czwartek, 17 kwietnia 2014

Część sześćdziesiąta ósma. Podróż II

            Kiedy była małą dziewczynką, bała się gwiazd. Obawiała się, iż nieznani przybysze z kosmosu zejdą na ziemię, zabiorą mamę i tatę gdzieś daleko do swojego domu. A ona zostanie sama, samiutka jak palec i tylko z daleka będzie mogła patrzeć na migocące punkciki.
            Minęło parę lat i ówczesnym największym strachem stała się śmierć. Wtedy życie wydawało się najcenniejszym prezentem od Boga, czymś nieopisanie cudownym, domem dla małych i większych wspomnień. Ludzka opinia była zwykłą mgłą, nie istniała w scenariuszy jej duszy.
            A teraz bała się samej siebie:, że wszystko runie, przez jeden jej niewłaściwy gest, że wszystko zniszczy. Los zdecydował wypchnąć ją z beztroskiego żywota, wplątując do paranormalnego świata, gdzie niczego nie można było sensownie wytłumaczyć. Co gorsza, dowiedziała się, że ona również jest inna, potrafi robić rzeczy, o jakich mogą tylko marzyć zwykli śmiertelnicy. Ale ta energia była przecież zła – tak czy może nie?
            I nagle te wszystkie, bezsensowne smutki znikają gdzieś w bezkresnej otchłani wspomnień stłumione przez ciężką płachtę ludzkich tragedii – najprawdziwszych.
            Nina prowadziła ją za rękę, jak małe dziecko zlęknione przed światem. Potulnie dreptała obok, starając się zbytnio nie patrzeć na zmasakrowane ścieżki i intensywny zapach czerwono-zielonej cieczy. Nieuważnie stąpała po błotnistej powierzchni, od czasu do czasu czując, jak delikatnie się zapada.
-Nino?
-Tak?
-Czemu mi to wszystko pokazujesz? Ja rozumiem, ukryty sens, tajemnice i wszystkie te rzeczy, tylko… Czemu?
-Żebyś zrozumiała.
-Ja nie rozumiałam nawet „Dzieci z Bullerbyn”, a ty każesz mi jakieś błędne wnioski wyciągać…
            Martin westchnęła przeciągle, mocniej ściskając jej dłoń. Naprzeciw nich szła ta przeraźliwie chuda dziewczynka o sporej ilości siniaków na ciele. Kiedy zamknęła drzwi od budynku, wyjęła palto z ciut przydużego tornistra i zarzuciła je na gołe ramiona, chcąc ukryć widoczne rany. Parę razy rozejrzała się w jedną i drugą stronę, po czym szybkimi krokami przeszła przez ulicę.
-Idziemy za nią.
-Wiem, że miała ciężkie dzieciństwo, ale to dzieje się chyba ze sto lat temu! Czekaj… To…
-… ma związek z zmienioną strefą czasową. Tak. Opowiem ci o tym na samym końcu. Teraz masz tylko widzieć.

