraz to już chyba bez sensu.
Obecnie miotam się po jakiś one shotach i innych wytworach mojej porytej wyobraźni. Pisać nigdy nie przestanę, za bardzo to kocham.
Miało być krótko, a ta znowu się wyżala. Wybaczcieeee ^ ^

Kocham was bardzo bardzo ♥
Ale Eugena bardziej



Papa c:
Do napisania Sapphirer (jeśli jacyś jeszcze zostali)  ♥

sobota, 5 października 2013

Opowiadanie cz. 61, Me and you.

"Poczekam bo nauczyłaś mnie żyć
Pójdę z tobą dlatego, bo chcę dać ci mój świat
Będę czekać aż wrócisz
I zrobię wszystko, żeby znowu Cię zobaczyć"

(Te Esperare)

Z perspektywy Jerome'a

Samotność jest irytująca, nie uważacie? Najgorzej jest wtedy kiedy chcecie zwrócić się o pomoc, ale nie macie nikogo kto mógł by wam jej udzielić. Nie mogę narzekać na brak towarzystwa, jednak patrząc na Audrey dochodzę do wniosku, że od pewnego czasu bardzo się ode mnie oddaliła. Niby nic się nie zmieniło. Wciąż jest tą samą dziewczyną o ciepłym spojrzeniu potrafiącym przełamać nawet największe lody. Coś było nie tak, tylko jeszcze nie wiedziałem co.
-Coś się stało? - zauważyła, jak zawsze. - Jerome?
-Nie, co ty. - usiłowałem uciec przed jej wzrokiem. - Nie nudzi Ci się czasem? Wcześniej tyle czasu spędzałaś z Patt a teraz...
-Muszę przemyśleć parę rzeczy. - wyjaśniła, posyłając mi typowy dla niej uśmieszek. - Nadal ze sobą rozmawiamy. Dzielenie pokoju do czegoś zobowiązuję. Po prostu martwi mnie to, że czas tak szybko leci i niedługo będę musiała wrócić do domu... Sam wiesz.
Wiedziałem. Audrey płakała wiele razy, jednak nie chciała zdradzać mi większych szczegółów zatargów z ojcem. Może wyda wam się to dziwne, ale nigdy nie byłem u niej w domu. Z jasnych przyczyn. Jej tatę widziałem zaledwie kilka razy. Od samego początku wydawał mi się nieciekawy. Co mogłem zrobić? Audrey nie chciała słyszeć o żadnych interwencjach. Musiałem to zaakceptować, lecz w głębi duszy czułem, że źle robię. Nie mogłem jej pomóc i to mnie męczyło.
-Nie smuć się. - powiedziała ze spokojem. - Dla mnie to rutyna. Normalka.
Chciała mnie pocieszyć. To miłe z jej strony, jednak nie zmieniało to faktu, iż sytuacja była kompletnie bezsensowna. Ani w te, ani we wte. Utknęliśmy na samym środku.
Audrey spojrzała na różowy zegarek, po czym podniosła się z krzesła.
-Muszę lecieć. - wyjaśniła, wyprzedzając moje niezadane pytanie. - Zgadamy się kiedy indziej. Do zobaczenia!
-Cześć. - zmusiłem się do uśmiechu, ale chyba nie dała się nabrać.
Kiedy tylko wyszła, zrzuciłem maskę z twarzy i odetchnąłem. Jak ona może to znosić? Nim zmieniłem styl myślenia na refleksyjny, do kuchni przywędrował Alfie w jakimś dziwacznym kapeluszu na głowie.
-Amberek bawi się w projektantkę. - odparł, zauważywszy moje zdumione spojrzenie. - Fabian pyta się czy masz jakieś pomysły dotyczące prawdziwego przebiegu ceremonii.
-Nie. - ziewnąłem. - Jak mu zależy, to niech se sam szuka. Ważne, że Marusia nie jest Skazańcem.
Naprawdę się z tego cieszyłem. Perspektywa życia bez niej nie dawała mi spać po nocach. Jedyny minus był taki, że teraz inną osobę czekają podobne obawy. Tym razem już na poważnie...


