poniedziałek, 17 marca 2014

Część sześćdziesiąta siódma. Podróż I

„Chcę się bać, nie wiedzieć, dlaczego
Chcę się czuć dobrze nie mając racji
Świat tworzy wszystkie reguły miłości
Mówię Ci, musisz pozwolić mu robić to, co robi”
(I want crazy)

Tydzień. Cztery lata pełne bólu, nadziei i cierpienia doczekały się końca. Teraz pozostaje na zawsze zamknąć je w jakimś ciemnych schowku, bez dojścia do światła.
Teraz to jego droga.
Najlepszy, a zarazem najgorszy okres w jego życiu. Strata przyniosła tyle łez, złudnych marzeń, które i tak nigdy się nie spełnią. A między wspomnieniami o Ninie i początkach Sibuny, była jeszcze ona.
Grace.
Czemu nie mógł przestać o niej myśleć? To chyba te wyrzuty sumienia, nie chciał jej przecież krzywdzić. Próbował pokochać, przerwać niechęć do nowej miłości. Ale już nigdy jej nie znajdzie. Rozstali się dla ich dobra. Dla jej dobra.
Ale ona wcale nie była szczęśliwa.
Czasami patrzyła na niego z wyrzutem, jednak w błękitnych tęczówkach, najbardziej można było dostrzec bezkresną otchłań smutku. Zaraz potem odwracała wzrok, by zająć się kolejną bezsensowną czynnością, która ma pomóc jej zapomnieć o wszystkim, co w praktyce oznacza głównie jego osobę.
-Nie patrz tak na mnie. – słyszy jej głos, a po tonie można uznać, że raczej nie jest zadowolona. – No co? Wyszło jak wyszło, nic mi nie jest, nie widać?
-Przepraszam…
-Nie przepraszaj, to nie twoja wina. Mogłam siebie nie oszukiwać. – umilkła na chwilę, po czym roześmiała się smutno. – Ale ja serio myślałam, że możesz się we mnie zakochać. Głupia jestem. To przez towarzystwo Micka, na pewno.
            Plątała się w własnych wypowiedziach, co było z lekka urocze, jednak on ani nie drgnął. Nie mógł przeboleć tego, że za każdym razem widział tylko ją.
Ninę.
To niemożliwe, jak długo może trwać miłość.
-Dobra, ja wychodzę. – wzdycha, wiedząc o czym aktualnie myśli chłopak. – Kiedyś obiecałam pomóc Ci odzyskać Ninę… I wiesz co? Pomogę Ci! – w jej oczach rozbłysły charakterystyczne iskierki. – Bo bez względu na to, co o mnie myślisz, bardzo Cię kocham, a kiedy widzę jak cierpisz, pęka mi serce. Chcę tylko żebyś był szczęśliwy. Rozumiesz?
            Zakończyła, smętnie spuszczając głowę. Chciała jeszcze coś dodać, ale w końcu machnęła tylko ręką, dźwięcząc bransoletkami na bladym nadgarstku.
            A on się wcale nie wzruszył. Wcale nie zakochał…

~~~~~

-Gdzie jedziemy?
-Gdzieś. Muszę coś załatwić. – odpowiedział Max, spokojnie kładąc dłonie na kierownicy. – Przy okazji, porozmawiamy sobie o twoim niezmiernie ciekawym życiu.
-W takim razie, wychodzę.
-Nie radzę. Chyba, że chcesz paść ofiarą tira. Wbrew pozorom, kierowcy nie są milutcy.
            Uśmiechnął się blado, z rezygnacją opierając głowę o zimną szybę. Chyba nie było osoby, która nie wiedziała o jego licznych miłostkach, jeśli w ogóle można tak to nazwać. Przecież wcale nie chciał wywoływać tyle zamieszania…
            Nie miał pojęcia, czemu tak do niego lgnięto. Nie robił nic szczególnego, a już na pewno nie celowo. Jeśli powie, że był zwyczajnie sobą, zabrzmi to strasznie kiczowato, ale to cała prawda.
            Gdybyś wiedział, jak mocno Je krzywdzisz…
-Rozstałeś się z Grace.
