piątek, 24 października 2014

Finał I

chloe grace moretz | TumblrPoczątkowo było cicho i zimno. W milczeniu patrzyły na panoramę miasta, gdzie noc nadeszła szybciej niż zazwyczaj. A może po prostu Grace już tak bardzo odechciało się żyć, że nawet czas przyspieszał?
Wiedziała już wszystko. Od samego początku. Wtedy stwierdziła, iż słodka niewiedza jest o wiele lepsza. Bezbronna, nie ściska się w ostrych szponach, zmuszając do otworzeniu oczu. Zastanawiające było to, że nikt z niebios nie zareagował, jakby zmuszając ją do podjęcia próby. Dlaczego Bóg wepchnął ją w wir wydarzeń, które pozornie istniały tylko w tych opasłych książkach z baśniami?
-Co mam robić? Tylko nie mów czegoś w rodzaju „słuchaj serca”, bo ono chwilowo jest nieaktywne. No i serce nie mówi. Co najwyżej lata we wszystkie strony, jak widzę Fabiana. Ale chyba nie powinnam ci tego mówić, bo ty i on… no… ten… -  zawiesiła się, bąkając tylko poszczególne sylaby. – Nie słuchaj mnie. Ja nawet mówić nie umiem normalnie. A ty pokazujesz mi to wszystko i każesz ratować tych popaprańców.
-Nie ja.
-I tak nie wiem co robić.
-Cóż.
            Jak zdążyła się przekonać, Nina była bardzo spokojna i w pewnym sensie tajemnicza, co potwierdzały jej niedługo wypowiedzi o dziwnym zabarwieniu – a przecież nie jest żadnym cholernym Edwardem ze „Zmierzchu” żeby mówić z takim akcentem. Też coś.
-Jesteś dziwna.
-Powiedziała osoba, która jest tak napalona na budyń, że o drugiej w nocy wymyka się do kuchni i wyżera go z torebki. W proszku.
-To też widzisz?!
-Oczywiście.
-Ja pierdole.
            Upomniała ją spojrzeniem, ale Grace aktualnie żyła sprawą budyniu czekoladowego. Ceremonia miała mieć miejsce już za kilka godzin.
-Zdążymy?
-Iść do domu po budyń i resztę gromady? Nie wiem.
-Nino, odwal się od mojego budyniu! – Naburmuszona skrzyżowała ramiona, jednak fakt, że ziemia może w każdej chwili runąć, zmusił ją do anulowania focha. – To zdążymy? Trzeba zebrać wszystkich.
-Połowa jest już na miejscu. Członków ceremonii nie ma.
-Jak połowa?
-Zwiodła prawie wszystkich. Każdy nabiera się na piękne, kłamliwe oczy… Jesteśmy tylko ludźmi, Grace.
            Posmutniała. Wiedziała, co ją czeka i chyba zdążyła się z tym pogodzić, ale mimo wszystko kontrastowało to z jej ubogimi planami na przyszłość, które jednak miała.
            No trudno. Życie odłoży na później. O ile będzie w stanie jeszcze je złapać.
-Pamiętasz kto jest kim?
-Tak.
-Musisz im to powiedzieć.
-Wszystkim?
-A co myślałaś? Każdy jest potrzebny?
-Dobra, ale jak ja powiem Abby, że istnieje takie coś jak bogowie, demony i inne porąbane stworzenia, które chcą zniszczyć wszystko, a ona natychmiast musi iść ze mną, bo jest Gońcem i musimy razem uratować świat?

