niedziela, 12 stycznia 2014

Opowiadanie cz. 66, Show must go on.

„Mój cień jest jedynym idącym obok mnie
Moje płytkie serce jedyną rzeczą, która bije
Czasem chciałbym, żeby ktoś tu mnie znalazł
Aż do tego czasu, idę sam”
(Boulevard of Broken Dreams)

-Dekoracje miały być po prawo, nie po lewo! – ryknęła Joy przez megafon, naraz zwracając się do Alfiego. – Co ty robisz z tym kartonem? Wszyscy jesteście skończonymi kretynami!
            „Skończeni kretyni” wymienili porozumiewawcze spojrzenia, cierpliwe spełniając życzenia nabuzowanej Mercer. Dzisiaj miał być wielki dzień, a mianowicie, premiera sztuki, nad którą pracowała od dłuższego czasu. Pragnęła, by każda drobnostka odznaczała się szczególnym dopracowaniem, a sam całokształt kojarzył się z pojęciem ideału. Nie wiedzieć czemu, nikt inny nie przejmował się przedstawieniem, beztrosko zajmując się zaplanowanymi czynnościami. Idioci, wariaci, potwory. Mogłaby wyliczać tak w nieskończoność, ale Benny właśnie krzywo zawiesił transparent i rzecz jasna, ktoś musiał na niego nakrzyczeć.
-Mam dosyć. – warknęła Patricia, kopiąc w jeden z kartonów. – Co mnie obchodzi jakieś cholerne przedstawienie. Mick gra główną rolę, tego nawet jakieś świecące śmieci nie uratują. Te ozdoby są okropne.
-Ej! – zbulwersowała się Amber. – Wypraszam sobie! Sama je robiłam. Poza tym, Mick powiedział, że różowe tło doskonale odzwierciedli jego osobowość. Przynajmniej on mnie docenia.
            Eddie nic nie powiedział, tylko popukał się w czoło, po czym wrócił do jedzenia kanapki.
-Edison! – znienacka wyrosła przed nim rozwścieczona brunetka. – Tu się nie je! Chcesz żeby goście zobaczyli jakieś paprochy na siedzeniu?! Liż tą podłogę! Przykro mi, ale jestem zmuszona to skonfiskować. – oznajmiła, odbierając mu śniadaniówkę. – Nikt nie docenia mojej pracy. Nikt!
-Oddaj to! – krzyknął, rzuciwszy się za nią w pogoń. – Sam ją robiłem! Zobaczysz, Bóg cię ukaże!
           
