środa, 13 listopada 2013

Opowiadanie cz. 65, Never let me go.

„Nie chcę się bać
Chcę się dziś obudzić czując się piękna
Ze świadomością, że wszystko jest w porządku
Bo każdy jest doskonały w niezwykły sposób
Chcę po prostu uwierzyć w siebie”
(Believe In Me)


-Przyjazd rodziców musiał was bardzo ucieszyć, prawda? – zapytała Trudy z dziwną radością. – No już, przywitajcie się!
Mieszkańcy Domu Anubisa stali na środku z salonu z bynajmniej nie najszczęśliwszymi minami. Andrews wpadła na genialny pomysł, polegający na zaproszeniu rodziców do internatu, by pochwalić się dotychczasowymi osiągnięciami (których w zasadzie nie było).
-Tatusiu! – Amber rzuciła się ojcu w ramiona. – Przywiozłeś mi jakieś prezenty?
-A ja Ci nie wystarczę?
-Czyli, że nic nie masz? – kiedy mężczyzna pokręcił głową, ona prychnęła z pogardą i odeszła do grupy przerażonych przyjaciół. – Pff! To po coś ty w ogóle przyjeżdżał?
Mara przystępowała z nogi na nogę, co chwilą spoglądając na rodziców i Jeroma, którego widocznie satysfakcjonowało zainteresowanie Jaffray. Też coś. Zerwali, nie powinni tak się zachowywać. Dystans: to będzie najlepsze co mogą teraz zrobić.
-Pss! – Alfie szturchnął Clarka w ramię. – Nici z imprezy.
-Jakiej imprezy? – ożywił się nagle Eddie. – Są party, a ja nie jestem zaproszony?
-Kojarzysz Avana?
-Pomieszkiwał u nas trochę. A co?
-Właśnie. – Jerome na chwilę oderwał się od Mary. – No bo patrz: opiekun z Domu Izydy jest łagodnie mówiąc… porąbany, ale nie w tym rzecz. Dzisiaj wieczorem jedzie na jakiś zlot fanów Atomówek i całe towarzystwo organizuję balangę.
-Wow, super! – blondynowi rozjaśniły się oczy. – Tylko nie mówcie Patricii, ten babsztyl jest strasznie zazdrosny. Jeszcze by tam wbiła i siary narobiła.
Williamson nadstawiła uszu, jednak zanim zdołała dociec o co chodziło chłopakom, rzuciła się na nią pulchna kobieta z grubą warstwą czerwonej szminki na ustach. Kiedy skończyła obcałowywać jej policzki, uśmiechnęła się szeroko.
-Dziecko! Jakaś ty piękna! – rozczuliła się. – Edziuszek to jednak ma gust. A myślałam, że skończy przy tej konsoli, grając w jakieś krwawe bijatyki. No proszę! Taka ładna dziewczynka! Ojej!
Podczas gdy Patricia ścierała różowe plamy z buzi, Miller odciągnął matkę na bok, patrząc na nią z wyraźną pretensją w oczach.
-Mamo! Miałaś tak nie robić!
-Ale ona jest taka cudowna! No popatrz tylko! Ideał! – krzyknęła kobieta, po czym wyjęła z torebki plik podejrzanych papierów. – Przyniosłam Twoje zdjęcia. Niech te wszystkie wypacykowane mamusie, zobaczą, czyje dziecko jest najpiękniejsze!
-Pani dam też da! – krzyknął Lewis zza ściany. – Obejrzymy sobie! „Edziuszek” to nasz kolega!
-Masz kolegów? Mój mały chłopiec wreszcie dorósł!
Zapowiadał się bardzo długi wieczór…

obraz
-Czemu z Tobą zerwała?
-Bo jestem idiotą, tato.
-Dokładniej?
Przyjazd taty miał swoje plusy i minusy. Cieszył się z jego obecności, ale niewygodne pytania znacznie psuły mu samopoczucie. Niedługo miało wpaść to idiotyczne coś (czyt. Poppy), co jeszcze bardziej go przygnębiało.
-Nie rozumiem. – westchnął John, smutno patrząc na syna. – Wydaję mi się, że jak dwoje ludzi się kocha, to powinni być razem. Pamiętam jeszcze jak przechodziliście do więzienia by mnie odwiedzić. To chyba Mara cię namówiła, czyż nie? – kiedy Jerome przytaknął, uśmiechnął się z zadowoleniem. – Świetna dziewczyna. Kiedy opowiadała mi o postępach szkolnego bloga, ty patrzyłeś się na nią jak cielę w malowane wrota. – tu zademonstrował minę syna. – Komicznie to wyglądało.
Jerome prychnął z pogardą, stwierdziwszy, że robił to o wiele atrakcyjniej, tylko ojciec jest zazdrosny.
-No to co się stało?
-Nic takiego.
-Synu! – westchnął, klepiąc go po plecach. – To wstyd tak się poddać. Przecież ją kochasz, nie powinieneś rezygnować. Po tym wszystkim co przeżyliście?
-Ty mnie wcale nie znasz. – prychnął Clarke z charakterystycznym dla niego uśmiechem. – Naprawdę myślisz, że ją sobie odpuściłem? Dobre, musze sobie gdzieś zapisać.
Ojciec spojrzał na niego z podziwem, doszedłszy do wniosku, że wychował syna dokładnie tak jak chciał. A, i nie mógł doczekać się narodzin wnuczki. Prawda, że Hershey to przepiękne imię?

            Stella ze smutkiem stwierdziła, iż nikt do niej nie przyjechał. Nie chodziło tu o ludzi, z którymi mieszkała, wiedziała, że wcale ich nie interesuję. John Clarke wdał się w męską rozmowę z Jeromem, zupełnie zapominając o swojej córce. Ma do tego prawo, poznali się zaledwie rok temu, ale mógłby okazać jej choć trochę uwagi. A zresztą… Czego ona oczekuję? Nie może wpakować się z butami do ich życia.
            Wszystkie wspomnienia zaprowadziły ją do tego jednego momentu. Kto wie, co by się stało, gdyby tata nie zostawił wtedy telefonu. Może wcale by go nie poznała? Mama nie raczyła ujawnić tożsamości ojca, dlatego życie w niepewności, było całkiem możliwą opcją.
            John opowiedział jej o wszystkim co zdarzyło się osiemnaście lat temu. Nie miał pojęcia co działo się z Rosie i jakim cudem wcześniej się na nią nie natknął. Ale kogo ona obchodzi? Stella skreśliła ją dawno temu, bez zamiaru powrotu. Co wcale nie oznaczało, że tego nie pragnęła. Przeciwnie.
            Całe życie robiła to co chciała. Nie słuchała absolutnie nikogo, miała własne zasady, których kurczowo się trzymała. Dlaczego więc musiała się zmienić? Czy to przez niego? Możliwe.
            To nie była dobra zmiana. Podchodziła do świata z luźnym podejściem, nie dopuszczała do siebie żadnych ludzkich uczuć. Przynajmniej nie cierpiała. A teraz? Była wrażliwa, cholera by wzięła.

-Usiądź, denerwuje mnie te twoje bezcelowe krążenie po pokoju.
-Tak mamo. – Abby posłusznie usiadła na kanapie.
            Było źle. Nawet nie, gorzej. Rodzicielka spojrzała na nią chłodno, dolewając sobie herbaty do kubka w czerwone groszki. Dziwny widok. Takie wesołe wzory zupełnie do niej nie pasują. W domu piła z surowych w kroju, filiżanek.
-Niedawno minęła jedenasta rocznica śmierci Rachel. Nie zadzwoniłaś.
-Próbowałam się dodzwonić, ale nikt nie odebrał.
-Nie wierzę Ci. – przerwała jej matka, odstawiając dzbanek. – Ty zawsze o czymś zapominasz.
            Abby spuściła wzrok, nie powiedziawszy ani słowa. Każdego dnia myślała o Rachel. Czemu zarzuca jej tak przykrą rzecz?
-Nie byłaś zapisana do innego domu?
-W ciągu semestru, tak. Ale dzięki Stelli jestem tu z powrotem. Ludzie z tamtego…
-Znowu Cię wyzywali? Nie rozumiem, czemu ciągle robisz z siebie taką ofiarę. Wdałaś się w ojca. – mruknęła, przełknąwszy łyk napoju. – Strasznie gorzkie. Co tak patrzysz, podaj mi cukier.
            Dziewczyna szybko sięgnęła po słoik, potrącając przy tym kubek z herbatą. Część wywaru wylała się na stolik. Trudy ruszyła na odsiecz ze swoją ulubioną ścierką, po czym szybko wycofała się z salonu. Najwidoczniej mama nie wywarła na niej pozytywnego wrażenia. Szczerze mówiąc, ona sama najchętniej by stąd uciekła. Ale nie mogła. Musiała wysłuchać tych wszystkich raniących oszczerstw.
-Sprawiasz same problemy. Nie dziw się, że nie masz żadnych przyjaciół.
-Teraz mam…
-Tak czy siak. – kobieta rzuciła córce pełne pogardy spojrzenie. – Nie widzisz ile dla Ciebie robię? Płacę za Twoją szkołę, a Tobie wciąż coś nie pasuję.
-To ty chciałaś mnie tu wysłać.
-Och, czyli teraz też ci źle?
-Nie, tutaj jest dobrze, nawet bardzo. Jednak decyzja o szkole była Twoja. Nie chciałabym mówić nic przykrego, ale…
-To nie mów. Jesteś strasznie niewychowana. Wdałaś się w ojca. – powtórzyła. – Mogłabyś docenić wszystko co ode mnie dostałaś. W końcu to przez Ciebie Twoja siostra nie żyje. To ty zaprowadziłaś ją w jakieś dziwne miejsce.
-Co? – Roye poderwała się z siedzenia. – Nieprawda! Poszłam za nią, bo…
-Nie zrzuca się winy na zmarłego. – uniosła się Martina. – Powinnaś się wstydzić! Gdyby nie ty, Rachel nadal by żyła.
            Abby pokręciła dłonią, próbując ukryć zaczerwienione oczy. Znowu powie, że się marze, że jest beznadziejna. Że nie chciała takiej córki.
-Teraz jeszcze ryczysz? Widzę, że nic się nie zmieniłaś. Cóż, niedługo wrócisz do domu, a wtedy porozmawiamy inaczej. Ktoś musi nauczyć Cię porządku.
            Dziewczyna wyszła z salonu, nie próbując nawet dowieść swoich racji. Po co, skoro i tak by przegrała? Kochała Rachel całym sercem, ile by dała żeby jeszcze żyła. Nie chciała jej krzywdzić… Naprawdę.
            Zamknęła drzwi wejściowe, nie narzuciwszy na siebie nawet bluzy, a dzisiejszy wieczór nie należał do najcieplejszych. Max wychylił się zza rogu, spojrzawszy na matkę dziewczyny. Nie wyglądała na nieszczęśliwą, raczej usatysfakcjonowaną całym tym zajściem. Kiedy ze schodów zeszła Stella, podleciał do niej, składając ręce w błagalnym geście.
-Musisz coś dla mnie zrobić!