**

-Blizny oznaczają bezradność. Nie będziesz mogła zrobić jej krzywdy w żaden możliwy sposób. W ten sposób się broni, bo wie, że nie może wszystkich pokonać.
            Wciąż kurczowo ściskał nadgarstek Patricii, jakby blizna wciąż sprawiała jej ból. Rosie bawiła się rękawem popielatego swetra. Kolejne słowo coraz trudniej przechodziły jej przez zaciśnięte gardło. Ona też się bała. Wiedziała jakim piekielnie trudnym wydarzeniem jest ceremonia. Może dlatego, że kiedyś sama brała w niej udział.
            I jej oczy – w kolorze ciemnego granatu – sięgnęły gdzieś do kresu mniej przyjemnych wspomnień, gdy wszystko na chwilę stało pod znakiem zapytania, a ona sama była młoda, beztroska, z dołeczkami w policzkach. Chyba nadal odczuwała strach. Pewne rzeczy będą trzymały się naszej duszy do samego końca. Pryzmaty wspomnień potrafią bardzo dotkliwie wbijać nam się w skórę.
-Ceremonia z moim udziałem się nie udała, bo straciliśmy Gońca. Rachel. Siostrę Abby.
-Czyli Abby…
-Tak.
-To co możemy zrobić?
-Właściwie nic. Tylko Wybrańcy mają jakieś znaczenie w tym całym bagnie. Wy możecie jedynie się modlić.
            Ich palce splotły się mocniej, wzrok Eddiego utknął gdzieś na jej drżących ustach, jakby szukając pocieszenia u silniejszej duszy – ale nie. Nawet Patt – zawsze mocna – i w słowach, i czynach – była kompletnie bezradna, a jej twarz zaszyła mroczna świadomość, iż wszystko może lec w gruzach.
            I po co to wszystko?
-Dlaczego Ona to robi? I kim ona jest?
-Mam przeczucie, że wkrótce się dowiemy. No i… Była krzywdzona. Zawiść w ludzkim sercu najczęściej potęgują ludzie. Nie masz pojęcia, jakim złym człowiekiem może być osoba poturbowana przez los. Jest zdolna do wszystkiego. Nawet do… -  znagla urwała, ale i tak dobrze wiedział, co chciała powiedzieć.
            W tym momencie Patricia wybuchła płaczem, rozpaczliwie tuląc się do jego klatki piersiowej. Mięła w ustach mało pochlebne epitety o życiu, jednocześnie pragnąc zatrzymać je przy sobie, bo mimo tego, że niekiedy przypomina burdel, to ono dało nam możliwość bycia szczęśliwym.
            Jeśli Wybrańcom się nie uda to ją straci. Straci swój cały świat skryty pod rudą czupryną, wiecznie obrażonymi oliwkowymi oczami i wiśniowymi ustami, które nie znały słowa uśmiech – chyba, że akurat wykręciły mu jakiś wybitny żart. Wtedy się śmiała. I chociaż wyła gorzej niż pies, i tak był to dla niego najpiękniejszy dźwięk na świecie.
-Nie bucz, ruda. Damy radę.
-Nienawidzę cię. Z całego serca. Ale jeśli już na zawsze straciłabym możliwość oglądania twojej wiecznie wyszczerzonej gęby, nawet oblewanie pierwszoklasistów dziwnymi cieczami straciłoby sens.
-Kocham cię.
-Wal się.
            Rosie westchnęła sceptycznie, gdy na dłuższą chwilę zajął się ustami swojej dziewczyny. Przynajmniej umrze prawie szczęśliwi. Chryste, o czym on myśli.
-O, tu jesteście.
            Victor uchylił drzwi od gabinetu, wzdrygając się na widok ich rozbestwionej dwójki, jednak Rosie przyłożyła palcem do ust, każąc mu się zamknąć.
-Panno Wright! Doprawdy nie mam pojęcia czemu ogląda pani te erotyczne treści. Ale mniejsza – poprawił kołnierz płaszcza (nosił go chyba ze sto lat, dosłownie). – Gdzie są pozostali uczniowie? W domu zostali jedynie Jerome, Mara, Stella, Joy, Abby, Alfie i przed chwilą wleciała ta Francuzka, co wyżera budyń i myśli, że nie widzę… No, Foster. A reszta?
-Nie ma ich w domu?
            Chwilowe oderwanie.
            Serce zaczęło bić szybciej. Strach stanął za jego plecami i zakrył oczy kościstymi dłońmi.
            Bum, bum.
-Sądziłem, iż są z panią.
            Chwilowy paraliż.
            To tylko chwila. Nie było ich tylko chwilę.
-Musimy lecieć – oznajmiła Rosie, chwiejnym krokiem udając się do drzwi. – Spóźniliśmy się.