-Znalazłaś już jakiś Wybawców?
-Nie.
-Przecież dostaliśmy od Joy ten medalion!
-Ale on jest tak daleeeekooo… - Grace przeciągnęła się leniwie, mocniej przytuliwszy głowę do turkusowego jaśka. – Poza tym, jak to sobie wyobrażasz? Hej, jakiś człowieku, ludzkie życie jest zagrożone, walnę cię tym żelastwem w łeb, jak poczujesz, musisz nam pomóc, możesz umrzeć, ale co z tego, bawmy się. Bardzo mądrze.
            Fabian pokręcił głową, zabierając poduszkę spod jej głowy. Foster jęknęła cicho, po omacku szukając miękkiego przedmiotu. On ją kiedyś wykończy. Nie dość, że harowała jak wół (przejście z pokoju do lodówki i z powrotem, wymagało wielkiego wysiłku), to jeszcze musiała znosić jego nudne kazania.
-Trzeba poinformować Sibunę.
-Rozwiązałeś ją, głupku. – jęknęła, odwracając się na drugi bok. – Ja śpię, sam se ratuj świat.
-Widzisz, wstyd mi z nimi gadać… Oni mogą być W.
-Człowieku, znasz ich dłużej ode mnie, a wszystko mi mówisz. To takie dziwne. – rzuciła, naciągając kołdrę na twarz. – Idź sobie już.
-No bo ty jesteś… wiesz. Chyba, że to ty jesteś W!
-Tak, i chce zniszczyć wszystko i wszystkich, bo moje życie jest do bani. – mruknęła, po chwili dorzuciwszy – W sumie, mogłabym to zrobić. Wreszcie się wyśpię.
            Usiadł koło niej, przybierając minę zbitego szczeniaka. To samo robiła rok temu, kiedy zniszczyła bratu komputer. Takie bajery na nią nie działają, niech ucieknie się do czegoś innego.
-To co mam zrobić? Czekoladę ci kupić?
-Chcesz żebym była gruba?!
-No dobra, to nie kupię.
-Chcesz żebym zagłodziła się na śmierć?!
-Z tobą nie da się rozmawiać!
-Pewnie, obraź mnie! Złam mi serce, podeptaj i wyrzuć do śmieci, mnie to nie obchodzi! O, i kup mi jeszcze te, pożal się Boże, rodzynki! Ty pedancie wredny!
            Blondynki to podłe istoty. Jedna z nich, leżała pod kołdrą, od czasu do czasu rzucając jakimś niemiłym epitetem, skierowanym do jego osoby.
-Grace, wstawaj. Wszyscy są już dawno w szkole.
-Nie zamierzam pomagać twojej szurniętej byłej.
-Joy nie jest szurnięta, tylko się denerwuję.
-TYLKO? Dzisiaj chciała wybić szybę, bo Mara wycięła o jednego motylka za dużo. Ja wszystko toleruję, Chińczyków, ludzi-chomików, tylko nie tą nieokiełznaną furiatkę.
            Była zazdrosna. Miło wiedzieć, że komuś na nim zależy. Ninie też zależało… Skarcił się w myślach, natychmiast odrywając wzrok od nieco zdezorientowanej Grace.
            Czasem obawiał się, że już nie będzie mógł pokochać nikogo innego. Nie mógł zapomnieć o jej oczach, tlących w sobie tyle ciepła, gotowego pocieszyć go w każdym najczarniejszym dniu. To nie tak, że nie lubił Grace. Starał się ją pokochać, mówił jej o tym bez przerwy, ale na pierwszym miejscu wciąż stała Martin. Nie chciał tego, a jednak. Podobno miłości nie da się zabić.
            Grace spojrzała na niego smutno, zastanawiając się nad wszystkim co do tej pory jej powiedział. Nie miała żadnej gwarancji, że darzy ją czymś więcej niż tylko mocną przyjaźnią.
-Fabian…
-Słucham? – wyrwał się z zamyślenia.
-Chciałabym, żebyś chociaż trochę mnie kochał…

            Rekwizyty zostały poustawiane, lampki trwale przytwierdzone do sufitu, każdu przedmiot stał we właściwym miejscu. Wszystko było w idealnym porządku. Jednak w tej całej perfekcji, brakowało tylko jednego. Głównej bohaterki.
-Kochani, gdzie jest Joy? – Rosie biegała z miejsca do miejsca, rozpaczliwie rozkładając ręce. – Zaraz wchodzimy, goście już przyjechali.
            Zamiast konkretnej odpowiedzi, spotkała się jedynie z wzruszeniem ramionami i paroma dyskretnymi chichotami. Nikt nie wykazał najmniejszego zainteresowania sprawą. Prócz Micka, który rzecz jasna, siedział w kącie i wyglądał tak, jakby zaraz miał się rozpłakać.
-Ja nic nie wiem. – Amber wychyliła się zza pleców Alfiego. – Krzyczała tylko, że nie zamierza grać z tym, cytuję, spoconym przygłupem. Nic mi to nie mówi.
            Rosie spojrzała na nią jak na wariatkę, za chwile bezwładnie opadając na krzesło i modląc się o cud. Cóż, mogła się tego spodziewać. Całe szczęście, że przynajmniej Mick…
-Nie! Tak być nie będzie! – wydarł się rozwścieczony Campbell, ciskając w ścianę granatowym beretem. – Bez Joy, jestem tylko upadłą gwiazdą! Moi fani nie mogą zobaczyć mnie w takim stanie!
            Rosalinda uchodziła w szkole za anioła, ale w tym momencie straciła całą swoją cierpliwość i miała ochotę kogoś udusić. Najlepiej tego durnego blondyna, nie grzeszącego inteligencją. Szybko jednak się opanowała, starając się doprowadzić sytuację do porządku.
-Ok. Stella jesteś dublerką. Eddie, ty też. Jeśli nie wy, to…
-Nie zhańbcie imienia szkoły! Taka tragedia! – załkał Mick, uwieszając się na ramieniu Patricii, która natychmiast go odepchnęła. – Nasze społeczeństwo jest agresywne! Nie chcecie mnie, idę umrzeć! – zawył, po czym wybiegł zza sceny, wzbudzając zainteresowanie widowni.
            Stella pokręciła głową, próbując nie zwracać uwagi na ten dramat, który właśnie włóczył się przez poustawiane krzesełka, rozczulając się nad losem Joy.
-Nie zależy mi. Jak chcesz, mogę iść po tą idiotkę, przywlec ją tu, żywą albo martwą, nieważne.
            Eddie również nie wyglądał na zadowolonego. I może gdyby nie smutny błysk w oku Rosie, nadal uparcie pozostaliby przy swoim zdaniu.
            Nie wiedząc czemu, zgodziła się od razu. Wiedziała, że robi dobrze. Ten jeden, jedyny raz, może się poświęcić. Dla niej. Dla mamy.