-Tak, ale to nic nie… Zaraz, zaraz skąd o tym wiesz?
-Cóż… - spojrzał w prawe lusterko. – Dzisiaj rano zdzieliła Trudy kabanosem, dosadnie stwierdziając, że „miłości nie ma”, a jakieś głupie mięso nie zabije jej rozpaczy, po czym wpakowała się pod stół i zaczęła ryczeć. Zabawne, całkiem jak ty, kiedy Jasper raz przedwcześnie zamknął bibliotekę.
-To było dawno temu! – obruszył się. – A Grace… Nie no, naprawdę nie wiem. Może ma okres?
-Tłumacz sobie.
            Czemu zgodził się z nim jechać? Owszem, sam narzekał, że ciągłe siedzenie w domu mu nie służy, ale nie spodziewał się, że zwyczajna wycieczka zamieni się w terapię dla jego skomplikowanej duszy. Czego on od niego chciał?
            Pomóc? Ach. Wszystko jasne. Ale on wcale tej pomocy nie potrzebował. A może…
-Musisz wiedzieć, na czym stoisz.
-Nie wiem.
-Brawo.
            Mijali kolejne uliczki, kolejnych przechodniów, kolejnych szarych ludzi, uciekających przed wszystkimi smutkami tego świata, każdego dnia wracającymi z nową trucizną. Smutne, ale prawdziwe. Tak trudno pogodzić się z tym, że wieczne szczęście nie istnieje.
            Podobno bez cierpienia nie ma życia. Z cierpieniem, to życie jest zatrute.
-Hmm… To gdzie jedziemy?
-Muszę z kimś porozmawiać.
-Tajne spotkania? Mam dzwonić do Abby?
-Możesz, jeśli chcesz żeby rzuciła się na mnie z młotem pneumatycznym. – kontynuował z tym samym swoistym spokojem. – To dotyczy jej, więc lepiej będzie dla nas obu, jeśli o niczym się nie dowie.
            Lepiej będzie, jeśli ten dzień dobiegnie końca.
-Nina nie wróci, Fabian. Wiem, że bardzo za nią tęsknisz, ale musisz w końcu zrozumieć. Pewnych rzeczy nie da się cofnąć. Tak miało być. Straszne, no cóż. Nie mamy na to wpływu.
-Kochałem ją. – czuł jak krew zalewa mu powieki. – Tego nie da się zapomnieć.
-Nie zapomnisz. Jedyną rzeczą, jaką musisz zrobić, to iść dalej, bo wieczne użalanie się nad swoim tragicznym losem. Może nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale czasem potrafisz być strasznym egoistą. Nieświadomie, a jednak.
Egoista… To przez Ciebie, Nino?
Nie, na pewno nie.
Zdaję mi się.
-Od kiedy zrobiłeś się taki mądry? – stara się zmienić temat, próbując ukryć zmieszanie w czekoladowych tęczówkach.
-Abby mnie zmusza. Takie geny, co poradzić.
-A… A wiesz, że Mick zamierza otworzyć warzywniak?
-A wiesz, że Nina nie wróci?
Nie odpuszczał. Los wreszcie go dopadł. Kiedyś musiał to usłyszeć. Uciekał przed prawdą, po to, by dopiero na końcu poczuć smak jej goryczy.
A tak bardzo ją kochał. Nie przestanie, nigdy.
-Mam nadzieję, że nie jest to tak, że boisz się znów zakochać. To nie żaden grzech, przecież miłość nie wybiera. Nikt cię za to nie ukatrupi. Nie przysłaniał przyszłości obrazem Niny.
-To nie jest proste. Gdyby było, już dawno bym zapomniał.
Poza tym, Grace obiecała, że uratuje Ninę…
-Nie ma takiej mocy, która mogłaby przywrócić życie Ninie.
Jest. Gdybyś wiedział, że naprawdę istnieje to…
-A jeśli nawet, to co z Grace? Powiesz jej „dzięki”, polecisz do Niny i będziecie żyli długo i szczęśliwie?
-No…
-Widzisz, nie wiesz tego. Nie można zabrać się za nową rzecz, nie kończąc drugiej. Nie takiej.