-Mówiłam już, że nie dam Ci pieniędzy.
-Nie w tym rzecz, chociaż…
-Nie!
-Dobra, dobra. – mruknął pod nosem, z niepokojem patrząc na drzwi. – Muszę wyjść.
-Ta? I co ja mam robić? Pokoju Ci pilnować?
-Nie, Alfie z rodzicami tam siedzi. Wow, faktycznie może kogoś do ochrony najmę. Tak czy siak, Benny powierzył mi pod opiekę pewną małą królewnę, a sam poszedł się uczyć. W jego przypadku oznacza to granie w Lola, lub degustowanie nowej pizzy.
-Ja nie wiem skąd wy dziewczyny sprowadzacie…
-Już nie marudź, muszę lecieć. – odparł, wyprowadziwszy z kąta około sześcioletnie dziecko. – To jest Maddy. Zaopiekuj się nią, ok? Nie jedz, nie bij, nie wyrzucaj za drzwi, tylko zaopiekuj. No, to życzę powodzenia. – odparł wesoło i zniknął za drzwiami.
Dziewczynka przyjrzała się nowej opiekunce, po czym uśmiechnęła się szeroko.
-Jesteś dziewczyną Benniego!
-Tego pajaca? W życiu. – parsknęła Wright, patrząc na dziecko z niechęcią. – Mam Cię niańczyć? Super, marzyłam o tym.
-Tak?
-Nie, Patricia nie może Cię popilnować? – na dźwięk imienia Williamson, dziecko niespokojnie drgnęło. – Co jest?
-To ta zła ruda? – zapytała, a kiedy dziewczyna przytaknęła, zmarszczyła swoje małe brewki. – Mówiła, że jednorożce nie istnieją! Też coś! A potem taka gruba pani powiedziała, że ona sama przypomina takiego cudownego jednorożca i będzie idealna dla jej syna.
            Stella szybko porównała Patricię do jednorożca, zrozumiawszy, iż wyobraźnia potrafi zdziałać rzeczy niezwykłe. Spojrzała na Maddy, uznawszy, że chyba ją polubi.
-Pobawimy się we wróżki?
Nie polubi jej.

            Maddy wciąż ściskała jej dłoń, wesoło maszerując przed siebie. Wskakiwała do każdej napotkanej kałuży, rozchlapując wodę dookoła. Ile w takim dziecku musi być radości. To urocze, nie mieć pojęcia o smutkach życia codziennego.
-Wracamy do domu?
-Za chwilkę. – dziewczynka przystanęła, z ufnością patrząc jej w oczy. – Nie chcę cię zostawiać!
-Przecież jeszcze nie jedziecie… - odparła, zaskoczona nagłym smutkiem dziecka. – Naprawdę chce ci się ze mną siedzieć?
Maddy energicznie pokiwała główką, po czym poprowadziła ją do pobliskiego stawu. Gwiazdy odbijały się w tafli wody, tworząc nieziemski klimat. Nie wiedzieć czemu, sceneria wydała jej się dziwnie piękna. Może to przez Maddy?
-Chciałabym mieć taką gwiazdkę… - z rozmarzeniem spojrzała w niebo. – A ty?
-Ja? Po co? – Stella wzruszyła ramionami. – Ja niczego nie potrzebuję. – odparła pewnie, a po chwili dodała. – Ani nikogo.
-Przecież potrzebujesz Benniego! – roześmiała się dziewczynka. – Nie bądź głupiutka, mama mówi, że trzeba być mądrym. Ale zaraz potem dodaję, że często nie potrafimy. Ja bym chciała żebyście byli razem. Nie musiałybyśmy się rozstawać. A jak byście mieli dzieci to…
-Hola, hola! Nie przesadzasz czasem?
-Z czym?
-Dziećmi i innymi pierdołami. – wypaliła, zapominając o zachowaniu kulturalnego słownictwa przy maluchu. – Nie lubię go. Wcale.
-A ja cię kocham! – odparła ciepło, wtulając się w jej klatkę piersiową. – I uważam, że jesteś wyjątkowa! Benny też, ale chyba nie umie tego powiedzieć. Myślę… Myślę, że będziecie razem. Powinniście. I chcecie też. Tylko jeszcze nie jesteście mądrzy i musicie poczekać. Ale spokojnie, już niedługo przestaniecie zachowywać się jak dzieci.
Do czego doszło, żeby jakieś głupie dziecko prawiło jej morały o życiu? Ona o niczym nie wiedziała. Nie miała pojęcia jakie to trudne. Była zwyczajnie za młoda.
-A i tak jestem mądrzejsza od ciebie. – oznajmiła, zupełnie tak jakby wiedziała o czym myśli. – Będziecie zawsze razem!
-Myślisz?
-Taak!
-No może… - odparła niewzruszona. – Chodź już, niedługo musisz jechać.
Dziecko posłusznie zeskoczyło z ławki i podreptało w stronę domu.
Patrząc na Maddy, Stella zdała sobie sprawę z własnej głupoty. Przecież ona miała rację. Wszystko było takie proste i chyba tylko oni to utrudniali…