            Opadła na łóżko, dając upust łzom i krzyczącej rozpaczy. W uszach wciąż dźwięczał ten raniący śmiech, przemieszczający się po wszystkich ścianach jej serca, obdzierając je z jakichkolwiek dobrych uczuć. Pozostawił tylko bezgraniczny ból, z minuty na minutę, coraz większy i bardziej dotkliwy.
Dlaczego tak było?
Proste.
Otrzymuję karę za to co zrobiła kiedyś. Za to, że zakochała się w niewłaściwym chłopaku i robiła wszystko, by raczył otworzyć jej drzwi do swojej duszy.
Ale czy za miłość można karać?
            Rozejrzała się po pokoju, przeklinając nadchodzące dni. Niepotrzebnie tu wracała. Mogła zostać u siebie, być taka jaką być chciała: dumną i niezależną, obcą wszelkim emocjom. Okazała się słaba, bo gdy tylko zobaczyła Fabiana, cała pewność siebie znikła, odchodząc gdzieś daleko, nie zostawiając jej mapy powrotu.
            A TYLKO się zakochała… Miłość wcale nie jest piękna, z cudownego snu, potrafi stać się najpoważniejszym problemem.
            Wiedziała, że źle zrobiła. Gdyby tylko mogła, przeprosiłaby Ninę za wszystkie wyrządzone krzywdy, ale nie zdążyła. Nim zrozumiała błąd, już jej nie było. Cały świat mówił, że należy walczyć o uczucie, a ją za to ganiono. Już nic nie rozumiała.
            Spojrzała w okno, obserwując małą sikorkę przysiadającą na parapecie, rzecz jasna kojarzącą jej się z jednym pamiętnym wieczorem, kiedy to pewien bufon, bezczelnie ją obraził. Na samo to wspomnienie, parsknęła śmiechem. Zażenowana własną głupotą, uświadomiła sobie jak wiele się zmieniło.
            Zacisnęła wargi, walcząc z natrętną myślą, paradującą w jej głowie już od jakiegoś czasu. Co jeśli pojawi się ktoś inny? Ktoś, kto pokocha całą ją, łącznie ze wszystkimi trapiącymi negatywami. Niemożliwe. A jednak miała nadzieję. Jak dziecko łudziła się, że spotka prawdziwą miłość, człowieka, który już nie odejdzie.
            Los każdemu daje prezent. Nawet tym zagubionym duszom.

            Z absolutnej tragedii, przedstawienie przerodziło się w niebywały cud. Mickuś siedział za kulisami i udobruchany dzięki niewielkiej paczce żelków, z uwagą śledził inscenizację.
            Wszystkie spojrzenia koncentrowały się na Stelli, która, ku zdziwieniu znajomych, doskonalę wcieliła się w rolę eleganckiej Valerie. Ostrożnie stawiała kroki, jakby bała się, że straci na chwilę tożsamość zarozumiałej bohaterki. W długiej, kremowej sukni i rozpuszczonych włosach spiętych z tyłu białą wstążką, wyglądała zachwycająco.
            Większe wątpliwości tyczyły się Eddiego, który, jak wiadomo, nie bardzo lubił tego typu imprezy. Na szczęście i on spisał się nieźle, jeśli nie doskonale. Patricia tylko wywróciła oczami, albowiem była przeciwniczką historii o tak ckliwych tematach, poza tym wiedziała, że już następnego dnia, jej chłopak stanie się obiektem drwin ze strony innych, niewrażliwych na sztukę, osób. Wprawdzie podziwiało go większe grono dziewczyn, ale to w najmniejszym stopniu jej nie cieszyło.
            Po niedługim czasie, padła ostatnia kwestia, a widzowie poderwali się z krzeseł, bijąc jak najszczersze brawa. Rosie odetchnęła z ulgą. Jej modlitwy zostały wysłuchane.