            Trudno było go słuchać. Może dlatego, że miał rację, kto wie? W każdym razie, nie chciał się nad tym zastanawiać. Nie chciał myśleć, że nie będzie łatwo. Nie chciał… Po prostu.

~~~~~

            Ilość bójek na jego koncie była niewielka. Cóż, wprawdzie zdarzył się mały incydent między nim, a Eddiem, ale to nic w porównaniu do jego obecnego planu. Żaden Jerry, Jeremy, czy jak mu tam, nie będzie startował do Mary. Jego Mary.
            O proszę, nawet imię ma podobne do niego! Jeszcze chwali się tym swoim, pożal się Boże, bicepsem. Fryzura też niezła. Wiatr jest dobrym fryzjerem, tak Jeremy? On tu sobie tak pięknie planuje przyszłość, a tu jakiś wyrośnięty typek się wtrąca.
            Idzie. W jednej ręce plik papierów, w drugiej opasła księga z złotą obwódką. Uciekł z lekcji historii? No nic, w takiej formie też może go napaść.
-Co się tak czaisz za tym drzewem? Spokojnie, nie pobiję cię.
-Serio? – Clarke wzruszył ramionami, podchodząc parę kroków bliżej. – Wpadłem na chwilę. Sprawa jest prosta: Zostaw Marę i żyj sobie dalej, tak? Tak. No to pa! – już chce odejść, kiedy Winkler chwyta go za łokieć i z złośliwym uśmieszkiem, odpowiada.
-No nie wiem. Jest jeszcze jedna osoba, którą ostatecznie mógłbym przygarnąć w ramach darowizny.
            Nigdy nie zależało mu na Jaffray, nawet o niej szczególnie nie myślał. Chodziło jedynie o wykorzystanie okazji. Dajmy na to, wizyta u jej przyjaciółki…
-Chcesz Micka? A bierz go, jeszcze dopłacę!
-Za niego podziękuję. Mówię o Joy.
            Relacja Clarka przeszła jego wszelkie oczekiwania, bowiem blondyn wybuchnął szaleńczym śmiechem i jeszcze chwila, a zacząłby tarzać się po ziemi. Cóż, jak widać Mercer nie cieszyła się zbyt dobrą opinią.
            Ale oczy miała ładne.
-Dobra, dobra. Pośmialiśmy się, to teraz na poważnie. Którą chcesz?
-Joy.
-Fajnie. – ponownie się roześmiał. – A tak serio?
-Mówię przecież, Joy! – warknął zniecierpliwiony.
-Człowieku, daj spokój, bo odpadnę. To, którą?
           
~~~~~

Deyruo, wpadł w nasze sidła. Nasz kolega całkiem nieświadomie mu pomógł…
K.T opuściła wzrok, z zawiścią wpatrując się w kolejną bliznę na jego bladej skórze. Kolejne znamię, kolejny wyrzutek.
Dzień ostateczny. Cztery dni.
Wyrwana kartka z kalendarza.
Kres i bezgraniczna nienawiść. Tylko to. Nic więcej.

~~~~

-Zastanawiałeś się kiedyś… - Patricia oparła głowę na dłoniach, beznamiętnie gapiąc się w sufit. – Czemu to całe W. się nas uczepiło?
-Myślę, że chce mnie poderwać. Wiesz, w końcu jestem taki przystojny. Zamierza się ciebie pozbyć, tyle.
-Mhmm. Interesujące teoria. – zignorowała jego suche poczucie humoru, ostrożnie podwijając rękaw czerwonej marynarki. – Cały czas zastanawia mnie to – Wskazała na dziwnie ukształtowaną bliznę. – Czyli, że co, jestem teraz jakaś przeklęta? Tak jak ze znamieniem Anubisa w drugiej klasie? Nic już nie wiem, pogubiłam się.
            Miller potakiwał z uśmiechem, umiejętnie udając, iż problemy dziewczyny są miary wagi światowej. Kiedy jednak ujrzał lekko zaczerwieniona bliznę, zaklął pod nosem, delikatnie ujmując jej dłoń.