**

            Otrząsnął się, kiedy samochód wjechał do małego miasteczka, gdzie z każdej strony paliły się niewielkie lampki, migocące jak gwiazdy na szafirowym niebie. Gdzieniegdzie umieszczone były posążki wyimaginowanych istot: krasnoludków, elfów, leśnych wróżek z różdżką ściskanej w małej piąstce. Niektóre oplatały się wokół prętów balkonu, inne swobodnie wystawały z okien, mrugając pustymi oczami do zabieganych i wiecznie gdzieś spóźnionych przechodniów.
            Nie wiedział, czy znalazł się w tajemniczym ogrodzie z książek, czy nagle stał się bohaterem jednej z tych fantastycznych książek, w których można spotkać chochliki na każdej ulicy, a całe niebo jest usłane płachtą świecących łez anioła.
-Jesteśmy na miejscu. – oznajmił Max, skręcając w oświetloną uliczkę. – Możesz odpinać pasy.
-Teraz? To chyba zbyt niebezpieczne.
-Fakt zostało aż parę sekund, z pewnością wylecisz przez okno w tak długim czasie.
            Chciał jeszcze coś dodać, ale zamilkł, gdy ujrzał przed sobą średniej wielkości domek o wdzięcznym, niebieskim kolorze. Do schodów wiodła pokryta białym żwirem ścieżka, dzieląca ogród na dwie części. Wieczór otulał smacznie drzemiące róże, śpiewał kołysankę wierzbie płaczącej, tańczył pomiędzy zielonymi sosnami.
            Max pociągnął go za ramię, wyrywając z tego obłędnie bajkowego transu, wprost krzyczącego o nie odtrącanie magicznej aury. Zastukał w drzwi drewnianą kołatką w kształcie głowy lwa, spokojnie czekając na odpowiedź.
            Już za chwilę, zza drzwi wyłoniła się wysoka, szczupła kobieta o orzechowych oczach i ściągniętej twarzy. Szybko zlustrowała ich wzrokiem, z skrzyżowanymi ramionami czekając na wyjaśnienia.
-Dzień dobry!
-Raczej dobry wieczór. Nie sądzicie, że jest już trochę za późno na odwiedziny?
-Na odwiedziny pewnie tak, ale na zmiany w życiu nie. – śmiało wypalił Max, co już całkiem oszołomiło Fabiana, bo nadal nie wiedział jaki cel w nocnym nawiedzaniu jakiejś obcej kobiety widział jego przyjaciel. – Chodzi mi, o Abby.
            Nagle dostał olśnienia i zapewne gdyby grał teraz w jakiejś kreskówce nad jego głową zapaliłaby się mała żaróweczka. Wystarczyło cofnąć się parę tygodni wstecz do dnia, kiedy przyjechali do nich rodzice.
            Jeśli połączyć by wszystkie fakty właścicielką cudownej posesji była właśnie mama Abby.

**

            Mała dziewczynka wyglądała przy pianinie jak mały robaczek, jednak wzrost zdawał się nie być przeszkodą ku spełnieniu marzeń. Po paru niezdarnych podskokach, wlazła na niewielką pufę obszytą delikatnym, purpurowym materiałem. Nieśmiało położyła palce na klawiszach, za chwilę dochodząc do wniosku, że idealnie tam pasują. Jakby zostały dla siebie stworzone.
            Jej pierwsza melodyjka była daleka od ideału, ale widok dziecięcej radości w jej brązowych tęczówkach skreślił wszelkie fałszywe dźwięki. Wygrywała kolejne nuty, nie zważając na poprawność brzmienia. Najważniejsze było tylko szczęście, które wprost tańczyło wokół niej i instrumentu od czasu do czasu ściskając ją mocno.