Kiedy nadejdzie fala ciemności
A Twoją duszę opęta mrok
Pamiętaj, że obok jest osoba
W której sercu panuję chłód...

Odrodzić się może
i pokój wasz zburzyć
kto znamię posiądzie
umrze tuż tuż

-Bez sensu. - skomentowała Millington. - Jak ktoś mógł wyryć tu coś tak brzydkiego? Nawet nie rozumiem tych słów!
Kto by pomyślał, że zdzierając tapetę w gabinecie Roberta, można natknąć się na takie cudo. Fabian przepisał przepowiednie do swojego nieodłącznego zeszyciku, po czym rozejrzał się dookoła.
-Myślę, że Frobisher doskonale wiedział komu powierza zadanie. - stwierdził Rutter, lekko się rumieniąc. - Możemy być dumni.
-Wiedział? Stary, on chyba był pijany. - mruknął Jerome, przybijając piątkę z Alfiem. - Nikt normalny nie kazałby nam nawet wyrzucić śmieci, a co dopiero świata ratować. Myślisz, że od czego mamy Trudy?
Fabian oczywiście się obraził i postanowił milczeć przez następne minuty przebyte w towarzystwie Clarke'a. Od czasu jego domniemanego związku z Marą, chłopak nie dawał mu żyć.
-Wracając do tego włamania... Nic nie zginęło, ale Braco na pewno czegoś szukał.
-Stanika może? Jakbym został sam w domu zacząłbym poszukiwania od szafy Marusi!
-Masz szczęście, że ona tego nie słyszy. Alfie nie jest taki zboczony, prawda słoneczko? - rozpromieniła się Amber.
Chłopak nie odpowiedział, gdyż właśnie zajęty był rozmyślaniem na temat różnych elementów garderoby swojej dziewczyny. Millington zacisnęła wargi i udała, iż rozmowa nigdy nie miała miejsca.
-Był tutaj tylko przez parę dni, ale... - odezwała się, milcząca dotąd Grace. - Kurczę, wydaję mi się, że znam skądś te twarz.
-No, ja też. - przytaknął Jerome. - Chyba w tej reklamie o zupie Romana.
Foster puściła to mimo uszów i rozpoczęła poszukiwania wewnętrzne, wertując każde wspomnienie, które mogłoby pomóc poznać jej prawdę o chłopaku.
-A może się nachlał i leży gdzieś pod zlewem? Ja sprawdzę! - zaoferował się Miller, a po chwili już go nie było.
Nie dało się ukryć, iż blondyn nie przepadał za poszukiwaniami niczego. Nie tylko on zresztą, Jerome zaczął ziewać pół godziny temu.
-Dzisiaj już nic nie znajdziemy. - Fabian ostatecznie wybaczył Jerom'owi. - Możemy wracać. Grace, przestań myśleć o tym Braco! Naprawdę nie ma fajniejszych rzeczy?
-Jeeest...
-Weź, bo się zarumienię!
-Lodówka, internet i niebieskie żyrafy. Czemu masz się rumienić?
-... Nienawidzę Cię.