-Cholera. – warknęła Stella, zrzucając nadmiar ozdób z włosów. – To najbardziej żenujące co w życiu robiłam.
-Chcę o tym zapomnieć! – jęknął Miller, ściągając z siebie przyciasną marynarkę. – Ale nie poszło nam tak źle, nie sądzisz?
-Serio? Nie wiem, mam to szczerze gdzieś, i tak niedługo wyjeżdżamy, nie będzie czego rozpamiętywać.
            Mocując się ze złotą klamrą, spostrzegła Rosie, odbierającą gratulację od właściciela uniwersytetu zaproszonego na pokaz. Uśmiechnęła się w duchu, uświadamiając sobie, że decyzja o występie była jak najbardziej poprawna.
-Pomóc ci? – zapytał Miller, obserwując wysiłki dziewczyny.
-Nie tykaj.
-No już, już. Ale, musisz przyznać, zostaniemy gwiazdami!
-Chyba w oborze. – uśmiechnęła się, z triumfem wyciągając połyskliwy przedmiot. – Nigdy więcej.
            Siedzieli tak chwilę, zajęci własnymi myślami, niektórymi kompletnie pozbawionymi sensu. Pierwszy raz od dłuższego czasu zdobyli się na normalną rozmowę, bez żadnych ostrzejszych słów. Stwierdziła, że nie może tak być i kiedy chciała obdarzyć go jakimś mniej pochlebnym epitetem, spojrzał na nią tak, że natychmiast zrezygnowała z takowego planu. Chyba stawała się lepszym człowiekiem. Szlag by to trafił.
-Jesteś zła?
-Nie. Ale wiesz co? – uniósł brwi, oczekując na pytanie. – Cieszę się, że ci się udało. Tobie i Patricii. Tylko nic nie schrzań, nie tym razem. – rzuciła, wychodząc z sali.
            Za drzwiami westchnęła ciężko, próbując wyrzucić z głowy myśl, że z minuty na minutę jest coraz milsza. Co za idiotyzm. Na szczęście zza rogu wyszedł Benny, którego można bez przeszkód obrażać.

12 czerwca, Ostatnie momenty nadziei

Sarah została naznaczona. Naznaczenie obdarza człowieka bezsilnością, przynajmniej tak kiedyś powiedziała jej matka. Angi kazała nam się nie bać. Mówiła, że wszystko kiedyś się ułoży. Sarah jej wierzyła, ale ja myślę, że kłamie. Ile można wciskać nam te wszystkie dobre słowa? Nic nie działają, fruwają po wietrze, nie niosąc najmniejszego sensu. Strasznie ckliwe, prawda? To przez Angi, ona zawsze rzuca takie życiowe anegdotki.
Angi twierdzi, że można nas uratować. Pięcioro ludzi stanie przed obliczem bóstw, oddając jednego z nich w ofierze. Zdejmie klątwę z uczestników wyprawy, ale co z nami? Oni wcale nie mają dobrych intencji.
Deyrua nadal poszukuję Piętna Setha. Nie mam pojęcia, do czego ono służy. Angi chyba wie, ale nie chcę nam nic powiedzieć. To wszystko staję się coraz bardziej skomplikowane. Nie rozumiem nic, a liczba pytań niepokojąco szybko rośnie. Nasza opiekunka wspomniała tylko, że „na szczęście Wybrane będą dwie”. Kim są te całe Wybrane? I skąd Angi wie o ich istnieniu? Czyżby była to jedna z legend pana Roberta? Muszę iść spytać się go o to zapytać.

…………

Nie ma go. Wyjechał wraz z panią Louisą. Chyba chodzi o jakiś grobowiec. Niedługo wrócą.