-Cześć! – nagle do sali wbiegła mała brunetka o lekko pulchnej buzi. Jej zadrapane kolana stanowiły symbol wygranej porachunków z osobami, które non stop obrażały jej rudowłosą przyjaciółkę. – Biłam się z tym Ronaldem Woudleyem z 1a. Dałam mu taki łomot, że do śmierci się nie pozbiera!
-Nie musiałaś, Angi. – dziecko na chwilę oderwało się od pianina. – Prosiłam cię, pamiętasz? Nie chcę żebyś przeze mnie znowu miała kłopoty.
-Ale jesteś moją przyjaciółka, a przyjaciółki zawsze stają w swojej obronie.
-No fakt. – pokiwała głową rudowłosa, po czym wyraźnie się czymś zmartwiła. – Ale przecież nigdy cię nie obroniłam.
-Och, bo ja tego wcale nie potrzebuję! – oznajmiła, z dumą wypinając płaską klatkę piersiową. – Kiedyś zostanę bokserem i pobiję wszystkich złych ludzi, a zacznę od Nathana.
-Mojego ojca – poprawiła ją.
            Brunetka spojrzała na przyjaciółkę ze zdziwieniem, szybkich ruchem dostawszy się na siedzenie obok niej. Objęła jej chude ramionka, poprawiając pojedyncze kosmyki jej miedzianych kosmyków, które chyłkiem wysmyknęły się z symetrycznie splecionego warkoczyka.
-O nie, kokardka mi się rozwaliła.
-To nic, poprawię ci. – odparła natychmiast. – To nie jest twój ojciec. Tatuś to ktoś, kto się o ciebie troszczy, pomaga, mówi, że jesteś najważniejsza i wiesz… traktuje cię jak skarb. A skarbów się nie bije, więc ten obcy facet nie jest twoim tatusiem.
-Ale…
-Nie broń go, tacy ludzie nie są ludźmi. Mama mi mówiła, że czasami to tylko diabły z skórą człowieka. Musisz z nimi walczyć. Poza tym, kto normalny dałby na imię córce Deyrua? Ja bym się bardzo obraziła! – zmarszczyła brwi z udawanym oburzeniem. – A jeśli nie potrafisz się bronić, to zawołaj mnie!
            Grace spojrzała na Ninę ze strachem, jednak jej twarz nie wyrażała cienia emocji. Czuła jak jej powieki drżą, jak ciało oblewa dotkliwa warstwa zimna. Wszystko stało się jasne. Znalazła elementy do tej skomplikowanej układanki. Uzyskała prawdziwy obraz, jednak nie czuła najmniejszej satysfakcji. Nic.
-Pamiętasz może – zaczęła Martin – Jak nie umiałaś panować nad swoimi mocami? Wtedy, gdy spojrzałaś w jej oczy, udało ci się zmienić ją w prawdziwą postać, wyciągnąć z niej ukrytą złą energię. Tylko ty to potrafisz.
-Boże, ale to jest tylko dziecko. Nie mogła wyrosnąć z tej skrzywdzonej papierowej wróżki na…
-… mordercę.
-Co? – przez jej ciało przeszedł dreszcz. – Nie rozumiem, Nino, o co ci teraz chodzi?
-O ojcowską miłość, między innymi. To już zadanie Eddiego. Jeśli nie porozmawia z swoim tatą, nie będziecie wiedzieli niczego. Zapewniam cię, że to wszystko jest banalnie łatwo wyjaśnić. Musimy ruszać dalej. – Foster skinęła głową. – Podejdź bliżej.
            Znikając w gęstej mgle, posłała ostatnie spojrzenie w kierunku śmiejących się dziewczynek. A więc to prawda, że największe ofiary losu zostają największymi demonami podświadomości…