-Dzisiejszego dnia oficjalnie przydzielamy rolę do naszej, wcześniej już zapowiadanej sztuki "Kochać bardziej". Ktoś jest zainteresowany? Las rąk widzę.
Rosie przejechała wzrokiem po klasie, z ulgą uznawszy iż, wszystko zostanie przeprowadzone drogą losowania. Jeszcze w żadnej szkole nie spotkała się z entuzjazmem dla dzieł artystycznych. Jej obecne miejsce pracy nie było wyjątkiem.
-Masakra. - usłyszała jęki Patt z końca sali. - Nie chcę grać jakiejś słodkiej niuni.
-Nie będziesz. - uspokoiła ją nauczycielka. - Grace, Fabian macie może pomysły? W końcu gracie główne role.
Foster i Rutter wymienili ze sobą porozumiewawcze spojrzenia. Wstali z krzeseł i przybierając miny grzeczniusich berbeci przystąpili do działania.
-No bo widzi pani...
-... my naprawdę chcieliśmy to grać...
-... ale teraz jak już się spotykamy...
-... to właściwie...
-... po co grać w to badziewie...
-... dajmy szansę komuś innemu...
-Proszę? - zakończyli oboje, widząc wypieki na twarzy kobiety.
Rosie zastukała palcami o blat biurka, ostatecznie godząc się z ich rezygnacją. Jak nie oni, to następni. Ach ta młodzież...
-Chwila, chwila! Oni się spotykają? - Mara wskazała palcem na Fabiana i Grace, po czym wydała się z siebie donośny krzyk triumfu. - Ha! Wygrałam! Jeden zero frajerze!
Jerome (który właśnie zyskał następny powód na liście wiecznego znienawidzenia Ruttera) zamrugał niewinnie rzęsami, udając wielki zdziwienie.
-Co to mówisz Marusiu? To ty liczyłaś na Audrey, nie wymiguj się.
-Nieprawda! - wrzasnęła Jaffray patrząc na niego z wściekłością. - Kłamiesz! Tak samo jak z tą głupią Hesh...
-Oo tym razem przeholowałaś moja droga! - wzburzył się Clarke. - To koniec!
-Zrywam z Tobą!
-To nara!
-To pa!
-Pff.
-Pff!
Nauczycielka westchnęła ciężko, usiłując przypomnieć sobie co mogło zmienić się w sposobie wyrażania uczuć kiedy ona się starzała a młodzież dorastała. Całe szczęście, że musi siedzieć z nimi tylko ten jeden rok.
-To jest 21 wiek. - oznajmił Eddie z uśmiechem. - Pani się nie martwi. Potem będzie jeszcze gorzej!
Rosie (wystarczająco przerażona perspektywą dzisiejszych czasów) uciszyła klasę i wróciła do sprawdzania obecności. Kiedy odhaczyła już wszystkie nazwiska, rozejrzała się po klasie, szukając jakiegoś dziecka z ambicjami. Talentów brak.
-Jerome? Mara? - spojrzała na nich z nadzieją. - Może wy...
-Nie będę grać z tą durną kobietą, która nie chce wychowywać ze mną naszej córki!
-Nie będę grać z tym kłamliwym oszustem, który nie może zrozumieć, że nasza córka to tylko wytwór jego chorej wyobraźni!
-Powiedziała naszej! - krzyknął Benny spod okna. - Jest postęp!
Podczas kiedy uczniowie ocucali załamaną Rosie, Walker skupił całą uwagę na Stelli, która raczej nie angażowała się w chore zajęcia swojej mamy. Swoją drogą, dzisiaj była szczególnie nieobecna.
-Stellciu? Jakiś problem?