            Istnieje taki ból, którego nie da się wyleczyć.
            Nie chodzi tu o żadną kłótnię z przyjaciółką, chłopakiem, czy fakt, iż znowu się przytyło.
            Prawdziwy ból uderza prosto w serce, z siłą jakiej w ogóle byś się nie spodziewał.
            Czemu płacze? Przecież dobrze wiedziała jak będzie wyglądać rozmowa z matką. A może nie? W innym wypadku, nie miałaby tej głupiej nadziei. Teraz nie da się już nic zrobić. Nienawidziła jej. Z całego serca. Nagle te wszystkie bajki o matczynej miłości przestały mieć znaczenie. Może w większości przypadków tak jest, ale nie u niej. Wyjątki też się zdarzają. Że też zawsze przypada jej ten gorszy wyjątek…
            Zimne pręty mostu, wbijały się Abby w plecy, jednak kto by się teraz tym przejmował? Mogłaby tu siedzieć całe życie, żeby tylko mama zdołała jej wybaczyć. Nie chciała krzywdzić Rachel. Może gdyby tam nie poszła, wszystko wyglądałoby inaczej? To dzięki niej żyje… Powinno być całkiem na odwrót. Siostra tyle dla niej zrobiła, a ona nie zdążyła nawet podziękować. Zamiast tego skazała ją na śmierć.
-Abby?
-Nic mi nie jest.
-Znowu? Tym razem chyba nie ma sensu tego odwlekać, co? – Max usiadł koło niej, poważnie spojrzawszy w jej czekoladowe oczy. – Jak to wygląda?
-Nienawidzi mnie. I nie mów, że tak nie myśli.
-Nie powiem. – skinął głową, zwróciwszy oczy ku niebu. – Nie zimno Ci?
-Chciałabym, żeby był to jedyny mój problem. Nie musisz tu ze mną siedzieć, potem wrócę.
Chłopak zignorował jej słowa, po czym ściągnąwszy z siebie bluzę, narzucił ją dziewczynie na ramiona. Siedzieli tak chwilę, czekając, które z nich pierwsze przerwie ciszę.
-To zabawne. – odezwała się dziewczyna, wciąż nie odrywając wzroku od ziemi. – Tyle razy mówimy, że jesteśmy dobrymi ludźmi, że nie można nikogo poniżać… a mimo to, wciąż to robimy. Strasznie dziwne, prawda?
-Każdy tak robi, Abby. Wiesz, że nie powinno się naśmiewać z innych, ale byle jaki szczegół potrafi zniechęcić Cię do drugiego człowieka. Nawet wtedy, kiedy jedziesz z kimś autobusem i nie podoba ci się jakaś część jego ubrania. Śmiejesz się w duchu, ale tak jest lepiej. Wiesz czemu? Dzieje się to tylko w Twojej głowie i nikt tego nie słyszy. Niektórzy wyrzucają to na zewnątrz. Wtedy nie jest w porządku. Mama chyba nie mówi Ci tak na co dzień? – zapytał, ale odpowiedziało mu milczenie. Wiedział już wszystko. – Jak ty to znosisz?
-Nie wiem. – wzruszyła ramionami, jednak jej oczy ponownie zaszkliły łzy. – Chyba się przyzwyczaiłam.
            Nie mogła tego zrozumieć, ale opowiedziała mu wszystko, każdy szczegół. To jak wróciła z Hiszpanii, zostawił ją ojciec, a wkrótce również i Rachel. To niesamowite, że przed niektórymi ludźmi możemy otworzyć serce, nie martwiąc się, że wydadzą nasze sekrety.
-Tata się z Tobą nie kontaktuje?
-Nie wiem nawet gdzie mieszka. Kiedyś zadzwonił, ale mama kazała mu się odwalić. I już nigdy o nim nie wspominano. – oparła brodę na kolanach. – Za dwa tygodnie z powrotem tam wrócę. Wiesz… To, że tu trafiłam, to chyba najlepsze co mnie kiedykolwiek spotkało. Jesteście tacy kochani.
-Nie wrócisz tam.
-Jak to?
-Coś wymyślimy.
-To miłe, ale raczej niemożliwe. Naprawdę chcesz mi pomóc? Takiej szarej, nic niewartej idiotce?
-Weź, nawet tak nie mów. Nie chcę, żeby znowu było Ci źle.
-No dobrze, ale co z tym zrobimy? Widocznie tak już musi być. Poza tym, ty niedługo wyjedziesz, zapomnisz i…
-Nie. – pokręcił głową z uśmiechem, postukawszy w zardzewiały pręt. – Spójrz.
            Podniosła wzrok, po czym dostrzegła obiekt zainteresowania chłopaka. Na moście wisiały kłódki z wyrytymi imionami par, przyjaciół, czy też innych ludzi. Niektórzy pisali na nich jakieś cytaty, aforyzmy, przemyślenia życiowe, których nawet wybitny znawca pisma nie mógłby odczytać. Może o to właśnie chodziło? Tylko nieliczne osoby rozumiały treść.
-Jakie to ładne.
-Prawda? Zobacz. – pogrzebawszy w kieszeni, wyciągnął z niej mały przedmiot o nieco zardzewiałych brzeżkach. – Masz coś do pisania?
-Tak, ale… - spojrzała na niego ze zdumieniem. – Zamierzasz przyprowadzić tu jakąś…
-No przecież już jesteś. – mrugnął okiem, szybko przejąwszy od niej pisak.
-Nie można się doczytać. – szturchnęła go w ramię, uśmiechając się lekko.
-Pff. To kaligrafia, nie znasz się! – oznajmił, po czym uniósł do góry swoje dzieło, tak aby wszyscy niewidzialni osobnicy mogli je podziwiać. – Patrz jak pięknie mi wyszło!
-Uroczo. – roześmiała się ciepło, zupełnie zapomniawszy o dręczących ją smutkach. – Skąd wziąłeś kłódkę?
-Powiedzmy, że wiedziałem, że na mnie lecisz.
-Ja wcale…
-Mhm. – pokiwał głową z uśmiechem. – Rozmawiałem z Jeromem. Dalej się sprzeciwiamy?
            Abby zamrugała oczami, przypominając sobie naraz rozmowę sprzed ponad miesiąca. Powiedziała tylko, że nie może przestań walczyć o Marę… Czyżby postanowił się odwdzięczyć? Jakieś przyjemne ciepło opętało jej serce, albowiem okazało się, że wbrew plotkom, Clarke jest dobrym człowiekiem. I naprawdę zależy mu na Jaffray. Przecież nic takiego nie zrobiła…
-Muszę pomóc Jeromowi…
-A ja Stelli. – spojrzał na nią, po czym oboje się roześmiali. – Teraz robimy za swatki?
-Jak widać. – skinęła głową, zwracając oczy na kłódkę. – Już powiesiłeś?
-Wątpisz w moje zdolności? A, proszę. – podał jej mały, złoty kluczyk. – Zrobisz z nim co będziesz chciała. Tylko go nie jedz. Moja siostra raz taki połknęła i wiesz, fajnie nie było.
-Będę pamiętać. – odpowiedziała mu z uśmiechem, lekko się rumieniąc.
-Dopóki to będzie tu wisieć, nigdy cię nie zostawię. Nie mów, że się zerwie, bo to mocne, wiesz, te zagraniczne tworzywa. – westchnął z dumną, pogratulowawszy sobie kupna tak mocnego przedmiotu. – Jeśli będziesz chciała odejść, masz kluczyk. A jeśli go zgubisz… cóż, będziemy zmuszeni się ze sobą ożenić.
            Zapewne musiała zrobić się cała czerwona, jak to ona, we wszystkich krępujących dla niej momentach. Ale teraz było inaczej, dziwnie swobodniej. Położyła głowę na jego klatce piersiowej, delikatnie ściskając w dłoni kluczyk. Popatrzyła na niego przez chwilę, po czym wrzuciła go do rzeki, powoli odprowadzając go wzrokiem. Chłopak spojrzał na nią z rozbawieniem, delikatnie ciągnąc ją za kosmyk czarnych włosów.
-Mam rozumieć, że mi się oświadczasz? – spytał, na co oboje parsknęli śmiechem.
-Nie, ty to zrobisz. – oświadczyła uśmiechnięta, łapiąc go za dłoń. – Ale jeszcze nie teraz.
            I po raz pierwszy była pewna, że przyszłość będzie wyglądać kolorowo.

-Córcia, ale nie rozumiem, czemu się rozstaliście. – Lucia uważnie przyglądała się córce. – Taki ładny chłopak! Serio, przystojniejszy od twojego ojca.
            Jaffray westchnęła ciężko, przypomniawszy sobie niedawne wywody rodzicielki. Była pesymistycznie nastawiona do Jeroma, ale gdy tylko go zobaczyła, stał się jej ulubionym zięciem (nawet zaczęła go tak nazywać).
-Tak czasem bywa.
-A już myślałam, że będę mieć taką piękną wnuczkę…
-O czym ty mówisz?
-O Hershey słońce! – wytłumaczyła pani Jaffray, śmiejąc się perliście. – Rozmawiałam sobie dzisiaj z panem Johnem, to imię bardzo nam się podoba. Twój chłopak ma świetny gust.
-To nie jest już mój chłopak.
-Tak, tak. Pogadamy na Twoim ślubie.
            Kiedy Lucia wyszła na korytarz, by pożegnać się z mamą Eddiego (ku wielkiej radości Patricii), Mara klapnęła na łóżko, wzdychając z rezygnacją. Miała dość. Widziała co zaszło między Jeromem i Joy. Gdyby materiału nie pokazała jej tak wiarygodna osoba, pewnie by nie uwierzyła. Tęskniła za nim, pewnie. Ale nie powiedział jej o czymś bardzo ważnym. Nawet jeśli sytuacja nigdy nie miała miejsca.
            Uznawszy, iż musi się jeszcze pouczyć, sięgnęła po ćwiczenia z Angielskiego. Kiedy kartkowała zeszyt, z okładki wypadł jej świstek papieru. Podniosła go, usiłując doczytać się zamazanej treści.
„Kocham Cię najbardziej na świecie. PS: Hershey rządzi!”
Uśmiechnęła się w duchu, przypomniawszy sobie tamten dzień. Lekcje Angielskiego potrafiły ciągnąć się w nieskończoność. W przypadku godzin szczególnie monotonnych, Jerome przesiadał się do ławki Jaffray i zabierał jej zeszyt, ozdabiając go różnymi rysunkami. Taka niewielka rzecz, a cieszy.
A wtedy poczuła, że chce do niego wrócić i mieć z nim tą nieszczęsną Hershey. Za parę lat, na pewno będą razem. Mimo tej ogromnej głupoty, którą oboje popełnili.
           
            Benny rozglądał się po domu, co chwila spoglądając na zegarek. Nie było ich już od dwóch godzin, co więc mogły robić? Dobrze wiedział, że Stella raczej za dziećmi nie przepadała, dlatego wątpił w jakąś zajmującą rozrywkę.
            Właściwie… Czemu tak się przejmował? Przecież nie lubi ani tej małej zołzy ani tym bardziej Stelli. Oczywiście było inaczej, ale nigdy by się do tego nie przyznał. Kazała mu spadać, więc najwyraźniej nie powinni być razem. Trudno, tak też bywa.
            Przeżuwając czwarty kawałek pizzy, doszedł do wniosku, iż na razie nie będzie robił absolutnie nic. Skoro jej nie zależy, po co ma się starać? Miłość może poczekać, głód nie.
            Wbrew temu co powiedział jej ostatnio, wcale jej nie kochał. W ogóle. Nawet w najmniejszym stopniu. Była jedną z wielu dziewczyn, które mogły mu się spodobać. To tyle.
            Zresztą… po co aż tak się angażować? Jerome i Mara rozstali się miesiąc temu, nikt nie wiedział z jakiej przyczyny. Może też uznali, że zwyczajnie nie było warto? Mimo to, wydawało mu się, iż nadal darzą się jakimś uczuciem. Ale oni to zupełnie inna bajka. Wyrzucił puste pudełko do kosza, po czym udał się na górne piętro. Z ostatnią nadzieją skierował się do jej pokoju. Może Abby będzie wiedziała, gdzie te dwie zołzy polazły. Kiedy otworzył drzwi, nie zastał tam Hiszpanki, lecz kogoś zupełnie innego.
obraz
Awn ^ ^
            Stella i Maddy leżały na łóżku dziewczyny, wtulone w siebie jak niedźwiadki. Dziecko ulokowało główkę na jej miękkich, czarnych włosach. Oddychało spokojnie, jak zawsze kiedy odczuwało pełne bezpieczeństwo. Czy możliwe było to, że Wright wzbudziła w dziewczynce sympatię? Nie, przecież ona jest straszna, dzieci się jej boją. Zawsze chodziła pod przedszkole, albowiem z niewiadomych przyczyn bawiła ją perspektywa uciekających maluchów.
            Tym razem było inaczej. Te dwie marudy, których podobno tak bardzo nienawidzi, były dla niego całym światem. Przyglądając się śpiącym dziewczynom, doszedł do wniosku, że nie wie, którą kocha bardziej.