-Zabiję gnoja, który ci to zrobił. – syknął, jednak jego złość mieszała się z pewnym smutkiem. – Nie czułem się tak, od kiedy ojciec… Wiesz…
-Nie chcesz porozmawiać z nim jeszcze raz?
-Ostatnio wypierał się… Przecież wiesz, nie mam zamiaru wracać do tej poronionej sprawy. – jęknął, lekko ściskając jej dłoń. – Jeszcze raz tknie Ciebie, a ja zrobię mu to samo, tyle, że mocniej.
            Gdyby była Amber, zaczęłaby kwiczeć z radości, jednak w związku z tym, iż jest bezczelną Williamson, westchnęła tylko, odsuwając się o parę milimetrów. Dystans musi zostać zachowany. Żeby sobie czasem tylko nie pomyślał, że nagle stała się ckliwa. W życiu!
-I tak Cię kocham.
-Wiem.
            Ludziom trudno było zrozumieć ich uczucie. Ale czy w miłości jest cokolwiek do rozumienia? Nie. Gdyby nagle zaczęto zastanawiać się nad jej sensem, doszłoby się do niczego, bo miłość jest po prostu miłością. Uczuciem, siłą… Wszystkim i niczym. Właśnie to, jest takie niezwykłe.
            Osobiście nie preferowała takich ubarwień, jednak nie umiała już zaprzeczać jakimkolwiek więziom trzymającym ich serca na cienkiej, a takiej mocnej, lince. Najważniejsze było to, że jest. Nic więcej nie było potrzebne jej do szczęścia. No, może śmierć Piper, to trajkoczące coś, nie powinno mieszkać z nią pod jednym dachem.
-Patricia? Co ty masz na ręce?
            Nim zdążyła zsunąć rękaw, Rosie już trzymała ją za łokieć, dogłębnie przyglądając się bliźnie. Analizowała każdy szczegół, jakby było to coś niesłychanie ważnego.
-Pani się nie przejmuje! To tatuaż z Laysów!
-Zamknij się, Eddie. – syknęła przez zęby, z przestrachem patrząc na ciemnogranatowe tęczówki Rosie. – Mogę to wyjaśnić…
-Ja też. – odezwała się kobieta, uważnie lustrując ich wzrokiem. – Już czas. Obiecuję, że wszystkiego się dowiecie.

~~~~~

            Ubrania leżały w walizce, starannie posegregowane kolorami. Szafki zostały oczyszczone ze wszystkich klamotów i innych drobiazgów, dla innych nic niewartych, dla niej – najważniejszych.
            Nie chciała odkładać pakowania na ostatnią chwilę. Lepiej mieć to z głowy. Jeszcze tylko parę dni i na zawsze pożegna się z internatem. Cóż, w sumie tutejsi współlokatorzy ciągle działali jej na nerwy, bezczelnie zarzucając, iż siedzenie ponad pięciu godzin w łazience jest lekką przesadą. A przecież musi wyglądać lepiej niż ta wstrętna Every Gual z 3c! Czasami ludzie niczego nie rozumieją.
-Aniołku, nie jest dobrze!
            Odwróciła wzrok, odrywając się na chwilę od niemożliwie czerwonego bagażu, uparcie niechcącego się domknąć. Obok Alfiego, na progu stała pobladła istotka, ledwo trzymająca się na nogach. Po chwili namysłu, we wraku człowieka można było rozpoznać Grace, całą roztrzęsioną i przestraszoną, jak nigdy dotąd.
-Wiem, że jesteś załamana Fabianem, ale bez przesady! Nawet ja tak nie cierpiałam, kiedy zrywałam z tym oszołomem!
-Nie kłam! Brakowało ci mnie, musisz to przyznać!
-Nie miał mi, kto nosić torebki, okej? Idealność do czegoś zobowiązuje.
-No ba, że tak, ale ja tu w innej sprawie. Z naszą koleżanką chyba coś jest nie tak.
            Wbrew pozorom, nie chodziło tu o bezsensowne smutki od dłuższego czasu ciążące na duszy. Nie chodziło również o najbliższy powrót do domu i wieczne opuszczenie miejsca, w którym tak wiele kontrastów toczyły ze sobą bitwy. A wojna nadal trwała, wciąż ukrywając zwycięzcę za dużym znakiem zapytania.