-Zamknij się. - odwróciła się do niego plecami licząc, iż chłopak da sobie spokój.
Ale nie dał. Nie mógł dać, co strasznie ją gnębiło. Gdyby zwyczajnie zapomniał, byłoby jej łatwiej pogrzebać uczucia głęboko pod ziemią. Niestety, cały czas łączyła ich jakaś niewidzialna nić, która za nic nie chciała się urwać.
-Wczoraj kazałaś mi się odpieprzyć i se poszłaś. A ja chciałem zrobić Ci kanapkę!
-Zjadłeś ją tępoto.
-Ale miała być dla Ciebie! Liczą się intencje.
Rosie w końcu doszła do siebie. Usadowiła się na obrotowym krześle (niestety Alfiemu nie udało się go wyregulować) i ponownie zabrała się za sprawy teatralne.
-Ktoś chce tą główną rolę? Valerie? No błagam!
-Ja mogę.
Cała klasa odwróciła się w kierunku drzwi. Przy samym wejściu stał nie kto inny tylko nasza ukochana adoratorka Fabiana wraz ze swoją ulubioną, czarną walizeczką. Uśmiechnęła się promiennie i podeszła do biurka Rosie.
-Joy Mercer. - podała jej dłoń. - Przepraszam, ale samolot się spóźnił. Musi pani wiedzieć, że bardzo lubię teatr i strasznie chciałabym zagrać te rolę. Jeśli można oczywiście.
-Chcesz? - ucieszyła się Rosie. - Fantastycznie! To kto chcę rolę męską?
-Proponuję Fabiana. - rzuciła Mercer szybko. - Myślę, że...
-Zajęty! - uniosła się Grace, patrząc na Mercer niczym Victora o poranku. - Trzeba się było spieszyć!
Dziewczyna nerwowo zamrugała oczyma, spoglądając na Ruttera z niekrytym zdziwieniem.
-Co? Przecież ty jesteś ze mną! Pisaliśmy na czacie godzinami.
-Jakim czacie, jakim czacie? Fabian nie umie korzystać z internetów! - zbulwersowała się Grace. - Kręcisz bejbe, oj kręcisz.
Mercer oblała się pąsowym rumieńcem, nerwowo poprawiając kołnierzyk białej koszuli.
-Jeśli nie on... To kto do mnie pisał?
W tym momencie Mick skulił się na krzesełku i zamilkł na następne pięć sekund. Joy wróciła. Jego największe obawy się spełniły. Czy jest wystarczająco smerfastyczny dla niej?
-No? Kto chce grać Leona? Bardzo was proszę, dzieci.
Campbell podniósł swoje błyszczące oczęta i wyszczerzył zęby w uśmiechu. Wpadł na pomysł tak genialny, że aż Bogusław musiał się o tym dowiedzieć.
-JAAAA! - wydarł się blondyn. - JAAA! BĘDĘ GRAĆ LEONA KOLEDZY I KOLEŻANKI! AJ WOLKING ON SANSZAJNNN ŁOO O O OO!
Twarz Joy przybrała kolor zgniłej zieleni. Dziewczyna zaczęła niekontrolowanie szybko oddychać, w związku z czym Alfie zaproponował oddychanie metodą usta usta (za co dostał solidnego kopniaka od Amber). Mick uznał, że wszystko to dzieje się z jej wielkiej radości. Jerome przypomniał sobie obraz sprzed paru dni i natychmiast przyciągnął do siebie Marę.
-Wróciliśmy do siebie! - krzyknął tak by wszyscy słyszeli, a w szczególności to kapryśne coś.
-Tak? - zdziwiła się Jaffray. - A nie będziesz mówił już o Hershey?
-Co to za pytanie? Oczywiście, że będę! - prychnął Clarke. - Bo widzisz kochanie... Czasami dzieje się to czego najmniej się spodziewamy.