**

            Brodziła łyżeczką po dnie kubka latte, bezcelowo myśląc nad swoją bliżej nieokreśloną przyszłością. Księżyc nieśmiało zaglądał przez pół zasłonięte okna kawiarni, święcąc w kasztanową taflę jej oczu. Właściwie to nic jej już nie cieszyło. Ani to, że dostała się do prestiżowej uczelni w Londynie, ani to, że Mick wył pod jej oknem tylko dwie godziny. Nic.
            Oczywiście mogła pójść w ślady Amber i zacząć przedwczesne pakowanie, ale co potem? Przez ten czas nic nie osiągnęła, co najwyżej jeszcze bardziej pokomplikowała swoje relacje z innymi. W skrócie: zepsuła, wyjechała, wróciła, znowu zepsuła. I aż tyle czasu zajęło jej ostateczne dojście do wniosku, że Fabian jednak nie jest jej pisany, a ona sama mogła trochę wyhamować z zalotami. Co nie zmieniało faktu, że bolało ją zachowanie współlokatorów w stosunku do niej. We wszystkich źródłach nawijali o tym, że trzeba walczyć o miłość, ba, nawet Amber ciągle wkuwała to kiedyś Ninie, a sama została solidnie skrytykowana przez życie. Bo w to uwierzyła.
            Na dodatek zepsuła związek Jeroma i Mary, ponieważ z tego, co dowiedziała się od Sibuny, również w zmienionej strefie czasowej musiała namieszać. Cóż, życie nie było wobec niej przychylne, ale ona się nie dawała. Nie zabiła się jeszcze, a to już wyczyn.
            Najbardziej jednak obawiała się myśli, iż już na zawsze pozostanie sama. Nie znajdzie osoby, która pokocha jej liczne wady i zalety (nie licząc Micka, który upodobał sobie ją, bo robi dobrą jajecznicę), sprawi, że będzie szczęśliwa, jak te wszystkie piękności z komedii romantycznych. I po prostu będzie, gdyż to chyba o to tu chodzi.
-Cześć. Mogę się dosiąść? Mogę. – nim zdążyła zinterpretować sytuację, Jerome już siedział naprzeciwko niej. – Mam interes.
            No tak, bo czego innego można od niej chcieć? Nie daj Boże ludzkiej rozmowy, przecież ona się nie nadaje do takich rzeczy. Kolejny widzi w niej tylko złą czarownicę z baśni dla dzieci.
            Zanim Clarke zdążył się porządnie rozgadać, ona już wybuchła płaczem, wzbudzając zainteresowanie wszystkich gości kawiarni. Jedna kelnerka spojrzała na Jeroma ze zgrozą i pokręciła głową.
-No wie pan? Żeby dziewczynę do takiego stanu doprowadzić? Świnia, a nie facet!
            Chłopak zamrugał parę razy, nie dowierzając temu, iż ponownie pchnięto go na Joy w zabarwieniu innym niż… nie, tego nawet przyjacielskim nie można nazwać. Zignorował kobietę, ponownie zwracając się do Mercer, która najwyraźniej nie zamierzała się uspokoić.
-Joy… Nie płacz, no. Coś nie tak, nie uczesałem się dzisiaj…? – wymamrotał, macając się po głowie. – Jezu, powiedz, że moje włosy wyglądają w porządku, bo i ja będę ryczał.
            Spojrzała na niego z ustami wydętymi w podkówkę, po czym zaczęła się śmiać i to tak głośno, że wszyscy obecni w lokalu ponownie odwrócili głowy ze zdumnienia. Znajoma już kelnerka uśmiechnęła się ciepło i znaczącą westchnęła.
-Żeby dziewczynę tak szybko rozweselić? Anioł, a nie facet!
            Clarke musiał natychmiast opanować sytuację, bo brunetka należała do grona osób o wiecznej huśtawce nastrojów, dlatego też wystarczyło parę sekund, by jej samopoczucie uległo diametralnej zmianie.
-Czego chcesz? – pociągnęła nosem, starając się zachować pozory. – Słucham?
-Jesteś strasznie nieprzenikliwa. – stwierdził Jerome, na chwilę odkładając swoją sprawę. – Niby chcesz, żeby widzieli w tobie kogoś innego niż zołzę, a jednak sama bez przerwy nosisz tą samą maskę.
-Ja… - jęknęła, odwracając wzrok. – Nie, nie, coś ci się pomyliło.
-Spoko, też taki byłem. Chyba, dlatego nigdy cię nie lubiłem.
-Niezmiernie miło mi, że to mówisz. Przyszedłeś mnie podręczyć, czy znowu wpakowałeś się w jakieś bagno?
-O widzisz? Nie lubię siebie i to jest tak, jakbym nie lubił ciebie. Jesteśmy identyczni. – odparł z zawadiackim uśmiechem. – A bliźniaki nie mogą być razem, jasne? To, co było kiedyś… to praktycznie już nie istnieje. Wiesz, o czym mówię, prawda?