Grace przewróciła kartkę. Na drugiej stronie tkwił koślawy napis, otoczony kroplami czarnego atramentu.

Nie wrócili…


            Ciepłe powietrze łaskotało jej policzki, w minimalnym stopniu poprawiając nieco zgorzkniały humor. Momentami miała dosyć wszystkich, otaczających ją ludzi. Dość często czuła się dojrzalsza od innych, przez co zdarzało jej się oberwać jakąś niemiłą uwagą. Durne wygłupy Alfiego wcale jej nie śmieszyły i nic nie mogła na to poradzić. Albo jest jakaś ułomna, albo zwyczajnie zawinił tu Jerome.
            Dlaczego akurat on? Kiedy przestali ze sobą rozmawiać, każdy przedmiot stracił swój sens, zalewając się jedynie przygnębiającą falą monotonności. Postanowiła poczekać. Wiedziała, że to nie minie, że nie ucieknie przed myśleniem o nim, ale była zbyt dumna, żeby podjąć jakiekolwiek kroki. Położyła dłonie na czole, zastanawiając się nad półmetkiem, w którym teraz się znajdowała. Niedługo nastąpi definitywny koniec i jeśli teraz się z nim nie pogodzi, już nigdy się nie spotkają. Na samą myśl o federalnej wizji rozstania, poczuła niemiłe ukłucie w sercu. Ilekroć widziała go na szkolnym korytarzu, chciała do niego podbiec i mocno przytulić, poprosić by już nigdy jej nie zostawiał. Na przeszkodzie stał obraz jego i Joy, nasilający się z każdą minutą. Twierdził, że taka sytuacja nigdy nie miała miejsca, ale skądś musiała się przecież wziąć. Czerwona kokarda wysmyknęła jej się z kosmyka ciemnych włosów, bezwładnie opadając na ziemię. Chciała ją podnieść, ale uprzedziła ją czyjaś zgrabna dłoń. Podniosła wzrok.
            Przed Jaffray stanął wysoki chłopak, ubrany w bury podkoszulek, uwydatniający zarysowane pod nim mięśnie. Rozpoznała w nim dawnego „adoratora” Joy, który niegdyś przyniósł ją do samego domu. Uważała to za romantyczne, ale Mercer widocznie nie podzielała jej zdania, bo ilekroć wspominała o przystojnym nieznajomym, ta wkurzała się i wychodziła. Dziwna.
-Bez koleżanki? – spytał, oddając jej przedmiot. – Pewnie nadal siedzi i rozpacza.
-Owszem, ale bynajmniej nie powodu, o którym myślisz. – odparła, mocując się kokardką. – Poszło o chłopaka.
-Ktoś ją zechciał? Joy? Boże, ale mam dzisiaj dobry humor. A kto to był taki głupi?
-On. – Mara wskazała palcem na zasmuconego Micka, wytrwale stojącego przed oknem Joy. Ta jednak nie reagowała na wyznania miłosne, bo zasłony nie ruszyły się nawet o centymetr, a Campbell musiał obejść się smakiem i przeprowadzić refleksje nad swoim złamanym sercem.
-Wszystko jasne. – Jeremy parsknął śmiechem, z impetem siadając koło niej. – A ten drugi z lwią grzywą?
-Ale że Jerome? – kiedy skinął głową, oblała się delikatnym rumieńcem. – To nieistotne.
            Chyba nie zrozumiał, bo tylko wzruszył ramionami i wyraźnie nie zamierzał okazać większego współczucia, co w tym wypadku, było jak najbardziej trafione. Nie chciała, by ktokolwiek się nad nią litował, a już na pewno, jakiś obcy facet.
-Biedne dziecko. – westchnął, patrząc na nią z politowaniem. – Zepsułaś coś?
-Po pierwsze, nie jestem żadnym dzieckiem. Po drugie, to nie ja zepsułam, tylko on. I w ogóle, czemu mam ci się zwierzać? Nie masz własnego życia?
-Mam, a w tym momencie interesuję mnie, co takiego zrobiłaś, że doprowadziłaś do zerwania.
-Powtarzam, to nie ja, tylko on!
-Ach, to już wiem. Straszna maruda z ciebie była.
            Prychnęła z pogardą, odwróciwszy się do niego plecami. Co za wyjątkowo bezczelny typek! Nie dość, że pakuję się w cudze sprawy, to jeszcze ją obraża. Joy naprawdę nie ma gustu.
-Po coś tu przylazł?
-Na pewno nie do ciebie.
-To akurat wiem. – postanowiła, iż nie da wyprowadzić się z równowagi. – Przyszedłeś do Joy?
-Pewnie, cholernie za nią tęsknie, aż mi serce pęka. Serio uważasz, że mógłby zwrócić na nią uwagę ktoś poza TYM? – tu ponownie wskazano na Micka, uparcie tkwiącego pod oknem. – Proszę cię.
            To powiedziawszy, odszedł w nieokreślonym kierunku, rzucając jeszcze coś o wyjątkowo wrednej osobowości Mercer. Jaffray odprowadziła go wzrokiem, po czym wstała z ławki i ruszyła w stronę domu. Ostatnio kręci się tu mnóstwo dziwnych osób, łącznie z tymi strasznymi mężczyznami od ceremonii.
            Była tak zajęta nowymi refleksami, że nie zauważyła nawet zazdrosnego Jeroma, ukrywającego się niewielkimi krzakami wraz z wyraźnie znudzonym Alfiem.
-Stary, długo będziemy tu tak siedzieć?
-Czekaj, już sobie idzie. Głupi Winkler, pewnie zastosował wobec niej jakieś marne podrywy, a ona jest strasznie pazerna na komplementy.
-Wiesz, na pewno były lepsze niż śledzenie ją zza krzaka.
-Cicho! Ja tu jestem ten mądry! – warknął, po czym po chwili na namysłu dorzucił. – No i przystojny też.
-Mhmm. To jaki masz plan?
-Plan? A kto powiedział, że od razu mam mieć plan? – wzburzył się, za chwilę nerwowo rozejrzawszy się dookoła. – Sprzedają tu gdzieś bronie bez zezwolenia?