Patricia Williamson nie należała do osób punktualnych dlatego też Eddie spędził dwie godziny w własnym towarzystwie. Miał wielką nadzieję, iż dziewczyna w końcu raczy się pojawić. Inaczej byłby zmuszony do samotnego powrotu do domu, a jak wiadomo łóżko same się nie wyśpi. Wzdychając ciężko spojrzał na rzucony papierek po batonie. Szkoda, że je tak szybko, tak to miałby jakieś zajęcie. Strzepał okruchy ze szkolnego swetra (przez to zamieszanie nie zdążył się nawet przebrać), przypominając sobie o najnowszych wymogach Trixie. Zaczęła robić się niebezpiecznie podobna do Amber. Kiedy już miał rezygnować z roli pantoflarza i poczłapać do domu w pojedynkę zza zakrętu wyszła zasapana Patricia. Kto jak kto, ale ona na pewno nie przypominała kogoś kto szykuję się aż dwie godziny. Szczerze mówiąc wyglądała tak jakby dopiero co wygramoliła się z łóżka. Ruda czupryna przeżyła atak pioruna, ciuchy nie spotkały się z żelazkiem a sama twarz Williamson była blada niczym papier ścienny. Mimo to dla Eddiego wydała się nagle najpiękniejszą dziewczyną na świecie.
-Czego zęby suszysz? - parsknęła na przywitanie. - Jesteś brudny.
-Też miło Cię widzieć. - pokręcił głową, po czym przyciągnął dziewczynę do piersi. - Kotku, chyba przerąbałaś z tą biżuterią. Ręka Ci się nie zarwie?
Słysząc to, Trixie szybko schowała dłoń za plecy i odwróciła wzrok od chłopaka. Eddie spojrzał na nią ze zdziwieniem, usiłując odgadnąć powód przygnębienia dziewczyny.
-Co się stało Gaduło? Znowu pomylono Cię z chłopakiem? To się zdarza, nie rozpaczaj.
-Bardzo śmieszne. - burknęła cicho. - Stul gębę idioto, lepiej powiedz co słychać u Twojego tatusia.
W życiu kapryśnych par często występują kryzysy, dlatego też tym razem było dane obrazić się Eddiemu. Pytanie o ojca kompletnie wytrąciło go z równowagi. Odkąd Trixie zaczęła trzymać się z Marą i Jerome'm jej poglądy na życie uległy szalonej zmianie. Nieustannie wypytywała o byłego dyrektora liceum, jego samopoczucie i inne takie. Zupełnie tak jakby zapomniała o wydarzeniach sprzed roku. O tym jak ją szantażował... I Nina. Zabił ją, ten powód powinien wystarczyć ku temu by całkiem wymazać go z pamięci.
-Kiedyś musisz z nim pogadać. - Patt uparcie broniła swojego zdania. - Mara mówiła, że ojciec Jerome'a...
-Stary Jerr'ego nie był mordercą - uniósł się nagle blondyn - Jak mam mu spojrzeć w oczy? Skrzywdził Ciebie, Ninę i nas wszystkich. Dlaczego miałbym mu wybaczać, co? Pomyśl czasem.
Dziewczyna widocznie nie miała już żadnych argumentów, bo przez parę minut siedziała cicho bez wydania najmniejszego dźwięku. W końcu przestała rozmyślać i złapała go za dłoń.
-Sorry, ale... Coś mnie tknęło ostatnio. Rozumiem, że zabił i w ogóle, ale jaki on miał powód? Wersja z Osirionem i Wybraną wydaję mi się trochę naiwna. Może jej nie lubił, tylko... - chciała dokończyć, ale w końcu machnęła ręką - To wszystko jest porąbane.
Eddie pokiwał głową, ostatecznie zrozumiawszy troski dziewczyny. Patricia nie była naiwna i ciągle szukała wszystkich możliwych wyjść z każdej sytuacji. Ale ojcu nigdy nie wybaczy, nie ma mowy.
-Nie gadaj o tym więcej, ok? - poprosił, a kiedy grzecznie przytaknęła, ujął jej białą twarz w dłonie. - Wyszło jak wyszło, trudno. Ważne jest to, że wciąż mam przy sobie pewną idiotkę, która uwielbia się spóźniać. No nie?
Patt zmusiła się do uśmiechu i stanąwszy na palcach, złożyła pocałunek na ustach swojego durnego chłopaka. Wtedy zrozumiała, że nie musi szukać dalej. Po co, kiedy może spędzić resztę życia z nim? Kochała go, mimo wszystkich przykrych słów, którymi tak lubili siebie obdarowywać. I obiecała sobie, że kiedyś mu to powie...
-Kupiłaś Colgate? Czuć. - Miller wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Kotek, bransoletka ci spad... Chwila, co to do cholery jest?
Zanim Trixie zdążyła zasłonić dłoń, chłopak już spoglądał na nią z przerażeniem. Wydało się, wszystko.
-Kto ci to zrobił?
-Ten idiota z wycieczki. - mruknęła, spuszczając wzrok. - Nie wiem co ma to oznaczać. W każdym razie dostałam dzisiaj wiadomość od naszego prześladowcy. Piszę, że jestem naznaczona.
W oczach chłopaka błysnął cień przerażenia. W jednej chwili zapałał, iż Patt otaczają rzeczy nieprzyjemne. Ich wszystkich.
Na nadgarstku dziewczyny ujawniła się bowiem krwawa blizna w kształcie litery W...