            Każdego dnia była krzywdzona. Obiecała, że się zemści.
Wykorzystywano ją. Cierpiała nieubłagalnie.
Działo się to kilkaset lat temu, za życia samego Frobishera Smythe.
Teraz nadszedł czas działania.
Do ceremonii pozostały dwa tygodnie, a jej tożsamość nadal pozostała nieodkryta.
Musi tylko uważać na NIĄ. Pokonała bramy przyszłości, aby móc ją pokonać.
Deyrua nigdy nie przegrywa. Nawet z kimś pozornie silniejszym.
Ma zaufanie tych dzieciaków.
A to w zupełności wystarczy…

            Jak na ironię losu, wciąż była sama. Podczas gdy inni spędzali czas z rodzicami, ona siedziała w pokoju i wylewała łzy w różową, haftowaną poduszkę (bardzo drogą zresztą).
            Przyjechali rodzice każdego mieszkańca. Choćby na krótko, to jednak się stawili. A jej rodzice... Cóż, mieli to gdzieś. Naprawdę nie chcieli jej zobaczyć?
            Joy wtuliła twarz w kołdrę, przypomniawszy sobie wydarzenia sprzed trzech lat. Ojciec uczestniczył w ceremonii, na której ona mogła zginąć. To nie było w porządku, a mimo to, mama zdołała mu wybaczyć. Szkoda tylko, że nie ona.
            Nie miała chłopaka, to jedno. Ale rodzice mogliby przyjechać… Na chwileczkę, żeby porozmawiać. Powiedzieć jak bardzo ją kochają. Nie zjawili się.
            Nie powinna płakać, przecież była silna. Obiecała sobie, że nigdy nie da ponieść się emocją. Musi być twarda, taka jak zawsze. W jednym momencie, stała się słaba jak śnieżnobiałe piórko, z niecierpliwością czekające na choćby lekki podmuch wiatru.
            Nie wiedziała czemu przyjechała do domu Anubisa. Wróciła tu po nic. Jak na złość, on wciąż był taki sam. Przeznaczony dla kogoś zupełnie innego. Czy to możliwe, że nadal tęskniła za Fabianem? Powinna przestać, to strasznie dziecinne. A jednak…
            Nikt nie mógł dać jej tyle ciepła co on. Jeszcze za życia Niny, ludzie strasznie na nią najeżdżali. Za co? Tylko się zakochała… Okazało się, że to „tylko” znaczy bardzo wiele.
-No już nie płacz. – odwróciła się, dostrzegłszy Grace z kubkiem gorącego jeszcze kakao. – Proszę. Miałam sama wypić, ale przynajmniej schudnę. Mam drugie.
obraz
-Pijesz po dwa?
-Nie widać? – poklepała się po brzuchu. – Słuchaj Joy, ja naprawdę nie chciałam ukraść Ci Fabiana. Wydaję mi się, że…
-… to samo przyszło? Tak, wiem. – odpowiedziała, chwytając kubek za ucho. – Nie musisz mi tego tłumaczyć. Rozumiem to, naprawdę. Nie jestem taka głupia jak wszyscy myślą.
-Ja tak nie myślę.
-Yhym…
-Serio. – Foster ulokowała się na łóżku brunetki. – Pamiętasz trzecią klasę? Siedziałyśmy u tego mega przystojnego idioty w szpitalu i gadałyśmy o „Modzie na sukces”. Fajnie było.
            Mercer uśmiechnęła się lekko, potwierdzając, że owszem, mile to wspomina. Czemu Grace musiała być taka sympatyczna? Podczas gdy wszyscy narzucali jej winę, ona przychodziła do niej, i to jeszcze z kakao. Chyba, że…
-To jest zatrute?
-Co… Nie, hehe. – spostrzegłszy jej zaniepokojony wyraz twarzy, Foster wybuchła śmiechem. – Żartuję, przestań. Coś nie tak?
            Wszystko, bo znacznie utrudniała Joy granie nieprzystępnej. Zwykle nie spotkała się z tak sympatycznym przyjęciem, raczej krzykami i obelgami. Blondynka tłumaczyła wszystko na spokojnie. Czemu w innych przypadkach tak nie było?
-Twoja mama przyjechała?
-Tak, rozmawia z Trudy. Twoich rodziców nie ma, co? – kiedy Mercer pokręciła głową, uśmiechnęła się z otuchą. – To nawet dobrze. Nie muszą Cię nadmiernie kontrolować.
-Wiesz co między nami zaszło?
-Wiem. Alfie mi mówił. – zapewne był to Fabian, ale nie chciała przy niej o nim wspominać. Miło z jej strony. – Jeszcze się ułoży, zobaczysz.
            Kiedy brunetka chciała stanowczo zaprzeczyć, do pokoju wpadł rozgorączkowany Fabian. Jak na komendę, obie uśmiechnęły się szeroko, po czym spojrzawszy na siebie, zaczęły śmiać się jak szalone.
-Przepraszam, można?
-Rozmawiamy. – wyjaśniła mu roześmiana Mercer. – Mamy piękne uśmiechy, co?
-Jak z reklamy pasty do zębów. – parsknęła Grace, ponownie zanosząc się śmiechem. – Kotek, możesz wpaść później?
-Nie. – odparł Rutter, wciskając się pomiędzy dziewczyny. – Joy, czemu nie było cię na początku roku?
-Mój tata miał problemy finansowe, ale właściwie to zostałam wysłana do szkoły imien… Na pewno nie znasz, lecz tyczyła się niektórych bohaterów egipskich. Organizowali tam różne konkursy, oczywiście na wszystkie się zgłosiłam. Najwięcej było tych poetyckich, pogrzebałam w różnych śmieciach z biblioteki i znalazłam ciekawe formułki.
-Wiedziałam! – ucieszył się Rutter, wymieniając z Grace porozumiewawcze spojrzenie. – Wygrałaś?
-No ba. – zgorzkniała tak, jakby to było oczywiste. – Za pierwsze miejsce był jakiś śmieć. Medalion z automatu, ciut ciężki. Nie będę go nosić, chyba, że ty chcesz.
            Fabian skinął głową, po czym złapawszy Grace za nadgarstki, uśmiechnął się z triumfem.
-Rozpracowałem to.
-Tak? No to słucham.
-Pamiętasz jak dostaliśmy podróbkę medalionu, dzięki któremu można było rozpoznać wybawców. – kiedy blondynka skinęła głową, kontynuował. – Wyczytałem dzisiaj, że jeden z uczestników wyprawy był założycielem szkoły, do której chodziła Joy. Jako jedyny z zaklętych, sprzeciwił się Deyrui i ukrył wisior w murach budynku. Możemy więc uznać, że Joy została wysłana po medalion.
-Konkretniej?
-Wreszcie możemy rozpoznać Wybawców! A Joy jest Wysłannikiem.


**************************

A ta znowu zapomniała o Amfie... hehe.
Nie wiem co powiedzieć... Pod ostatnim postem były tak piękne, cudowne komentarze... Kocham was całym serduchem <3 Nie macie pojęcia jakie to dla mnie ważne. Jesteście cudowni <3
Wróciła do mnie czytelniczka Mary, z czego bardzo się cieszę :)
Ludzie odchodzą, przychodzą... Nie możemy ich za to winić, kiedy nie ma serialu trudno pozostać Sibuners. 
Tak z innej paczki, kończę pierwszy rozdział Hershey Story (nazywa się inaczej, ale cii! ^ ^). Prolog już jest. O dziwo, w miarę mi się podoba, a mi, jak dobrze wiecie, nic się nie podoba. Cuda.
Uwaga Spojleruję! Jak klikniecie "Otwórz grafikę w nowej karcie" to bd większe.


Herszusia to ta pierwsza od lewej (lewo to nie prawo, jak to ujęła moja nauczycielka). Na końcu jest... cicho Sapphire, niedługo cały prolog zacytujesz.
Mickusia to tylko rwać <3
Zostało 15 rozdziałów HS (HoA Story, nie Haj Skul Mjusikal).
Nie chodzę do szkoły. Cierpię. Choruję. I wreszcie mogę coś przeczytać, tak to siedzę tylko w jakiś fizycznych cudach, których nie mogę ogarnąć. 
Czytam sobie Trzy metry nad niebem <3 Oglądałam film, był cudny, różnił się od typowej komedii romantycznej, co mnie bardzo cieszy. Książka świetna, bohaterowie mają osobowości i te takie inne bzdety, o które zawsze Acia marudzi. Federico Moccia będzie moim idolem zaraz po Eugenie.
Co do następnego rozdziału, to muszę akcję rozwinąć. I będą nasze paringi Peddie, Jara, Amfie, bo w końcu o nich trzeba coś zrobić.
Przy gifie z Dżerusiem na górze pisze "Dziewczyny w bikini".  Hehe.
No. Kocham was całym serduszkiem.