            Podobno dobro zawsze wygrywa. Ale kto powiedział, że nie istnieją wyjątki?
Chodź do mnie. Pomogę wam.
            Zamknęła powieki, a jedynym dźwiękiem, który wciąż grzmiał w jej uszach, był zduszony krzyk Amber.
            Finał.

~~~~~

            Znalazła się w dziwnym pomieszczeniu, na oko strasznie zaniedbanym. Gdzieniegdzie rozchodził się zapach stęchlizny. Kamienne ściany pokrywały warstwy pajęczyny, na których lśniły srebrzyste drobinki. Przetarła oczy, uzyskując wyraźniejszy kontur pomieszczenia.
-Około sto lat temu…
            Dostrzegła ją. Złociste włosy Niny bezwładnie spływały po jej szczupłych ramionach. Chciała coś powiedzieć, ale jej wargi były jakby sklejone. Ściśle.
-Opowiem Ci pewną historię. – zaczęła Martin, chwytając ją za bladą dłoń. – Chodź ze mną.
            Pociągnęła ją w górę, wprost do brukowych schodów, z których spływała jasnoczerwona ciecz. Czuła jak substancja pali jej skórę, jak policzki puchną od nadmiaru trującego zapachu. Ale szła dalej.
            Jęknęła, gdy po zwisającej klamce przebiegł czarny pajączek. Widząc stanowcze spojrzenie Niny, chwyciła za metalowy przyrząd i ostrożnie przyciągnęła do siebie. Zamarła.
            Ujrzała niewielki pokoik, przeznaczony raczej dla mniejszych rodzin. Po pomieszczeniu przemieszczały się demony przejeżdżające szpiczastymi paznokciami po zapadniętej twarzyczce malutkiego dziecka.
-To potwory. – parsknęła Martin, spoglądając na nią spod zmęczonych powiek. – Nie mówiłaś nikomu o naszym ostatnim spotkaniu.
-Nie.
-Dobrze. Nie mogą dowiedzieć się o Twojej roli. Pamiętaj, chcę tylko pomóc. Ostatnie zadanie… - westchnęła, ponownie odwróciwszy się w stronę smutnej ilustracji.
            Mała dziewczynka, miś z odprutym uchem i plamki krwi na brudnozielonej, ceglanej ścianie. Poczuła jak opuszczają ją resztki cennych sił.
-Nie chcę tu być, Nino.
-Ona też nie.
            Zardzewiałe dzwoneczki wypadły z rąk dziecka z hukiem uderzając o podłogę. Opasły mężczyzna podniósł się z fotela, groźnie marszcząc brwi. Dziecko zadrżało.
-Strach rodzi największych zabójców. – rzekła Nina, prowadząc ją w głąb ciemnego tunelu.
            I jeszcze wraz z echem dobiegł do niej odgłos uderzenia, tysiące drobniusieńkich odłamków szkła. I cichutki szloch.

~~~~~
           
            Każdego dnia utwierdzał się w przekonaniu, że każdy sposób udobruchania Stelli jest najzwyczajniej w świecie beznadziejny. Jak można rozkochać w sobie kogoś, kto na wszystko kręci nosem? Mógł zakochać się w takiej Grace. Kupiłby jej czekoladę (bez rodzynek, to się rozumie przez samo się) i już byłaby jego. Ale nie, musi mieć swój popaprany gust, każący mu bezustannie walczyć o coś, czego i tak nie dostanie.
            Zawsze zostaje mu Joy…
            Nie. W sumie nie. Już woli być sam, niż z tym rozjuszonym potworem, wydzierającym się na wszystko, co oddycha (lub nie, ostatnio poturbowała doniczki Trudy).
            Wzdycha ciężko, biorąc do ręki Suzie (gitara bez imienia, to nie gitara), obecnie jedyną dziewczynę w jego życiu. Jakby się zastanowić, mógłby zostać z nią. Przecież tego chciał, tak? Poświęcić się muzyce. I choć strasznie śmiesznie to brzmi, zawsze stawiał ją na pierwszym miejscu, albowiem pasja trwała przy nim zawsze.