-W zasadzie tego nie było. – rzuciła pospiesznie, próbując znaleźć w torbie chusteczki. – Daj spokój, ciebie to bym nawet kijem nie dotknęła. Czego chcesz?
            Znała to spojrzenie. Zapewne wpadł na kolejny genialny pomysł, który zapewne okaże się niewypałem, ale nie powie mu tego, bo pewnie i tak by ją zignorował zważywszy na jego rzadko spotykaną pewność siebie.
            Nieokreślonym gestem zachęciła go do mówienia. Mogła go spławić i sobie pójść, ale na własnym przykładzie wiedziała, że ludzie nie lubią być ignorowani.
-No, więc, jeśli mi pomożesz, to jest szansa, że może zacznę cię trochę lubić…
-Serio? Jestem zaszczycona. – zakpiła, patrząc na niego smutno. – Jerome, ja też jestem człowiekiem, a twoja uwaga nie będzie dla mnie wygraną na loterii. Chyba mnie jednak nie znasz, skoro myślisz, że głupia, samotna Joy będzie cieszyła się, bo ktoś wreszcie nazwał ją innym określeniem niż „bezduszna suka”.
-Nikt tak o tobie nie mówi. – zaprzeczył.
-Fakt, bywa i gorzej. Nie chcę nawet wiedzieć, jak torturują mnie w myślach. Bez urazy, ale nie zamierzam tu dłużej siedzieć.
-Wybacz, źle to rozegrałem. Od początku – westchnął. – Przepraszam. Tylko… Niektórzy sami traktowali mnie jak śmiecia, w sumie nigdy nie obchodziła mnie ludzka krzywda. Dopiero, kiedy Mara… Wiesz, nagle te wszystkie wyrzuty sumienia i podobne… zaczęły się objawiać. I dlatego nie chcę tego stracić. Mogą widzieć we mnie ofiarę losu, ale są ludzie, którzy wiedzą, jaki jestem naprawdę i mi to wystarczy, wiesz? A ten, kto myśli inaczej nie będzie miał łatwego życia.
            Słuchała go w milczeniu, zastanawiając się nad jego słowami. Jeśli rzeczywiście byli tacy podobni, to najwyraźniej stała się tą gorszą wersją, gdyż Jerome w towarzystwie radził sobie niezwykle umiejętnie. Chyba, że i ona może się zmienić… Gdyby to wszystko było takie proste.
-Zawsze kiedy chcę do niej podejść, to widzę tego palanta z brzydkimi włosami. – Jeremy? On przecież wcale nie jest zainteresowany Marą, ale widocznie taki Jerome widzi wszystko w innych barwach. – Dlatego kazałem mu się odwalić, lecz wiesz… W męskim świecie jest tak, że każdy chce coś w zamian. – uniosła brwi pytająco. – Dlatego sprzedałem, znaczy zaproponowałem mu ciebie! Jesteście umówieni jutro od razu po szkole. Przyjdzie po ciebie do domu. Nie musisz dziękować, siostrzyczko. – dorzucił z uśmiechem.
            Poczuła jak serce zaczyna jej szybciej bić, jak krew mocniej pulsuje w żyłach. Prawdopodobnie działo się tak, bo była wściekła, chociaż w głębi duszy jakaś dobra cząstka niej śmiała się z radości, której nie potrafiła uzasadnić. Przecież ten idiota wcale jej się nie podobał.
-Nie lubię go.
-A on podobno ciebie, jednak na to poszedł. Ach, i pytał się, w jakim stanie są twoje buty.
-Moje dzieci umarły. – oświadczyła z dramaturgią, przypomniawszy sobie tamten feralny dzień. – Nie będę tego dłużej słuchać, wychodzę! Życzę szczęścia w twoim popapranym związku, mam nadzieję, że Mara nie padnie przy tobie na zawał. – wstała z miejsca, zostawiając parę monet na stoliku. – Do niemiłego zobaczenia!
-Leć, leć. – roześmiał się blondyn, jednak za moment wyłapał prawdziwy sens jej słów. – Zaraz! Czyli zmierzasz do tego, że…
-Człowieku, weź ją wreszcie po ludzku przeproś, bo mi spać po nocach nie daje. Tylko wyję, że za tobą tęskni. – mruknęła z dezaprobatą. – Ewentualnie mogę umówić się z tym baranem, ale tylko w celach ratowania twojego związku. Osobiście uważam, że wcześniej wymieniony oszołom nie czuje nic do Mary, nawet nie są przyjaciółmi, a chyba od tego się zaczyna. To tyle. – otworzyła drzwi, na chwilę stając w miejscu. – Braciszku!
I wyszła.
A on, wyłapując zalotne spojrzenia młodych kelnerek, doszedł do wniosku, że może w tej dziwnej osóbce jest jakiś mały kawałek człowieka.