-Ale jak to naznaczona? - pisnęła Amber, przywierając do ramienia Alfiego. - Ja się boję!
-W... Jest tutaj. - powiedział Fabian przyglądając się obficie krwawiącej ranie. - Było na wycieczce. To musi być jedno z nas.
Sibuna wymieniła między sobą jednoznaczne spojrzeniem. Ktoś z grupy miał nieczyste intencje i wykorzystywał informację przeciwko drugim osobom.
-Przypomniał mi się ten medalion... Podobno wybierający osoby do ceremonii. Przeanalizuję go, ale... - Rutter na chwilę się zaciął. - Ale sam. Rozszyfrowałem przepowiednie. Deyrua mieszka w tym domu, a postać którą przybrała oszukuję nas od samego początku. Nawet tego bardzo odległego.
-Co sugerujesz? - Patt potarła obolałą rękę. - Hmm?
-Każdy z nas musi działać w pojedynkę. Inaczej nigdy nie znajdziemy rozwiązania. - oświadczył, a kiedy dostrzegł zdumione spojrzenia przyjaciół, pokręcił tylko głową. - Wiem, ja też tego nie chce. Ale tak będzie bezpiecznej. Inaczej nigdy nie uwolnimy się z tego koszmaru. Możemy polegać tylko na sobie. Patricia - tu zwrócił się do koleżanki. - Zrobimy wszystko by nic Ci się nie stało. Być może poprzez przerwanie ceremonii znak straci swoją moc. Wbrew przepowiedni nie... Sama wiesz.
Dziewczyna skinęła głową, jednak nie wyglądała na do końca przekonaną. Jej życie stanęło pod wielkim znakiem zapytania. Było o wiele gorzej niż źle.
-Od dzisiaj. - chłopak doszedł do ostatniego zdania. - Sibuna zostaje oficjalnie rozwiązana.