Dzięki, że jesteście <3

Wasza Sapphire.

piątek, 1 listopada 2013

Opowiadanie cz. 64, I miss you so much.

„Więc byliśmy przewyższeni liczebnie
 Zostaliśmy wyprzedzeni i zapędzeni w kąt
Ciężko jest walczyć, gdy walka jest nierówna
Teraz stajemy się silniejsi
Odkrywamy to, czego oni nigdy nie znaleźli
Być może są więksi
Ale my jesteśmy szybsi i nieustraszeni
Możesz odejść, mówiąc: niepotrzebne nam to
Ale coś w twoich oczach
Mówi: możemy to pokonać”
(Change)


Być znowu dzieckiem... Tak bardzo tego nie chcesz.
Czego więc oczekujesz?
Chcesz opuścić rodzinny dom i pokazać temu okrutnemu światu jaki to jesteś odpowiedzialny?
Źle robisz.
Teraz, kiedy wszystko jest takie proste: nie uciekaj do niepotrzebnych komplikacji.
Pozostań motylem, który lata tam gdzie go skrzydła poniosą, wyczarowując uśmiech na ludzkich twarzach. Pomyśl dla ilu osób jesteś źródłem szczęścia.
W sercu każdego z nas tli się iskierka radości.
Zaopiekuj się nią. Ona też dorasta.
Uciekając, sprawisz, że zgaśnie.
Zostań tutaj, pozwól swemu sercu beztrosko patrzeć na świat, albowiem wiedz, iż kiedyś za tym zatęsknisz.
Śmiej się nie patrząc na innych.
Ciesz się z każdej, drobnej rzeczy.
Nigdy nie dorastaj.

-Eddie nadal nie otwiera.
-Może po prostu nie ma go w pokoju. – odpowiedziała Audrey spokojnie. – Wciąż jest na Ciebie zły?
Williamson wzruszyła ramionami, usadowiwszy się na łóżku przyjaciółki. Miała dobre intencje, więc czemu temu kretynowi nadal coś nie pasuję? Doceniłby jej starania. Teraz pewnie siedzi w pokoju wraz z konsolą, chipsami i Fabianem, który słucha wszystkich jego durnych wyżaleń. A przecież chciała dobrze. Że też ten idiota nie zna pojęcia wdzięczności.
-Patt, nie boczymy się! – roześmiała się Dream. – Będzie dobrze! Naprawdę.
-Ludzie nie są tacy cudowni, jak ty to o nich mówisz. – wyparowała Williamson. – To nie jest żadna telenowela ani bajka Disneya, otwórz oczy!
-Mhm.
            Patricia olała jej znaczące westchnienia i kątem oka spojrzała na telefon. Nie odpisał, frajer. A ona się tak starała. Nie to nie. Ma go gdzieś, niech sobie z Fabianem poflirtuję.
-Uśmiechnij się!
-Uśmiechnę, jak pan jestem niewdzięcznikiem raczy mi podziękować.
-Oj Patt…
-Co? Chyba nie uważasz, że to ja mam go przepraszać? – rzuciła niby żartem, lecz kiedy dostrzegła spojrzenie przyjaciółki, natychmiast zerwała się z łóżka. – W życiu!

Podczas gdy inne typowe dziewczyny zajmowały się wymienianiem plotek na temat swoich aktualnych idoli, ona latała po piwnicach szukając czegoś co pomogło by jej znaleźć Wybawców. Grace nie miała łatwego życia, począwszy już od pierwszego dnia w szkole.
Szczerze mówiąc, samotne łowy szły jej dość marnie. Podczas wypraw w towarzystwie Sibuny, mogła spokojnie poudawać osobę inteligentną, jednak teraz fałszywa otoczka zniknęła. Dla samej siebie nie musi być mądra.
Tak czy siak, włóczyła się po korytarzach już od ładnych trzech godzin, a znalazła tyle co nic. Widocznie jest istotą bez talentu. Jakie to przygnębiające. Zazwyczaj wywyższała sobie samoocenę, ale brak słodyczy przyczynił się również do zaniku samouwielbienia. Przeklęte rodzynki.
Żeby nie zwracać uwagi na brak koordynacji, postanowiła pomyśleć o czymś innym. Dziwnym trafem, przed oczami stanęła jej Nina. Nie widziały się od dawna. Kto wie, może to przez Fabiana? Ciekawe czy gdyby Martin pojawiła się tu znowu, on rzuciłby Grace i wrócił do… Nie. Nie chciała tego rozpatrywać, a wszystko dlatego, że rzekome przypuszczenia były jak najbardziej prawdziwe. Czy taka nieciekawa i żarłoczna istota jest w stanie zastąpić rozsądną Ninę? No nie bardzo.
Wtem, dostrzegła drewniane drzwi tkwiące na końcu korytarza. Pamiętała ten pokój. Właśnie tu przeprowadzono akcję ewakuacyjną, kiedy jakieś debilne dziecko zrzuciło ją do podziemi. Mickuś jest jednak przydatny. Gina też.
Wnętrze się nie zmieniło, co oznacza, iż żaden dziwak z pelerynką nie wpadł tu z wizytą. Patrząc na słodki wystrój, można było przewidzieć, że pokój należał do dziecka, na co wpadła już o wiele wcześniej. No dobra, Patricia wpadła, ale jej tu teraz nie ma, więc teoretycznie może przywłaszczyć sobie to osiągnięcie.
Wyczerpana parogodzinnym spacerkiem, przycupnęła na łóżku (które zaczęło dziwnie skrzypieć: zawali się i znów poleci na dół), po czym wyjęła z kieszeni wymiętą czekoladę. Niełatwo być inteligentną na pusty żołądek.
Otworzywszy komodę, dostrzegła dwie fotografie przedstawiające parę bawiących się dzieci. W dziewczynce rozpoznała Sarah, w pamiętniku (czy może raczej dzienniku, bo pamiętnik brzmi strasznie niemęsko) Rufus podkreślał, iż lubiła zaplatać swoje „cudne, złociste” włosy w „niebywale piękny, precyzyjny warkocz”. Tatuś nie żałował epitetów.
Między maluchami stała młoda kobieta o długich, ciemnych włosach i okularach na nosie. Wyglądała dziwnie znajomo, jednak Grace nie dawała zwieść się halucynacją. Ostatnio pomyliła Micka z kaloryferem, więc nie warto ufać przypuszczeniem. Owszem, osoba była podobna do… Nie, to głupie i niedorzeczne. Durna Grace.
Kiedy jej wzrok skupił się na pewnej zakurzonej księdze, drzwi lekko zaskrzypiały. O nie. To pewnie znowu ten idiota w pelerynce z lumpeksu. Teraz pewnie wyciągnie siekierę i odetnie jej głowę. Niewiele myśląc, odłożyła czekoladę na półkę (była zbyt cenna jak na broń), szybko szukając innego punktu zaczepienia. W końcu chwyciła jakąś podstarzałą świecie i z całych sił walnęła nią Czerwonego. Niech cierpi!
Po paru minutach, okazało się, że rzekomy prześladowca wcale nie był prześladowcą, tylko Fabianem. Rotter ocierał obolałe czoło, z wyrzutem przyglądając się Grace.
-Świeca? Serio?
-Było mnie nie straszyć! – oburzyła się blondynka. – Czy ty wiesz co ja czułam? Po coś tu przylazł? Sibuny nie ma.
-Chciałem znaleźć coś sam…
-To moja miejscówa! Won!
-Mogę tu przebywać tak samo jak ty!
-Nie, bo jeszcze jestem W., a przecież „Nie możemy sobie ufać” – zacytowała niedawne słowa chłopaka. – Idźże stąd. Nie chcę na Ciebie patrzeć. Rodzynku cholerny!
            Fabian wytknął jej język i nie czekając na dalsze przykrości, rzucił się w stronę komody. Grace usiłowała zepchnąć go ze swojego chwilowego stanowiska, albowiem wszystkie sweet focie Sarah należały do niej.
-Co ty robisz?
-Szukam wskazówek!
-To se szukaj gdzie indziej! – prychnęła, wyrywając mu z rąk fotografię. – Zostaw! Możesz popatrzeć, ale z daleka. Tu jest Sarah i mój ojciec w ogrodniczkach. Wygląda jak hipster co zawsze pod warzywniakiem przesiaduję.
            Fabian, zapomniawszy o wzajemnych komplikacjach, delikatnie zabrał jej zdjęcie i przyjrzał mu się z dziwnym sentymentem w oczach.
-Jesteście tacy podobni.
-Obrażasz mnie. – Grace zmarszczyła nos. – Przecież ty nie wiesz jak wyglądałam kiedy byłam dzieckiem.
-A wiem. – uśmiechnął się z satysfakcją.
-Skąd niby?
-Twoja mama wysłała mi zdjęcia. – oświadczył dumnie. – Znam też Twoją grupę krwi, PESEL, datę i miejsce urodzin, adresy wszystkich ukończonych szkół, kod DNA i wiem, gdzie najbardziej lubisz kupować batony. To ostatnie dowiedziałem się wczoraj. Już nie kupię Ci rodzynek.
obraz
-Kochanie…
-Słucham Cię?
-Czy ty się dobrze czujesz?
-Hmm?
-Tak tylko pytam.
            Nie wiedziała co jest gorsze. Czerwony kapturek czy fakt, iż Fabian wie gdzie spędza każdą minutę swojego życia? Cóż, przynajmniej komuś na niej zależy. Nie tak jak ojcu…
            Na samą myśl o Rufusie, poczuła dziwne ukłucie w sercu. Jej własny ojciec był złym człow… eh, właśnie. We wszystkich książkach piszą o miłości rodzica do dziecka, a ona nigdy jej nie zyskała. Owszem, miała mamę, ale bardzo potrzebowała też taty. Dlaczego to wszystko musiało ułożyć się akurat tak?
-Smutno ci?
-Trochę. – wzruszyła ramionami. – To przez ojca, nie przejmuj się.
-Kiedy jest inaczej. Wiem, że zrobił Ci krzywdę, ale… może coś się kiedyś zmieni? W życiu doświadczamy różnych niespodzianek. – uśmiechnął się, delikatnie ściskając jej dłoń. – Kocham Cię, wiesz?
-Si. Je t'aime aussi.
-Szpanujemy francuskim?
-Jak zawsze. Sprawdź w słowniku. – odparła, puszczając do niego oko. – Ale tych rodzynek to Ci nigdy nie wybaczę.
           