**

            Salon znajdował się na pierwszym piętrze. W milczeniu przyglądał się drewnianym ścianom pomieszczenia, w tym barwnym ilustracjom postawionym na marmurowym kominku. Kiedy podszedł bliżej, kolorowe plamy przybrały kontury  różnych postaci. Na jednej z fotografii Fabian rozpoznał Abby. Siedziała na kolanach młodej dziewczyny o śniadej cerze, na oko około dwudziesto-paroletniej. Po ramionach spływały jej piękne, kruczoczarne loki. Kobieta spostrzegła jego czynność, na co tylko spuściła głowę, jakby bezradna wobec strasznych wyroków losu. Nie znał jej od tej strony.
            Tymczasem Max zdążył już zadomowić się na dobre. Co chwila pytał się o jakieś mało znaczące elementy, chcąc nadać rozmowie bardziej swobodny charakter. Elaine cierpliwie odpowiadała na każde jego słowa, chociaż po minie można było wywnioskować, że jest już zmęczona i najchętniej wyrzuciłaby ich za drzwi. Dopiero, kiedy Price poruszył temat Abby, kąciki jest ust niespokojnie drgnęły.
-Nie chcę o niej rozmawiać.
-To pani córka. – kontynuował ze świeckim spokojem. – Śmierć Rachel nie jest niczyją winą.
            Elaine uparcie milczała, próbując zignorować fakt, iż jakiś śmieszny smarkacz próbuje ją pouczać. On jednak niezrażony z ciepłym uśmiechem próbował rozbić lodową powłokę więżącą jej serce.
-Tylko proszę powiedzieć, po co ta cała nienawiść? Czy nie lepiej żyć w zgodzie i się szanować? To przecież tak niewiele. A jeśli denerwuje panią jej niepewność siebie, to proszę pomyśleć, dlaczego tak jest. Poprzez wytykanie jej samych błędów, jeszcze tych niekoniecznie prawdziwych, nic pani nie osiągnie.
-A ty czemu tak jej bronisz?
-Bo ją kocham. – odparł spokojnie. – I nie pozwolę, żeby działa jej się jakakolwiek krzywda.
            Znienacka dyskusję przerwał cichy szloch dochodzący z kąta pokoju. Przysłuchujący się ich rozmowie Fabian, żałośnie pociągał nosem z sentymentem błądząc po własnych wspomnieniach, na co Max z żalem stwierdził, iż droga powrotna minie im głównie na niepotrzebnym wracaniu do przeszłości.
            Rutter zamrugał nerwowo oczami, próbując zyskać wyraz wyluzowanego. Poddał się szybciej, niż można było przewidzieć.
-No co? Wzruszyłem się. – bąknął naburmuszony. – Bycie płcią męską nie przekreśla uczuć!
            Elaine zastanawiała się, jakim cudem wpuściła do domu przewrażliwionego pomyleńca i chłopca, który miał zadatki na psychologa, a przynajmniej tak twierdził. Mimo to, podała Fabianowi chusteczki i zaprowadziła do kuchni, by skupił się na czymś innym niż wszystkich budujących momentach swojego życia.
-Dziwne dziecko. – stwierdziła cierpko. – No cóż, mój drogi. Jeśli ją kochasz, to pewnie powiedziała ci o całym tym nieszczęsnym zajściu.
-Nie całkiem. Nie sądzę, żeby chciała do tego wracać. – tłumaczył – Ona też tęskni za Rachel. I czy w takiej sytuacji powinno się skakać sobie do gardeł czy wzajemnie wspierać? Proszę mi wybaczyć, ale nie rozumiem pani zachowania.
            Głos ugrzązł jej w gardle. Przysiadła na krawędzi kanapy, bezwiednie wpatrując się w pewien nieokreślony punkt. W jednej chwili wydała się być tak samo słaba i bezbronna jak jej najmłodsza córka. Marionetki skrzywdzone przez ostre szpony losu. Tylko czemu…?
-Tego nie da się zrozumieć. – powiedziała, lecz słowa te skierowała raczej do siebie samej. – Abby jest strasznie podobna do swojego ojca. Mają identyczne oczy. Tak samo boją się, uciekają od wszystkiego, co ważne. Rachel była inna. Potrafiła nad tym wszystkim zapanować, przywrócić życie do pionu. Ale los ją mi zabrał, a ja nawet nie wiem czemu. Nie mam pojęcia, co stało się tamtej nocy. Nie wiem, czy Rachel poszła gdzieś za Abby, czy odwrotnie… Tylko, że sobie z nią nie radzę, to jej siostra zawsze była obok. My nie umiałyśmy się dogadać. Żywię do niej wielką niechęć, rozumiesz?
-Nie powiedziała mi pani, dlaczego.
-Bo gdyby odeszły obie, byłoby mi znacznie łatwiej… - wyszeptała, a jej słowa wraz z wiatrem poleciały prosto do nieba, gdzie sam Bóg próbował rozszyfrować ich sens.

Ale świat ludzi charakteryzuje się tym, że jest bardzo niezrozumiały.


|||||||||||||||||||||||

Ale romantyczny jeroy, romansik wyczuwam - taki żarcik rodem z "Familiady".
U góry macie kolejny dowód na to, że sapphirka jest głupia i nic nie umie.
Nadal nikt nie ogarnia o co tutaj chodzi (ja też, pjonteczka), ale w swoim tempie się to wyjaśni (miało być w tej części, ale ciii zostały jeszcze dwie, zdążę!).
Jeszcze dwa rozdziały lalala. Nikt nie będzie tęsknił, wreszcie kończę pisanie historii, której i tak nikt nie lubił ech (nie pocieszajcie mnie, ja wiem, jaka jest naprawdę).
Nigdy nie dorównam Joylitte, MClarke, Stevie, Fasoleczce i wielu innym zdolnym pisarkom, które podziwiam całym serduchem.
Kocham was najbardziej na świecie, Szafirki <3