**

Gdzie gwiazdy święcą blaskiem księżyca, noc równa porankom się stanie.
Wybaczy Ci wszystkie grzechy największe, wspomoże tam gdzie rozstaje.

Brzmiało jak kołysanka.
            Płomienie w jej oczach tliły się piosenką nocy, rozpalały gwiazdy.
            Pamiętała.
            Każde słowo. Dokładnie. Jakby zapisane na powiecie. Wyryło się w jej głowie, duszy i sercu.
-Rozumiesz? Musisz mi pomóc. Nam pomóc.
            Podniosła wzrok. Drżąca dłoń Grace niepewnie spoczywała na jej ramieniu. Z drugiej strony siedziała Joy z wyciągniętymi ramionami, na wypadek gdyby miała zemdleć.
            A piekielnie trudny scenariusz, który pamiętała jako dziecko, okazał się tylko niewinną zapowiedzią prawdziwej tragedii dnia dzisiejszego. Miała zająć miejsce Rachel. Jej Rachel.
-Jeśli nie dasz rady, nic nie szkodzi.
-Taak, tylko wszyscy zginiemy. Pikuś.
-Stella, zatkaj czymś Joy gębę, próbuję negocjować, okej?! – Warknęła Grace, powracając do terapii. – Proszę. Wiem, co się stało. Rachel chciałaby żeby w końcu ktoś dał radę.
            Miczała.
-Proszę.
            Ciche westchnienie.
Rezygnacja?
            I już próbuje wydusić z ciebie ciche „tak”, gdy do pokoju wbiega Mara z tuszem pod oczami i głucho krzyczącymi oczami. Serce rozdarte na pół.
-Jeroma nie ma. Zniknął.
            Kilka wstrzymanych oddechów.
            Czyjeś zaciśnięte pięści.
            Koniec?
            Czy może nie?
-Abby, Joy i Alfie – idziecie ze mną. Musimy znaleźć Jeroma. Wytłumaczę wam po drodze.
            Serce przepełnione żalem i ból skryty w splecionych palcach rąk.
            Na zawsze?

**

-Dlaczego nie przyprowadziłaś Wybrańców? Na co mi ta garstka durni?
Deyrua marszczy brwi.
-Przepraszam. Już po nich idę.
-Mam nadzieję.
Deyrua puszcza ją wolno.
-Zaraz będę z powrotem.
-Pospiesz się.

Deyrua wygrywa.


~~


Płakać nad życiem nie będę, bo zrobiłam to w ostatnim poście.
Wiem, że nie wyszło. Nie potrafię już tego pisać, ale to mówiłam. Przepraszam. Nie umiem inaczej.
I najważniejsza kwestia: w listopadzie ukaże się część druga, która będzie również częścią ostatnią. Potem epilog i koniec tej szajsowatej historii.
Z góry przepraszam jeśli jakieś wątki będą pominięte. W przyszłym rozdziale wszystko będzie wytłumaczone i bardzo proszę żebyście skupili się tylko na tym. Jeśli coś pominę - to celowe, bo sama nie wiem o co mi w niektórych wątkach chodziło, aż specjalnie przeleciałam od pierwszego rozdziału do końca. Byłam młoda i głupia xD
Postaram się skomentować wasze blogi w najbliższym czasie. Jeszcze raz przepraszam za wszystko. Bardzo.
Kocham was cały czas. I zawsze będę.

niedziela, 19 października 2014

Agatka i ryby głosu nie mają.