Mara krzątała się po kuchni, szybko układając w myślach listę dzisiejszych obowiązków. Trudy najęła ją do ogarnięcia naczyń, a Victor zalecił posprzątanie salonu. Podobno za karę, jednak Jaffray nie miała pojęcia co złego mogła zrobić. Zapewne wszystko było winą Jeroma, ale przymknęła na to oko. Niech się chłopak wyszaleję, za dwa miesiące koniec szkoły.
Na samą myśl o zakończeniu roku, kilka talerzy spadła na podłogę (żaden nie ucierpiał, może tylko trochę się obił). Tak szybko to zleciało? Cóż, wprawdzie nie mogła się doczekać, kiedy wreszcie pójdzie na studia, ale… nagle zrobiło jej się dziwnie smutno.
No bo jak ma opuścić swoją, drugą rodzinę? Pespektywa życia bez ukochanych znajomych, wydawała się szara i smutna, ale chyba taka miała być. Nagle nawet te irytujące piski Amber o poranku, wydały się Marze nie do zastąpienia. Kto będzie wyciągał od niej pokaźną ilość gotówki na słodycze? Tęsknota za Alfiem byłaby nie do zniesienia.
A Jerome? Raczej nie wybierają się do jednego kampusu… On i Lewis zamierzali studiować gdzieś na miejscu. Byli przyjaciółmi, nic dziwnego, że nie chcieli się rozstać.
-Spokojnie. – do jej uszu dobiegł głos Amber. –Wasze rozstanie na pewno przetrwa próbę czasu.
-A skąd ty wiesz o czym ja myślę? – zaciekawiła się Jaffray. – Słucham?
-Złociutka, jest koniec roku! Każda z nas, kobiet, zastanawia się teraz: co ja zrobię? Rzucić go? Nie rzucić? Umrzeć? – dokończyła teatralnie. – Nie martw się. Pomogę Ci! Na samym początku muszę…
-… iść do łazienki, chyba przedawkowałem colę!
-Alfie! – zezłościła się Millington. – To bardzo nieapetyczne. Mówiłam Ci, że masz tyle nie pić. Cóż za niewychowany głupek!
-Mój Amberek. – rozczulił się Lewis. – Sorry, ale ukradłem Eddiemu pięć złoty, a teraz każe mi je oddać, ale zabrał je Jerome, potem Fabian, jeszcze później zjadł je Mick. Co mam w takiej sytuacji zrobić?
            Blondynka wybąkała przeprosiny i szybko zeszła Marze z punktu widzenia. Wychodząc, można było słyszeć jej wrzaski na temat dzisiejszego zachowania rodu męskiego, które męskie w najmniejszym stopniu nie było. Niektóre osoby mają duże pojęcie w tym zakresie.

            Kiedy Amber wyszła, w kuchni pojawiło się W. Mara uśmiechnęła się ciepło, zapominając na chwile o kłopotliwej przyszłości. Ma jeszcze czas. Dwa miesiące nie były wiecznością, ale to zawsze coś.
-Mara! Co słychać?
-Powiedzmy, że w porządku. Jakieś problemy?
-Nie, tylko. – Deyrua westchnęła znacząco. – Musi Ci być bardzo ciężko…
-Ciężko? Dlaczego niby miało mi być ciężko?
-Wiedziałaś, że Jerome i Joy byli razem? Nie, to niewłaściwe określenie… Chodź ze mną, muszę Ci coś pokazać.
-O czym ty gadasz? – przeraziła się brunetka. – Przestań, to nie jest śmieszne.
-Teraz pójdziemy do piwnicy… Myślę, że jesteś bardzo ciekawa swojej nie odkrytej dotąd przyszłości.

            Abby ze smutkiem wpatrywała się w radośnie tańczący płomyczek. Samotny znicz stał tuż przy krawędzi skromnego nagrobka. Dokładnie jedenaście lat temu zmarła Rachel. O dziwo, udało jej się wytrzymać.
            Ironia losu. Osoby najbardziej samotne, tracą najważniejszych dla siebie ludzi. Ciężko było wstawać każdego ranka, bez jej wesołego „dzień dobry” na przywitanie. Jednego dnia swobodnie rozmawiacie, a drugiego zostajesz sam, tak na zawsze.
            Z tym, że ona nadal tu była. Słyszała jej głos w każdym podmuchu wiatru, kroplach deszczu czy tajemniczo tlącym się płomyku… Ciekawe gdzie teraz jest…
            Właśnie wtedy poprosiła o osobę, która zajmie puste miejsce w jej sercu. Rachel nie chciałaby widzieć jej łez. Musiała tylko uwierzyć. Trudno było zyskać pewność siebie, kiedy nie było jej obok… Tak strasznie za nią tęskniła..
            Wyobraź sobie, że tracisz najważniejszą dla Ciebie istotę. Nagle wszystko traci kolory, z serca ucieka najmniejsza smuga nadziei. Nie rozumiesz czemu spotkało to akurat Ciebie. Odwracasz się od innych, barykadując drogę do swojego serca. Śmierć jest nieodłącznym elementem życia i jakkolwiek smutno by to brzmiało, od prawdy nie da się uciec. Każdy z nas dostał własne skrzydła, na których kiedyś będzie musiał odlecieć. Gdzie? Na tym właśnie polega tajemnica, nie wiemy gdzie poniesie nas wiatr.
-Abby? Ty płaczesz?
-Co ty tu robisz? – przestraszyła się dziewczyna. – Śledziłeś mnie?
-No powiedzmy. Tak trochę. – Max lekko trącił ją ramieniem. – Właściwie to Eddie i ja historię chcieliśmy spisać, ale że Mary nie było to poszedłem za Tobą.
            Dziewczyna spojrzała na niego ze zdziwieniem, jednak spróbowała się uśmiechnąć. Mara uchyliła się od obowiązku robienia lekcji za wszystkich, to coś nowego. Jaffray ZAWSZE bez względu na sytuacje i okoliczności, miała odrobioną pracę domową. Podczas gdy inni wykorzystali wszystkie braki na początku września, ona wciąż miała czyste konto. Andrews za nią przepadała.
-Kto to? – chłopak z zaciekawieniem przyjrzał się marmurowej płycie.
-Moja siostra. – odparła cicho. – Chodźmy już stąd, dobrze?
-Chcesz pogadać?
-Nie teraz, proszę.
-No weź, jestem psychologiem doskonałym. – Max uśmiechnął się z dumą. – Ostatnio pomogłem Stelli i Benniemu!
-Wczoraj rzuciła w niego garnkiem.
-To… Pff… No akurat może to nie wyszło, ale… To nie ma nic do rzeczy! – odwrócił głowę, udając obrażenie. – Nie wiedziałem, że miałaś siostrę. Mogłaś mi powiedzieć.
-Nie wiem…
            Rachel, proszę, zrób coś. Przecież ona nie umie z nim rozmawiać. Skompromituję się, jak zawsze zresztą. Chociaż… Jego obecność była dziwnie przyjemna, co wcale nie oznaczało, że chce nawiązać jakieś bliższe kontakty.
            A może powinna? Przecież dogaduje się z Marą i Stellą… czemu miałaby nie spróbować?
            Czasami powracała do chwili sprzed lat i z każdym takim wspomnieniem ulatywała z niej cała pewność siebie. Rachel uratowała jej życie. Wtedy czuła się winna, bo przekreśliła ich wspólną przyszłość. Może to nie ona miała zostać na ziemi? Może wszystko spowodował przypadek?
            Jesteś Gońcem… Te słowa wciąż nie dawały jej spokoju. Podobnie jak ten dziwny wierszyk, którym uraczyła ją zmarła siostra. Czy miał on jakieś głębsze znaczenie? Chyba tak, w końcu usłyszała go podczas tego dziwnego incydentu…
            Momentami wyczuwała w pobliżu obecność Deyrui. Wciąż widziała jej zimne, brązowe ślepia. Była blisko, ale to pewnie tylko zwykły strach. Ona nie może wrócić…

-Ej, nie smuć się. – roześmiał się chłopak. – Myślę, że Twoja siostra nie jest zachwycona. Się nie potnij tylko!
-Zostanę Emo. – oznajmiła już odrobinę radośniej. – Życie to czarna otchłań, czarny jest piękny, czarny to ma krew.
-Kurczę, zaraz mi się wykrwawisz, a historia pozostanie samotna. – to powiedziawszy, szybko chwycił jej dłonie i zarzucił na swoje barki. – Będę tak dobry i Cię poniosę. Powinnaś być wdzięczna.
-Ależ jestem. – roześmiała się ciepło. – To co chcesz w zamian?
-Stówę. Ewentualnie dwie. – mruknął po namyśle. – Ciotka Valentine mi nie płaci. Wydaję wszystko na kosmetyki. Jakby nie wiedziała, że jej to już nic nie pomoże. Wredna baba.