Sala była prawie gotowa. Pochodnie zalśniły się pomarańczowym blaskiem, miejsca dla Wybawców były przygotowane. Na samym środku stał szary, marmurowy stół. Dla skazańca...
-No, no. Odwaliłaś kawał dobrej roboty. - Greg pokiwał głową z uznaniem. - I kto by pomyślał, że nadal nie zgadli Twojej tożsamości.
-Nie doceniasz mnie. - oparło W. spod kaptura - Niedługo Twa klątwa zostanie zdjęta i będziesz mógł zapomnieć o Robercie. Odwiedziłam ostatnio Denby... Nie miała szans. Wiem, że chciała przeprowadzić jeszcze raz niewłaściwą ceremonię, zgodnie z zadami przeszłości, ale cóż. Tylko by nam przeszkadzała. Piętno Setha jest coraz bliżej... I pomyśleć, że musiałam czekać ponad sto lat. Potrafię się odrodzić, nie zapominaj o tym. Zmyliłam samych bogów egipskich, dlatego lepiej będzie żebyś nie popełniał żadnych błędów, bo wiesz jak może to się skończyć. A teraz przepraszam, ale muszę złożyć wizytę Marze...

Abby rzuciła czerwony plecak na krzesło i usadowiła się na białej kanapie. Sala była pusta, wszyscy uczniowie wyszli już do domów. Andrews zaplanowała na jutro wielki test z wiedzy ogólnej, dlatego też należało się trochę poduczyć. Wszystko wskazywało na to, że tylko ona, Mara i Fabian będą coś umieli. Reszta spędzi upojne wieczory na robieniu ściąg wraz z niezastąpioną ciocią Wikipedią. Na myśl o współlokatorach jej twarz zalśniła uśmiechem. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów było dobrze. Zaakceptowano ją taką jaką jest. Tacy ludzie to skarby. Po paru sekundach zastanowienia, odłożyła książkę na stolik i podeszła do okna. Wszystko zaczęło wyglądać piękniej mimo, że listopad nadchodził wielkimi krokami. Z drzew spadały pierwsze liście. Ziemia pokryła się wielobarwnym dywanem, po którym aż chciało się stąpać. Wśród wszystkich, radosnych odcieni, Abby ujrzała postać w białej sukience i podręcznikiem pod pachą. Mara. Kiedy nastawała potrzeba zabierania się za naukę, Jaffray emigrowała do najbliżej kawiarenki, spędzając tam całe godziny. Mieszkaj w domu razem z Alfiem i znajdź człowieku spokój! Widocznie ogarnęła już cały materiał, bo patrząc na minę dziewczyny zdawało się, że dziewczyna zaraz zaśnie na środku chodnika. Kiedy Abby miała wrócić do nauki, jej uwagę przykuła tajemnicza postać chowająca się za drzewami. Miała na sobie czerwoną pelerynę i raczej nie wyglądała na przeciętnego ucznia kampusu. Do balu przebierańców zostało jeszcze sporo czasu, więc strój tej dziwnej osoby był bardzo nie na miejscu. Może to Alfie, który ostatnio stał się zagorzałym fanem serii "Pretty Little Liars" (zasługa Amber)? Nie, nie ta sylwetka. Abby miała dobre oko jeśli chodzi o figury, więc szybko usunęła Lewisa z grona podejrzanych. Jeżeli nie był to żaden dowcipniś to... O nie. Postać wyszła z ukrycia i zaczęła powoli zbliżać się w stronę dziewczyny. Brunetka spostrzegła błyszczące narzędzie wystające zza szkarłatnej szaty.
-Mara! - Abby gwałtownie otworzyła szybę. - Odwróć się!
Jaffray uniosła wzrok, jednak pokręciła głową, dając do zrozumienia, że nie rozumie jej słów. Napastnik był coraz bliżej... Roye wybiegła z pokoju i kiedy już chciała złapać za klamkę, drzwi nie chciały się otworzyć. Ktoś musiał to zaplanować! Mogłaby zadzwonić, ale jak na złość zostawiła telefon w domu. Jaffray zwolniła kroku, widocznie padała z przemęczenia. Abby wywróciła plecak do góry nogami, dobierając się do jednego z zeszytów. Niedbale wyrwała kartkę i nabazgrała na niej parę znaczących słów. Zwinęła papier w kulkę, po czym cisnęła go za okno. Udało się. Mara podniosła świstek, szybko analizując treść. W końcu, nie patrząc już za siebie, poderwała się do biegu. Prześladowca ruszył za nią nie zważając już na żadne środki bezpieczeństwa. Chwile później straciła Jaffray z oczu. Przyłożyła dłoń do czoła, prosząc Boga tylko o tę jedną rzecz. Żeby Marze nic się nie stało...


Z perspektywy Mary

Jeszcze nigdy w życiu tak się nie bałam. Wszystkie emocje zebrały się w jedną całość i opętały moją duszę, przyprawiając ją o najgorsze koszmary. Uciekłam najszybciej jak mogłam. Mimo, że nie jestem dobra z wf-u biegłam lepiej niż niejeden maratończyk. Szybciej, szybciej, szybciej. Nie daj mu się złapać...
Nagle, natrafiłam na dziwne wzniesienie w ziemi i straciłam równowagę. Runęłam jak długa, zupełnie zapominając o konsekwencjach. Jęknąwszy z bólu, złapałam się za nogę. Rajstopy były całe podarte. Od okolic kolana spływała po niej czerwona strużka krwi.
-Już mi nie uciekniesz...
O nie. To nie może się tak skończyć, nie może. Zamknęłam oczy, przygotowawszy się na najgorsze. Kiedy czułam już ostrze przy swoim nadgarstku, napastnik z hukiem upał na ziemie. Schowałam twarz w kolanach. Nie miałam siły uciekać. Siedząc tak parę ładnych chwil, zdałam sobie sprawę, że nic takiego się nie stało. Ostrożnie podniosłam jedną powiekę, spodziewając się nagłego ataku groźnej postaci. Nade mną klęczała Stella, kurczowo ściskając się za nadgarstek.
-Nic Ci nie jest? - zapytała, patrząc na mnie z troską. - Mara?
-Nie, nie... Ale... - w jednej chwili zabrakło mi języka w gębie. Nie wytrzymałam i wybuchnęłam płaczem. - On mnie gonił! Kto to był? Ja... Gdzie on...
-Jesteś bezpieczna. - odparła Stella, delikatnie gładząc mnie po ramieniu. - Będzie dobrze, tylko nie rycz. Nic Ci się nie stało, świetnie.
Kiedy miałam poprosić ją o pomoc przy wstawaniu, dostrzegłam małą bliznę na jej prawym nadgarstku.
-A to co?
Stella westchnęła cicho i wyciągnęła do mnie dłoń. Nie mogłam w to uwierzyć. Wydrapana litera W. ociekała krwią, brudząc przy tym jej szarą bluzę. Wright wzruszyła tylko ramionami, jednak w głębi duszy wiedziałam jak bardzo się bała.
-Wybrana nie może zostać naznaczona. - wyszeptała. - Ja mogę zginąć, ale Tobie nie może stać się żadna krzywda. Jestem Twoim Osirionem muszę Cię bronić... Choćby za najwyższą cenę.