Jeruś w krzakach
Co za refleks, klaskajcie.
Mickuś joł <3
Rozdział nie miał na celu obrazić żadnych blondynek (joke, sama nią jestem), nie bierzcie tego do siebie, najzwyczajniej w świecie Fabian ufa stereotypom, a Grace się nie wyspała. Prawda, że tworzą udany, kochający związek? Nie kłamcie, wiem, że nie.
Hajtnę Fabiana z doniczką, będzie bardziej romantycznie. Tyle lof. <3
PRZEPRASZAM! Możecie mnie pobić, zjeść, zwyzywać, zhejtujmy biedną Sapphire, Agatkę, bufonicę, nie ma uczuć, bezduszna. Bądźcie agresywni niczym Joy.
Mam zaległości w komentarzach, ale już PRAWIE nadrobiłam. Hurrraa....
Aaach wesołych świąt i nowego roku, które już dawno się skończyły... Jadłam dorsza. To takie zabawne.
Macie się zachwycać
W związku z tym, iż HoA marne story dobiega końca, postanowiłam zaprzyjaźnić się z Joy (straszne, wiem). I tak nie polubię tego brzydkiego dżeroja, do pieca z tym szajsem.
Beansy wróciła! A my tak tęskniliśmy! Magia świąt/dorsza.
Kocham was, jak Victor Korbusia (BFF <3).
No. Kocham Emklarkę <3. I Joylitte <3. I Beansy <3. I Stevie <3. I Marzycielkę <3 I Patt <3 I wszystkich pozostałych <3 I anonimki (nawet tego, który kiedyś bezczelnie mnie zhejtował, czas nie leczy ran, ja wciąż pamiętam, ni ma tag :c) <3. I te pedalskie serduszka, moje i Emklarci, też kocham.
Te moje mowy końcowe są dłuższe od rozdziałów. Idę sobie, bo was zanudzę. Wracam na DżojTerapię. Będę głowić się jak hajtnąć głupiego z mądrą (nie śmiejcie się, Joy jest niezmiernie inteligentna). Muszę zmienić też nieszczęsny nagłówek, złe wspomnienia (para, której nazwy wymawiać nie wolno).

PS: Mickuś mówi, że was kocha. Kochajcie go, bo będzie mu smutno.