Nie wiedzieć czemu, Eddie nadal pozostał niepocieszony. Jego Gaduła okazała się być „złą, podstępną i wyjątkowo paskudną” kłamczuchą. Patricia łaziła za nim od ładnej godziny, uciekając się do wszelkich sposobów pocieszenia chłopaka.
-Przecież nie chciałam zrobić Ci nic złego, człowieku!
-Wysłałaś mnie do ojca.
-No tak, ale myślałam, że ta wizyta nie dojdzie do skutku. Jeroma wywalają ze wszystkich autobusów. Kiedy ostatnio z nim jechałam, napisał na tylnej szybie „Hershey Clarke rządzi światem”. Kierowca nieźle się wkurzył. Coś nie pasuję?
-Mogłaś mnie zapytać. – spojrzał na nią z wyrzutem.
            Zła, podstępna i wyjątkowo paskudna Trixie prychnęła z pogardą i skierowała się do drzwi wyjściowych. Złapawszy za klamkę, odwróciła się na chwilę, ukradkiem spoglądając na blondyna.
-Możesz sobie myśleć co chcesz, ale kocham Cię idioto i naprawdę chcę żeby Ci się wszystko w końcu ułożyło, chociaż nie zasługujesz wcale. Na mnie tym bardziej.
            Kiedy chciała wykonać efektowne wyjście, metalowy przedmiot oderwał się od drzwi i bezwładnie utkwił jej w dłoni. Miller wybuchnął śmiechem, co skończyło się szybkim, gwałtownym spotkaniem klamki z jego głową.

-Cóż. – zwrócił wzrok na odpadły element. – Widocznie los chce abyśmy tkwili tu w zamknięciu, a więc musimy być razem już na zawsze.
-Na zawsze? – Williamson uśmiechnęła się cierpko. – Będę musiała to przecierpieć.
Nie chciała obrażać już nikogo innego. Po co ma szukać, skoro już znalazła? Spojrzała w jego ciemne oczy, dochodząc do wniosku, iż trzeba być naprawdę nienormalnym żeby związać się z taką żałosną osobą jak on.
I wtedy go pocałowała.

-Co rymuję się z „piękna”?
-Walnięta.
-A z „lica”?
-Tchawica.
Mick uznał, iż zdobędzie serce Joy tylko dzięki czemuś wyjątkowo romantycznemu. Nastrojowa ballada wydawała się być idealnym prezentem. W końcu polecił mu to sam Benny, a on się zna na rzeczy.
Zostawanie w szkole po godzinach nie należało do rzeczy najprzyjemniejszych, ale dla Stelli można było zrobić wyjątek. Ona chyba rzeczywiście była jakąś czarownicą, bo Benny wylatywał z klasy wraz z dzwonkiem. O dalszych posiedzeniach nie było mowy.
Generalnie zabójczynią czasu wolnego była Joy, którą pochłonęły przygotowania do najnowszej sztuki Rosie. Grała główną rolę, co czyniło z niej osobę wyjątkową ważną. Dla jej własnej osoby, bo inni uczniowie mieli gdzieś wszystkie, aktorskie debiuty.
-Nie, nie, nie! – Mercer ze złością tupała obcasem w podłogę. – Zasłony miały być tu, a kartony po lewo! Ta firana jest o pół centymetra za krótka. Z kim ja pracuję! – piszczała żałośnie, zwróciwszy uwagę na chłopaków. – A wy co tak siedzicie? Ruszcie tyłki i do roboty!
-Mickuś – Benny wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Działaj chłopie!
Rozemocjonowany Campbell wyskoczył na środek sceny i padając przed Joy na kolana, zaczął melodyjnie zawodzić:
Ma piękna Joy
Wyglądasz jak troll
Co o poranku we swe włosy tłuszcz wlewa
Twa twarz blada jak po terminie beza
Bo jesteś piękna
Także walnięta
Mówisz tak pięknie jak bocian po prochach
Czasami cicho w kącie szlochasz
A wtedy przyjdę i powiem Ci cziki
Śmierdzisz, ale kocham Cię jak dziki!
            Mercer nie usłyszała końcówki, bo w połowie wiersza wypadła z klasy. Nasz niedoszły poeta zerwał berecik z głowy i spojrzał na Benniego ze łzami w oczach.
-Twoje rady są głupie! Joy! – rzucił się w pogoń za dziewczyną. – Nie uciekaj! Zapoznam Cię z Bogusławem! Czeeekaaaj!
            Walker uśmiechnął się radośnie, po czym ostrożnie wyjął gitarę z kąta. Musi ją gdzieś schować, inaczej ten podły babsztyl wykorzysta ją jako kanapę do swojego tragicznego przedstawienia. Dzisiaj powstały pewne komplikację, ponieważ Mick uparł się zagrać rolę żeńską. Rosie przekupiła go kolorowanką z odkurzaczami, jednak ten wciąż się trochę boczył.
            Benny pochylił się nad kartką papieru, starając się wymyślić jakiś sensowny tekst na zakończenie roku. Piosenka miała mieć charakter lekki, przyjemny dla ucha, jednocześnie zawierający jakiś morał typu: kochamy się, gdyż miłość to siła czy jakiś inny badziewny zwrot.
obraz
-Piszesz wiersz? Jak romantycznie.
-Wiem, że byś chciała, ale sorry. Piszę dzieło mojego życia. Będę sławny, bogaty i jeszcze przystojniejszy!
            Stella uważnie przyjrzała się jego twarzy, po czym uśmiechnęła się pobłażaniem. Cóż za zimna istota. Bez uczuć, bez emocji, bez serca.
-To jest co zadała ci moja ma… Rosie? – poprawiła szybko.
-Mama, nie Rosie.
-Nie udzielaj się. – skarciła go wzrokiem. – Napisz byle co, chociaż… czekaj. – usiadła tuż obok niego. – Możesz dać tu coś o początkach i… Ej, a co? – dostrzegła zmięty kawałek papieru pod kanapą. – Paragon z warzywniaka?
-Zostaw, to moje! – usiłował wyrwać jej świstek. – Bo Ci kakałka nie zrobię! Stellcia, nie czytaj tego, tam są same bzdety o tym, że słoneczko świeci, Mick hasa na jednorożcu… Nie warto, naprawdę.
*Jeśli czujesz się zagubiony
Podróżując do swojego świata z przeszłości
Jeśli wypowiesz moje imię, pójdę cię szukać
Jeśli wierzysz, że wszystko poszło w niepamięć
Że twoje niebieskie niebo pokryły ciemne chmury
Jeśli wypowiesz moje imię, znajdę cię
Jest tak silne to w co wierzę i czuję
Że już nic nie powstrzyma tego momentu
Przeszłość jest wspomnieniem
A marzenia jest coraz więcej
            Stella w milczeniu przestudiowała tekst, po czym sięgnęła z kieszeni długopis i paroma, zręcznymi ruchami poprawiła kilka błędów. Klika minut później, oddała chłopakowi lepszą wersję jego utworu.
-Nie jest złe, coś ckliwe jak na Ciebie.
-Takie miało być! – próbował się obronić. – Zazdrosna jesteś!
-Bardzo.
-No właśnie!
-Beniuś słońce, to był sarkazm.
-Wiedziałem…
-Na pewno.
-Cicho pesymistko! – wyrwał jej z rąk długopis. – Napiszę inną, piękniejszą piosenkę, a ty jej wcale nie dostaniesz!
-No słucham. – zadrwiła. – Podkład weźmiesz z „Muminków”?
-Nie! I nie dlatego, że mi się nie podoba, tylko tam jest Buka. – na samo wspomnienie potwora, ogarnęło go przerażenie. – Ten stwór zepsuł mi dzieciństwo…

Jerome                                                                   
Pewnie zastanawiasz się czemu do Ciebie piszę? Powinieneś wiedzieć, ale powiem.
Joy. Wiem, co między wami zaszło czy może raczej zajść miało. Nieważne. Na jedno wychodzi.
Oszukałeś mnie.
Jesteś teraz zadowolony?
Myślałeś, że się nie dowiem? Typowe. Mogłam się domyśleć.
Chyba powinnam Cię przeprosić. Przecież Cię znam, powinnam widzieć, że prędzej czy później coś się zepsuje.
Jestem głupia.
To trochę boli, wiesz? Kocham Cię, ale to teraz nieistotne.
A może?... Nie, nie tym razem.
Mam nadzieję, że mi wybaczysz. Być może oboje nie byliśmy jeszcze gotowi, co wcale nie zmienia moich uczuć do Ciebie.
Domyślasz się o co mi chodzi? Po prostu chc… muszę to zakończyć. Nie bądź na mnie zły, tak samo jak ja nie jestem zła na Ciebie.
Zwyczajnie się nie udało. Może tak miało być?
Nie rozmawiajmy ze sobą. Nie patrzmy na siebie. Nie róbmy nic. Tak będzie prościej.
Nawet teraz kiedy nie jesteśmy już razem, zawsze będę o Tobie… w zasadzie nieważne.
Kocham Cię
Mara
W jednej chwili każdy przedmiot stracił swoją wartość, a kartka papieru bezwładnie spadła na podłogę.
            Kto powiedział jej o Joy? Czyżby Patricia… Nie, to niemożliwe.
            Nagle wszystko stało się o wiele bardziej skomplikowane, niż mógł to przewidzieć.