Dżoj, kam bak.
Patrzę na 3 sezon, mam beke z pięknych dialogów dżeroja.
Oglądałam dżerojowe mycie psa pl (a ta znowu nawija o tym samym). Jeruś pieprzył coś, że jest do dupy i wgl, boska dżoj odpowiedziała "Nie jesteś taki" (taki sam tekst strzeliła Marusia w 1 sezonie). Potem Dżeruś narzekał, że chciałby aby ktoś dostrzegł w nim tą dobrą stronę i wtedy Dżoj powiedziała "Ja ją widzę".
Czemu oni skopiowali mi Jarę? Nie mogli znaleźć czegoś nowego?
"Marusia - Nie chciałaś zakochać się w moim chłopaku.
boska dżoj - Twoim byłym chłopaku!"
Ooo jak słodko <3 Marusia go kocha ^ ^
No i dżoj spieprzyła, cóż za emocje.
Marusia dostała napadu furii i demoluje stosiko dżoj. Zrobili z niej potwora idioci.
Teraz mówi, że Dżeruś był jej i cytuję:
"Ten sweter (tu bierze seksowny sweterek Dżeroma - co on robi w rzeczach dżoj? O_O) mnie miał dawać ciepło, te rysunki mnie miały rozśmieszać (Boże ja tam się boję co Dżeruś rysuję) te rzeczy miały być dla mnie (możliwe, ale dżeruś niestety nie jest kasiasty i nie może kupić nowych).
Mara zgłupiała, Dżoj zmądrzała. No ja nie wierze. Oni chyba Marusi nie lubili, tak myślę...
Edzio wziął byś się ogarnął, jakiś ty sztywny. 
Ogólnie mówiąc 3 sezon bez tych strasznych zmian charakteru i paringów mógłby być nawet dobry. Mimo, że nie byłoby Niny i Amber. Dałoby się coś zrobić, bo momentami zdołałam się uśmiechnąć (sapphire została optymistą).
Trudno. Kończę z narzekaniami i tak nic to nie zmieni. Stało się, tak bywa.
Przepraszam za wszystkie błędy, ale jest już późno a ja mam tendencję do niemyślenia.
Horrorystyczne to to nie było, postanowiłam przełożyć mhroooczny fragment na dalsze scenariusze. Zdradziłabym wam połowę fabuły.
W. isz mysztery.
Wcisnęłam tutaj Joy, nie będę niemiła. To, że mam swoje własne kaprysy nie eliminuje jej jeszcze z postaci. Zrobię z niej taką postać, która będzie odpowiednia tak samo dla was jak i dla mnie. Miałam nie pisać długich podtekstów.
Kochaaaam was bardzo i o tym wiecie <3
Wgl Joylitte prześlicznie pisze :)
Idę podwędzić coś z lodówki.
Eudżen jest piękny.

To Cześć <3