            No i Suzie. Ona jedna. Wal się, Stella, Suzie przynajmniej jest wierna.

Nie mogę cię znieść
Czy wszystko, co robisz musi sprawiać, że będę chciał się uśmiechnąć?
Mogę nie lubić tego przez chwilę?
Nie.

            Deklaruje miłość do Suzie, a wciąż piszę piosenkę dla tej bezczelnej diablicy. I tak jej nie doceni. Najpierw wytknie błędy ortograficzne, stylistyczne, potem zgniecie i wyrzuci przez okno na jakiegoś bezbronnego pierwszaka.

Denerwujesz mnie dziewczyno, a potem całujesz moje usta
Nagle zapominam, że byłem zły
Nie mogę pamiętać, co zrobiłaś
Nienawidzę tego

            Ładnie prosił. Nic. Próbował krzyczeć. Dostał w łeb. Zasada „nie słowa, a czyny” też się nie sprawdziła, bo z hukiem wyleciał za drzwi.
            A mimo to, niewidzialna linka wcale nie miała zamiaru się przerwać. Przypadek? Chyba nie tym razem.

W pełni znasz moc, którą posiadasz
Jedną, jedyną, która mnie rozśmiesza

            Bardzo chciał przestać ją kochać. Ale miłość to taka mała cwaniara, która atakuję znienacka i jak już do ciebie dopadnie, to nie chce puścić. A potem na ogół się cierpi, bo szczęśliwe zakończenia występują tylko w naiwnych bajkach. Albo w tych ckliwych filmach dla wrażliwych dziewczynek. Stella ich nienawidziła. Znowu ona. Mogłaby wreszcie wyjść z jego głowy.
Wyjdź. Już! No, błagam. Nie?
            W którą stronę strzelił ten poryty Amor?!

Smutne i niesprawiedliwe
Jak korzystasz z faktu, że ja
Kocham Cię bez przyczyny
To po prostu nie jest w porządku

-Fakt. Nie jest w porządku.
            Uśmiechnął się, odrywając palce od cienkich strun instrumentu. Nieokreślonym gestem zaprosił Audrey do środka, przesuwając się o parę centymetrów. Proszę, ona potrafi być miła. Nie jak…
Nie myśl o niej, kretynie!
-Zapytałabym, co u ciebie, ale widzę, że nienajlepiej.
-Wszechwiedząca koleżanko, zapodaj jakiś życiowy aforyzm, bo zaraz wyjdę z siebie i stanę obok. – odparował, natychmiast tracąc resztki dobrego humoru. – No?
-Myślę, że w końcu zrozumie. – dziewczyna odgarnęła rude kosmyki za ucho. – Musisz poczekać. Tak z innej beczki, znalazłam to przy drzwiach. – podała mu lekko pożółkniętą papier. – Spodziewałeś się jakieś korespondencji? Zazwyczaj odbiera ją Trudy. Chyba, że to od kogoś stąd. Tajemnicza wielbicielka! – zachichotała cicho, ukłuwszy go w ramię krwistoczerwonym paznokciem. – No, czytaj! Jestem ciekawa.
-Nie śmiej się. Ciekawość to pierwsza drabina do piekła.
-Stopień, a nie drabina.
-Wielka mi różnica. – mruknął ponuro, niedbale rozdzielając zmiętą kopertę. – Tak więc…

Mam Cię!
Przegrałeś.
W.


|||||||||||||||||||||||||||||||||||||


Ta historia nie ma sensu…
W najbliższym rozdziale ładnie wyjaśnię, co i jak, jeśli pewne rzeczy pominę, zapomnicie o nich, bo nie wiem, o co chodziło. Byłam młoda i głupia, blondynki tak mają (no, bez urazy, kreatywnie się usprawiedliwiam).
Tak sobie czytałam wasze komentarze i ryczałam jak debil. Chyba za często płaczę. Ale mając tak wspaniałe osoby przy sobie, chyba nie da się inaczej…
Gdyby nie wy, już dawno bym się poddała. Co więcej mogę dodać? Dziękuję. Jesteście najlepsi : )
Niedługo dostanę przyzwoity szablon, tyle radości.
Fizyko, spłoń.