Zamiast dodawać posty z sapphirkowymi tłumaczeniami powinnam wreszcie coś napisać… Ale do rzeczy.

Boję się cokolwiek napisać, bo ktoś rzuci się na mnie z nożem. Albo patelnią. Wszystko jedno.

Jest tu ktoś? Chyba tak, bo doszły mnie słuchy, że ktoś tam jednak czeka, w co trochę trudno mi uwierzyć. Ten blog to rzal i bul. Serio. Lepsze są historie dziesięcioletnich marzycielek, które piszą o robieniu dzieci z Kwiatkowskim. Czytałam. Polecam gorąco.

Nie zapomniałam. Po prostu się pogubiłam, załamałam nad tą nieszczęsną historią, a cała miłość jaką ją darzyłam gdzieś wyparowała i nie chce wrócić. Podłe to z mojej strony, ale chyba już naprawdę nie potrafię tego pisać. Ale, ale. Coś obiecałam. I sobie, i wam. A obietnice są do dotrzymywania, nie? : )

Piszę nadal. Co innego, bo tak, ale to nadal zajęcie, które utrzymuje mnie przy życiu. Jezu, tak się cieszę, że to mam. Jak piszę, czuję się ważna. To piękne :’)

Justynka niedawno epilog dodała… Mój Aniołek taki zdolny <3 Smutno się zrobiło, ale jestem niesamowicie szczęśliwa, że mogłam to czytać. Wciąż tu jestem. Istnieje takie fajne coś jak sentyment, a on zawsze będzie mnie tutaj trzymał. No i Justysia ma takiego kochanego bloga <3 Ari tam jest *.* Patrzcie Tu. Taki śliczny.

Brastynka mast bi.

To mój pierwszy blog. Co prawda były jakieś drobiazgi przed nim, ale ten jest taki prawdziwy – inaczej ująć nie mogę, to żałośnie wygląda, trudno. W sumie to dzięki niemu zaczęłam pisać i piszę nadal, czyli wciąż trwam w największej miłości mojego życia – zaraz po czekoladzie i Jeromie. Przysięgłam miłość, wierność i uczciwą małżeńską, halo, wciąż się kochamy. Mimo tego, że złamał mi serce, bo pozbył się swoich włosów. Chlip. To mnie boli. Bardziej niż jutrzejszy sprawdzian z fizyki, na który nic nie umiem, bo ścisłe przedmioty mnie nie lubią. A ja ich. I tak sobie żyjemy nieciekawie.

Emklarka dodała nowy rozdział. Należałoby skomentować, a nie siedzieć i użalać się nad życiem – powinnam zacząć coś ze sobą robić poza wyżeraniem z lodówki wszystkiego, co mi wpadnie w łapki. Ale rozdział piękny. Jak zawsze ^ ^ Aww.

Stevie też. Jejku, za nią też tęsknię <3 (poszła sobie, a teraz wszystkich bardzo kocha, jestem żałosna xD). Pisanie kreatywnych komentarzy – dzień 482134565439308403.

Czekam na „If I stay” z Chloe <3 (u mnie jeszcze tego nie grają, niedobrzy ludzie). Użyłabym polskiej nazwy filmu, ale tłumacze się nie popisali, też jest tak modelsko po angielsku. Moja Grace podbija wielkie ekrany. Fabianek byłby dumny. Chlip.

Tak sobie gadam. Ani sensu to nie ma. Ani niczego. Po co ja tu przyszłam? xD

Aha.

Teraz z ręką na sercu mogę powiedzieć, że z piątku na sobotę ukaże się kolejny rozdział. Obiecuję. Chyba, że wybuchnie mi komputer i będzie niezręcznie.

Chyba, że dostanę wasze pozwolenie na usunięcie tego szajsu xD

Kocham Was. Nigdy o Was nie zapomniałam. Nigdy :)

Kocham Was Szafirki <3


P.S. Wróciłam, Waldziu! <3