Abby zanurzyła dłoń w zimnej wodzie, uważnie przyglądając się tafli jeziora. Nieznane cienie wciąż niespokojnie przemierzały brzeg. Co ją naszło, żeby urządzić sobie spacer o tak późnej godzinie? Tekst ze szpilką padł jakieś dwie godziny temu, a jej nadal nie było w domu. Victor ją zabiję i powiesi obok głów wszystkich, wypchanych zwierząt.
A zresztą… Po co ma się martwić? Czasami trzeba uciec od zasad, nadając życiu własny charakter. Bardzo tego potrzebowała. Przeciętność pochłaniała ją w całości, to było obrzydliwe. Rachel powiedziałaby, że jest najpiękniejszą dziewczyną na świecie i bardzo ją kocha.
Ale tego nie powie, nie ma jej. Los zabrał jej jedyną osobę, która potrafiła zszyć wszystkie rady na serduchu. Nie miała nikogo więcej. Czemu Bóg wezwał ją do siebie, skoro była potrzebna tu? Samotność tak bardzo dobija.
Nawet teraz, kiedy trafiła do nieznanego dotąd środowiska, wciąż było coś nie tak. Nie chciała wyjść na niewdzięcznicę, po prostu nie miała z kim porozmawiać. Tak zupełnie szczerze… Ale czego ona oczekuję? Dostała dużo, nie może być taka wymagająca. To byłoby nie w porządku…
Ma powierzchni jeziora pojawiła się barwna plama, powoli przybierająca kształt człowieka. Boże, nie powinna tu przychodzić. Zaraz ktoś…
-Spokojnie… - usłyszała za sobą cichy, męski głos. – To tylko ja.
            Postać przycupnęła na moście, delikatnie wkładając dłoń do wody. Księżyc skierował światło na zmizerniałą, białą twarz i dopiero teraz Abby mogła rozpoznać chłopaka.
            Tylko co Clarke mógł robić tutaj tuż po północy?
-Jestem idiotą. – powiedział, wpatrując się w toń jeziora. – Wszystko spieprzyłem.
-Na pewno nie. – odparła brunetka spokojnie. – Co się stało?
-Wszystko. – wykrztusił słabo. – Znasz takie uczucie, kiedy jedna osoba odchodzi od drugiej? Mara odeszła i to z mojej winy, bo kogo innego? Cholera…
            Przyjrzawszy się jego zmęczonej twarzy, Abby dostrzegła coś dziwnego. Jakieś zupełnie ludzkie uczucie opętało jej serce, wprawiając ją w stan pozornie niespotykany. To co zobaczyła, było rzeczą zupełnie normalną i wyjątkową zarazem, albowiem Jerome Clarke płakał.
            Bez żadnego słowa, usiadła koło niego, pozwalając mu wypłakać wszystkie gnębiące go smutki. Księżyc skrył się za czarną chmurą, zupełnie tak jakby i on nie chciał być świadkiem tej sceny. Nagle wszystko nabrało innych kolorów, pokonując przy tym wszelkie bariery ciemności.
-Sorry…
-Za co?
-Nie powinienem.
-To nie jest wstyd. – oświadczyła pewnym głosem. – Ja często płaczę. Płakałam, właściwie.
obraz
-Jesteś dziewczyną…
-No i? – wzruszyła ramionami. – Wszyscy jesteśmy ludźmi, to Ci nie wystarcza?
Clarke roześmiał się nerwowo, po czym otarł mokre policzki. Nie myślał nawet o tym, że zapewne się skompromitował. Jakie to ma znaczenie? Mara jest ważniejsza…
-Nie nadaję się na człowieka.
-Czyżbyś był automatem?
-Za przystojny jestem. – odparł już nieco swobodniej. – Mara i ja… Szkoda gadać, wszystko zepsułem. Nie powiedziałem jej o jednej, ważnej rzeczy, no i teraz mam. Nie zrozumiesz.
-Rozumiem. – Abby spuściła głowę. – Moja siostra…
-Masz siostrę? Współczuję.
-… nie żyje. – dokończyła smutno, starając się nie patrzeć na blondyna.
            Wydawało się, że wszystkie jej nieokiełznane loki zyskały ludzkie uczucia i oklapły podobnie jak ona. Włosy smętnie spadały na jej policzki, jednak ta nie zwracała na to uwagi. Bo są rzeczy ważniejsze.
Może to przez ten odwieczny smutek w sercu nigdy nie znalazła przyjaciela? Każdą sekundę spędzała na wylewaniu łez... Nie powinno tak być. Od dziś wszystko musi się zmienić. Na lepsze.
-Kiedy byłam mała, moi rodzice się rozstali. Mama nie miała dla mnie czasu, ogólnie mówiąc to zostało jej to do dziś… Czasami myślę, że zwyczajnie nie darzy mnie miłością, ale zaraz się tej myśli pozbywam… Miło wiedzieć, iż komuś na Tobie zależy. Rachel mnie akceptowała… jedyna. Ciężko jest siedzieć we własnym domu i nawet tam czuć się obco. Nienormalne, a jednak. Jakby to Stella ujęła: „Nie ma do kogo gęby otworzyć”. – tu starała się uśmiechnąć. – Nie powiem Ci żadnych bzdur o tym, że trzeba iść dalej, bo los ma własne plany wobec nas i wszystko co robimy, ma jakiś głębszy sens. Nie wystarczy chcieć, marzenia jedynie dopełnią naszą nadzieję. Ciężko jest się podnieść. Czasami musisz czekać całe życie, a najgorsze jest to, że niepotrzebnie. Kochasz Marę, prawda?
-Co z tego, skoro nie możemy już być razem?
-Odpowiedz mi. Kochasz ją?
-Bardzo, ale…
-To nie siedź tutaj ze mną, nie zachowuj się tak jak ja, która zamiast cokolwiek zrobić, tkwi tutaj i czeka na zbawienie boże. Nie rezygnuj z Mary, nie pozwól jej odejść. Drugiej tak kochanej osoby nigdy nie spotkasz, możesz mi wierzyć. To uczucie NIGDY nie przerodzi się w nicość, tylko błagam, zrób coś. Właśnie trafiłeś na najważniejszą dla Ciebie osobę i stracić ją, byłoby największą głupotą w Twoim życiu.
            I chyba miała rację, bo żadnej drugiej takiej Mary nie spotkał. Ale zanim oboje zdali sobie z tego sprawę, przeżyli mnóstwo zawirowań… Czy pozytywnych? Wkrótce wszystkiego się dowiecie.


***************


*Fragment piosenki "Algo se enciende"



Podziwiajcie. Nie ma czego, no wiem.


I znowu powiem, że nie jestem zadowolona. Beznadziejnie wyszło, na szczęście niedługo ta szajsowata historia dobiega końca. Nie będę już was męczyć ^ ^

Co Sapphire będzie robić po HoA Story? No więc: na pewno powstanie (w zasadzie to już powstał, tylko jest oznaczony jako prywatny i nie możecie go zobaczyć przebiegła ja) blog o jakiś anubisowych berbeciach (Hersheeey siempre ^ ^). Powstanie 20-30 rozdziałów, mało z tego względu, iż większość pewnie se pójdzie. A ja was tak bardzo kocham <3
Jak widzicie (lub nie) mój pszepienkny (sarkazm) blog ma nowy szablon. Dziękujemy claiven! ^ ^ To ostatnia taka zmiana, zostało nam raczej niewiele czasu (brzmi tak jakbym umrzeć miała). Czarny bo żałoba, bo koniec, bo dzieci mnie wczoraj ze słodyczy okradły. Przeklęte dzieci Halołina.

Z całego serca dziękuję wam za wszystkie komentarze. Dodają mi tyle motywacji i mimo, że opowiadania są wręcz tragiczne, to bardzo cieszę się, że nadal ze mną jesteście. Kochani moi Sapphirer :)
Rozwaliłam Jarę. Nie bijcie, przecież wiecie, że ja żadnego Dżeroja na koniec nie dam. Zostało tylko 16 rozdziałów do finału, wytrzymacie ^ ^.
Teraz zorientowałam się, że zapomniałam o Victorze. Mistrzyni szybkiej reakcji. 
Przepraszam jeśli rozczarowałam was dzisiejszym rozdziałem. Mam nadzieję, że następny wyjdzie mi lepiej :)
Mój pies mówi, że was kocha. Znaczy się chrapie, ale to chyba to samo.
Kocham was mocno <33